Ryzykowne decyzjeTekst

Z serii: Kobiety z odzysku #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ryzykowne decyzje
Ryzykowne decyzje
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Ryzykowne decyzje
Ryzykowne decyzje
Audiobook
Czyta Magda Karel
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Izabella Frączyk, 2021

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Oleksandr Medvedenko/Shutterstock.com;

Marcin Michalczyk/Dreamstime.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-627-5

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Trzy lata później

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

Wysiadła z taksówki i nerwowo rozejrzała się wokół. Osiedle z wielkiej płyty z jednej strony sprawiało, że człowiek był anonimowy, niestety z drugiej zza dziesiątek okiennych szyb mieszkańcy zwykle bacznie obserwowali rzeczywistość. Świadoma ryzyka, jeszcze bardziej nasunęła na oczy daszek bejsbolowej czapeczki i wbijając wzrok w chodnik, energicznie ruszyła ku wejściu do klatki schodowej. Nacisnęła dzwonek domofonu. Trzy szybkie piknięcia stanowiły umówiony sygnał. Elektromagnes od razu odblokował zamek.

Mimo że rozklekotana, pamiętająca Gierka winda właśnie z hukiem zatrzymała się na parterze, kobieta na wszelki wypadek wybrała własne nogi. Na schodach istniało mniejsze ryzyko natknięcia się na kogokolwiek.

– Nareszcie jesteś! Nikt cię nie widział?

Mirek już czekał. Ubrany jedynie w ręcznik.

– Nie, nikt – szepnęła z uśmiechem. Lekko zasapana zasunęła zasuwkę i zatonęła w ciepłych męskich ramionach.

Na jej twarz spadł deszcz pocałunków. Czapeczka wylądowała na podłodze, a w ślad za nią reszta ubrań.

– Tęskniłem – wymruczał Mirek w jej szyję i dobrał się do zapięcia stanika. Koronkowy łaszek także poszybował byle gdzie. Na widok pełnych piersi mężczyzna jak zwykle zachłysnął się z zachwytu. – Moje skarby… Ależ ty jesteś piękna!

Natychmiast przywarł ustami do jednego z napiętych sutków i z satysfakcją zauważył, że kochanka wypręża się, złakniona dalszej pieszczoty. Jej dłoń bezbłędnie odnalazła sterczące przyrodzenie. Rozpalony do czerwoności Mirek tylko czekał, aż kobieta uklęknie i weźmie go w usta. Gdy wreszcie poczuł na sobie wijący się, ciepły język, stracił głowę. Doszedł momentalnie.

Za każdym razem, gdy mieli się spotkać, dawał na własną rękę upust pożądaniu, lecz nie na wiele się to zdawało. Widywali się zaledwie od miesiąca, a jego kochanka już wiedziała, że dopiero za drugim albo i trzecim razem może liczyć na więcej niż kilka minut.

– Przepraszam, skarbie, ale sama widzisz, jak na mnie działasz. – Uśmiechnął się z uroczym zakłopotaniem.

Czasami czuła się jak nauczycielka, niemniej z satysfakcją, że młodszy o blisko dekadę facet tak żywiołowo reaguje na jej bliskość, niewiele mogło się równać. Był sprawny niczym dobrze naoliwiona maszyna do seksu, wystarczyło nacisnąć guzik. Energię miał niespożytą, więc zwykle po dwóch godzinach ona miała dość.

Tak było i tym razem.

Krzyknęła, gdy gwałtownie posiadł ją od tyłu. Przylegając torsem do jej pleców, zachłannie zagarniał dłońmi pełne piersi. Na granicy obłędu, by swoim krzykiem nie postawić na równe nogi wszystkich sąsiadów, wtuliła twarz w pościel. Poduszka skutecznie stłumiła donośne oznaki spełnienia. Wykończona kobieta osunęła się na łóżko. Przytulona do męskiego ramienia, uśmiechnęła się błogo.

– Z tobą mógłbym tak cały czas – wymruczał trochę jeszcze zasapany Mirek i lekko ugryzł ją w ucho.

– Jasne, dopóki nie umarłabym z głodu. Choć przy twoim zapale pewnie byś tego nie zauważył – roześmiała się głośno i poszła do łazienki. – A właśnie, à propos śmierci głodowej… Coś bym zjadła – rzuciła przez ramię w progu.

– Nic nie mam, tylko ekspresowe zupki. Tak się śpieszyłem po praktykach, że zupełnie zapomniałem o zakupach. Może coś zamówimy? Chcesz pizzę?

– No coś ty? Jestem tak głodna, że nie dożyję dostawy. Szykuj te zupki!

Doskonale wiedziała, że to sama chemia, a na liście składników widnieje połowa tablicy Mendelejewa, ale było jej wszystko jedno. W brzuchu burczało głośno, ale na jej twarzy gościł uśmiech totalnego spełnienia i satysfakcji. Czuła się tak, jakby znów miała dwadzieścia kilka lat. Uczucie było bezcenne.

