Ryzykowny pomysł

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ryzykowny pomysł
Ryzykowny pomysł
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 32,98  26,38 
Ryzykowny pomysł
Ryzykowny pomysł
Audiobook
Czyta Wojciech Masacz
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jacek Dąbała

Ryzykowny pomysł

Saga

Ryzykowny pomysłZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2006, 2020 Jacek Dąbała i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone. ISBN: 9788726757453

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Wszystko w tej książce jest fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwa są przypadkowe.

Jacek Dąbała

Rozdział pierwszy

Pamiętacie Johna Travoltę w „Gorączce sobotniej nocy”? Przystojnego i pięknego. Jestem do niego podobny. Z pewnymi wyjątkami. Ja mam brzydką twarz i nie umiem tańczyć. Jakoś to jednak nadrabiam. Udaję, że szybko kojarzę i często się uśmiecham. Na szczęście niektóre kobiety to uwielbiają. Wystarczy pomylić psią mordę z popielniczką i natychmiast można się wprowadzać.

Jak każdy inteligentny Polak wróciłem do domu nad ranem. Zostawiłem samochód przed domem i zmęczony wtoczyłem się do windy. Pięć minut później włącżyłem automatyczną sekretarkę i zrobiło się przyjemnie. Najpierw usłyszałem głos mamy, która pytała, czy przyjdę w niedzielę na obiad. Nie przyjdę, to jasne. Potem odezwał się szef reportażu z telewizji i zapytał, co z moim pomysłem na film. Nic. Na razie nie ma komu go ukraść. Nagle dotarło do mnie, że trzeciego głosu w ogóle nie rozpoznaję.

– Halo, dzień dobry. Mówi Joanna Lizucka. Ja w sprawie guamu... Pani Marzeno, znów muszę zniknąć. Trochę mi szkoda, bo teraz wyglądam naprawdę ekstra... Zadzwonię później, wpadłabym się pożegnać. Do widzenia.

Jedno było jasne: pani Marzena to na pewno nie ja. Ktoś pomylił numer i zostawił mi swój głos na pamiątkę.

Siedziałem na kanapie i bezmyślnie gapiłem się przed siebie. Salon w moim mieszkaniu przypominał wystawę w sklepie z meblami. Było na co popatrzeć. W rogu stały kolumny, pod ścianą telewizor i sprzęt muzyczny, a na środku kanapa i dwa fotele. Była jeszcze sypialnia, ale tam nie lubiłem wchodzić bez wsparcia. Wstałem i poszedłem do lodówki. Kto by pomyślał, że zeschnięty żółty ser może człowieka tak zahipnotyzować? Zamknąłem lodówkę i wróciłem do automatycznej sekretarki. Odsłuchałem ją jeszcze trzy razy. Nie było wątpliwości, że pani Joanna Lizucka chciała zniknąć, interesowała się jakimś guamem i podobno była ekstra. Zaintrygowała mnie. Nigdy nie słyszałem o znikaniu przy pomocy guamu. W dodatku, jak wynikało z jej słów, robiła to nie pierwszy raz. Sprawdziłem numer, z którego dzwoniła. Warszawski. Przynajmniej oszczędzę na kosztach połączenia. Zasnąłem na siedząco i jak większość fajnych facetów obudziłem się kilka minut po jedenastej.

– Dzień dobry... Pani Joanna Lizucka? Dzwonię od pani Marzeny w sprawie guamu. Teraz pracujemy razem... – kłamałem przebrzydłe. – Od poniedziałku przyjmujemy w nowym miejscu. Tak, tak, w nowym... Przy Alejach Jerozolimskich niedaleko „Reduty”... Budynek dopiero oddali i nie ma jeszcze numeru. Pani Marzena prosiła, żebym się z panią umówił przy wejściu do „Reduty” i pokazał drogę... Dzisiaj o trzynastej odpowiada pani?

