Ryzykowny pomysł

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ryzykowny pomysł
Ryzykowny pomysł
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 32,98  26,38 
Ryzykowny pomysł
Ryzykowny pomysł
Audiobook
Czyta Wojciech Masacz
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział czwarty

Przez kolejne dwa tygodnie wpatrywałem się w ekran komputera i modliłem o cud. Potrzebowałem dowodu, że w salonie kosmetycznym pani Marzeny dzieje się coś dziwnego. Dzień po dniu Radek Sito kręcił film, a ja przeglądałem zdjęcia. Ludzi, którzy odwiedzali salon było dużo, o wiele za dużo, co utrudniało zapamiętywanie. Notowałem na kartce różne spostrzeżenia, ale do satysfakcji pisarskiej było mi daleko. No bo co można powiedzieć o kobiecie, która wchodzi do salonu ubrana w żakiet, a wychodzi w bluzce? Na pewno, że utrudnia robotę. Często dopiero na zbliżeniach odkrywałem, że mam przed oczami tę samą osobę. Salon odwiedzali także mężczyźni. Różni – mali, wysocy, starzy, młodzi i nijacy. Sam kwiat, prawie prezenterzy telewizyjni.

Mój pokój przypominał hotel po wizycie wrogo nastawionej drużyny piłkarskiej. Wokoło leżały ubrania, kasety, butelki po winach, opakowania po chipsach, pizzach, chińszczyźnie i kurczakach. Tyle dobrego, że ze zdenerwowania nie wyprułem bebechów z kanapy i foteli. Od czasu do czasu miałem telefony i chyba to mnie naprawdę uspokajało. Mama, redakcje, producenci, reżyserzy, a czasami jakaś aktoreczka o botoksowych ustach chcieli wiedzieć, czy czegoś mi nie brakuje. O tak, brakowało mi szczęścia. Nie mogłem dobrać się do miodu. Moje podejrzenia okazywały się nic niewarte. Nawet Radek zaczynał mieć dość. Ostatnio powiedział mi, że od tego podglądania odechciewa mu się jeść. Niewątpliwie imały się go myśli samobójcze.

Drgnęło czternastego dnia. O drugiej w nocy, kiedy byłem już nieźle wstawiony po wypiciu dwóch win, zauważyłem, że do salonu weszła staruszka w kapelusiku i w ogóle z niego nie wyszła. Porobiłem zbliżenia wszystkich klientów w tym dniu i okazało się, że mam coś jeszcze. Z salonu wyszła kobieta, która wcześniej tam nie wchodziła. A dworzec kolejowy to przecież nie był. Kobieta, czy raczej dziewczyna, miała nieprawdopodobnie piękną twarz i mogła mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat. Powiększyłem obraz staruszki i dziewczyny, porównałem z innymi zdjęciami, ale niczego mądrego nie wymyśliłem. I tu wkroczyła na scenę piracka kopia pewnego programu. Po chwili wiedziałem już, że staruszka odwiedziła panią Marzenę tydzień wcześniej. Wtedy jednak, co za ulga, po piętnastu minutach wyszła z salonu o własnych siłach. Teraz, biedactwu, najwyraźniej już się nie udało.

Położyłem się spać około czwartej i oczywiście nie zasnąłem do siódmej. Potem wstałem, wziąłem prysznic, ogoliłem się i starannie ubrałem. Tyle przynajmniej mogłem dla siebie zrobić. Zabrałem ze sobą odbitki zdjęć obu tajemniczych kobiet i ruszyłem na spotkanie z Radkiem. Chciałem go przekonać, że znalazł cel w swoim życiu i powinien kręcić dalej. Co najmniej przez następne dwa tygodnie. Pierwszą niespodzianką była nieobecność Radka w samochodzie. A było wpół do dziesiątej. Od pół godziny powinien mieć włączoną kamerę. Po raz drugi zdziwiłem się, kiedy stwierdziłem, że samochód był otwarty. Wyglądało na to, że mój kamerzysta poczuł się w Warszawie bezpiecznie i dał temu wyraz. Kiedy nie pojawił się przez następne dwie godziny, wiedziałem, że coś jest nie tak. Zadzwoniłem do niego do domu, ale nikt nie podniósł słuchawki. Sprawdziłem dokładnie wnętrze samochodu. Niestety, kamery nie znalazłem. Panel do radia tkwił za to w schowku i wołał o rękę złodzieja.

