Pacyfik i Euroazja. O wojnie.Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes



Pacyfik I Eurazja.

O Wojnie.

Wydanie II

Redakcja wydania I: 3SMedia

Mapy i grafiki: Wojciech Zalewski

Projekt graficzny okładki wydania I: Radosław Watras i Rafał Zalewski

Okładka na podstawie wydania I i projekt graficzny: Fahrenheit 451

Zdjęcie Autora na okładce (tył): © Bartek Syta

Korekta wydania II: Joanna Kłos Wydawnictwo Naukowe Sub Lupa

Indeksy: Wydawnictwo Naukowe Sub Lupa

Skład i łamanie: Point Plus

Dyrektor projektów wydawniczych: Maciej Marchewicz

Druk: Opolgraf S.A.

Copyright © by Jacek Bartosiak

Copyright © for Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydawca

Jacek Bartosiak

Dystrybucja


ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: wydawnictwo@zonazero.pl

Konwersja: Epubeum


Moim Córkom

Wszystkie państwa pragną pokoju, ale pragną pokoju,

który promuje ich interesy

admirał Jacky Fisher,

twórca nowoczesnej Royal Navy;

słowa wypowiedziane przed wybuchem

I wojny światowej

Spis treści

Spis treści

Przedmowa

Wstęp

Geostrategiczna gra

1.1. Geografia. Geopolityka. Geostrategia

1.2. Potęga morska a potęga lądowa

1.3. Heartland a Rimland

1.4. Teraźniejszość i przyszłość

Amerykańska wielka strategia w XIX i XX wieku oraz pivot na Pacyfik w XXI wieku

2.1. Ameryka i dominacja

2.2. Uwarunkowania geopolityczne a ekspansja Stanów Zjednoczonych

2.3. Rola Marynarki Wojennej i projekcji siły morskiej w kształtowaniu strategii

2.4. Pivot na Pacyfik

Amerykańska koncepcja wojny powietrzno-morskiej na Zachodnim Pacyfiku

3.1. Koncepcja wojny powietrzno-morskiej – założenia wyjściowe

3.2. Powstawanie koncepcji

3.3. Geografia – wyzwania, ograniczenia i możliwości

3.4. Problemy operacyjne

3.4.1. Świadomość sytuacyjna

3.4.2. Uderzenia rakietowe

3.4.3. Lotnictwo

3.4.4. Kontrola morza i wojna podwodna

3.4.5. Dyslokacja wojsk i zdolności

3.5. Plany wojenne

3.5.1. Warianty koncepcji wojny powietrzno-morskiej

3.5.2. Sposób bezpośredni (direct approach)

3.5.3. Sposób pośredni (indirect approach)

3.6. Rola Japonii w wojnie

Rosnąca potęga wojskowa Chin na Zachodnim Pacyfiku a zmiana układu sił

4.1. Pozycja Chin na Zachodnim Pacyfiku

4.2. Rys porównawczo-historyczny koncepcji operacyjnych

4.2.1. Wojskowa Rewolucja Techniczna (Revolution in Military Affairs)i sowiecki kompleks rozpoznawczo-uderzeniowy

4.2.2. Koncepcja operacyjna wojny powietrzno-lądowej (Air-Land Battle)

4.3. Asymetryczność i chińskie koncepcje operacyjne

4.4. Kwestia nuklearna

4.5. Amerykańskie plany na przyszłość

Rywalizacja na Oceanie Indyjskim

5.1. Indo-Pacyfik

5.2. Strategia morska Chin na Oceanie Indyjskim

5.3. Rola Australii i morskie działania peryferyjne

Krytyka koncepcji wojny powietrzno-morskiej

6.1. Zarzuty wobec koncepcji

6.2. Powstrzymywanie i odstraszanie Chin

6.3. Ubezpieczenie i wzmacnianie pozycji sojuszników

6.4. Ukierunkowywanie wydatków wojskowych

6.5. Wpływ na wymiar strategiczny rywalizacji

6.6. Zapobieganie wojnie oraz zachowanie stabilności sytuacji międzynarodowej

6.7. Przebieg działań wojennych i kontrola eskalacji

6.8. Długoterminowa rywalizacja w warunkach pokojowych

6.9. Uspokojenie sojuszników

6.10. Wpływ na wymiar operacyjny rywalizacji

6.11. Wytrzymanie początkowego ataku i ograniczenie strat

6.12. Uderzenie w system świadomości sytuacyjnej Chin w ramach „bitwy zwiadowczej” oraz bitwa powietrzna

6.13. Operacja przeciw systemom uderzeniowym Chin