Odpowiadało. Pani Lizucka nie nabrała żadnych podejrzeń. Byliśmy umówieni. Moja mama nie pochwaliłaby mnie za to kłamstwo Cóż, podobno dobry dziennikarz nie powinien mieć wyrzutów sumienia. A ja chciałem być dobrym dziennikarzem. Kto mógł wtedy przypuszczać, że wziąłem sobie na głowę ciężar większy niż prezydent Stanów Zjednoczonych

Wykąpałem się, ogoliłem, założyłem garnitur w miedziane paski i udałem się na śniadanie do pobliskiego hotelu. Gdyby ktoś pytał, to zawsze noszę garnitury i krawaty. Na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo, kiedy do człowieka uśmiechnie się szczęście. W hotelowej toalecie wypłukałem zęby, poprawiłem włosy i zrobiłem kilka min do lustra. W samochodzie spryskałem się ładnym zapachem i ruszyłem na spotkanie z panią Lizucką. Warszawa o tej porze wydawała się wielkomiejska i do wzięcia. Jak panna lub rozwódka.

Jeżeli kobieta mówi o sobie, że jest ekstra, to zwykle mogą być trzy możliwości: albo naprawdę taka jest, albo wyszła od psychoterapeuty, albo po prostu kłamie. Pani Lizucka nie mieściła się w żadnej z możliwości – była tak piękna, że słowo „ekstra” wydawało się przy niej nie na miejscu. Od razu ją zlokalizowałem. Wysoka, szczupła, z uwodzicielsko rozwianymi rudymi włosami. Żywa reklama zmysłowości. I te usta. Istne czerwone maliny. Stała przy wejściu do „Reduty” i wyraźnie próbowała mnie odnaleźć wzrokiem. Nie było to możliwe. Gdybym stał tyłem, to owszem, ale na jej nieszczęście stałem przodem, a inteligencja, niestety, jest niewidzialna. Kobieta odczekała piętnaście minut i z irytacją ruszyła w stronę parkingu. Postawiłem kołnierz płaszcza i ruszyłem za nią. Urodzony komisarz. Śledziłem ją i sprawiało mi to wielką przyjemność. Gdyby ludzie wiedzieli, jak przy tym skacze adrenalina, na pewno śledziliby się dzień i noc.

Joanna Lizucka jeździła granatowym alfa romeo. Domyślałem się, że ruszyła prosto do tajemniczej pani Marzeny. Dojechaliśmy do Marszałkowskiej i po chwili spaceru stałem przed zwykłym gabinetem kosmetycznym. Rudowłosa piękność zniknęła w środku. Przeszedłem na drugą stronę jezdni i udawałem, że czytam gazetę. Stary filmowy numer. Od czasu do czasu patrzyłem nerwowo na zegarek. A minuty płynęły. Po trzech godzinach dotarło do mnie, że coś tu nie grało. Do gabinetu weszło co najmniej dziesięć kobiet, ale żadna z wychodzących na pewno nie była Joanną Lizucką. W końcu zdecydowałem się zajrzeć do środka. Gabinet, jak gabinet, ani duży, ani mały. Trzy łóżka, ciąg szafek pod ścianą i długi stół ze wszystkim, co człowiek może na siebie nałożyć. Dwa łóżka były zajęte.

– Słucham pana? – Kobieta, która to powiedziała, musiała być panią Marzeną. Miała wysportowaną sylwetkę, czarne, kręcone włosy i cerę błyszczącą jak lakierki tancerza. Na oko dałbym jej trzydziestkę albo czterdziestkę. No i ten biust. Przypominał koronę Himalajów. Krótko mówiąc, pani Marzena wyglądała naprawdę dobrze.

– Szukam pewnej kobiety – odezwałem się nieśmiało. Ot, prawdziwy mężczyzna chce poznać panią. – Nazywa się Joanna Lizucka. Weszła tutaj, ale nie zauważyłem, kiedy wyszła...

– Przykro mi, proszę pana, ale nie znam nikogo takiego – odpowiedziała ładną polszczyzną pani Marzena. Ani grama zdenerwowania.

– Czy rozmawiam z panią Marzeną? – upewniłem się, nadal z tym psim, niepewnym wyrazem twarzy.

– A kim pan jest?

– Dziennikarzem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Tyle musiało jej wystarczyć. – Pani Lizucka nagrała się u mnie na automatyczną sekretarkę. Odprowadziłem ją tutaj, czekałem pod drzwiami, ale nie pojawiła się...

