Samozwaniec, tom 1Tekst

Z serii: Orły na Kremlu #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Samozwaniec, tom 1
Samozwaniec, tom 1
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,25  53 
Samozwaniec, tom 1
Samozwaniec, tom 1
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Młodzieniec nie wyglądał na ważną personę. Nie był potężniejszy niż stolnikowic, a przecież Jacek nie należał do wielkoludów. Wzrostu był mniej niż średniego, ale barczysty; miał gębę okrągłą i śniadą, rysy zaś wielce pospolite. Nad szerokim czołem sterczały, jak łan równego żyta, krótkie rude włosy. Na obliczu miał dwie pokaźne brodawki – jedną pod nosem, a drugą, mniejszą, u prawego oka. Brody ani wąsów nie nosił.

Na chłopa nie wyglądał; gdyby nie strój, można by go wziąć za sługę albo syna kucharki. A jednak odziany był w dostatni karmazynowy żupan z falendyszu, co pozwalało sądzić, że pewnie sługiwał gdzieś na zamku – może u Fredrów albo u Stadnickich. Choć prawdę powiedziawszy, równie dobrze mógłby być zwykłym, może nieco bogatszym kramarzem z targowiska w Denowie czy Sanoku.

– Kto ty jesteś?

Nieznajomy wycharczał coś, czego szlachcic nie zrozumiał. A potem poruszył związanymi z tyłu rękoma.

– Rozetnijcie – wychrypiał. – Dłoni nie czuję.

Dydyński zawahał się, ale przeciął rzemienie. Młodzieniec jęknął, prostując ręce. Więzy głęboko wżarły się w ciało; po tak długim pobycie w trumnie rozprostowanie ramion musiało być co najmniej tak samo bolesne, jak podciąganie na linie u małodobrego mistrza.

Wstał, kiedy szlachcic uwolnił z więzów jego nogi, a potem jęknął z bólu, zatoczył się, aż Dydyński musiał ująć go pod ramię, czym – zdaje się – zadał nowy ból i torturę nieszczęśnikowi.

– Cóżeś przeskrobał, że żywcem zamknęli cię w trumnie, w niedźwiedziej masce?

– Jestem Dymitr z rodu Ruryka, carewicz moskiewski – wycharczał nieznajomy. – Najjaśniejszy, przesławny i niezwyciężony z Bożej miłości Wielikij Kniaź Dymitr Iwanowicz. Wsieja Rusi samodzierżca... Wołodomierski, moskiewski, nowogrodzki, car kazański, astrachański, hospodar pskowski. Tudzież innych mnogich ziem obładitiel6.

– Aha – rzekł Dydyński. – To taka z tobą sprawa. Chyba rozumiem, dlaczego cię w więzach trzymali. Choć myślę, że zamiast niedźwiedziej pasowałaby ci bardziej błazeńska maska.

– Nie chcecie, to nie wierzcie! – rzucił gniewnie młodzieniec. – Moim ojcem był Iwan Wasylewicz, car moskiewski, którego jestem jedynym prawdziwym naslednikiem7. Wolno ci wątpić, bo widzisz mnie bez czapki Monomacha i bez szat carskich, ale zaprawdę powiadam ci, mości panie, że przyjdą jeszcze czasy, iż będziesz bić mi pokłony.

– Nie do wiary – rzekł pan Jacek – kogo dzisiaj można spotkać na pagórach sanockich. Bo jeśli ty jesteś carewicz, tedy mnie znają pod imieniem chana tatarskiego Ghazi Gereja, potomka gromowładnego Czyngisa, samowładcy jerozolimskiego, kołodzieja babilońskiego, świniarza Małego i Wielkiego Egiptu, a na dokładkę – chana wszystkich ord, od Krakowa do Kitaju.

– Wielce dziękuję waszej chańskiej mości za wybawienie z niewoli – odburknął młodzian. – A kiedy zasiądę w Granitowej Pałacie, bądź pewny, że nie omieszkam się odwdzięczyć.

Gdyby śmiech Dydyńskiego mógł zabijać, rudy pachołek byłby już na łonie Abrahama.

– Niechaj Wasza Carska Mość zaspokoi moją ciekawość – zawołał szlachcic – i wyjaśni, jakim to dziwnym sposobem podróżował nie w carskich saniach, a na chłopskim wozie, mając na głowie niedźwiedzi łeb zamiast czapki Monomacha? I cóż w ogóle taka persona robi w Ziemi Przemyskiej, która wszak równie odległa jest od granic Moskwy, jak Sanok od końca świata?

– Zostałem porwany. Zapewne przez sługi mego wroga, nieprawego cara Borysa Godunowa. Gdzie my w ogóle jesteśmy? Co to za wioska?

– Kosztowa. Pół mili od Dubiecka.

– Napadli nas za miasteczkiem zwącym się... Dynów?

– Denów. To niedaleko.