Można powiedzieć, że poczułem się samotny i niechciany. Na policję nie miałem po co dzwonić. O tej porze drzemali. Poza tym nie wiedziałem, co miałbym im powiedzieć. Temat był tak niewiarygodny, że nadawał się raczej do „Archiwum X”, a nie do referowania na normalnym posterunku. Wyobraziłem sobie, jak tłumaczę jakiemuś mundurowemu, iż w salonie kosmetycznym pani Marzeny znikają i pojawiają się różne kobiety. Ot, tak sobie, raz-dwa: baba jest, baby nie ma. Już widziałem ten wzrok i pełne zrozumienia potakiwanie. Rozejrzałem się po ulicy, przespacerowałem się wzdłuż raz jedną, raz drugą stroną, i uznałem, że pora na dociśnięcie pani Marzeny. Wszedłem więc do jej salonu, zatrzymałem się przy wejściu i skinąłem na powitanie głową. Prawie jak świętej pamięci aktor John Wayne, co zrobiło dobre wrażenie. Kosmetyczka zostawiła klientkę na łóżku i podeszła do mnie z obiecującym ruchem bioder. Nie ulegało wątpliwości, że seks mógł mieć na imię „Marzena”.

– Dzień dobry. – W taki sposób pienił się proszek do prania. – Nie daje mi pan spokoju. Mówiłam już panu, że nie rozumiem o co chodzi...

– Wychodzi na to, że będę musiał się powiesić – odparłem. – Mam dwa zdjęcia, które chcę pani pokazać. Poznaje pani te kobiety?

Klientka na łóżku westchnęła, co miało oznaczać, że moja audiencja powinna dobiec końca. Obrzuciłem wzrokiem „to coś” i poczułem niesmak. Dziewięćdziesiąt kilogramów i figura świnki Piggy. Twarzy nie widziałem, bo była zakryta maską. Domyśliłem się, że miałem do czynienia głównie z charakterem i intelektem. „I niech tak zostanie” – uznałem. Pani Marzena przynajmniej cieszyła oko. Obejrzała zdjęcia staruszki i młodej piękności z filmu Radka, po czym uśmiechnęła się tajemniczo.

– Chce mnie pan poderwać? – szepnęła i zrozumiałem w jednej sekundzie, co oznacza silnik nowej generacji. – Kończę o szóstej. Ostatecznie możemy pójść na kawę i porozmawiać. To jak?

– Będę punktualnie – odpowiedziałem równie cicho i wyszedłem z salonu. W ustach pani Marzeny „to jak?” zabrzmiało obiecująco. Plus nasze cztery łydki, oczywiście.

Radka nadal nie było. Ogarnęło mnie głupie uczucie. Wokoło tętniło życie, zatrzymywały się i ruszały samochody, chodzili ludzie, otwierały się i zamykały dziesiątki drzwi, a ja naprawdę zaczynałem denerwować się o swojego kamerzystę. Gdyby poszedł coś zjeść, to do tej pory powinien wrócić. Poza tym jeszcze mu nie zapłaciłem. Znów miałem ochotę pojechać na policję i o wszystkim im opowiedzieć. Jednak była to tylko ochota praworządnego obywatela. Ten drugi, niepraworządny, chciał robić coś zupełnie innego. I wygrał. Pojechałem do telewizji i zacząłem pytać o Radka. Nikt go nie widział od dwóch tygodni. Czyli wszystko wyglądało normalnie. Sekretarka, panna Ilona Vogler, zwana na korytarzach „Matką”, zauważyła moje rozdrażnienie i przytomnie podała mi adres Radka. Uznałem, że mam sobie szybko pójść. Wykrzywiłem twarz w uśmiechu i posłusznie ruszyłem do wyjścia z gmachu telewizji. Po drodze spotkałem kilka osób z tak zwanej starej gwardii – jedna powitała mnie podskokiem w mini mimo dawno ukończonych czterdziestu lat, druga pocałowała w policzek, jakby miała to wpisane w geny, a trzeci podał mi rękę z tym wyrozumiałym wyrazem twarzy redaktora bez libido. No i pojawił się nagle mój przyjaciel, zresztą jedyny, jakiego miałem, Roman Czomski. W telewizji pracował prawie od urodzenia – teraz był szefem redakcji reportażu i filmu dokumentalnego. Rasowy wyżeracz w tej branży. Gdybym chciał policzyć jego układy, musiałbym wpaść na matematykę Uniwersytetu Warszawskiego.