Dwie kukły na łóżkach drgnęły. Odniosłem wrażenie, że dużo by dały, żeby mnie teraz zobaczyć. Niestety, na ich twarzach leżały maski, pod którymi kłębiły się chemiczne wynalazki. Pani Marzena podeszła do mnie i z uwagą zaczęła przyglądać się moim policzkom. Z uwagą to za mało powiedziane, raczej podejrzliwie i z wyraźnym niesmakiem.

– Ma pan przesuszoną skórę – stwierdziła rzeczowo. – Naczynka też można pozamykać. Zapisać pana?

– A mogę zamówić guam? – zaryzykowałem i wygrałem. Pani Marzena odwróciła się trochę zbyt gwałtownie i usłyszałem:

– Guam? Chce pan poprawić sobie krążenie?

– Nie wiem – odparłem, tracąc chłopięcą nieśmiałość. Chyba sobie ze mnie żartowała. Teraz byłem facetem z mordą buldoga. – Joanna Lizucka o to panią prosiła...

– No, dobrze – westchnęła. – Porozmawialiśmy, ale teraz muszę się brać do pracy. Klientki czekają. Powtarzam panu raz jeszcze, że nie znam żadnej pani Lizuckiej i nikt taki tutaj nie wchodził.

Co było robić. Na jej oczach wszedłem bez słowa do toalety, rozejrzałem się i wyszedłem. Sprawdziłem też, czy nie było stamtąd drugiego wyjścia. Niestety, wszystkie okna i drzwi wychodziły na ulicę. Miałem do czynienia z prawdziwą architektoniczną ślepą kiszką.

– To chyba jakieś czary – mruknąłem i opuściłem gabinet.

Niech przynajmniej wie, że ja wiem. Było po piątej. Wtedy uświadomiłem sobie, że wykazałem się inteligencją wprost z opery mydlanej. Pobiegłem na parking i oczywiście nie znalazłem tam granatowego alfa romeo. Ślad się urwał. Na szczęście zapisałem numer rejestracyjny. Jednego byłem przynajmniej pewien: pani Marzena coś ukrywała, a niejaka Joanna Lizucka zniknęła. Coś jednak miałem. Wystukałem numer komórki Henryka Wrony, znajomego policjanta z wydziału śledczego. Najpierw próbował mnie zbyć, później chciał się dowiedzieć za dużo, w końcu zgodził się sprawdzić, o co prosiłem. Coś za coś. Obiecałem, że umówię go na obiad z jakąś gwiazdą filmową. Jako scenarzysta popularnego serialu byłem dostatecznie wiarygodny. Historia z guamem tak mnie wciągnęła, że za wszelką cenę musiałem poznać adres tej kobiety. Policjant zadzwonił po dwudziestej pierwszej. Ustalił wszystko. Najbardziej pomogła informacja o samochodzie, bo Joann Lizuckich było kilka. Miałem ją.

– Panie Arturze, nie wiem po co to panu, ale wykonałem dla pana misterną robótkę. – W ten sposób zaczynają rozmowę tylko ludzie szczerzy jak złoto. – Samochód nie należy do niej. Właściciel, Andrzej Rosa, mieszka w Konstancinie. Zadzwoniłem do niego i podał mi adres pana znajomej. To na Bielanach. Dziwne, ale chyba się ucieszył, że dzwoni do niego policjant. Podał mi nawet jej telefon komórkowy...

No i proszę, za jednym zamachem miałem dwa adresy i telefon do pana Rosy z Konstancina. A mówią, że policja nie pomaga ludziom i jest skorumpowana. Za takie słowa karałbym widokiem barchanowych gaci na drugiej randce.

 

Sączyłem wino kupione na Burakowskiej i zastanawiałem się, co zrobić. Chyba za krótko, bo w sumie nie wyszedłem na tym najlepiej. Zerwałem się, wybiegłem z mieszkania, wskoczyłem do mojego mini i ruszyłem na Bielany. Było normalnie dopóki nie wysiadłem z samochodu i nie ruszyłem do bloku z numerem 8. Zanim nawiązałem z kimkolwiek kontakt wzrokowy, poczułem pod nosem kawałek szmaty i straciłem przytomność. Ktoś postarał się, żebym nie przeszkadzał pani Lizuckiej żyć własnym życiem. Na chwilę umarłem.