– Moi ludzie! Wojciech Jaksmanicki, dwóch pachołków... Widziałeś ich?

– Znalazłem ciała. – Dydyński skonstatował, że przynajmniej ta część opowieści nieznajomego była prawdziwa. – Wojcieszek był moim kompanem ze szkolnych lat. Pomściłem go krwawo. Śmierć za śmierć.

Dymitr przeżegnał się szeroko, po prawosławnemu, to znaczy z prawa w lewo, a nie na odwrót.

– Chodźmy do mojej czeladzi – zakomenderował Dydyński. – Pewnie sprawili się z waścinymi porywaczami i czekają na nas.

Dosiadł Hetmanki, nie oferując jednak miejsca w kulbace Dymitrowi. Rzekomy carewicz, a prędzej czyjś służka – jak podejrzewał stolnikowic – łypnął na niego niechętnie, widać, że złość gotowała się w jego rudawym łbie, nic jednak nie powiedział.

Dydyński jechał i pogwizdywał.

– Łgarz z ciebie jak jezuita Skarga na królewskim kazaniu – rzekł wesoło. – Przyznaj się, jesteś pacholik albo sługa rękodajny, co? Od Stadnickich? Od Ligęzów?

– Może najpierw wy, panie szlachcic, powiecie, kim jesteście?

– Jacek Dydyński, herbu Gozdawa, do usług. Stolnikowic sanocki, towarzysz roty husarskiej mości imć Szczęsnego Niewiarowskiego.

– Zapamiętam was, panie towarzyszu.

– I ja was zachowam w pamięci, bo takowi franci rzadko w tych lasach się rodzą. Wstąp do mnie na służbę, młodzieńcze! Szablę będziesz za mną nosił i nad czeladzią miał dozór. A okażesz się wierny i pomocny, to na Święty Marcin dam ci co roku dwadzieścia dukatów i przyodziewek. A na sejmiku będziesz jechał przed czeladzią na wronym koniku, z niedźwiedziem chowanym na łańcuchu.

– Waść się zapominasz!

– Ma imć pan Fredro – ciągnął Dydyński – Murzyna w stroju polskim, czarnego jak sam diabeł, a pan Zamoyski koników siwych sześć przy karocy – choć powiadają, że jeden farbowany – będę i ja trzymał w Dydni carzyka moskiewskiego. A będziesz ucieszne facecje o Moskwie opowiadał, znajdę ci żonę robotną i poczciwą, a na starość w dożywocie zapiszę spłacheć ziemi, albo i całą rolę, do tego zaś ze trzech kmieciów razem z rodzinami. Zgodzisz się?

– Waści słowa równie harde jako kark u roboczego wołu. A przecież gdy chłop go w jarzmo weźmie, i on zgiąć się musi, aby pług swój w pocie czoła ciągnąć. Bacz, by waszej głowy ku ziemi nie przygięto i by nie znalazł się kij sękaty i poganiacz nielitościwy.

– Cały już mój ród taki twardy i niepokorny – odparł wesoło Dydyński. – Nikomu się kłaniać nie będziemy, a rękę to mogę tylko Ojcu Świętemu i Jego Królewskiej Mości ucałować. Wolnym człowiekiem jestem i póki u mnie szabla ostra przy boku, wolności zażywał będę. A w to, żeś jest carzykiem moskiewskim, trudno mi uwierzyć. A może nawet i lepiej, że nie wierzę. Wszak rzekomy ojciec twój, car Iwan, zwany u nas Tchórzliwym, a w Moskwie Groźnym, wielkim był nieprzyjacielem Rzeczypospolitej. Inflanty nam zdobył, ludzi rzezał, a między nimi zabił mego stryja, Michała Dydyńskiego, w Połocku. Myślisz zatem, że my, Polacy, będziemy mieć wielką korzyść ze wspierania moskiewskiego carzyka? Nie lepiej staroście w Przemyślu cię oddać, jako kpa i szelmę? A potem w wieży osadzić in fundo8?

Dymitr milczał urażony.

– Mów lepiej prawdę. Bo podejrzewam, wzięli cię w pęta za amory i ars amandi na magnackim dworze. Twe porwanie przypomina historię niejakiego Smólskiego, co był poteszytelem – jak na Litwie gadają – księżnej pani małżonki Radziwiłła, kasztelana wileńskiego. I którego porwano w podobny sposób, a po smacznym kąsku dano się napić aż za wiele wody. Przypomina mi się też przygoda, lecz wcale nie wojenna, mego druha, pana Samuela Maskiewicza, której doświadczył w Brahimiu, na dworze Aleksandry Wiśniowieckiej. Miał on tam ledwo w niebie lepiej... Do czasu, kiedy o jego amorach zwiedział się brat księżnej – Aleksander Chodkiewicz. Wtedy to narobiono mu piwa, że ledwie go zbył. Ale cóż – kto piwo warzy, to je potem wypić musi.

