HubalTekst

Z serii: Wrzesień 1939 #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Hubal
Hubal
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Hubal
Hubal
Audiobook
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rozdział IV
Pięćdziesięciu

28 IX 1939, Dobry Las, Dębniki i Pianki, lasy nadnarwiańskie

Zaraz za Janowem, kiedy droga skręciła w lewo, Dobrzański wypuścił oddział w skok, bo wreszcie czuł się lekki i swobodny. Powolny, nieudolny pułk był jak przeklęty garb – niczym kamień u nogi.

Konie, podkarmione owsem, szły galopem. Dwójkowa kolumna ruszyła jak wicher, leciała przez błota, kałuże, aż kamienie pryskały spod kopyt. W równym szyku, czując siłę prawie pięćdziesięciu wierzchowców, bez taborów, bez strat. Major prowadził ich ostro, zwolnił w Niksowiźnie, gdzie była przeprawa przez Skrodę, i znowu wypuścił galopem. Pędzili, aż konie stały się mokre, a pod pasami napierśników, pod ogłowiami zaczęły pojawiać się pierwsze, delikatne jak puch pasma piany.

Wtedy zwolnili, odkłusowali, by zwierzęta wyrównały oddech, wreszcie ruszyli równym stępem. Dobry Las i Dębniki tylko mignęły im w oczach. To już było Łomżyńskie – zamożne wsie, duże, porządne domy, z gankami zdobionymi balustradami, ale przede wszystkim prawdziwe polskie serca. Kiedy stanęli na noc, chłopi witali ich jak oddział zbawczej armii, która oswobodzi Polskę. Dobrzański, pytany, jakie wojsko idzie za nimi, gasił w sercach nadzieje. Nie, nie będzie żadnego uderzenia zza Bugu. Grodno padło, Moskale zajmują Kresy. Pułk rozwiązany, rozproszony. Idziemy na pomoc Warszawie.

Zanim poszli spać, podzielił oddział na plutony. Sołtykiewicz został zastępcą Dobrzańskiego. Kalenkiewicz – adiutantem. Pierwszy pluton wziął energiczny porucznik Feliks Karpiński, drugi – Stanisław Masłowski, trzeci – zdecydowany i miły podporucznik rezerwy Modest Iljin. Trzy pełne sekcje erkaemów rozdzielił major między plutony. Amunicji nie brakowało. Wszyscy mieli sakwy, konserwy, ładownice pełne łódek z nabojami, pobranych z zapasów rozwiązanego pułku. Sołtykiewicz utyskiwał tylko na brak pepanców – wspominając ze znawstwem przeciwpancerne karabiny UR, których używał na polu walki. Pod tym względem doskonale rozumiał się z Kalenkiewiczem. Dobrzański się nie wtrącał. W takim składzie byli za słabi na walki z tankami nawet bronią przeciwpancerną.

Kiedy dotarli do Pianek, major zmienił plany. Przewodnik – łebski chłopaczek z rybackiej wioski – siedział na koniu jak panicz, znał wszystko i wszystkich, o Niemcach zaś wiedział więcej niż szwabski oficer sztabu.

– Most w Ostrołęce wysadzony, panie majorze. Naprawiają go Niemce, a na razie budują nowy, drewniany, ale stoją tam warty. Mają kaemy, worki z piaskiem, drewniane kozły – opowiadał. – Mysz się nie prześliźnie, ptak nie przeleci. W mieście stoi oddział saperów, łączność, samochody pancerne, a najgorsze, że rzeka wezbrała. Nowogród znowuż spalony, zburzony po walkach, zostały po nim ino kominy i parę chałup. Most wysadzili nasi zaraz na początku wojny.

Major od razu zmienił plany. Ruszył prawym brzegiem Narwi, lasami, błotami, łąkami, obchodząc miasteczka, unikając dróg, po których przemykały patrole na motocyklach i ciężarówki pełne żołnierzy w szaro-niebieskich mundurach, zdobionych nienawistnymi znakami czarnych orłów.

Szli na wschód, potem na południe – do Łomży, gdzie spodziewali się znaleźć kolejną przeprawę. Drewniany, długi most na Narwi został wysadzony po wrześniowych walkach 33. Pułku Piechoty, pięć przęseł leżało w rzece, Niemcy zbudowali już tymczasowy, drewniany. Piątnica na wschodnim brzegu – spalona i zrujnowana. Przeprawa była jednak chroniona i żeby przekonać się, czy stoją tam silne warty, major wysłał na przeszpiegi przewodnika.

29 IX 1939, w spalonej Piątnicy nad Narwią, wieczór

Chłopak wrócił za niecałą godzinę, spocony i przejęty, ściągnął maciejówkę przed dowódcą i gniótł ją w ręku.