Rozdział drugi

„Brak krwiaka i pęknięcia czaszki...”. Neurochirurg, który w ten sposób określił stan mojego zdrowia, musiał chyba znać moją rodzinę. Postawił mnie na nogi, mimo iż jego poczucie humoru przypominało warczenie psa. Sprawdzałem to i więcej nie będę. Ze szpitala wyszedłem po trzech dniach. Okazało się, że załatwiła mnie chemia i uderzenie głową o podłogę. Po drodze zajrzałem na komendę, gdzie zgłoszono napad na mnie. Wyjaśniłem młodemu posterunkowemu, że nic nie pamiętam, niczego nie widziałem i nie wiem kogo podejrzewać. Policjant przytomnie zdziwił się, że mnie nie okradziono. A było co brać: trzysta dwadzieścia złotych i piętnaście euro. Karta kredytowa też nie wzbudziła zainteresowania. Zasugerowałem, że może ktoś chciał poćwiczyć sztuki walki i trafiło na mnie. Niektórzy ludzie dla sportu zrobią wszystko. Policjant pokiwał głową i nasza znajomość umarła śmiercią naturalną.

Najpierw pojechałem na Bielany po samochód. Stał tam, gdzie go zaparkowałem. Przy okazji odwiedziłem blok nr 8 i zadzwoniłem do mieszkania pani Joanny Lizuckiej. Oczywiście otworzył mi ktoś obcy i nieufnie poinformował, że wynajął to mieszkanie poprzedniego dnia. Anonimowy sadysta najwyraźniej zadbał o to, żeby wykończył mnie brak informacji. Kobieta zniknęła. Co było robić, pojechałem do siebie, wziąłem chłodny prysznic, zmieniłem ubranie i włączyłem nastrojowy jazz. Mama znów zapraszała mnie na obiad. Trzeci raz. Nie było wyjścia – teraz musiałem pójść. Inaczej mogła pojawić się u mnie z garnkami i dobrą radą. To ostatnie mogło nawet zabić. Oddzwoniłem, że przyjdę. Potem wyjąłem cyfrową kamerę i wykonałem kiłka próbnych ujęć. Jak na dziennikarza były zupełnie znośne. Niestety, tylko znośne.

Potrzebowałem pomocnika. Do Radka Sity zadzwoniłem dlatego, że wydawał mi się najgłupszym operatorem, jakiego znałem. Mało mówił, mało kojarzył i tak naprawdę nie powinien pracować w telewizji. Nigdzie nie powinien pracować, powinien służyć za przykład błędu ewolucji. Jedno, na czym się jako tako znał, to filmowanie. Jego zdjęcia, jakby na to nie patrzeć, były wyraźne i do kupienia. Umówiłem się z nim na telewizyjnym parkingu przy Woronicza.

– Siema. – Byle kto tak się nie witał. Radek wyciągnął w moim kierunku swoją wielką płetwę. – Wchodzę w ciemno...

– To coś innego niż myślisz – zacząłem ostrożnie. – Płacę z własnej kieszeni i muszę wiedzieć, ile chcesz?

– Zawsze tak mówisz – zaśmiał się Radek i usadowił obok mnie w samochodzie. Oczywiście nigdy tak nie mówiłem. Od razu sięgnął do radia i zmienił stację. Na krótko, bo przecież były jeszcze inne.

– Nie wiem, jak długo to potrwa, ale chcę nakręcić każdego, kto wchodzi i wychodzi z pewnego salonu kosmetycznego... – wyjaśniłem. – Ważne, żeby kręcić od chwili otwarcia aż do zamknięcia. Wszystkich bez wyjątku. Im wyraźniejsze zdjęcia, tym lepiej.

– Skąd mam to kręcić? – Radek zadał kapitalne pytanie. Słuchaliśmy już czwartej stacji.

– Z samochodu – odparłem. – Najlepiej twojego i tak, żeby nikt niczego nie zauważył. Twoja i moja kamera wystarczą. Kiedy pojemność będzie się kończyć, zadzwonisz i przyjadę. Przerzucę wszystko na dysk i odwiozę ci kamerę z powrotem. Interesuje cię to?

Radek zrobił minę i już wiedziałem, że całe życie marzył o takim zadaniu.

– Wchodzę w to. – Za takie odpowiedzi w szkole stawiali szóstki.