– Milcz, waść! – syknął zimno Dymitr. – Za mniejsze obelgi mój ojciec kazał wyrwać język bojarowi Atanazemu Buturlinowi. A za uchybienia w tytulaturze bił do krwi posochem. Na kolana przed naszym carskim majestatem! W milczeniu pokłony oddawaj!

– To ty się ucisz, pachołku – odparł zimno Dydyński. – Bo ja nie jestem żadnym moskiewskim niewolnikiem, ale szlachcicem! I nawet jasnemu księciu nie pozwolę tak krzyczeć na siebie! A nie posłuchasz mnie po dobroci, tedy przemówi do ciebie mój nahaj albo szabla!

– Ach, prawda, jesteś moim wybawcą. – Gniew ulotnił się z oblicza Dymitra tak niespodziewanie, jak gdyby nieznajomy zdjął jedną maskę, a założył drugą. Teraz mówił spokojnie, bez gniewu i wściekłości. – Winienem ci zdrowie, a kto wie, może życie. Dlatego za grzechy moje przyjmuję twe obelgi, mości panie. Chcesz mnie chłostać – chłoszcz biczem nienawiści i złym słowem, bo ja nikczemny robak, rab boży, chołopiszka czarny. Za grzechy moje i mego ojca to przyjmuję. – Rozerwał żupan na piersi, padł na kolana, przeżegnał się i niespodziewanie oddał pokłon Panu, bijąc o ziemię czołem. – Cariu Niebiesnyj, Utieszytielu, Dusze istiny, iże wiezdie syj i wsia ispołniajaj – wymamrotał cicho. – Sokrowiszcze błahich i żyzni Podatielu, priidi i wsielisia w ny, i oczisti ny ot wsiakija skwierny, i spasi, Błaże, duszy nasza9.

– Modlisz się? Bijesz pokłon Panu? – zdziwił się Dydyński. – Zdaje się, że naprawdę jesteś Moskalem, bo Polacy i Rusini – jeśli nawet prawosławnej wiary – przemawiają do Boga jak wolni ludzie do swego ojca, najwyżej na kolanach, a tylko wy oddajecie mu cześć jak niewolnicy! Wstańże z ziemi, człecze, bo żal na ciebie spoglądać!

– Raduję się każdą raną, którą mi zadasz, zły, nikczemny człowieku. Cieszy mnie każdy mój ból i cierpienie, albowiem, jak mówił święty Izaak Syryjczyk, Jezus będzie nas sądził wedle miłości bliźniego. To moja skrucha i pokuta, a kiedy odpokutuję za grzechy, Spasitiel przywróci me dziedzictwo... – mamrotał Dymitr, wstając wolno z kolan. – Jam jurodiwy, głupi w Chrystusie, rab bożyj, wiem o tym dobrze od dnia, kiedy przejrzałem na oczy. On będzie nas chłostał za grzechy biczem miłości, lecz modlę się, człeku małej wiary, abyś nie musiał się przekonać, jak bardzo twój żywot jest igraszką w Jego ręku. Oby Spasitiel nie wychłostał cię biczem za twój cierniowy język.

 

Przed kuźnię zjechało bodaj ze dwadzieścia koni kozaków albo czeladzi dworskiej, gdyż wszyscy zbrojni mieli przy sobie spisy i szable. Dymitr przyśpieszył kroku. Na jego cześć rozległy się krzyki, wiwaty; kozacy jak jeden mąż zeskoczyli z koni, poczęli padać na kolana, zdjąwszy czapki i kapuzy. Niektórzy bili przed nim czołem, niczym przed ruskim świętym, a Dydyński bodaj pierwszy raz obserwował aż taką czołobitność u służby. Owszem, w Koronie i na Litwie czeladź zwykle kłaniała się w pas i całowała pana w rękę, czasem jakiś szlachcic gołota padał plackiem przed możnym panem – zwłaszcza kiedy chciał oddać syna na służbę lub prosić o łaskę. Ale nikt nigdy nie walił czołem o posadzkę. Zwłaszcza pan Dydyński, który niechętnie skłaniał podgolony łeb nawet przed Ojcem Niebieskim. A pewnego razu po pijanemu we Lwowie, dobywszy szabli przed katedrą miejską, zawołał: Jeśliś Bóg, bij się ze mną! A kiedy ów nie stanął, chełpił się jeszcze przed kompanią, że nie starczyło wtedy fantazji królowi żydowskiemu.

W głębi duszy pana stolnikowica tkwiło przekonanie, iż szlachcic polski, jeśli tylko chce mówić do równego sobie, powinien mówić w kościele z samym Synem Bożym i Duchem Świętym.