– Oba mosty zniszczone. Żelazny wysadzili nasi, jak się bronili w fortach. Drugi, stary, też zniszczony. Ale jest, a jakże, panie majorze, niemiecki, drewniany, wąski, psiajucha, jak kładka do nieba. Dwa wozy jeszcze się miną, ale samochody to już nie.

– Warta?

– Będzie z dziesięciu. Bez ciężkich karabinów po tej stronie. Po drugiej nie wiem, nie bardzo przepuszczają, akurat jechały ciężarówki ze wschodu. Można się do nich podkraść blisko rowem, wzdłuż strumyka, z tej strony Narwi.

– Co w Łomży?

– Toż mówię, panie majorze – wydyszał przejęty chłopak. – Spotkałem Plesickiego, gospodarza z Chojen. Przewiózł mnie na drugą stronę w wozie, a potem z powrotem, kiedy wracał, bo wiózł kartofle na targ. Na rynek przyjechał pułk Niemców. Mają samochody, stoją na rynku, nocują w domach, co jeszcze się ostały po ostrzale.

– Proszę – odezwał się ze złością Sołtykiewicz – kolejna przeprawa obsadzona. Inaczej, niż pan sądził. Mówiłem, żeby od razu iść na południe!

– A jak tam wygląda?

– Nie przejdzie się, panie majorze. W Niewodowie i Drozdowie nie ma przepraw, Niemcy zabrali duże łódki, dalej na drugim brzegu są trzęsawiska. Deszcze dolały, trzeba by szukać brodu aż pod Wizną.

– To za daleko – rzekł major. – Musimy zdobyć most niespodziewanym atakiem, przemknąć na drugą stronę i ominąć miasto.

– Jak pan chce to zrobić? – mruknął niechętnie Sołtykiewicz. – Jeden niepotrzebny strzał postawi na nogi cały pułk samochodowy wroga. Wystarczy, że zajmą groblę, a będą nas mieli jak na widelcu.

– Podzielimy się na dwie grupy. Ja poprowadzę konnych na most. Pan, kolego, będzie osłaniać nam tyły i przejdzie, kiedy już załatwimy sprawę.

– To szaleństwo.

– Nikt pana nie zmusza.

– Poczekaj, Henryku – zaoponował Kalenkiewicz. – Piątnica jest zrujnowana i spalona, połamiemy koniom nogi, idąc po pogorzeliskach. Wystarczy zresztą, że któryś się potknie, zarży, a będzie alarm. Chłopcze, widziałeś te samochody Niemców w mieście? Ile ich? Dwa, trzy? Dziesięć?

– Będzie z dziesięć. Może więcej, nie patrzyłem, bo Niemcy gonią i strach.

– Jak wyglądają?

– Jak ciężarówki, ale całe z blachy. Mają te, no... trzy, trzy...

– Trzy osie?

– I wieżyczki jak w tanku.

– Schwerer Panzerspähwagen – mruknął kapitan. – Coś jeszcze? Mów wszystko.

– Jeden miał nad sobą taką, taką... siatkę, nad wieżą. Z rur.

– Pojazd łączności. Czołgów nie było?

– Takie dziwne. Jak czołg, ale z przodu koła...

– Aha, Sd.Kfz., transporter kołowo-gąsienicowy. Czyli mamy przed sobą jakąś kolumnę albo kompanię rozpoznawczą dywizji pancernej albo lekkiej. Coraz lepiej.

– Jakieś dalsze pytania?

Oficerowie pokręcili głowami.

– Dziękuję, chłopcze, za pomoc i obywatelską postawę, możesz wracać. Masz tu konserwy i dwadzieścia złotych.

– Ku chwale ojczyzny, panie majorze! – Chłopak nie ruszał się z miejsca.

– Coś jeszcze?

– Panie dowódco, a jakby karabin?

– Karabinem to mogę... wyciorem w dupę, gówniarzu! – rzucił major i dodał coś, co było już kompletną i niewybaczalną zniewagą dla bojowego trzynastolatka: – Do domu won, uczyć się! Dla Polski.

– Zdobędziemy most atakiem na bagnety – powiedział zamyślony Kalenkiewicz. – Ja poprowadzę ochotników, panowie zostaniecie w odwodzie.

– Źle! – rzucił Dobrzański. – Zobaczą was z kilometra.

– Jeśli Niemcy mają po drugiej stronie chociaż jeden MG, to konna szarża przez most będzie przykładem niezwykle patetycznej kozietulszczyzny – pokręcił głową Kalenkiewicz. – Szkoda tylko, że niepotrzebnym.

– Na drugim brzegu zjedziemy od razu na łąki z prawej strony grobli. Poza tym co to za dyskusje, zgłosiliście się na ochotnika, więc czekajcie na rozkazy!