6.14. Przejęcie inicjatywy w domenach: powietrznej, morskiej, kosmicznej i wirtualnej

6.15. Wariant pośredni (indirect approach) koncepcji

6.16. Obrona w pierwszym łańcuchu wysp (offshore defense, maritime denial)

Przebudzenie smoka

7.1. Wzrost Chin

7.2. Rosnąca rywalizacja z USA

Morze czy ląd. Wielka strategia Chin w Eurazji

8.1. Jeden Szlak, Jeden Pas, czyli Nowy Jedwabny Szlak w XXI wieku

8.2. Konsekwencje geopolityczne

 

8.3. Skutki dla relacji w trójkącie Chiny–Rosja–USA

8.4. Europa Środkowa i Wschodnia. Polska

Stary ład i nowy ład oraz niepewna przyszłość

9.1. Amerykańska globalna wielka strategia

9.2. Strategia Chin

9.3. Nowa wielka strategia USA wobec Chin

9.4. Presja na koncert mocarstw w Azji

Obszary potencjalnej eskalacji rywalizacji chińsko-amerykańskiej

10.1. Morze Południowochińskie

10.2. Morze Wschodniochińskie

10.3. Tajwan

10.4. Wojna walutowa

Lekcje historii

11.1. Błędy strategiczne i zła ocena sytuacji oraz eskalacja rywalizacji

11.2. Japonia 1941

11.3. Europa 1916

11.4. Europa 1941

11.5. Wojna USA z Hiszpanią 1898

11.6. Wietnam 1979

11.7. Pułapka Tukidydesa i dylemat bezpieczeństwa

11.8. Jak uniknąć pułapki Tukidydesa w relacjach USA–Chiny

ZAKOŃCZENIE

GLOSARIUSZ

BIBLIOGRAFIA

SUMMARY

INDEKS GEOGRAFICZNY

INDEKS NAZWISK

















Przedmowa

Bogdan Góralczyk

Geopolityka i geostrategia nie są w Polsce nadmiernie popularne. Jak widać z głównego nurtu dyskursu politycznego i medialnego, wolimy zajmować się rozważaniami doraźnymi, miast wgłębiać się w długoterminowe, strategiczne, na dodatek multidyscyplinarne wywody na styku polityki, ekonomii, geografii czy wojskowej strategii. Bardziej interesują nas siły duchowe niż materialne, przykładamy większą wagę do wartości narodowych i spójności narodu niż do rangi i wagi państwa na scenie globalnej. Tymczasem na tej scenie w ramach obiektywnie zachodzących, a więc mocno niezależnych od naszej woli, procesów globalizacyjnych doszło już do kompresji czasu i przestrzeni, zmieniających sens i znaczenie takich podstawowych pojęć jak terytorium, demografia, zasoby materialne i kulturowe, potencjał czy potęga państw. Co więcej, w efekcie globalizacji polityka wewnętrzna państw jeszcze bardziej niż przedtem i nierozerwalnie wiąże się z ich rolą zewnętrzną, z czego chyba jeszcze w Polsce nie do końca zdajemy sobie sprawę.

Potęga w czasie i przestrzeni to nie kwestie, nad którymi – choć są tak ważne – chętnie chcielibyśmy łamać sobie głowy. Pewnie dlatego, że sami potęgą raczej nie będziemy. To jednak nie zwalnia nas z obowiązku wnikliwego przyglądania się tym potęgom, które nasz przyszły status na arenie międzynarodowej w decydującej mierze będą określały (przecież chyba pamiętamy, co znaczyła Jałta...). To od nich, od ich woli, a naszej wyobraźni i skuteczności może zależeć, na którą półkę ostatecznie trafimy.

Tymczasem w ostatnich latach, szczególnie po wielkim kryzysie na rynkach światowych, przede wszystkim zachodnich, z 2008 roku, dokonuje się nie tylko istotna korekta porządku światowego, ale wręcz rewolucja w światowym ładzie. Oto bowiem po porządku dwubiegunowym w latach 1945–1991, do upadku ZSRR, a potem „jednobiegunowej chwili”, używając poręcznego pojęcia ukutego przez Charlesa Krauthammera, utożsamianej często z Pax Americana, czyli bezwzględnej dominacji USA w latach 1992–2008, znowu wracamy do wielobiegunowości i policentryzmu, szczególnie w wymiarze gospodarczym i finansowym, ale ostatnio także politycznym, technologicznym i częściowo militarnym.