– Fajnie wyglądasz – powitał mnie, co oznaczało w jego języku: „będziemy mieli pogrzeb?”.

– Węszę – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – I właśnie zgubiłem ślad...

– Mogę pomóc? – I za to właśnie go lubiłem. Konkretny jak wlew paliwa.

– Jeszcze nie – uspokoiłem go. – Ale jak dobrze pójdzie, to dam ci znać.

– Ty mówisz poważnie – stwierdził z grobową miną.

– Mam coś, o czym nikomu się jeszcze nie śniło. Muszę to tylko sprawdzić...

– Nie wdepnij – ostrzegł mnie. Uśmiechnął się, poruszał mi hipnotycznie palcami lewej dłoni przed nosem i odszedł. Za to też go lubiłem.

Jechałem na ulicę Jana Pawła II do włoskiej restauracji i zastanawiałem się, w jaki sposób odnaleźć kobiety ze zdjęć. Nie byłem pewien, czy pani Marzena zechce ze mną współpracować. Wszedłem do restauracji i zamówiłem spaghetti z pieprzem i masłem. Danie dobre dla każdego, pod warunkiem, że jest głodny. Poszukałem wzrokiem znajomych, ale o tej porze wszyscy ciężko pracowali. Bez takiej pracy waliły się państwa, ginęły narody i wypaczał sens życia. Rozumiało to każde dziecko i niektórzy dorośli. Ja wolałem jeść i patrzeć na młodą kelnerkę. Jej spojrzenie informowało mnie, że jest zdecydowana i nigdy nie wróci do rodzinnej wsi.

Po jedzeniu postanowiłem pojechać do siebie i przespać się. Na osiemnastą musiałem być w formie. Nigdy nic nie wiadomo. Nacisnąłem pilota, mój mini mrugnął, wsiadłem i straciłem przytomność. Co za przyjemne uczucie. Zaczynałem się przyzwyczajać. Dopiero potem boli głowa i chce się pić. Ocknąłem się w jakiejś piwnicy. Wyglądała nawet, nawet. Pomalowana, ze stołem bilardowym, fotelami i barkiem długim jak wspomnienie po pierwszej dziewczynie. Siedziałem w fotelu i dochodziłem do siebie. Pomacałem głowę, ale nie stwierdziłem żadnych obrażeń. To się nazywało stracić przytomność w dobrym stylu. Cham pewnie miałby łeb rozbity rurką. Przede mną siedział facet – a jakże – w czarnej czapce z dziurami na oczy i usta. Elegancki inaczej, czyli nowobogacki. Dałbym głowę, że umiał grać w polo i fotografował się z królami. Na rękach miał sygnety, które wyglądały na rodowe. Najwyraźniej gość lubił nosić przy sobie dwa herby naraz. Za nim, ubrany znacznie biedniej, ale też mną zainteresowany, stał wielki chłop z dłońmi większymi od okładki albumu. Światło było skąpe – paliła się tylko jarzeniówka nad barem.

– Mam z panem kłopot, panie Arturze – odezwał się podwójny arystokrata. – Zainteresował się pan tematem, który należy do mnie. – Miał miły głos.

– Gdzie jestem? – Uwielbiamy stawiać takie pytania, to jasne.

Mój rozmówca rozejrzał się wokoło i zgodnie z prawdą odpowiedział:

– W piwnicy. Jesteśmy w piwnicy, panie Arturze.

– Kim pan jest? – zapytałem bez nadziei na odpowiedź. Myliłem się.

– Biznesmenem. Tak można powiedzieć. – Piękna kwestia. Następny ruch należał do mnie.