– Zgłosiliśmy się, bo pan kapitan za was ręczył – Sołtykiewicz wskazał Kalenkiewicza – że nie poślecie nas na śmierć jak pułkownik Dąmbrowski trzeci szwadron...

Dobrzański podniósł głowę, zobaczył wzrok Iljina. Karpiński i Morawski kiwali głowami.

– Tak było.

– Tak jest.

Dobrzański zacisnął zęby, ale nie brnął w to dalej.

– Zatem przystąpmy do wykonywania planu pana kapitana. Wodzu, prowadź na Łomżę! – I dodał głośniej: – Oddziaaaał! Do wsiadania! Maaarsz!

29 IX 1939, Piątnica nad Narwią, noc

Piątnica była spalona do przyciesi. Choć forty zostały nienaruszone, zabudowania wioski zniszczono w pierwszych dniach września, aby nie dawały przystępu Niemcom. Oddział, nie zwracając niczyjej uwagi, wjechał do zrujnowanego gospodarstwa, zatrzymał się przed wypaloną stodołą, z której zostały tylko poczerniałe, zwęglone belki.

– Na ochotnika z koni! Do walki pieszej! Marsz! – wydał rozkaz major.

Zgłosiło się ponad dwadzieścia osób. Wśród nich Alicki, Rodziewicz, podchorąży Morawski, Bisping. Oddawali wierzchowce koniowodnym, gromadzili się wokół Kalenkiewicza.

– Przekradamy się za nasypem zjazdu, przy strumieniu, jak najbliżej posterunków – rozkazał kapitan. – Atakujemy na gwizd albo jak wyskoczę zza zasłony. Nie brać jeńców. Jakieś pytania?

Trzasnęły bagnety zasadzane na lufy. Nie było żadnych wątpliwości.

– Za mną! I żadnych rozmów! – zakomenderował Kalenkiewicz.

– Stać! – powiedział major.

Podszedł do Morawskiego, uchwycił za karabinek wzór 29.

– Dajcie na chwilę.

Gdy zaskoczony podchorąży oddał broń, Dobrzański przestawił bezpiecznik, uchwycił rączkę zamka i odryglował go, wyrzucając nabój z komory. Zrobił tak raz, drugi, trzeci – aż piąty i ostatni pocisk wypadł z magazynka.

 

– Jeśli macie iść po cichu, rozładujcie broń – powiedział. – Ładownice zostawcie koniowodnym. Każdy hałas to klęska. Zatem nie będzie przypadkowego strzału.

Zapadła cisza. Żołnierze zbledli, zawahali się.

– Ktoś się wycofuje?

Alicki pierwszy rozładował broń. Po nim to samo zrobił Rodziewicz. Pozostali niechętnie poszli w ich ślady.

– Ty też. – Dobrzański wskazał Kalenkiewicza.

Kapitan przygryzł wargi, wyjął z visa magazynek, odciągnął suwadło, wyrzucając nabój z komory.

– Pan major nie da przykładu? – zapytał kąśliwie Sołtykiewicz.

Dobrzański bez słowa złapał za rzemień, na którym uwiązany był pistolet, wyciągnął magazynek, ale nie wyjął naboju z lufy.

– Jeden został.

– Dla mnie. Na ostatnią chwilę.

– Jak tak, to dajcie mi karabin – zażądał Kalenkiewicz.

Dobrzański skinął na Baryszczaka; ten zaraz podał mu broń, odczepił własny bagnet. Major rozładował go, sam nasadził ostrze na rowek pod lufą, podał kapitanowi.

Saper ruszył pierwszy – schylony, uważny. Ułani roztapiali się w nocy, znikali między belkami. Zabrzmiał ostatni rozkaz: „Oddział! Za mną rojem marsz!”.

Przecięli skokami opustoszałą drogę z Piątnicy do Czarnocina, zaszyli się na pogorzelisku po drugiej stronie. Brzeg Narwi był tuż obok, opadał łagodnie w dolinę, w której płynęła rzeka – ledwie widoczna w ciemności, rozjaśniana księżycem jak struga srebra. Drewniany most przecinał ją białawą krechą, bliżej, za rzędem drzew na skarpie, gdzie był podjazd, błyskało światło latarek.

Skradali się w mroku – najpierw zaroślami, potem wzdłuż niewielkiej skarpy schodzącej ku rzece, na której był zjazd do przeprawy.

Kalenkiewicz nie słyszał żadnych głosów, więc zatrzymał oddział sakramentalnym „padnij!”. Ostrożnie przeczołgał się po pokrytej rosą trawie na skarpę i – ryzykując wiele – wyjrzał.