Tyle że tym razem, pod koniec drugiej dekady XXI stulecia, ta zmiana wydaje się o wiele głębsza, bowiem po 2008 roku wyłoniła się na światowej scenie nowa kategoria państw, do tamtej chwili zwana Trzecim Światem, krajami rozwijającymi się czy postkolonialnymi, które po tym progu, niczym za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki, przeobraziły się we wschodzące rynki, czy to w ramach poszerzonej do G-20 grupy G-7, wcześniej skupiającej największe gospodarki zachodnie, czy łączącej największe wschodzące rynki grupy BRICS, czy stale powiększającej wpływy i znaczenie, powołanej do życia już w 2001 roku Szanghajskiej Organizacji Współpracy (przez stowarzyszoną z nią Białoruś graniczącej nawet z Polską). I to właśnie te wschodzące rynki w coraz większym stopniu zaczynają wpływać i oddziaływać na scenę globalną.

To w tym dokładnie kontekście stawia się już śmiałe i odważne tezy o relatywnym „zmierzchu Zachodu” czy „końcu porządku liberalnego”, zdominowanego przez USA i Zachód (obejmującego Stany Zjednoczone, borykającą się ostatnio z wielkimi problemami Unię Europejską, a także Kanadę i kulturowo inną, ale politycznie sojuszniczą Japonię oraz w mniejszym stopniu Australię i Nową Zelandię). Wobec nich wyłoniła się w ostatniej dekadzie alternatywa, na którą niektórzy analitycy już wskazują – z uzasadnieniem – jako największą geopolityczną zmianę na globie od czasu wielkich odkryć geograficznych. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że rysuje się nam na horyzoncie koniec dominacji Zachodu. Dochodzi też do wyraźnego „przeosiowania” (pivot) z Atlantyku na Pacyfik, z czego w polskim dyskursie publicznym nie zdajemy sobie jeszcze do końca sprawy.

Wspomnianą alternatywę przedstawiają nie tyle dawne kolonialne dominia, jak Brazylia, RPA czy ludna Indonezja, ile przede wszystkim stare cywilizacje o bogatej spuściźnie i tradycji, które miały one swe wielkie okresy świetności, jak Indie, Turcja czy Chiny. W fazie wzrostowej są przede wszystkim te ostatnie, które po ponad trzech dekadach niemal dwucyfrowego wzrostu dosłownie na naszych oczach wyrosły na pretendenta do rangi kolejnego supermocarstwa (jakim już wielokroć w swych dziejach były). Chiny samodzielnie mają większy PKB i wolumen obrotów handlowych niż pozostałe cztery państwa grupy BRICS razem wzięte. Przed reformami zainicjowanymi w grudniu 1978 roku Chiny dawały światu tylko 3,5–4 proc. PKB, podczas gdy dzisiaj już 16–17 proc. (USA i UE przed Brexitem po 21–22 proc.).

Jednakże Państwo Środka doskonale pamięta, iż przed „stuleciem narodowego poniżenia”, jak je samo definiuje, czyli wojnami opiumowymi

(1839–42, 1854–60) oraz późniejszym chaosem na scenie wewnętrznej i próbami destabilizacji z zewnątrz, ono samo dawało światu 1/3 jego PKB. Nic dziwnego, że teraz Chińczycy pragną wrócić do tego statusu, co im wydaje się normalne, a dla Zachodu jest szokiem. Jeszcze mniej dziwi, że główny front przyszłych konfliktów – gospodarczych, militarnych, finansowych czy nawet technologicznych i w kosmosie (przypomnijmy Johna Collinsa: „kto panuje nad przestrzenią okołoziemską, panuje nad Ziemią”) – coraz bardziej rysuje się między USA i wspierającym je ewentualnie Zachodem a szybko rosnącymi w siłę i coraz bardziej asertywnymi Chinami – z potencjalnymi poplecznikami, których jednak nie widać zbyt wielu na globie, bo nawet grupa BRICS nie jest na tyle spójna, by montować jeden wspólny antyzachodni front.