– I czego pan ode mnie chce?

– Proszę nie denerwować mojej przyjaciółki. To nie jest temat dla pana – wyjaśnił elegant.

 

– Ona mnie nie interesuje...

– W ogóle?

– Ona w ogóle. – O naiwności! Facet jadł mnie palcami jak chciał. Nie byłem związany i prawdę mówiąc zbierałem się do wyjścia.

– Proszę nie wstawać, odwieziemy pana. – Teraz mój gospodarz prawie pogłaskał mnie po głowie. – A więc ustalmy. Nie ma tematu „Marzena”. Rozumiemy się?

Jasne, że tak. Rozumieliśmy się, jak szpadel grabarza z ziemią.

– Chcę nakręcić film... – Odważnie zaatakowałem mur obojętności. Wtedy facet podniósł rękę do góry, a stojący za nim goryl podał mu kamerę. A dokładniej: podał mu kamerę Radka Sity. No i mamy pierwszego trupa, pomyślało mi się szybciutko.

– Czas zdjęciowy już się skończył – zdecydował za mnie mężczyzna. Chyba mnie lubił. Wiadomo, że decydowanie to ciężki kawałek chleba. – Zwracam panu kamerę, oddaję kamerzystę i proszę brać się do pracy.

Ładnie budował zdania. „Zwracam”, „oddaję, „do pracy” – wspaniała mapa charakteru. Poza tym „oddawał mi kamerzystę”. Wzór dobrego wychowania. Pewnie dlatego pokiwałem głową i wstałem. On też wstał. Pokazał mi ręką kierunek. Nacisnął jakiś przycisk w ścianie i przez chwilę wydawało mi się, że na taką okazję czekał od urodzenia. Dopiero teraz zauważyłem, że z tyłu piwnicy znajdowało się olbrzymie akwarium. Rozejrzałem się i wykazałem niezdrową ciekawość. Goryl szedł za mną. Zjadł tyle sterydów, że jego oddech przepalał mi marynarkę. Elegant z sygnetami odsunął zasłonę leżącą na akwarium, po czym pochylił się i podniósł do góry coś, co przypominało fragment grubej gałęzi. Zbliżył to do światła i zrobiło mi się niedobrze. Pan Śmiertelny Strach błyskawicznie się ze mną zaprzyjaźnił. Miałem przed oczami odrąbaną ludzką rękę. Dłoń z palcami i przedramieniem. Nawet w mdłym świetle widać było zakrzepłą krew. Mężczyzna bez słowa włożył kończynę do akwarium i na własne oczy zobaczyłem, jak ryby zaczęły ją szarpać. Wytrzymałem tylko dzięki sztuce filmowej. Dobrodziejka przyzwyczajała mnie do tej chwili przez całe życie. Ale i tak było mi niedobrze. Po chwili ręka zniknęła. Na dnie akwarium pozostały tylko ogryzione kości. Miałem nadzieję, że nadal jestem nieprzytomny.

– Widział pan kiedyś coś takiego? – Pytanie zabrzmiało najzupełniej poważnie. Ot, ktoś mnie pytał, czy smakował mi deser.

– Chciałbym wiedzieć, gdzie jest mój kamerzysta? – To się nazywało wziąć się za siebie. Mój gospodarz objął mnie ramieniem. Na początek. Klepanie po plecach jeszcze bardziej zbliżyło mnie do tego człowieka.

– Siedzi w swoim własnym samochodzie – wyjaśnił. – I proszę pamiętać. Pani Marzena dla pana umarła. – Odwrócił się do mnie tyłem i zaczął wodzić palcem po szybie akwarium. Poczułem, że na mojej głowie znalazł się płócienny worek, a usłużna ręka popchnęła mnie do przodu.

– Mój asystent odwiezie pana na miejsce – usłyszałem ten sam głos. Don Corleone mógłby brać u niego korepetycje. Od tej chwili postanowiłem uważać na wszystkich asystentów.