Dymitr wyprostował się, widząc oznaki uwielbienia, szedł sztywny, jakby nagle przybyło mu ze trzy cale wzrostu. Zerknął nawet z ukosa na swego wybawcę, jakby spodziewając się, że szlachcic spuści z tonu, jednak temperament i usposobienie pana Jacka były rogate i nieokiełznane jak u samego diabła. Stolnikowic więc bynajmniej z konia nie zsiadł ani nie oddał pokłonów. Podobnie zresztą jak jeden z nowo przybyłych, który pokłonił się Dymitrowi w kulbace, uchyliwszy czapki.

– Miłościwy carewiczu nasz! – zakrzyknął. – Jesteście zdrowi?

– Napadli nas za Denowem, ubili pana Jaksmanickiego i dwóch czeladników. A mnie wsadzili szmatę w gębę i położyli do trumny, abym udawał nieboszczyka.

– Chwała Bogu, że Wasza Carska Mość żyje!

– Uwolnił mnie ten szlachcic... Pan Dydyński. Który choć hardy w słowach i nieposkromiony w języku, przecie jednak uczynił lepszy użytek ze swojej szabli niż ze zjadliwej gęby.

– Ja tego Dydyńskiego znam – odparł jeździec. – Za dobrze. I za długo.

Stolnikowic westchnął. Teraz już był pewien, kim jest jego rozmówca. W mroku poznał od razu chrapliwy, zmęczony głos Adama Dworyckiego, z którym... Ech, szkoda było gadać.

Zacnie witała go rodzinna Ziemia Sanocka po powrocie z Inflant. Zaczęło się od grasantów na trakcie i martwego oblicza dawnego kompana. A teraz jeszcze Dworycki, z którym szlachcic miał rankor od czasu, gdy obaj służyli w Inflantach. Kto następny zastąpi mu drogę? Znienawidzony Jerzy Krasicki? A może sam diabeł i pani śmierć?

– Konia!

Jeden z kozaków posłusznie zeskoczył z kulbaki i oddał wodze Dymitrowi. Rzekomy carewicz zwinnie wskoczył na terlicę.

– Pragnę ci podziękować, mości panie Dydyński – rzekł władczym głosem. – I nawet pomimo twej niewyparzonej gęby ofiarować moją łaskę. Gdybyś chciał pomóc odzyskać mi tron, ofiarowałbym ci carskie zmiłowanie i przebaczenie...

Stolnikowic roześmiał się wesoło.

– Majętności w Moskwie, czyli gruszki na wierzbie – parsknął. – Albo asygnatę na skórę niedźwiedzia, co żywy po lesie chodzi. Tak samo ja mogę dać Waszej Carskiej Mości Niderlandy. A na dokładkę Jedysan i Oczaków ze wszystkimi ordami. Jeno że wejść w jego progi będziesz musiał nie w towarzystwie Adama Dworyckiego i kilku nędznych semenów, ale w asyście dwudziestu tysięcy szlachty polskiej!

– Niechaj Wasza Carska Mość plunie na tego człowieka – ozwał się Dworycki. – Znam go nie od dziś i zgoła ze złej strony. Pan Dydyński należy do przeciwnej nam partii, do ludzi Zamoyskiego i Ostrogskich, którzy nie sprzyjają twym zamiarom.

– Nie należę do nikogo innego poza sobą samym! – zaoponował stolnikowic. – Wolno mi nie wierzyć w waszą sprawę, bo jestem szlachcicem, o czym waszmość chyba zapomniałeś!

– Jestem wdzięczny za uratowanie życia – rzekł Dymitr ze zmarszczonymi brwiami. – Mów sobie, co chcesz, o naszym spotkaniu, ale nie posuwaj się dalej, bo może dosięgnąć cię mój gniew. Bo ja jestem Dymitr Iwanowicz, kość z kości Rurykowiczów ruskich, a w moich żyłach płynie krew samego Ruryka i Monomacha, Aleksandra Newskiego i Iwana Kality. Bo kiedy Jezus Chrystus w dobroci swej i miłości do człowieka ześle pokój swemu słudze, rozkaże moim wrogom zaniechać walki, gdy sprawi, by stali się łagodni jak owieczki, i zetrze ich na proch, który rozniesie wiatr, ja zasiądę na tronie mych przodków w czapce Monomacha. I wtedy jedno moje słowo sprawi, że ujrzysz piekło, a Pan moją ręką rozgniecie cię jak nikczemnego robaka!

Gadał zdrów! Na razie to Dydyński nie poświęcił Dymitrowi uwagi większej niż najdorodniejszej pluskwie wyciągniętej ze ściany.

– W co ty się wpakowałeś, mości panie Adamie? – rzucił do Dworyckiego. – Co tu się w ogóle dzieje? Co to za komedia? Komu służysz? Szaleńcowi, co się podaje za syna moskiewskiego cara? I gotów jest wywołać wojnę? Był już na Ukrainie taki, co się zwał Bajdą z rodu Wiśniowieckich, starosta kaniowski. On zamiarował sobie zostać hospodarem wołoskim i na Stambuł poszedł w tysiąc koni. A wiesz jak skończył? Na haku. Tak samo wy razem z tym durnym carzykiem na palach ostatniego tchu dobędziecie. Ku wielkiemu ukontentowaniu cara Borysa Godunowa, moskiewskiego kata!