Zobaczył podjazd rozjeżdżony kołami ciężarówek, na szczęście niezbyt błotnisty. Dalej były dwa rzędy barierek i... czterech Niemców w błyszczących ceratowych płaszczach, w butach z cholewami. Z karabinami na ramieniu. Dwóch paliło, jeden przechadzał się powoli. I wtedy Kalenkiewicz ujrzał coś jeszcze – kołyszące się światło latarki na środku mostu. Na tę stronę Narwi ciągnął drugi patrol! Trzech albo czterech żołnierzy.

Kapitan przypadł do ziemi, czując dreszcze. Wyglądało na to, że wszystkie szkopy pchały się pod bagnety Polaków. Dobrze i źle. Załatwią warty od razu – dobrze. Co będzie jednak, jak tamci zaczną strzelać? Źle!

Aż pożałował, że zgłosił się na tę eskapadę. W głębi duszy narastał w nim gniew na Dobrzańskiego. Ale nie było czasu na deliberacje. Niemcy nadchodzili, zrównali się z wartownikami. Wtedy posunął się na czworakach ze dwa metry, wstał i ruszył biegiem – spokojnym, zrównoważonym, trzymając karabinek z bagnetem nieco pochylony w lewo.

Z tyłu i z lewej usłyszał podnoszących się ułanów. Łoskot podkutych butów, szczęknięcie metalu...

I nagle krzyki! Niemcy nie dali się zaskoczyć, ale nie strzelili! Ten pierwszy, na którego biegł kapitan, cofnął się, łapiąc za pas, na którym przewieszony był karabin. Inny wrzeszczał, trzeciemu wypadł z ust dymiący papieros.

Zderzyli się! Ułani wpadli na przyczółek. Przeciwnik Kalenkiewicza zdjął karabin z pleców, ale przyłożyć do ramienia już nie dał rady. Zastawił się nim, jakby miał bagnet, ale kapitan doskoczył w pędzie, obszedł ostrzem lufę mauzera od dołu, zbił w prawo. I jednocześnie wyprowadzając cios, pchnął Niemca prosto w pierś.

Szlag!

Szkopisko miał na piersi ceratową puszkę na maskę przeciwgazową! Bagnet przebił ją, wszedł w płaszcz, ale nie za głęboko. Odrzucił tylko wroga do tyłu!

Kalenkiewicz wyrwał ostrze, obrócił karabinek w ręku i rąbnął kolbą w łeb – chciał walnąć w twarz, ale trafił w hełm, drewniana kolba strzaskała gogle. Do diabła – gogle, rękawice, płaszcze błyszczące jak psu jajca – to byli motocykliści!

Niemiec krzyknął, ale cios kapitana posłał go na kolana. Próbował jeszcze odskoczyć, na czworakach, ranny, krwawiący...

Kalenkiewicz bez wahania wbił mu bagnet w plecy, powyżej krzyża, w bok kręgosłupa, przyszpilił do ziemi! Bez litości, bez niepewności, bez wahania.

Wahał się 1 września, ale nie dwudziestego dziewiątego dnia wojny!

Obok ułani roznieśli szkopów na bagnetach. Jeden coś krzyknął: Hilfe![4], a może przekleństwo, inny zajęczał. Ostatni po prostu wypuścił broń, kiedy podchorąży Morawski wbił mu bagnet w brzuch, zgiął się wpół, splunął krwią, padł dobity kolbą, przyszpilony ostrzem do ziemi.

Ci, którzy nadeszli, mieli czas na ucieczkę, ale nie na otwarcie ognia. Pierwszy zdołał nawet podnieść karabin do oka, ale w tej chwili podciął go i obalił pędzący z impetem Alicki. Drugi dostał ostrzem od szeregowego ułana, a trzeci zawrócił, wypuścił z ręki latarkę i skoczył w lewo, zbiegając ze skarpy w stronę Narwi. Za nim pognał ostatni żywy kompan.

– Za nimi!

Kapitan nie musiał nawet krzyczeć. Rodziewicz, Alicki, Bisping i Morawski niemal następowali uciekającym na pięty. Zdyszany Kalenkiewicz zobaczył to, do czego biegły szwaby. Za przyczółkiem stał motocykl z koszem!

Pierwszy Niemiec skoczył na siodełko. Spróbował uruchomić BMW kopnięciem. Motor zawarczał, zaterkotał, ale nie odpalił.

Zgrani byli – to fakt – ostatni z uciekających odwrócił się z mauzerem w ręku, osłaniał kolegę, odganiał napastników, ale na walce bagnetem znał się jak na poganianiu krów. Chwytając karabin w dwie ręce, pionowo, próbował machać nim na prawo i lewo, zbić godzące weń ostrza – z równym skutkiem mógłby oganiać się od bąków! Morawski wpadł na niego z rozpędem, przeszył prawie na wylot, obalił na kosz motoru.