Kiedy wysiadłem z samochodu, odczekałem przepisowe dziesięć sekund i zdjąłem w głowy worek. Tak, jak kazał asystent. Znów stałem przed włoską restauracją na ulicy Jana Pawała II i mogłem skorzystać z mojego samochodu. Jak wolny człowiek. Najpierw chciałem zadzwonić do mamy i usłyszeć jej głos, potem zacząłem się śmiać jak głupi, wreszcie wsiadłem do samochodu i poczułem, że chyba jednak nie zostałem dobrze przygotowany do życia. Moje spodnie były mokre, a przecież nie skakałem przez kałuże. Potem zobaczyłem kobietę, która zatrzymała się przed wystawą sklepową i rozmawiała przez telefon komórkowy. Niby nic, a jednak mnie wzięło. Była tak ładna jakby ktoś uszył ją na miarę. Mój typ. Kiedy mnie mijała i wsiadała do niebieskiego subaru imprezy, nasze oczy spotkały się i wiedziałem już, że lepszej chwili na autoprezentację nie mogłem sobie wymarzyć. Widocznie Bóg chciał, żeby dostrzegła we mnie człowieka i udało się. Miałem szczęście, żę nie rzuciła mi piątaka na odchodne. Pa, pa, moja niespełniona miłości.

– Bo się zaplujesz, ty zboczeńcu – usłyszałem nagle tuż obok. No i proszę, elegancka staruszka w kapelusiku pogroziła mi laską. Musiała wiedzieć, co chodziło mi po głowie, kwoka jedna.

Zadzwoniłem do Radka Sity, modląc się w duchu o jego zdrowie. Już po kilku słowach wiedziałem, że był zdrowy jak koń. Rozmawiał ze mną z pełnymi ustami.

– Gdzie ty byłeś? – zacząłem, nie włączając silnika.

– Jak to, gdzie? W domu. Spałem... – A więc jednak choroba Radka nie ominęła.

– Spałeś? Miałeś kręcić film...

– No i kręciłem...

– Wiesz, jaki dzisiaj dzień? – Musiałem rzecz doprowadzić do końca.

– Wiem. Piąty maja – odpowiedział Radek. Kiedy on się tego nauczył? „Maja”, a nie „maj”.

– Szósty, bracie. Jest szósty maja – naprowadziłem go. Pomilczał kilka sekund, mlasnął i nic. – Przespałeś prawie dobę...

– Taaak? – zdziwił się, ale żarcie robiło swoje. Kiedy żarł, zapominał o wszystkich smutkach świata. Jedna dobę w tę, czy w tamtą, nie robiła mu różnicy. – Niezły numer, co?

– Na razie kończymy ze zdjęciami. – Moja decyzja była nieodwołalna. – Jutro ci zapłacę i oddam kamerę. Cześć.

A teraz do domu, do wanny, do łóżka. Oczywiście powinienem to zrobić, ale nie zrobiłem. Zachowałem się tak, jakbym miał nie dwa, a trzy herby. Żałowałem tylko, że już nie rozdawano córek. Dostałbym najładniejszą i cesarstwo.

Rozdział piąty

Umyty i odświeżony czekałem na przepustkę w Komendzie Głównej Policji. Podinspektor Henryk Wrona najwyraźniej się do mnie przyzwyczaił. Kiedy zadzwoniłem i poprosiłem o spotkanie, rzucił wszystko i przystał nawet na moją godzinę. Była za dwie siedemnasta. Strażnik sprawdził moją legitymację i kiwnął głową, że mogę wejść. Gdyby nie dobre wychowanie, z łatwością mógłbym ich puścić z dymem. Po drodze mijałem osoby ważne i ważniejsze. Przyglądały mi się krótko, ale nadzwyczaj intensywnie. Spróbowałem odpowiedzieć takim samym spojrzeniem, ale wprowadziłem w ich szeregi tylko zamęt. Policjant w stopniu komisarza zaczął się za mną oglądać. Dygnąłem wdzięcznie bioderkiem. Niech ma, neandertalczyk jeden. Głowę daję, że z chęcią by do mnie wygarnął. Na gębie miał wypisaną specjalność: szpicel.