– Po tym, co ty uczyniłeś w Inflantach dwa lata temu, nie mam gdzie zdobywać zasług – odparł głucho Dworycki. – Chyba nie zapomniałeś o tej gardłowej sprawie? – dorzucił zjadliwie.

– A ty nie uważasz, że dzięki mnie w ogóle żyjesz?

– Żyję i coś znaczę wyłącznie dzięki Jego Carskiej Mości. A ty... Myślisz jeszcze o niej?

Dydyński milczał.

– Życzyłbym sobie, abyś dumał o niej bezustannie. Chodząc, robiąc, śpiąc, w łaźni, w kościele, u dziewki, w karczmie i przy pacierzu!

Dydyński zapatrzył się w zmęczone oblicze Dworyckiego, w gębę ozdobioną głębokimi bruzdami ciągnącymi się od krańców warg przez oba policzki.

– Abyś wciąż widział, we śnie i na jawie, jak modli się zamknięta w celi. Sypia w trumnie. Pogrzebana żywcem, tak jak wasze szczęście. Niech cię te myśli gryzą jak wilki, kąsają jak wściekłe szczury. Niech nie dają ci zapomnienia...

– Wart jesteś w łeb, panie Dworycki – warknął Dydyński. – Jedź swoją drogą i nie pokazuj mi się na oczy. Bo zapomnę, że kiedyś byłeś mi druhem i najmilszym kompanem.

– Wedle woli waszej mości.

Dydyński patrzył, jak Dworycki dołączył do Dymitra, a potem ruszył na czele kozaków, roztopił się w mroku wraz z czarnymi semenami przypominającymi okryty kirem kondukt żałobny.

Trakt do Denowa
Nieco później, noc

– To jakieś theatrum z tym Dymitrem – rzekł Dydyński, kiedy jechali po nocy z Kosztowej na Bachorzek, gdzie został Mykoła na straży wyładowanych wozów. – Po prostu Plauta albo Terencjuszowa komedia! Sam królewski błazen Stańczyk lepiej by tej historii nie wymyślił, a Sebastian Klonowic w Worku Judaszów nie opisał!

– Pan hetman Zamoyski mówi to samo – wymamrotał Świrski z ustami pełnymi suchej kiełbasy, którą jego długi nochal wywęszył w jukach grasantów. – Że dla prywaty hospodarczyk Dymitrij zaciąga swawoleństwo w Rzeczypospolitej i chce Koronę i Litwę wciągnąć w nową wojnę, łamiąc traktaty zawarte z carem Borysem Godunowem.

– Dymitr czyni zaciągi? To znaczy chce wyprawić się na Moskwę i zbrojnie odbić tron na Kremlu?

Pęto kiełbasy znikło bez śladu w przepaścistej gardzieli Świrskiego. Aż dziw, gdzie się to wszystko podziewało, pocztowy był bowiem chudy jak chmielowa tyka. Dydyński przypomniał sobie, że przecież jeszcze w Przemyślu posilali się w karczmie – dosyć skromnie, bo na stół zażyczył sobie tylko gęś, ćwiartkę skopowiny, parę chudych kapłonów, pieczeń wołową, pięć sztuk sera, ze trzy bochenki chleba i pół beczki piwa, a na dodatek garniec bigosu hultajskiego z kapustą. Jednak byli przecież niedaleko od domu, gdzie na pewno czekał na nich suto zastawiony stół.

– Cała historia zaczęła się w zeszłym roku, mospanie. – Świrski pociągnął łyk gorzałki z bukłaka. – Na dworze księcia jaśnie pana Adama Korybuta Wiśniowieckiego w Brahimiu. W łaźni.

– E, nie tak... – jęknął blady Nieborski, który jechał na wozie obok nich. – Przed śmiercią Dymitr wszystko wyjawił... Na spowiedzi... Do kroćset!

– Te, lepiej leż i się kuruj, panie bracie – mruknął Dydyński. – Nie gadaj za wiele, bo ci się rany rozejdą!