Bisping i Alicki zmietli drugiego. Zdołał zakrzyknąć: Ich gebe auf![5], ale w następnej chwili już tylko dygotał na trawie.

Zrobiło się cicho. Któryś ze szkopów jęczał, inny skamlał: Hilfe!, Hilfeeeee, coraz słabiej.

Morawski bez śladu zmęczenia chodził między powalonymi. Dobijał zdychających krótkimi, oszczędnymi ciosami z góry – przyszpilając ich do piasku i błota. Bez litości, bez uczuć, z taką samą kamienną twarzą jak wtedy, kiedy cukał rezerwistów w koszarach w Białymstoku.

– Czego się, szwabski chuju, rzucasz? – mamrotał. – Skamlesz? Hitler w Berlinie cię nie usłyszy. Stękasz jak twoja gruba Berta, kiedy ją sąsiad Werner dosiada.

– Poszli – zameldował Kalenkiewiczowi – do szajsu. Ani jeden nie uciekł.

– Ranni?

– Felek draśnięty. Wszyscy żyją, chwała Bogu.

Kalenkiewicz wszedł na skarpę, wyciągnął latarkę, dał znak.

– Ciała wrzućcie do rzeki. Potem zbiórka i za mną.

Most był długi, rozświetlony światłem księżyca jak autostrada do nieba. Niestety, dudnił od kroków, opadał z pluskiem w dół pod ciężarem idących, a Kalenkiewicz modlił się, aby wśród wartowników po drugiej stronie nie znalazł się jakiś długouchy faszysta.

Za chwilę z jego piersi dobyło się westchnienie ulgi – przyczółek po stronie Łomży był pusty, albo też wszyscy wartownicy przeszli na drugą stronę rzeki.

Od razu dali znać latarkami, skupili się przy wyjeździe na groblę.

Po drugiej stronie wszczął się ruch. Kłusem lecieli koniowodni, każdy prowadzący po trzy konie, sekcje erkaemów, pozostali ułani szli harcownikiem.

Na przyczółku szyk zwęził się, szli dwójkami, ale konie nie chciały wejść na chybotliwy pomost. Wreszcie Dobrzański zmusił Bohatyra, przemknął pierwszy – za nim poszedł cały oddział.

Stukot i łoskot końskich kopyt, chrapanie wierzchowców...

Major podjechał do Kalenkiewicza, jego oczy błyszczały jak dwie gwiazdy na ciemnym niebie.

– Sprawnie poszło, ale za długo. Wystarczyłby zabłąkany samochód na szosie, a mielibyście na karku pół dywizji. – Obrócił się bokiem i rzucił przez ramię: – Następnym razem po mojemu.

Kalenkiewicz odebrał konia od Baryszczaka. Sprowadził go na bok, ustawił w dołku, dopiero wówczas ociężale wsiadł na siodło.

Gwizdek wzywał ich za majorem. Ruszyli po łąkach na północny zachód, pozostawiając Łomżę po lewej.

30 IX 1939, droga do Warszawy

Ledwie obeszli miasto od zachodu, major narzucił mordercze tempo marszu. Szli kłusem, galopami, polnymi i leśnymi duktami, na Konarzyce, Czerwony Bór, a potem Głębocz Wielki i Podbiele, gdzie w lesie zatrzymali się na krótki popas, może na godzinę snu, aby podkarmić konie resztką owsa. Ledwie zjadły, odpoczęły ze dwa kwadranse, zaraz major kazał podciągać popręgi, wsiadać i dalej – na Warszawę.

Jechali całą noc, do świtu i potem za dnia. Konie już nie wytrzymywały. Jeden odparzył się tak, że aż odchodziła skóra na grzbiecie – zostawili go chłopom, dostali za to mleka, chleba, miodu, kartofli z omastą, ugotowanych, zanim wstał świt. Dwa wierzchowce okulały, ostatni zerwał ścięgno w błocie, nie mógł iść ze spuchniętą nogą, na której wcześniej wykwitło jak złowieszcza bulwa gorące zgrubienie.

Bohatyr znosił trudy godnie; to był żelazny koń – czując, że czeka go ciężki marsz, powściągnął temperament, nie rwał do przodu, ostrożnie ważył siły na zamiary, galopował spokojnie, w kłusie nie caplował[6]. Przez leśne ścieżki szedł z głową zwieszoną w dół, jakby wyczuwał tropy zwierząt, czasem sam znajdował drogi, o których wiedzieli tylko kłusownicy i wilki.