– Ile chcesz? – przeszedłem do konkretów. – Od dziesiątej do osiemnastej codziennie. Do odwołania.

– Pięćdziesiąt za dzień, dobrze będzie? – Pokiwał wyczekująco głową. Mógł tak odpowiedzieć, bo pracował na zlecenie. Jego rozciągnięty sweter błagał o proszek do prania, ale nie miałem wyboru – Radek był do takiej roboty najlepszy. Każdy inny chciałby za dużo wiedzieć.

– Nie wiem, czy z tego powstanie film – dodałem dla porządku. Radek mruknął coś pod nosem i dobrał się do umocowania radia. Najwyraźniej chciał wiedzieć, jakimi metodami brytyjscy mechanicy zakładają w samochodach sprzęt grający. Zachowanie godne pochwały.

– Nieważne. Czuję, że na coś wpadłeś... Może na takiego nie wyglądam, ale nie jestem głupi – zakończył efektowną szarżą. – Kiedy zaczynamy?

– Jutro. – Wyciągnąłem do niego rękę na pożegnanie. Była już najwyższa pora, bo zaczynałem się dusić. Dziwne, że tylko ja, bo obaj mieliśmy nosy. – Przyjedź do mnie pod dom i pojedziemy cię zainstalować. Bądź o dziewiątej.

Kiedy parkowałem przed moim rodzinnym domem na Mokotowie, przyszło mi do głowy, że z powodu guamu powinienem oddać mój dyplom magistra dziennikarstwa. Guam kojarzył mi się wyłącznie z kosmetycznym błotem lub kisielem, a to o wiele za mało. Zasługiwałem, co najwyżej, na zdjęcie z kolegami ze szkoły podstawowej i jeden kompot więcej.

– Nareszcie interesujesz się czymś dla kobiet. – Mama spojrzała na mnie tak, jakby chciała zapytać, co mi się dzisiaj śniło. – Może jednak doczekam się wnuków...

– Mamo, nie żartuj – jęknąłem. Poczułem się poprawny politycznie. Niedobrze. – Dlaczego uważasz, że guam ma coś wspólnego z wnukami?

Mama nalała mi zupę z wazy i uśmiechnęła się przebiegle. Była urologiem, ordynatorem oddziału, i od czasu do czasu tak się uśmiechała.

– Chciałabym, żeby miał – odparła, pokazując mi wzrokiem, że mam jeść. I jadłem. Ja, trzydziestopięcioletni kawaler, jedynak, laureat trzech nagród dziennikarskich i autor dwóch popularnych seriali telewizyjnych. Samowystarczalny i dość bogaty. Jadłem tak potulnie, jakbym się bał, że za karę założą mi cewnik o średnicy rurki z kremem. Zastanawiałem się, co wspólnego może mieć guam ze znikaniem ludzi? Z „ekstra wyglądem” mógł mieć, ale ze znikaniem? Gdyby nie napad na klatce schodowej na Bielanach i rozbita głowa, pomyślałbym, że mi odbiło. Sławny scenarzysta dostaje nagle świra. Kapitalny numer, prawda?

Drugie danie niemalże połknąłem. Mama obserwowała mnie spod oka i cierpliwie udawała, że u nas w domu zawsze jadało się tak szybko. Deser zjadłem prawie odruchowo. Chciałem mieć to za sobą i wrócić do siebie.

– Mam rozumieć, że z Anią rozstaliście się na dobre? – Było to jedno z nokautujących pytań mamy. Udałem, że zbieram się do odpowiedzi. Wstałem, założyłem płaszcz i podszedłem do drzwi wyjściowych.

– Na dobre – odparłem najprościej jak potrafiłem. Ania była ulubienicą mamy i miała mi być podporą na stare lata. Poza tym pracowała w tym samym szpitalu, co mama. Na szczęście na innym oddziale.

– Szkoda, lubiłam tę dziewczynę. – Mama zbliżyła się, stanęła na palcach i pocałowała mnie w policzek. – Tylko uważaj na siebie...

Wracałem do siebie i oczywiście nie uważałem. Jechałem za szybko, nie rozglądałem się na boki ani do tyłu, i w dodatku słuchałem głośnej muzyki, co podobno każdego kierowcę bardzo dekoncentruje.