Podinspektor Wrona wyjrzał na korytarz i pomachał do mnie. Odmachałem i to mnie całkowicie zakonspirowało. Kiedy ściskał mi dłoń i zapraszał do swojego pokoju, miałem wrażenie, że świat o nas zapomniał i w końcu znalazłem właściwego człowieka do zwierzeń. Miejsce pracy podinspektora przypominało rysunek ze szkoły podstawowej. Był stolik, cztery krzesła, biurko, lampka, telefon i zakurzone radio. Nie było żaluzji, szafy i miłego wrażenia. Ktoś bardzo się postarał, aby nie zepsuć policjantom dobrego smaku. Podinspektor wskazał mi krzesło, sam usiadł za biurkiem i przepisowo jęknął:

– Panie redaktorze, co pana do mnie sprowadza?

– Da mi pan ochronę? – zapytałem z grubej rury. Podatnik płaci, podatnik ma.

Podinspektor zapalił papierosa i wypuścił dym nosem. Piękna filmowa sztuczka. Sam nie paliłem, mogłem sobie tylko popatrzeć. Po moim pytaniu podinspektor zajął się swoimi paznokciami. Ogólnie nie wyglądał zadowalająco: niski, grubawy, z łysinką, w swetrze, jeansach i tanich butach. Prawie niewidzialny. Kiedy już obejrzał swoje za długie paznokcie, przeszył mnie spojrzeniem.

– Ktoś panu groził? – raczej stwierdził niż zapytał.

– Całkiem niedawno – odparłem. – Ktoś mnie uśpił, porwał, przepytał w jakiejś piwnicy i na koniec zafundował przedstawienie. Na moich oczach wrzucił ludzką rękę do akwarium z piraniami.

– Groził panu, czy nie? – Podinspektor powtarzał się. W innych okolicznościach uznałbym go za nudziarza.

– Nie wprost. Raczej poinformował, że już nie zajmuję się pewnym tematem. Mam o nim zapomnieć. To groził mi, czy nie? – Tym razem przeszedłem samego siebie.

– Może tak, a może nie – stwierdził sprytnie policjant. – O jakim temacie pan mówi?

– Chcę zrobić film o klientach salonu kosmetycznego. Wybrałem sobie jeden i nawet umówiłem się z właścicielką...

– Nazwisko? – Był cudowny. Lepszy niż Clint Eastwood i Michael Douglas.

– Marzena Zioło – odpowiedziałem najlepiej jak umiałem.

– Może to jej facet? – podpowiedział mi podinspektor. W pokoju czuło się adrenalinę.

– Raczej nie. Porywacz kazał mi się do niej nie zbliżać. Mam zapomnieć, że Marzena Zioło istnieje i ma jakikolwiek salon kosmetyczny – wyjaśniłem. Musiało mu to wystarczyć. Chyba zwietrzył, że nie chcę mu powiedzieć wszystkiego, bo stał się oficjalny.

– Proszę to zgłosić. Oczywiście porywacze byli w maskach... – stwierdził. – A z tą ochroną to niech pan nie przesadza. Gdyby chcieli pana sprzątnąć, już by pan nie żył. Jest dobrze, redaktorze, jest bardzo dobrze. Jakby co, to niech pan dzwoni.

– Umówiłem pana z gwiazdą serialu „Całowanie na śniadanie”. Tą, która gra Marysię... – dorzuciłem. – W środę o piętnastej w „Il Poppo”.

– Naprawdę? – pytał poważnie i otrzymał poważną odpowiedź.

– Naprawdę. Zapamiętał pan?

– No jasne. Strasznie się cieszę – sapał z wrażenia.

Pomógł mi. Każdy przyzna, że taka rozmowa stawia człowieka na nogi. Nie łudziłem się, że zechce mi od razu jeść z ręki. Chodziło raczej o poinformowanie, że ktoś się do mnie dobierał. Tak na wszelki wypadek, aby dziecko znało swojego ojca.