Bug przeszli w dzień, pod wsią Udrzyn, daleko za Brokiem. Na szczęście rzeka rozlewała się płytko, przemknęli przez srebrzysty nurt i zaraz wyszły im na powitanie lasy Łochowa, Kurnatowskie. Kluczyli nimi, unikając patroli niemieckich, czasem zamierali w gęstwinie, bo tuż, zaraz obok, słychać było szum motorów, zawzięte szwabskie jazgotanie, łoskot gąsienic.

Był już wieczór, kiedy dotarli do folwarku leżącego w szczerym polu, przed pasmem lasu, ciągnącym się jak wielka ciemna plama ze wschodu na zachód i sięgającym aż po Okuniew i Zielonkę po wschodniej stronie Warszawy. Dwór otoczony był kamiennym murkiem z balustradą, wjazd był od wsi – wysoka, zakratowana brama z murowaną kordegardą. Dobrzański podjechał bliżej, razem z Kalenkiewiczem i rotmistrzem stanęli jak przed fortecą.

– Otwierać! – okrzyknął Sołtykiewicz.

– A kto tam?! – rozległ się drżący głos. – Po nocy?

– Wojsko polskie!

Nagle znalazł się stróż – starowina z białym wąsem, zaraz potem drugi – młodszy. Pierwszy pobiegł starą aleją, wysadzaną ogromnymi lipami, drugi przyjrzał się ułanom, zmrużył oczy, a potem w świetle latarki otwierał bramę, zgrzytając kluczem.

– Jak wojsko, to prosimy, prosimy. – Pokazywał za siebie, uchodząc z drogi, co przychodziło mu z trudem, bo utykał na lewą nogę. – Pani dziedziczka zaraz przyjmie, Wojciech pobiegł zawiadomić.

– Panowie za mną – powiedział Dobrzański do rotmistrza i kapitana. – Reszta czekać.

Wjechali do parku, przebyli aleję, na jej końcu był klomb jesiennych kwiatów, blask umierającego dnia wydobywał z półmroku parterowy, murowany dwór z gankiem, nad którym widniała herbowa tarcza – podkowa i krzyż kawalerski – Jastrzębiec.

Na ganku stał stróż z latarnią i człowiek ze strzelbą, pewnie gajowy. Światło latarki ugodziło ostro.

– Nie po oczach! – wybuchnął Sołtykiewicz.

– A, przepraszam, panie oficerze.

Dobrzański podjechał wprost do okna, które otwarło się zapraszająco. Istotnie, dostrzegł w nim czarnowłosą kobietę o białej cerze, regularnych rysach. Niestety – czego nie omieszkał zauważyć – w wieku popoborowym. Ale przynajmniej szczupłą, zakonserwowaną przez wiatr, polowanie i konie.

– Panowie oficerowie uważają?

– Pozwoli szanowna i piękna pani przedstawić się i ucałować śnieżnobiałe rączki: major Henryk Dobrzański z oddziałem ze Sto Dziesiątego Pułku Ułanów. Prosimy o gościnę.

– Ja... jak to? – Załamała ręce. – Panowie na koniach, z bronią, a wokoło tylu Niemców?

– Idziemy na pomoc Warszawie.

– Warszawa padła. Dwa dni temu, dwudziestego ósmego...

Słowa jak grom. Dobrzański poczuł, że przeszył go prąd. Kalenkiewicz aż jęknął, Sołtykiewicz odchylił się w kulbace, jakby chciał położyć się na końskim zadzie.

– Jak to? Kiedy?

I najbardziej rozpaczliwe słowo, jakie mogło przejść przez usta:

 

– Dlaczego?!

– Skąd pani wie? – zapytał Kalenkiewicz. – To pewne?

– Ależ w polskim radiu mówił... Józef Małgorzewski. Proszę pana, to nie jest żadna plotka. Zresztą od dwóch dni nie słychać armat.

– A Anglia i Francja? – zapytał głucho major. – Ruszyli? Pytam się!

– Nie, proszę pana. Nic nie wiem.

– Koniec świata ułanów – mruknął kapitan. – Co teraz?

– Panie rotmistrzu, proszę rozlokować żołnierzy na kwaterach.

– Majorze – dziedziczka wychyliła się przez okno – nie we wsi. Tam czasem zachodzą Niemcy. Rozłóżcie się w parku, między drzewami. Konie rozsiodłajcie i puśćcie na pola, żeby nikt nie zobaczył, że tu stoi wojsko. Mamy piękne pastwiska, zagrodzone, żaden nie ucieknie.

Do okna przecisnęła się druga kobieta – młodsza, jasnowłosa, spoglądała na przybyłych z ciekawością albo zgrozą.

– Zapraszamy panów na kolację. Dla ułanów... też będzie coś specjalnego. Zofia, budź Jana, niech rozpala pod kuchnią. Przepraszam, nie przedstawiłam się...