Godne szczególnej uwagi jest to, że władze w Pekinie już otwarcie mówią o kolejnym „wielkim renesansie chińskiego narodu”, a ich obecny przywódca, sprawujący władzę od końca 2012 roku Xi Jinping, przedstawia śmiałe wizje i projekty. Są wśród nich dwa nowe Jedwabne Szlaki, lądowy i morski, oba zmierzające ku Europie, a ten lądowy, z końcowymi przystankami gdzieś w Berlinie czy Rotterdamie, jak najbardziej ma biec przez Polskę, co tym samym wprowadza nas do tej geostrategicznej gry. Jest niemal pewne, że w przypadku ich właściwej implementacji, przy wsparciu już powołanych w tym celu funduszy i banków (AIIB, Bank Rozwoju BRICS) gruntownie zmienią one oblicze świata i geopolityki oraz geostrategii. Albowiem w miejsce dotychczasowego podziału na Wschód i Zachód mogą pojawić się takie klasyczne pojęcia geostrategów jak Eurazja, złożony z Europy i Azji Heartland, zwany też – według twórcy tego pojęcia, Halforda Johna Mackindera – Wyspą Świata, czy wykoncypowany przez Nicholasa Spykmana, w opozycji do Heartlandu, Rimland, swoisty pierścień mający oddzielać Eurazję od mórz i oceanów. Powraca też do łask teoria potęg morskich Alfreda Thayera Mahana, utworzona w opozycji do przewartościowanych – jego zdaniem – potęg lądowych ze strony Mackindera czy Karla Haushofera. Mówiąc pojęciami Zbigniewa Brzezińskiego, wchodzi na scenę „eurazjatycka szachownica”, rozpoczyna się wielka gra na globalnym boisku. Rozpoczyna się też pozycjonowanie: kto będzie centrum, kto półperyferiami, a kto peryferiami, używając znanej siatki pojęciowej Immanuela Wallersteina.

Dokładnie w te rozważania i dylematy trafia niniejsze studium Jacka Bartosiaka – „Pacyfik i Eurazja. O wojnie” oparte w znacznym stopniu na obronionej w czerwcu 2016 roku w Polskiej Akademii Nauk rozprawie doktorskiej pt. „Sytuacja geostrategiczna Stanów Zjednoczonych i Chin na Zachodnim Pacyfiku i w Eurazji a amerykańska koncepcja wojny powietrzno-morskiej”. Stanowi ona unikatowe w polskim dyskursie naukowym przedsięwzięcie z zakresu geopolityki, geostrategii oraz wojskowości. Praca jest rozległa i wielowątkowa, zawiera aż jedenaście rozdziałów, z czego pierwszy stanowi jej teoretyczne ramy, a ostatni, najbardziej odrębny, jest oryginalnym podsumowaniem, nieco innym pod względem metodologii. Polega on na tym, że Autor próbuje badane przez siebie w pozostałych dziewięciu merytorycznych rozdziałach tytułowe zagadnienie ująć w ramy porównawcze i zastanawia się, czy obecny wzrost napięć pomiędzy USA a Chinami, dwoma mocarstwami w regionie Azji i Pacyfiku, nie stanowi kolejnego przypadku tzw. pułapki Tukidydesa, na mocy której dotychczasowy hegemon nieuchronnie zderza się zbrojnie z pretendentem do dominacji. Autor opisuje tutaj poprzednie takie przypadki po to, by szukać ewentualnych analogii.

 

Praca jest niezwykle bogata w treści, odwołuje się do niemal wszystkich najważniejszych dzieł wymienionych powyżej geostrategicznych klasyków (jak też nielicznych Polaków zajmujących się geopolityką, jak Leszek Moczulski czy Janusz Mondry), ale nade wszystko jest oparta na pierwszorzędnych i w Polsce mało znanych źródłach. Jest też rezultatem częstych pobytów Autora w USA (związanego z amerykańską Fundacją Potomac, mającego też, co ważne, rodzinne powiązania z Australią), a także jednego w ChRL w 2015 roku. Co jeszcze ważniejsze, opracowanie to dotyczy jednego z najważniejszych zagadnień, a zarazem wyzwań we współczesnej polityce bezpieczeństwa w wymiarze globalnym, z oczywistymi konotacjami dla bezpieczeństwa w innych regionach świata, w tym dla Polski (co też jest w pracy odrębnie analizowane).