Wyjechałem spod Komendy Głównej w naprawdę dobrym nastroju. Miałem za sobą podinspektora Wronę z Wydziału Śledczego i wiarę w społeczną sprawiedliwość. Plus dobry garnitur, wszystkie zęby, miejsce do spania i sporo znajomych. Na pewno nie był to czas na umieranie. Włączyłem Radio Pin i popłynęła muzyka. Smętne dźwięki saksofonu, trochę pianina, skrzypce, szemrząca perkusja i nie byle jaki głos zrobiły swoje. Na spotkanie z panią Marzeną jechałem z nadzieją w sercu. Podinspektor Wrona miał rację – było dobrze. W końcu to nie moją rękę ogryzły ryby. W pobliżu salonu kupiłem kwiaty i tak uzbrojony wszedłem do środka. Pani Marzena chyba wzięła prysznic, bo wyglądała jak po urlopie. Uśmiechnęła się, włożyła na siebie jasny płaszcz i odebrała mi kwiaty. Musiała wiedzieć, że je przyniosę, bo wazon z wodą już stał w pogotowiu. Zamykanie salonu nie trwało dłużej niż minutę. Potem wsiedliśmy do mojego mini coopera i pojechaliśmy na Foksal. W czasie jazdy pani Marzena odsłoniła kolana i spory kawałek ud. Czułem, że patrzy na mnie z nadzieją, ale nie dałem się za szybko zmiękczyć. Kierowałem i niezobowiązująco szczerzyłem do niej zęby. Nie od rzeczy będzie dodać, że wcześniej spryskałem się próbką wody kolońskiej, którą trzymałem w schowku. To zawsze działało.

Wysiedliśmy z samochodu i weszliśmy do restauracji. Ja nie pytałem, czy ona chce, ona nie mówiła, że nie chce. Pełne porozumienie. Przy stoliku atmosfera stała się jeszcze przyjemniejsza. Postanowiłem ją podtrzymać i zapytałem:

– Czy zna pani człowieka, który nosi dwa rodowe sygnety na palcach?

Kobieta spoważniała. Wydęła usta i przyglądała mi się jakbym kosztował parę milionów dolców.

– Może znam – odparła.

– Zabronił mi się z panią spotykać – dodałem. – Powiedział, że mam na ten temat szlaban. Co pani na to?

– Jeżeli tak mówił, to go nie znam – ucięła pani Marzena. Jej spojrzenie wwiercało się w moje i nie powiem, żeby to było nieprzyjemne. Trąciła mnie kolanem pod stołem i wgryzła się w mocno przysmażony pierożek.

– Powie mi pani prawdę? – zagaiłem jak przy ognisku.

– Jaką prawdę? – Jej dekolt śpiewał zupełnie o czym innym. – Jest pan bardzo interesującym mężczyzną. Zapytam pana o coś. Czy naprawdę wierzy pan w ten pomysł ze znikaniem ludzi w moim salonie?

– Wierzę – odpowiedziałem zgodnie z moim sumieniem. – Mam zamiar nakręcić o tym film i zrobię to.

– Boże, co za uparciuch z pana – westchnęła romantycznie pani Marzena. – No dobrze, przekonam pana, że w moim salonie nie kryje się żadna tajemnica. Ma pan te zdjęcia?

– Podałem jej zdjęcia dwóch kobiet z filmu Radka Sity. Starej i młodej. Popatrzyła na mnie z politowaniem i położyła zdjęcia na stoliku. Była tak pewna siebie, że poczułem się najgłupszym uczniem w klasie.

– Ta staruszka była u mnie dwa razy. – Pani Marzena najwyraźniej miała dość moich domysłów – Pytała o zabiegi, które likwidują plamy na skórze. Wysłałam ją do dermatologa...

– Nie mogła jej pani wysłać, bo za drugim razem w ogóle nie wyszła z pani salonu – przerwałem.

– Da pan za to głowę? – zaśmiała mi się w twarz. – Na jakiej podstawie twierdzi pan, że nie wyszła?

– Mam film – odpowiedziałem. – Dzień po dniu, godzina po godzinie. Od chwili otwarcia aż do zamknięcia. Ta kobieta nigdy nie opuściła pani salonu.