– Jak na spowiedzi, skoro widzieliśmy go żywego? – zaoponował Świrski. – Mnie ludzie powiadali, że pewnego razu, kiedy książę Jadam wybrał się do łaźni, jakiś sługa, brzydkie i szpetne chłopczysko, coś mu przewinił. I za to pan dał pachołkowi w gębę. Gdybyś wasza miłość wiedział, kim jestem, nie biłbyś mnie i nie przezywał w ten sposób – odparł rękodajny. Ale skoro jestem twoim sługą, i to z pokorą znieść muszę. A kto ty znowu taki jesteś? – spytał kniaź i oczywiście na takie dictum10 dał mu zaraz w gębę z drugiej strony. A wtedy młodzian przyznał, że jest Dymitrem Iwanowiczem, synem cara moskiewskiego Iwana Groźnego, którego tyrannus i car teraźniejszy, tfu, jaki tam car – wielki książę moskiewski Borys Godunow, kazał zarezać w Ugliczu, gdzie przebywał z matką, księżną Nagoj. Dymitr dowodził, że został cudownie ocalony przez Simona, Niemca z Kilonii, który wyprowadził go skrycie z miasta, a zamiast jego ciała podłożył trupa wiejskiego chłopca.

– No proszę – skwitował Nieborski, który chociaż ranny, był ciekaw historii Dymitra jak wdzięków nadobnej kurtyzany. – Pierwszy to chyba przypadek w historii, że szlachcic, brat nasz, bił po gębie carewicza i następcę tronu.

– I bodaj nie ostatni – mruknął Dydyński – bo całe to plemię moskiewskie grube i sprośne jest, i w ogóle nie warte, aby na nich plunąć. Znam ja moskiewską grubianitas, powiadał mi ojciec, jak wojował za Stefana i Augusta o Inflanty. Niewart moskiewski kniaź choćby naszego psiarczyka, bo każdy z nich szelma, wor i śmierdzące bydlę. W polu do walki nie stanie, na powitanie czołem bije, a kamień za pazuchą nosi i miecz w plecy wrazi, gdy się odwrócisz – taki to naród zdradliwy. Moskale by i diabłu przysięgali wierność, byle im majętności pomnożył.

– Całej historii początek był taki – ciągnął pocztowy – iż car dawniejszy Moskwy, Iwan zwany Groźnym, którego pobił pan nasz Stefan Batory, był dla Moskwy srogim tyranem, co w tamtych stronach nie dziwota, bo to naród sprośny, plugawy i skurwysyński, a bez kija ani przystąp. Ten Iwan miał żon sześć, albo nawet siedem, z których potomstwa doczekał się tylko z pierwszą, to jest z Anastazją Romanową – Iwana i Fiodora. A z ostatnią – Marią Nagoj – miał tego właśnie Dymitra. Iwan jak to Iwan, figliki różne czynił połowicom. Marię Dołgoruką utopił w jeziorze, bo prawicą nie była, inną – Annę Kołtowską – posłał do klasztoru. Zalecał się, powiadali, nawet do sióstr naszego pana Augusta Anno 1560, jednak żadna mu w smak nie przypadła, bo za chude były, a baba – onym moskiewskim grubym obyczajem – musi być sążnista jak stara kobyła. Tak więc miał Iwan summa summarum11 trzech synów. Z czego jeden – Fiodor, słaby był na umyśle, a drugiego – Iwana, sam ojciec własną ręką zabił. Fiodor po śmierci Groźnego na tron wstąpił, ale rządził jak pijany woźnica. Bez przerwy kazał bić we dzwony na Kremlu i przysłuchiwał się, czy mu we łbie zadźwięczą. Sprowadzał też sobie opętanych i szaleńców, których oni w Moskwie zwą jurodiwymi, modlił się z nimi i wzdychał do Boga. Nic dziwnego zatem, że rządy przejął możny bojar Borys Godunow, zięć Maluty Skuratowa, najwierniejszego sługi starego diabła Iwana. Widząc, że Fiodor nie ma dzieci, postanowił zasiąść na tronie, w czym wadził mu ostatni, najmłodszy syn Groźnego – Dymitr Iwanowicz, który przebywał wraz z matką w Ugliczu. Miał ten Godunow dzieci: Fiodora Borysowicza i Ksenię, która ma teraz lat około...

– Dość, dość! Ty nam powiadaj o Dymitrze, a nie o Borysie!

– A więc Borys Godunow postanowił małego Dymitra zarzezać. I Anno 1591, lat temu trzynaście, ułożył sprzysiężenie. Zawołał dwóch synów bojarskich, zwanych Mikita Koczałow i Daniłka Bitiagowski, którzy byli clientes12 Borysowi. Rzekł zatem do nich Borys, że jest wola hospodarska, aby jechali do Uglicza, ubili małego carewicza Dymitra, gdyż różni ludzie chcą wszcząć bunt i usadowić go na tronie. A kiedy bojarzynowie nie chcieli o tym słyszeć, powiedział im Borys: Przywiodę was do hospodara, to sami usłyszycie z jego ust. I wprowadził ich do pokoju carskiego, a kiedy bili czołem Fiodorowi, powiedział coś po cichu wielkiemu księciu na ucho – podobnym fortelem, jak Messalina onus terrae13 oszukała Klaudiusza, swego męża, cesarza rzymskiego. Tych przykładów, rzecz jasna, Borys nie znał, bo ani czytać, ni pisać nie umie, chociaż szczwane bydlę. Potem kazał wyjść obu bojarom, a do Fiodora odezwał się: Nie chcą mi wierzyć, co im twoim imieniem hospodarskim rozkazałem, powiedz im sam, że to jest wola twoja. Car Fiodor, rozumiejąc, iż idzie o to, o czym z nim mówił po cichu, a nie o gardło jego brata, przywołał bojarów i rzekł im: Uczyńcie, jako wam Borys rozkazywał. Jakoż pojechali do Uglicza i zarżnęli małego carewicza. A przynajmniej tak potem powiedzieli Borysowi. Bo oto nagle po dwunastu latach pojawił się w Rzeczypospolitej, w Brahimiu, cudownie uratowany Dymitriaszka. I pokornie prosił o posłuchanie.