Ranga, waga, aktualność oraz zasób zebranych źródeł sprawiają, że niniejsze studium – mimo rozległości i związanych z tym konsekwencji natury metodologicznej (trudno o spójność) – należy uznać za pracę nie tylko w Polsce pionierską, ale też trafiającą w jedno z najważniejszych strategicznych zagadnień współczesności. Mamy tu wnikliwe badania i rozważania o tym, jak dotychczasowy hegemon, USA, zaczął się ścierać i prowadzić geostrategiczne gry na Pacyfiku z pretendentem do takiej hegemonii – Chinami. Nic dziwnego, że już przygotowywane jest amerykańskie wydanie tej pracy.

Zgodnie z tytułem, przedłożone studium Jacka Bartosiaka jest pisane głównie z perspektywy właśnie amerykańskiej. Argumentacja strony chińskiej jest przedstawiona nieco słabiej, po części ze względu na większą trudność w dotarciu do tamtejszych materiałów, a po części dlatego, że Autor nie jest ani sinologiem, ani ekspertem ds. Chin czy nawet Azji Wschodniej. Jest natomiast, co udowodnił na tych stronach, dobrze zapowiadającym się geostrategiem, co należy wyeksponować i pochwalić, bowiem – jak wspomniałem na wstępie – tego typu zakrojone na szeroką skalę i „z oddechem” badania są w Polsce niezwykle rzadkie, a przecież tak potrzebne. Tym bardziej że Autor nie tylko trafił w lukę badawczą, ale też z ogromną wprawą i znajomością rzeczy porusza tematykę kardynalną dla globalnego bezpieczeństwa, w polskiej nauce na tę skalę nigdy i nigdzie nie badaną.

Warszawa, 6 lipca 2016

Wstęp

Wszystko płynie i nic nie stoi w miejscu

Heraklit z Efezu

Koniec historii, optymistycznie prognozowany w początku lat 90.

XX wieku przez Francisa Fukuyamę, miał przynieść zasłużoną ulgę po wyczerpującym maratonie obfitującym w powtarzające się wcześniej cykle strategicznych rywalizacji, wrogich sojuszy, wzajemnie wykluczających się obszarów gospodarczych oraz niosących ogromne zniszczenia wojen o dominację, po których następowała kolejna próba budowy nowego ładu międzynarodowego.

Wiemy dobrze od kilkunastu lat, że historia – wbrew nadziejom Fukuyamy – nie skończyła się, a konflikty na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz uporczywe zjawisko terroryzmu boleśnie przypomniało nam o tym fakcie.

Napięcie związane z powyższymi wydarzeniami blednie jednak w porównaniu ze skutkami, jakie może przynieść nasilająca się na naszych oczach rywalizacja pomiędzy Stanami Zjednoczonymi – strażnikiem systemu światowego – a pretendującą potęgą Chin, usytuowanych w kluczowym z perspektywy geopolityki miejscu Eurazji.

Historia definitywnie powróciła, co zwiastuje poważne turbulencje dla świata. Dlatego podjąłem decyzję o napisaniu niniejszej książki, której celem jest próba opisania rozpoczynającego się okresu rywalizacji mocarstw na Zachodnim Pacyfiku i w Eurazji, a zarazem próba wytłumaczenia jej przyczyn, przejawów, stałych, odwiecznych prawidłowości oraz zmiennych bieżących uwarunkowań, wynikających z prawideł klasycznie rozumianej geopolityki i geostrategii.

Praca stawia sobie zarazem za cel przybliżenie wymiaru wojskowego rywalizacji, czyli nowoczesnej sztuki wojennej wraz z możliwym przebiegiem

przyszłej wojny. W tym celu opisana została bardzo szczegółowo opracowywana w Pentagonie po 2010 roku koncepcja wojny powietrzno-morskiej z jej najważniejszymi składowymi, takimi jak nowoczesna bitwa zwiadowcza, rywalizacja o dominację nad systemem świadomości sytuacyjnej przeciwnika czy charakterystyka symetrycznego pola walki. Nie bez znaczenia jest dokonująca się właśnie tzw. rewolucja w sprawach wojskowych, która – w połączeniu z nowymi technologiami – umożliwia horyzontalne i wertykalne poszerzenie pola walki poprzez dokonywanie rozpoznania i namierzania celów daleko w głąb sił przeciwnika oraz w konsekwencji precyzyjnego uderzania na dużą odległość w głąb przestrzeni, w której operuje przeciwnik. To, w połączeniu z rozwojem zdolności cybernetycznych, działań w spektrum elekromagnetycznym oraz rosnącej zależności globalnej od aplikacji cyfrowych i Internetu, tworzy nową jakość w wojennej sztuce operacyjnej. Ta jakość z kolei staje się wizytówką nie tylko sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić, ale także sił zbrojnych Chin oraz Rosji, a to zwiastuje nadejście symetrycznego pola walki pomiędzy w miarę równorzędnymi przeciwnikami.