Kiedy wysiadałem z samochodu, znów zdarzyło się coś dziwnego. Zderzyłem się z Cyganką z małym dzieckiem. Odbiłem się, tracąc oddech, ale przeprosiłem. Kobieta wyglądała niesamowicie: chustka, chustka i jeszcze raz chustka. Przytrzymała moją rękę, spojrzała na dłoń, a potem głęboko w oczy. Oświadczy się! Przestraszyłem się nie na żarty.

– Spełni się twoje marzenie. – Powiedziała to pięknie zachrypniętym głosem. Odetchnąłem.

– Na twoim miejscu ja bym się jednak bała...

Cyganka zabrała dziecko i oddaliła się ode mnie ż szybkością pociągu TGV. Pomyślałem, że doznała urazu, bo nie wspomniała o forsie. Spróbowałem wyobrazić sobie moje marzenie. Było ich tak dużo, że nie mogłem znaleźć tego najważniejszego. Miałem wrażenie, że kobieta w rodowej chustce powiedziała mi coś ważnego, a ja nie byłem na to przygotowany. „Marzenie”, „ja bym się bała” – co za pomysł? Cyganka chyba mnie nie polubiła.

Kto normalny położyłby się po czymś takim do łóżka? Była to ciężka próba charakteru. Opadłem w płaszczu na kanapę i prawie natychmiast zasnąłem. Na szczęście, bo inaczej musiałbym spać przy zapalonym świetle. Może nawet w objęciach misia, którego mama kupiła mi na osiemnaste urodziny. Sierściuch był nie do ruszenia.

Rozdział trzeci

Punktualnie o dziewiątej Radek Sito włączył kamerę i zaczął nagrywać osoby wchodzące do salonu kosmetycznego pani Marzeny. Siedzieliśmy w jego dwudziestoletnim garbusie i było bardzo przyjemnie. Prawie, jeśli wiecie co mam na myśli. Każdy robił swoje: on kręcił, a ja myślałem. Oczywiście grało radio, w którym znana pani redaktor rzucała się na polityków i usiłowała im poprzegryzać gardła. Taki miała styl. Dobrze wiedziałem, że krwi z tego nie będzie, ale mimo to słuchałem. Cuda, cuda działy się w moim kraju, a ja o niczym nie wiedziałem. Tak przynajmniej wynikało z rozmowy. Nie zdążyłem się załamać, bo palec Radka zmienił stację. Muzyka. Wiedziałem, że nadeszła pora, żeby zostawić kamerzystę samego.

– Chcę mieć każdego bez wyjątku – przypomniałem. – Jeżeli kogoś zabraknie, to gówno z programu...

– Nie martw się. – Radek pokazał wielką foliową torbę tuż ża moimi plecami. Leżała na tylnym siedzeniu garbusa. Były w niej kanapki i termos. Gdyby ludzie na świecie w ten sposób pracowali, słowo „urlop” miałoby inne znaczenie, to pewne.

– Jak zauważysz coś dziwnego, nie zapomnij mi powiedzieć – dodałem, zbierając się do wyjścia.

– Co niby mam zauważyć? – pytanie było przytomne. Zlało się z szelestem torby, z której kamerzysta wyjął pierwszą kanapkę. A jakże, w papierze i z kiełbasą. Poczułem od razu. Mocna polska broń.

– Spróbuj zapamiętać, kto tam wszedł i już nie wyszedł, albo kto wyszedł, ale tam nie wchodził – wyjaśniłem zgodnie z zasadami logiki. Radek łypnął na mnie znad kanapki i spuścił wzrok. „Nie, nie, przyjacielu, nie kręcimy pogrzebu, po prostu rejestrujemy – chciałem go pocieszyć. – Nic nie musisz rozumieć”. – Dasz radę – dorzuciłem po chrześcijańsku i wysiadłem z samochodu.

Potem nie działo się nic ważnego aż do chwili, gdy znalazłem się w wannie. Wykręciłem numer właściciela samochodu, którym poruszała się Joanna Lizucka. Dobrych ludzi poznaje się po tym, że siedzą w domu. Ten siedział.

– Pan Andrzej Rosa? – zapytałem.

– A kto mówi? – Gość chyba usłyszał plusk wody, bo głos mu zadrżał.