 

– A co dalej? Bo na razie wszystko pasuje do siebie akuratnie.

– Akuratnie jak młody kuś do starej piczy – podsumował Dydyński. – Bujdy i bajania z tym zabójstwem w Ugliczu. Powiadał mi kupiec jeden moskiewski – Semen Wołkowski-Owsiany, iż od dawna wszem wobec było wiadomo, że kniaź Dymitr sam się zabił w Ugliczu, kiedy grał w pikuty. Pytał o to nawet pan Sapieha, kiedy do Moskwy posłował. I taką samą dostał od Moskali odpowiedź.

– A cóż na to Wiśniowiecki? – dopytywał się Nieborski. – Kazał Dymitra oćwiczyć czy uwierzył?

– Dał mu karocę z poszóstnym cugiem i sześciu hajduków. A potem wyprawił po znajomych dworach i zamkach, aby wieść poszła w Polskę. I wnet poczęli zjawiać się ludzie, którzy chcieli Dymitra obejrzeć. Najpierw przyjechał do Brahimia jegomość Lew Sapieha, kanclerz Wielkiego Księstwa, a co więcej, przywiózł ze sobą chłopa, co był niegdyś powinnym carewicza Dymitra. Ujrzy chłopisko carewicza i buch na kolana! Aż zaniemówił z wrażenia. A to dlatego, że kiedy w Moskwie służył, Dymitr zwał go Pietruchą, gdy zaś do naszej Rzeczypospolitej uciekł, to on już nie był Pietrucha, ale Jurij Pietrowski. Głowę dałbym, że jego synowie zwać się będą Piotrowskimi. I pewnie wiarę odmienią, a potem osiądą gdzieś w Małopolsce. Tak to każdy cham, co się śrubuje na szlachectwo w Małopolsce, pisze się z Mazowsza albo z Ukrainy, a na Mazowszu z Małej Polski.

– Rozpoznał Dymitra?

– Carewicz sam go powitał. A wtedy Pietrucha stwierdził, że poznaje swego pana i przyszłego wielkiego księcia po nierównych rękach i brodawkach.

– Też go poznałem po brodawkach – wtrącił z przekąsem Dydyński. – Co za wzrost, co za poza, co za majestat. Prawdziwy imperator rzymski! Ale, co tu dużo gadać, każda nacja ma takiego Juliusza Cezara, na jakiego zasługuje.

– Wystarczyło świadectwo jednego chłopa, aby zdobyć pańską łaskę?

– Ważniejsze niż świadectwo Pietruchy było to, że sam car Borys Godunow, skoro się o tym dowiedział, zaniepokoił się i zaczął wysyłać poselstwa. Pierwsze do Konstantego Ostrogskiego – z Atanazym Palczykowem na czele. Drugie do Wiśniowieckiego. Co więcej, obiecał nawet, że odda książętom Przyłuki i Sniatyń na samej granicy, o który była między nimi wieczna wojna, bo tam limes14 nie został dokładnie wyznaczony, jeśli wydadzą mu Dymitra. A te grody to prawie stolica Wiśniowiecczyzny zadnieprzańskiej.

– I co dalej?

– Kiedy Wiśniowiecki odmówił, car kazał wojewodzie czernihowskiemu zburzyć gródki, wyrżnąć ludność i kozaków. I tak dał powód do wielkiej nienawiści do siebie, bo teraz wiadomo już, że Wiśniowieccy ziemię i niebo poruszą, aby poszukać zemsty na carze.

– Trochę daleko z Brahimia do Moskwy.