Coraz powszechniej można się spotkać z poglądem, że obserwujemy zmierzch Stanów Zjednoczonych jako jedynego światowego supermocarstwa. Stosownie do tego, system międzynarodowy zbudowany wokół niekwestionowanej dominacji USA miałby ewoluować w kierunku wielo-

biegunowości, a Stany Zjednoczone sprawiają wrażenie braku należytego zainteresowania lub, co gorsza, niemożności utrzymania strategicznej obecności oraz zdolności do wojskowej projekcji siły na odległych od brzegów Ameryki obszarach, położonych w sąsiedztwie sił, które chcą kwestionować system międzynarodowy zaprojektowany, zbudowany i gwarantowany przez potęgę USA.

Co więcej, w Stanach Zjednoczonych odzywają się głosy, iż obszary te stanowią rosnące obciążenie dla amerykańskiej polityki zagranicznej, ponieważ przestały być „zasobem” tej polityki i w konsekwencji pojawiają się pomysły wycofania USA z bezpośredniego zaangażowania na trzech kluczowych obszarach, w których przejawia się rywalizacyjne napięcie pomiędzy słabnącym supermocarstwem a aspirującymi i ambitnymi Chinami i Rosją. Przede wszystkim dotyczy to mórz przybrzeżnych Zachodniego Pacyfiku, ale także Europy Środkowej i Wschodniej oraz, po części, Bliskiego Wschodu. Napięcie to przejawia się najsilniej w próbie uchwycenia przez Pekin kontroli nad strategicznymi i najważniejszymi na świecie morskimi liniami komunikacyjnymi na Morzu Wschodniochińskim oraz Południowochińskim, rozszerzaniu wpływów polityczno-ekonomiczno

-wojskowych w pierwszym i drugim łańcuchu wysp na Zachodnim Pacyfiku oraz rozpoczęcia w ramach Inicjatywy Nowego Jedwabnego Szlaku ekspansji lądowej przez masy lądowe Eurazji w kierunku Europy z pominięciem tradycyjnych morskich szlaków komunikacyjnych, kontrolowanych przez USA. To skutkuje poszerzaniem wpływów i oddziaływania Chin na politykę mniejszych państw położonych w sąsiedztwie Państwa Środka na Zachodnim Pacyfiku i w azjatyckiej strefie brzegowej (Rimland), kosztem wpływów Stanów Zjednoczonych i dotychczasowego ładu międzynarodowego.

Uważam, że znajdujemy się w momencie zwrotnym. System światowy utrzymywany przez potęgę wojskową USA wciąż obowiązuje, ale słabnie i jego przetrwanie nie jest pewne. Pauza geopolityczna, zwana jednobiegunową chwilą, trwająca od zakończenia zimnej wojny, właśnie się skończyła. Kluczowe elementy składające się na fundamenty systemu są kwestionowane, w szczególności: zdolność Stanów Zjednoczonych do swobodnej projekcji siły na morzach i oceanach oraz w strefie przybrzeżnej Eurazji (Rimland), siła i dynamika ekonomiczna Stanów Zjednoczonych oraz dominacja gospodarcza Ameryki w świecie w obliczu rosnącej potęgi gospodarczej Chin i kluczowego miejsca Chin w globalnej gospodarce. Zarysowująca się powyższa zmiana dotychczasowego układu sił w Eurazji i na jej wodach przybrzeżnych wpływa na system obecności wojskowej USA, który jest fundamentem systemu sojuszy bilateralnych i kolektywnych Waszyngtonu. Kształtująca się w głowach przywódców regionalnych sojuszników percepcja nowej rzeczywistości lada moment może uruchomić indywidualne kalkulacje dotychczasowych wiernych sojuszników Ameryki, którzy będą chcieli przetrwać w nadchodzącym, zapewne bardziej hobbesowskim świecie. Przywódcy tych państw mogą bowiem uznać, iż USA nie będą chciały lub nie będą mogły przyjść im z pomocą w momencie kryzysowym, a brak istnienia wielkiej amerykańskiej strategii, która odpowiadałaby na palące wyzwanie, mógłby ich tylko w tym utwierdzić. Kaskada indywidualnych kalkulacji mogłaby zmienić istniejący system międzynarodowy, kończąc okres funkcjonowania systemu stworzonego na zgliszczach II wojny światowej w Bretton Woods, z jego architekturą instytucjonalną, mechanizmami finansowymi i rolą dolara w obrocie międzynarodowym, które stanowiły kręgosłup ery globalizacji.