– Artur Brandt – odparłem. – Chciałbym się z panem spotkać i porozmawiać o pani Joannie Lizuckiej... Jestem dziennikarzem i przygotowuję program o pomyłkach telefonicznych... – No i niech mi ktoś powie, że noszę łeb od parady. Rosę chyba zatkało. Chrząknął ze cztery razy i w końcu wyszeptał:

– Trochę dziwny temat... Poza tym nie bardzo rozumiem, co się dzieje, bo wczoraj dzwonił do mnie jakiś policjant i też pytał o Joannę Lizucką... Epidemia jakaś? – zakończył wspaniałym retorycznym pytaniem.

– Tak, wiem. Prosiłem policję o pomoc w dotarciu do pani Lizuckiej – odparłem zgodnie z prawdą. – Czy możemy się spotkać? Ta pani przez pomyłkę nagrała się na moją Sekretarkę... – wysiliłem się na tyle niebezpiecznie, żeby zainteresował się mną proktolog.

– Może pan przyjechać do Konstancina? – Ryba złapała hak. Mogłem i bardzo tego chciałem. Dlatego po niecałych dwóch godzinach byłem w samochodzie i mknąłem do Konstancina. Miałem szukać willi z tujami na wielkim ogrodowym tarasie.

Zaparkowałem mojego mini na działce wartej więcej niż mogłem sobie wyobrazić. Dom i otoczenie rzeczywiście przypominały spadek po jakimś wielkim cwaniaku. Kiedy zatrzymałem się blisko drzwi wejściowych, poczułem się mały jak hotelowe mydełko. Modernistyczna architektura, zielone trawniki i strzeliste pnie sosen robiły wrażenie. Zadzwoniłem i w drzwiach pojawił się niski mężczyzna około sześćdziesiątki. Raczej gruby i nieapetyczny. Mógłby reklamować hot dogi albo bar mleczny.

– To ja – przedstawiłem się najbardziej tajemniczo jak umiałem.

– Andrzej Rosa – odpowiedział mężczyzna i zaprosił mnie do środka. „Tylko nie bądź zawistny” – upomniałem siebie w imieniu milionów zwykłych ludzi. Usiedliśmy na sofie w pobliżu telewizora art déco. Gospodarz uprzejmie postawił kawę i przystąpiliśmy, że tak powiem, do barowania. Najpierw on mnie z bara, potem ja jego.

 

– Od dwóch dni nie mogę się skontaktować z Joanną Lizucką – zaczął pan Rosa. Bardzo konkretnie, Chyba spieszył się na pociąg. – Dzwonię na jej numery telefonów, ale nikt nie odpowiada. Nawet samochodu mi nie oddała. Nie wiem, jak mam panu pomóc...

– Proszę mi o niej opowiedzieć – zaproponowałem. – Każdego, kto chociaż raz pomylił się i nagrał na obcą sekretarkę, trzeba jakoś przedstawić, jakoś z nim porozmawiać... Staram się dowiedzieć o takich osobach jak najwięcej – kłamałem chyba niezbyt przekonująco, bo Andrzej Rosa dziwnie na mnie popatrzył. Miałem wrażenie, że rzuci we mnie popielniczką. Przełknął kawę bez siorbnięcia i przestał się hamować:

– Dobrze, powiem panu to, co wydaje mi się ciekawe. Joannę poznałem dwa lata temu. Po prostu weszła do mojego gabinetu i powiedziała, że chciałaby dla mnie pracować. Pokazała dyplom historyka sztuki i przyjąłem ją...

– Co pan powie? – wyrwało mi się dość głupio.

– Jestem rozwodnikiem, dzieci mam dorosłe i lubię ładne dziewczyny. – Pan Rosa zachowywał się konkretnie, jak stryczek na szyi skazańca. – Dlatego dałem jej pracę.

– Była pana asystentką?

– Tak. To piękna i miła kobieta – stwierdził. – A jak wyglądała jej pomyłka?

– Powiedziała, że chce położyć sobie guam – wyjaśniłem. Oczy mojego gospodarza nawet nie drgnęły. Najwyraźniej słowo to w ogóle go nie zdziwiło. Od czego jednak byłem dziennikarzem. – Wie pan, na czym to polega?