– Cóż z tego, skoro Wiśniowieccy mają w ręku Dymitra, którego zaczęto zwać samozwańcem, carzykiem czy rostrygą? Albo słoneczkiem naszym, umiłowanym carewiczem, najjaśniejszym, przesławnym świętej Rusi obładitielem – zależy, której strony posłuchamy. Wnet ruszyli w Ruś i w Polskę wichrzyciele, podżegacze i dalejże agitować za Dymitrem – że biedny, nieszczęsny prawowity następca tronu. Że z rąk siepaczy cara Godunowa uszedł. Że trzeba Moskwę uwolnić od Borysa, to wtedy w sojuszu z Rzeczpospolitą rozkwitnie. A pod koniec zeszłego roku Konstanty, brat Adama, wziął sprawy w swoje ręce i najpierw przedstawił Dymitra naszemu najjaśniejszemu panu, a potem nuncjuszowi Rangoniemu. A w lutym, o, w lutym sprawy Dymitra tak wysoko stały jako wieże zamku krakowskiego na Wawelu. Pokazał bowiem Konstanty Wiśniowiecki swego carzyka Jerzemu Mniszchowi, wojewodzie sandomierskiemu w Samborze.

– I co Mniszech? Nagle został partyzantem sprawy carewicza?

– Nie tylko go poparł, ale również zgodził się dać za niego swoją córkę, Marynę. Tę młodszą, czwartą w kolejności, bo córek, proszę waszmości, u Mniszchów chowa się cały kierdel. I to zarówno w Samborze, jak i u braci pana wojewody. Policzmy zresztą – Herakliusz zginał palce: najstarsza, Anna, poszła za Piotra Szyszkowskiego, kasztelana wojnickiego. Urszula za Konstantego Wiśniowieckiego. Wesele było roku Pańskiego tysiąc sześćset trzeciego, dziewiętnastego januariusa, wesołe, aż dwóch gości umarło z przepicia – pan Apolinary Suchorzewski i Jakub Pełka z naszego powiatu. A Eufrozyna ma iść – jak słyszałem – za Jordana z Zakliczyna.

– Też niezła partia.

– A najmłodsza Maryna będzie carową moskiewską.

– Niezły frant z wojewody – mruknął Dydyński. – Zgaduję, że biorąc wzgląd na swój mizerny majątek, nie oddał córki pro publico bono15 i z wielkiej przyjaźni do Dymitra?

– Dymitr spadł panu staroście jakoby święty wybawiciel z nieba, bo jegomość wojewoda Mniszech jest w wielkich kłopotach. Po tym jak dostał Anno 1588 ekonomię samborską, wyproszoną u króla przez biskupa krakowskiego Maciejowskiego, nie płacił rat dzierżawnych i kwarty nie tylko z Sambora, ale i z żup ruskich. A kiedy miał z tego sprawę zdać na sejmie, dowodził, że sama tylko nędza i mizeria, że sąsiedzi źli, Tatarzy sprośni tudzież konfederaci wojskowi, szelmy i wydziercy, wniwecz wszystko obrócili. I z tego miał długów, jak powiadali, na ponad czterdzieści tysięcy złotych!

– To wszystko falsum, a wywodami jaśnie oświeconego wojewody można sobie tyłek podetrzeć – mruknął Dydyński. – Byłem ja w Samborze i widziałem, na co poszły te sumy. Na opatrzenie zamku i Luxurię16, w której pan wojewoda kocha się mocniej niż stary dziad w młodej dziewicy. Na okna ze szkła weneckiego, na drzwi fladrem sadzone, na piece malowane i posadzki dębowe, stolarskiej roboty. Na kominy ciosowe, rzeźbione, na podniebienia sufitowe z kasetonami, na marmurowe odrzwia, na komnaty i izby obite brytami adamaszku i atłasu. Na brokatele, suknie, żupany, delie, szuby, dołomany, ferezje i szpalery! Na sześć koni u karocy i hajduków we srebrze. To wszystko kosztowało fortunę. A powiem waszmościom, że kiedy Dymitr jedną bramą do Sambora wjeżdżał, drugą przyjechała królewska komisja, bo na trybunale roku Pańskiego 1603 wzięli staroście w sekwestr całą ekonomię. Obiecywali sobie komisarze, że pana Mniszcha puszczą w samych batystowych gaciach, które sprowadzał z Gdańska. A przecież szelma wojewoda lat temu ze czterdzieści wziął z braćmi trzysta tysięcy, zagrabił po królu Zygmuncie Auguście srebra i klejnoty koronne, więc pieniędzy miał jak lodu na Wiśle. Pytanie, gdzie to wszystko poszło?!

– Od najważniejszych długów wojewoda ledwie się wykupił – wtrącił Nieborski – sprzedając majętności dziedziczne i płacąc królowi dwadzieścia osiem tysięcy złotych.

– Dlatego też Dymitr trafił się Mniszchowi jak ślepej kurze ziarno. I wojewoda chętnie swadźbił mu córeczkę, która, jak powiadają, równie hardej jest natury, co jej ojciec.

– Znam Marynę – skwitował krótko Dydyński. – Bywałem w Samborze i rączkę jej całowałem. Miła to rączka, miła i twarzyczka, ale partia nietęga dla tych, co lubią żony w domu trzymać. Nie jest to dzieweczka, co w cichości dworku będzie ci kwiatuszki wyszywać. Ale opowiadajże dalej o Dymitrze!