Upadek systemu niósłby daleko idące konsekwencje: dla Stanów Zjednoczonych, dla całego rejonu Pacyfiku, dla sojuszników USA, a w związku z tym dla równowagi sił w Eurazji i dla całego świata. Skuteczne zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w bezpieczeństwo kluczowych geopolitycznie obszarów, takich jak Zachodni Pacyfik, stanowiło czynnik decydujący o stabilności systemu światowego. Zmiana może przynieść kryzys wiary w potęgę USA, liberalny i wolnorynkowy model rozwojowy wraz z otwartą globalną wymianą towarową oraz podważyć fundamenty ładu liberalnego wspieranego przez amerykańskie mocarstwo morskie.

Od II wojny światowej Waszyngton utrzymywał sieć sojuszy z państwami zależnymi od siebie w zakresie bezpieczeństwa, a położonymi w pobliżu kluczowych arterii handlu międzynarodowego, wąskich przejść morskich oraz kluczowych skrzyżowań szlaków komunikacyjnych. Sojusznicy ci byli najbardziej istotni z punktu widzenia USA. Na Zachodnim Pacyfiku Amerykanie zbudowali system relacji z partnerami w strefie brzegowej Azji: Tajwanem, Singapurem, Filipinami, Koreą Południową oraz z potęgami morskimi Japonii i Australii. W Europie Centralnej i Wschodniej najpierw podczas zimnej wojny była to Republika Federalna Niemiec, a potem, po rozpadzie Związku Sowieckiego, państwa dawnego bloku sowieckiego położone w pomoście bałtycko-czarnomorskim pomiędzy Rosją leżącą w Heartlandzie, a pokonanymi w wojnie światowej przez dominujące mocarstwo morskie Niemcami. To te państwa są ważnymi elementami stworzonego przez USA systemu światowego, realizowanego przez instytucje i architekturę Bretton Woods, oraz nośnikami amerykańskiego liberalnego przekazu.

Z punktu widzenia geostratega zaś zajmują one kluczowe miejsca strategiczne w strefie zgniotu pomiędzy obszarem wpływów dominującego w systemie mocarstwa morskiego a potęgami kontynentalnymi Chin i Rosji. Słabnięcie hegemona zazwyczaj jest osią obrotową dla sensu i celu polityki mocarstwa wschodzącego. Przywódcy pretendenta mogą mieć jednak poważny dylemat: o ile wyczuwają słabnięcie hegemona i starają się uzyskać jak najwięcej nowego miejsca strategicznego, to nie chcą ponosić nadmiernego ryzyka konfrontacji. Chcą zmienić układ, mają jednak trudność z wysondowaniem, jak bardzo Stany Zjednoczone są słabe, czy też, w innym ujęciu, jak bardzo wciąż są mocne. A zła ocena sił może doprowadzić do błędu strategicznego, eskalacji napięcia, a nawet bezpośredniej wojny o dominację. To wielce ryzykowne, gdyż pomimo poważnych cięć w wydatkach Pentagonu, sekwestracji, redukcji liczebności wojsk lądowych oraz – w wymiarze wpływu technologii na sztukę wojenną – nadejścia epoki symetrycznego pola walki pomiędzy, w przybliżeniu, równorzędnymi przeciwnikami, Stany Zjednoczone wciąż cieszą się dominacją w wielu dziedzinach wojskowości, w tym dysponują wysuniętą obecnością okrętów i baz marynarki wojennej oraz globalnym zasięgiem sił powietrznych i globalnym systemem świadomości sytuacyjnej.