– Tak, kobiety używają tego, żeby poprawić sobie urodę. – Jakbym słyszał własną matkę. Gnój jeden, zdenerwował mnie. Nie powiedziałem mu, że jego kochanka wyprowadziła się z wynajmowanego mieszkania i mówiła o „zniknięciu”. Ten człowiek nie zasługiwał na litość. W dodatku wychował się w komunistycznych czasach i na pewno miał różne grzechy na sumieniu. Inaczej nie byłby taki bogaty. No i ta Joanna Lizucka. Przyłapałem się na zazdrości. W takim stanie mężczyzna gotów jest wyrwać zupę bezdomnemu. Wtedy zadzwonił telefon. Rosa odebrał i pomachał mi ręką. Zdrowy, teatralny gest. Domyśliłem się, że rozmawiał właśnie z nią. To znaczy ona mówiła, a on słuchał.

– Jest tutaj pan z telewizji i chciałby się z tobą zobaczyć... – Zamilkł nagle. Teraz już mi nie machał. Łypał na mnie. – Tak, kręci program o pomyłkach telefonicznych i... – Miałem przed sobą twarz wroga. Ten mężczyzna na pewno już do końca życia będzie miał przetrącony kręgosłup. A tak dobrze mu szło. – Nie mówisz poważnie – ściszył głos. – Nie żartuj... – Odłożył słuchawkę i spojrzał na mnie ponurym wzrokiem. – Niech pan już idzie.

– Spotka się ze mną? – Teraz powinien mnie zdzielić czym popadnie. Skrzywił się tylko i pokazał mi ręką drzwi.

– Nie wiem, co pan jej zrobił, ale dowiem się... Powiedziała, że odchodzi ode mnie i odłożyła słuchawkę – podsumował nerwowo mój gospodarz.

Wracałem do Warszawy i zastanawiałem się, czy uderzenie w głowę nie pozbawiło mnie rozsądku. Instynkt dziennikarski instynktem, ale czegoś na początek musiałem się złapać. Na razie znalazłem sobie wiernych przyjaciół: kłopoty. Andrzej Rosa nie wyglądał na kogoś, kto łatwo pogodzi się z utratą kochanki. Na szczęście jednak miałem cel. Musiałem jak najszybciej zabrać od Radka Sity kamerę i przerzucić nagranie na dysk komputera. Kiedy wsiadałem do jego samochodu, kamerzysta rozglądał się za jedzeniem. Torebki po kanapkach leżały porozrzucane na siedzeniach, a termos ział pustką. Dramat.

– Masz coś do żarcia? – przywitał mnie, prawie omdlewając. Miałem, podałem mu cztery bagietki, trzy serki waniliowe i pęto kiełbasy. Niech wie, że jest na świecie ktoś, kto się o niego troszczy.

– Zauważyłeś coś dziwnego? – Obserwowałem, w jaki sposób mój współpracownik zaczął rozprawiać się z bagietką i kiełbasą. Pokręcił głową, że nie. Zabrałem więc kamerę i pojechałem do swojego mieszkania. Przerzucanie nagrania na dysk trwało beznadziejnie długo. Potem odwiozłem Radkowi sprzęt i wróciłem do mieszkania. Jadłem banana i przyglądałem się osobom wchodzącym i wychodzącym z salonu pani Marzeny. Wyobraziłem sobie, jak wyglądałaby ulica, gdyby nie takie różne panie Marzeny. Widok owłosionych nóg tysięcy kobiet zniszczyłby niejedno ludzkie życie. Potrzebowałem więcej zdjęć. Tajemnica guamu zaczynała nie dawać mi spokoju. Zastanawiałem się, czy nerwowe zachowanie i zniknięcie rudowłosej Joanny miało związek z salonem kosmetycznym. Trzymałem sznurki, na których nie mógłbym uwiązać nawet ratlerka. Właścicielka salonu nie chciała mówić, Joanna Lizucka zniknęła, a ja o mało nie zostałem warzywem po uderzeniu głową o podłogę.

W końcu wziąłem się za zarabianie pieniędzy. Musiałem napisać trzy odcinki serialu i przekazać je producentowi. Nie byłem jedynym, który pracował w ten sposób. Pisało nas ośmiu. Dlatego niektóre odcinki przypominały kudły na piersi Turka – każdy kłaniał się w inną stronę.