 

– Daję panu słowo, że opuściła. – Takie odpowiedzi nawet z ministra finansów robią przyjaciela. – Cała i zdrowa. Jest pan pewien, że na filmie wszystko widać? Że żaden samochód nie zasłonił wejścia do mojego salonu? Czy taka staruszka nie mogła wyjść i zmieszać się z przechodniami zupełnie niezauważona? – Pani Marzena najwyraźniej się rozkręcała. Co za temperament, stwierdziłem z satysfakcją. – Czy pan myśli, że ja układam w salonie ludzi pod podłogą? Przychodzą do mnie i rozpływają się w powietrzu... Aha, zapomniałabym, nie przychodzą, a jednak wychodzą... – drwiła ze mnie i niebezpiecznie pochyliła twarz w moją stronę. Miała skórę, która prosiła się o tysiąc pocałunków. – A ja jestem czarownicą, tak?

– A ten facet z sygnetami? – odpowiedziałem ogniem.

– To ktoś, kto jest o mnie zazdrosny – odbiła pani Marzena. – Jest tak cholernie zazdrosny, że sama się go boję. Ale co mam zrobić? Poskarżyć się policji? Mam męża, dzieci, rodziców... Z takim człowiekiem trzeba spokojnie. Ubzdurał sobie, że rzucę męża i do niego odejdę. Sam pan widział, że jest trochę stuknięty... Coś jeszcze? – Po ostatnim pytaniu każdy normalny człowiek zacałowałby te kobietę na śmierć. A ja nic.

– A ta młoda? Nigdy do pani nie weszła... – nacierałem, ale już znacznie słabiej. Właściwie już nie nacierałem, lecz wycofywałem się. Rzeczywiście mogło być tak, jak to wszystko przedstawiła. Mój film skurczył się do rozmiarów kina moralnego niepokoju. Kelner postawił przed nami kolejne talerze.

– Młoda weszła i wyszła. Na pewno coś ją zasłoniło i nie ma tego na filmie. – Pani Marzena znów otarła się o mnie nogą. Gdzie ten mąż, gdzie te dzieci, gdzie rodzice? Na szczęście był jeszcze most Siekierkowski – ostatnia posługa. Gotowy przyjąć każdego samobójcę. Przekonała mnie. Na filmie pojawiały się samochody dostawcze i parę razy zasłoniły wejście do salonu. I w takich właśnie momentach dawał o sobie znać mój charakter. Byłem bardziej dociekliwy od korespondenta wojennego.

– Mogę się z tymi kobietami spotkać? – Teraz, ze strachu, pani Marzena powinna zacząć błagać mnie o życie. Ona jednak wessała ustami pasemko cienko pokrojonego ogórka i szepnęła:

– Oczywiście. Jeżeli znajdę ich telefony.

Pani Marzena dotknęła mojej dłoni. Trudno uwierzyć, ale tak było. Cofnąłem rękę, a ona najspokojniej w świecie sięgnęła po filiżankę zielonej herbaty.

– Ma pan na mnie ochotę? – To niewinne pytanie padło już na ulicy. Zanim wsiedliśmy do mojego mini. Pięknie, nie ma co.

– Mam dziewczynę – odpowiedziałem głosem robota. Uciekaj, synu, uciekaj, słyszałem w uszach krzyk matki, ale nie mogłem wykonać nawet jednego kroku. Patrzyłem na moją rozmówczynię i wiedziałem, że jej chuć urosła nagle do rozmiarów bagietki.

– A ja męża – odpowiedziała szeptem. – Proszę o numer telefonu... – Poprosiła i dostała. – Zadzwonię i podam panu numery do tych klientek. Gdzieś powinnam je mieć... Tylko błagam, niech pan nie opowiada głupstw, dobrze? Do widzenia, panie Arturze. Wrócę taksówką...

Odwróciła się i po chwili widziałem już tylko jej włosy. Miałem dziwne wrażenie, że rozmawiałem z kimś nieobecnym. Pani Marzena przypominała mi kogoś, kto dawno umarł, a mimo to nadal potrafił zachować zmysłowość. Sytuacja podejrzana i kwalifikująca do wizyty u psychiatry. Obserwowałem odchodzącą kobietę z daleka i musiałem przyznać, że poruszała się lepiej od człowieka gumy. Sprawa guamu rozsypywała się jak domek z kart. Popatrzyłem w twarze przechodniów, ale nie zobaczyłem w nich niczego, czego bym już nie widział: radość, szczęście, dostatek i satysfakcja. Musiałem ich szybko dogonić. Inaczej moje scenariusze staną się smutne.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?