– Proszę poczekać, podjedziemy na ganek.

– Na ganek, och! Zapraszamy.

– Panie rotmistrzu, proszę rozlokować żołnierzy w parku i wypuścić konie. I niech pan – dodał po chwili major – nic jeszcze nie mówi, proszę. Sam przyjdę.

Dobrzański zrobił zwrot w lewo, podjechał pod stopnie, zeskoczył z fantazją, po kozacku, ale dopiero wtedy, kiedy z otwartych drzwi wyłoniła się dziedziczka i ta druga – młodsza, panna. Obok po strzemieniu zsiadał Kalenkiewicz. Major ucałował rękę gospodyni. Mimo całego nieszczęścia potrafiła jeszcze się uśmiechać.

– Major Henryk Dobrzański, pani pozwoli.

– Panna, za pozwoleniem. Zofia Julia Arkuszewska. Właścicielka. A to moja siostra, Wandzia Chełmicka.

Zważywszy, że siostra nosiła inne nazwisko, to ona była panią. Cóż, nie czas był o tym myśleć. Kalenkiewicz przedstawiał się po sapersku, bardziej to on wyciągał rękę damy ku ustom, niż zginał się przed nią w ukłonie.

– Panie majorze, prosimy do środka, na skromną kolację. Pana i oficerów.

– Co wy poczniecie – załamała ręce Wanda. – Wszędzie Niemcy, nasi idą do niewoli, w Radzyniu bolszewicy. Nie wiem, co z mężem.

– Proszę się nie bać. Gdzie pięćdziesięciu ułanów, tam dwie damy mogą czuć się tak bezpiecznie, jakby ich ślicznych lic broniła cała armia. Na razie będzie paniom towarzyszył mój adiutant. – Popchnął Kalenkiewicza. – Trochę nieśmiały, bo z kresowych borów. Ja za chwilę wrócę na kolacyjkę do pięknych pań. Obowiązki wzywają.

Ledwie odwrócił się od niewiast, uśmiech znikł z jego twarzy. Chmurny i niedostępny, zanurzył się w mrok parku. Między drzewami błyskały latarki, żołnierze rozkładali pałatki, czyścili konie, poili je w dworskich sadzawkach.

Major przeszedł między nimi ponury, złowieszczy. Zatrzymał się na małej polance.

– Wszyscy do mnie! Spocznij! Spokojnie, to nie jest zbiórka. Może już nigdy nie będzie zbiórek, nie będzie wojska, nie będzie nic.

Ułani podrywali się, gromadzili wokół niego. Nie patrzył im w oczy, nie mógł. Stał w chłodnej ciemności, pod wiekowym dębem, wsparty pod bok.

– Żołnierze, nie będę ukrywał prawdy. Warszawa padła, zanim doszliśmy. Dwa dni temu wydano oficjalny komunikat.

Nie miał już sił, aby podtrzymywać w nich wolę i opór. Zresztą było mu wszystko jedno, ilu odpadnie. Zakładał, że zostaną najlepsi.

Jeden jęknął, drugi rzucił karabin. Opadały ręce i głowy, oczy stawały się puste i mokre. Nie wstyd było łez. Ktoś szlochał, modlił się, kilku poklękało na ziemi.

– Kto chce, może zakończyć walkę, ale ja tego nie zrobię. Munduru nie zdejmę, broni nie złożę, jak mam zginąć, to w mundurze, z bronią. Będę się przedzierał na Węgry. Ci, którzy chcą iść dalej, wymarsz jutro przed świtem.

Odwrócił się i odszedł. Zanim zjawił się na pokojach, zawołał Baryszczaka, kazał przynieść gorącej wody. I przez prawie godzinę golił się, namydliwszy policzki podłym szarym mydłem.

A kiedy zobaczył po tych wszystkich marszach, walkach i ucieczkach biały obrus, talerze i lśniące sztućce, poczuł się, jakby nagle znalazł się w innym, sztucznym świecie. Niczym w baśniowym domku dla lalek z kaliskiej fabryki Szrajera.

Kłopot w tym, że ten domek walił się, a kraj dokoła płonął.

1 X 1939, dwór w Krubkach, godzina 6.25

Ktoś zastukał do pokoju, w którym Dobrzański wklepywał sobie przemysławkę w policzki. Taka toaleta w celu doprowadzenia oblicza do porządku trwała u niego czasem i pół godziny. Usłyszał głos plutonowego Alickiego:

– Panie majorze, proszę wstawać, Niemcy!

Szarpnął za klamkę, a plutonowy speszył się, widząc majora na nogach.

– Nie śpię! Przecież muszę myśleć za was wszystkich. Co się dzieje?!