To wciąż może uspokajać starych sojuszników w kluczowych obszarach Zachodniego Pacyfiku i Eurazji co do pozostawania tych krajów w zasięgu skutecznej projekcji siły USA. W związku z powyższym pretendent powinien dążyć do osiągnięcia zmiany systemu światowego powoli i bez podejmowania zbędnego ryzyka, a na pewno bez podejmowania zupełnie szalonego ryzyka prowadzenia bezpośredniej wojny z dotychczasowym hegemonem. Stopniowe bowiem sondowanie i testowanie siły USA wymusza znacznie bardziej miarodajną ocenę realnego układu sił. Historycznie rzecz biorąc, rosnące potęgi borykały się z dylematem, jakimi metodami zmierzyć siły hegemona, jak daleko mogą pójść w przesuwaniu wiecznie płynnego układu sił w relacjach międzynarodowych, zanim spotkają się z ostrą i bezpośrednią odpowiedzią potęgi do tej pory dominującej. Strategia sondowania siły hegemona niesie ze sobą pokusę częstego testowania tej siły na odległych, wysuniętych pozycjach strategicznej amerykańskiej obecności w Eurazji, co teoretycznie pozwala zbadać siłę i dokonywać przesunięć (uzyskiwać koncesję) kosztem hegemona. Zazwyczaj dokonuje się to na wymagających wojskowo pozycjach, na samym końcu wyciągniętych strategicznych szlaków komunikacyjnych, ale tam jednocześnie, gdzie wciąż istnieją zobowiązana dominującego dotychczas mocarstwa do obecności i wsparcia dla sojusznika. Te pozycje, przede wszystkim ze względu na geografię i tyranię odległości, wymagają dużego wysiłku, by je utrzymać.

Natura pełzającej konfrontacji wynikającej z sondowania (testowania) siły hegemona może być zmienna, środki mogą ulegać zmianie, ale podstawowa zasada jest ta sama: unikanie wielkiego ryzyka w konfrontacji z USA, zachowanie małej intensywności rywalizacji i prowadzenie jej na wysuniętych dla USA pozycjach. Testowanie ustawiczne narusza bowiem amerykańskie zobowiązania i zdolność do projekcji siły, stanowiącej „uźródłowienie” Pax Americana, tym samym niszcząc stary ład.

Można sobie wyobrazić sytuację, że sojusznicy USA na Zachodnim Pacyfiku i w Europie, zrozumiawszy, iż ich sytuacja bezpieczeństwa się

zmieniła, w obliczu braku realnej zdolności do pomocy i utrzymania gwarancji bezpieczeństwa przez USA podjęliby decyzję o odwróceniu się od Stanów Zjednoczonych, co już jest widoczne na Bliskim Wschodzie, a nawet, w pewnym stopniu, w Europie. Wydaje się, że dokonanie podobnej zmiany na Zachodnim Pacyfiku oznaczałoby koniec dotychczasowego systemu światowego, zważywszy na wagę tego regionu dla globalnej gospodarki oraz na potęgę gospodarczą Chin. Pojawiłaby się cała gama zachowań charakterystycznych dla chaotycznego okresu braku odczuwalnej i stabilizującej roli mocarstwa dominującego w systemie: poszukiwanie autonomii wojskowej przez poszczególne podmioty polityczne, formowanie regionalnych układów i sojuszy, w tym regionalny wyścig zbrojeń, finlandyzacja państw zależnych od sąsiedniego mocarstwa, odwrócenia sojuszy, reorientacja na nowe mocarstwo dominujące itp.

Z początkiem XX wieku Stany Zjednoczone stały się czołową potęgą morską. Po dwóch wojnach światowych stały się dominującą, globalną potęgą morską wraz z charakterystyczną dla sił zbrojnych USA wysuniętą obecnością w strefie brzegowej (Rimlandzie) Eurazji. Obecność ta wspierała subtelny i złożony system sojuszy i przekonanie sojuszników, że warto wspierać amerykański system światowy, który daje stabilność i szansę rozwoju gospodarczego. I właśnie stała wysunięta obecność, możliwa dzięki niezakłóconej i swobodnej zdolności do projekcji siły i utrzymania szlaków komunikacyjnych do sojuszników, pozwoliła Waszyngtonowi uniknąć podejrzeń, że jako typowa potęga morska, korzystając z przywileju bycia „daleko”, za „bezpieczną wodą”, będzie zmiennie podchodził do sojuszy, jak to czyniła w przeszłości inna morska potęga – Wielka Brytania, prowadząc politykę „elastycznego” równoważenia kolejnych zagrożeń płynących dla pozycji imperium z Europy kontynentalnej i zaskarbiając sobie tym postępowaniem określenie „perfidny Albion”.