– Jadą ciężarówką. Są pod bramą.

– Panie majorze – usłyszał głos Zofii Arkuszewskiej – proszę o spokój. Oni nie do was.

Dziedziczka wbiegła do pokoju. Pomimo wczesnej pory była ubrana w czarną sukienkę, pończochy i pantofelki, na ramiona narzuciła szarą chustę, która kompletnie nie pasowała do stroju – gospodyni wyglądała w niej jak stara panna.

– Niemcy tu przyjeżdżają, ja na śmierć zapomniałam, po żywność.

– Każ ułanom pochować się w parku i na folwarku. Niech żaden nie wychyla nawet nosa. Strzelać tylko na rozkaz, kiedy ja zacznę albo was odkryją.

– Tak jest!

– Niech pan wejdzie na górę. Lepiej, żeby nie widzieli...

– Oczywiście, szanowna pani.

Podjął z krzesła futerał z rewolwerem, przewiesił przez lewe ramię, wyciągnął broń, przeładował. Zofia przyglądała się temu ze strachem.

– Będziecie strzelać?

– W samo serce, szanowna pani! Proszę powiedzieć stróżowi, żeby długo grzebał się przy bramie. Musi dać nam czas.

– Niech pan się schowa, proszę.

Wycofał się do bocznego pokoju, gdzie były schody. Stanął przy otwartych drzwiach, chłonąc każdy szmer, który dochodził z dołu, a potem ostrożnie wszedł na górę.

Najpierw dobiegł go szum motoru. Samochód zatrzymał się, rozległy się kroki na ganku i wreszcie – typowo niemieckie – butne i chamskie walenie w drzwi.

– Guten Morgen, Frau Arkuschewska, wir kommen Proviant nehmen...[7]

Nie słyszał dalszego ciągu. Drzwi trzasnęły znowu, motor zahuczał, samochód pojechał. Kiedy major wyjrzał przez małą lukarnę z poddasza, zobaczył fragment podjazdu do dworu, trzech Niemców w szarozielonych mundurach i furażerkach, noszących na ciężarówkę ciężkie worki. I... Alickiego za dębem, z karabinkiem w ręku. Plutonowy trzymał szkopów na muszce, starczyłby jeden fałszywy gest, a rozpętałoby się piekło.

Na szczęście Niemcy nie wściubiali nosa w polskie sprawy. Załadowali, co trzeba, i pojechali, śmiejąc się i żartując. Major odetchnął. Zabezpieczył broń, zapiął kaburę i zszedł na dół.

Arkuszewska była już w jego pokoju. Wyjmowała z szaf i rozkładała na łóżku jakieś rzeczy. Białą, wykrochmaloną koszulę, dwurzędową, sportową marynarkę, sztuczkowe, zaprasowane w kant spodnie i włochaty golf.

– Już pojechali. Mówiłam, że nie będzie strachu.

– Co pani robi? Porządki?

– Przygotowuję cywilne ubranie.

– Dla męża?

– Dla pana.

Podeszła do niego z marynarką w ręku, przyłożyła do piersi; poczuł dotyk jej dłoni, trochę drżących.

– Musicie się przecież przebrać, Niemcy was złapią i...

– Droga pani, pięknie dziękuję mojej bogini za przysługę, ale ja w mundurze i do śmierci w mundurze. Proszę to schować.

– Żaden kłopot. Przecież może pan tu zostać, ukrywać się. Ja jestem sama, siostra wyjedzie i...

Dobrzański milczał, patrząc jej w oczy. Nie mówił, bo wszystko to już widział – siebie samego w marynarce albo w swetrze z golfem i kożuszku, chodzącego po folwarku, wydającego rozporządzenia fornalom, ukrywającego dorodne krowy i byki, zanim zabiorą je Niemcy, długie wieczory przy kominku i ciepłe... kapcie?

– Dziękuję pani za troskę – ucałował jej dłoń – ale wojna jeszcze się nie skończyła.

– Chce pan zginąć?

– Będziemy się przedzierać na Węgry. Za godzinę ruszamy.

– Zabiją pana swoi, nie Niemcy... – Machnęła ręką w stronę parku. – Prowadzi ich pan na śmierć.

– Tylko ochotników. Szanowna pani – ujął ją za rękę i ścisnął mocno – jeśli chce pani być pomocna, prosiłbym uniżenie o przybory do pisania.

Odwróciła się, chyba zła, przyniosła z drugiego pokoju kałamarz, stalówkę z obsadką i papeterię – wszystko staroświeckie, na miedzianej tacy. Postawiła ją na sekretarzyku, pod portretem wąsatego mężczyzny z bokobrodami, pewnie jej ojca lub starszego brata.