Jako matka i żona świadoma ryzyka, podjęła stosowne kroki. Za każdym razem, gdy się spotykali, zostawiała swoje auto na parkingu pod galerią handlową na drugim końcu miasta i zamawiała taksówkę. Na wszelki wypadek wyłączała lokalizator w telefonie, płaciła gotówką i stosowała odpowiedni kamuflaż. Niezawodna od dziesięcioleci czapeczka z daszkiem i ciemne okulary świetnie się do tego nadawały. W pochmurne i deszczowe dni doskonale sprawdzał się kaptur, o parasolu nie wspominając. Tego dnia jednak pogoda dopisała, więc parasol spoczywał na dnie plecaka.

Miała szczęście. Zbiegając w dół po schodach, minęła jedynie dwoje dzieci wracających z podwórka. Zamówiona taksówka już czekała przed blokiem.

Zanim wyszła na zewnątrz, jak zwykle z duszą na ramieniu, rozejrzała się po okolicy. Zadowolona, że od bezpiecznego wnętrza auta dzieli ją jedynie kilka kroków, energicznie nacisnęła na rozchwierutaną klamkę. Drzwi ani drgnęły, za to ona omal nie wyrżnęła w nie głową.

– Jasna cholera! – zaklęła pod nosem. Zdjęła okulary i naparła ponownie.

– Pomału, są zepsute – usłyszała za plecami skrzeczący głos. – Zgłaszaliśmy już do administracji, ale trochę potrwa, zanim przyjdzie konserwator. Teraz nie ma komu robić, to i biedaczysko we wszystkim nie nadąża.

Starsza kobieta wyjęła klucz i ze zgrzytem otworzyła zdezelowane drzwi.

– Pani mecenas? To pani? Tutaj? – zapytała zdumiona.

Felicja zamarła.

Spojrzała niechętnie i rozpoznała kobietę od razu. Od kilku miesięcy prowadziła sprawę karną pewnego mężczyzny. Od samego początku z kancelarią kontaktowała się matka.

– Dzień dobry – wykrztusiła z trudem.

– Ale niespodzianka! Tak sobie pomyślałam, że to pani. A cóż to pani mecenas porabia w tym naszym paskudnym bloczysku?

– Od niedawna opiekuję się starą ciocią. Mieszka na piątym – palnęła Felicja bez zastanowienia.

– Na piątym? – Wścibska baba nie dawała za wygraną. – Przecież stara Marcinkowska umarła z pół roku temu.

– Przepraszam panią, śpieszę się. Kierowca czeka. Do widzenia! – przerwała rozmowę Felicja i czmychnęła do taksówki, prawie pewna, że jeszcze dziś wszyscy lokatorzy z piątego piętra zostaną prześwietleni jak na Komendzie Głównej Policji. I to mimo że ta kobieta od wieków pracowała jako dozorczyni i doskonale orientowała się, gdzie kto mieszka. Niestety, wskutek paniki, sensowne skojarzenie faktów przyszło o kilka sekund za późno. Popełniłam błąd, pomyślała ze ściśniętym z przerażenia żołądkiem i podała adres kierowcy. Z trudem uspokoiła oddech, lecz serce wciąż łomotało jej w piersi. Waliło tak mocno, że niemal obijało się o żebra.

Jasna cholera, diabli nadali tę babę!…

Jazda przez miasto trwała prawie pół godziny, co miało swoje dobre strony. Zanim Felicja dotarła do auta, zdołała trochę się uspokoić i poukładać myśli. Nie chciała telefonować przy taksówkarzu, ale gdy tylko wysiadła, od razu chwyciła za komórkę. Mirek, aplikant adwokacki, oficjalnie pracował w jej kancelarii, mogła zatem dzwonić do niego bez przeszkód.

– Co tam, skarbie? Już się stęskniłaś? – wymruczał w słuchawkę.

– Chyba mamy problem – oznajmiła sucho. – A właściwie to ja mam – dodała po chwili.

– Coś się stało? – zainteresował się.

– Gdy wychodziłam, spotkałam waszą dozorczynię. Rozpoznała mnie – wyrzuciła z siebie Felicja na jednym oddechu.

– Nie rozumiem. Znacie się?

– Owszem. To była stara Trzeciakowa, kojarzysz? Jej zapijaczony synuś siedzi w pace za rozbój. Przydzielono nam to jako sprawę z urzędu.

Nerwowe dreptanie wokół nowego lexusa nie pomagało.

– Nie, zupełnie nie. A to coś zmienia? – Mirek nie rozumiał, w czym rzecz.

– Chyba zmienia. Zupełnie bez sensu powiedziałam jej, że opiekuję się starą ciotką, niby mieszkającą na twoim piętrze. Tymczasem stara zaczęła się interesować, o kogo dokładnie chodzi. Na śmierć zapomniałam, czym ona się zajmuje i że na sto procent wszystkich zna.

– O kurde.

– No właśnie. Sprawdź, z łaski swojej, kto jeszcze, oprócz ciebie, mieszka obok.

– Niczego nie muszę sprawdzać. Na piątym mieszkam tylko ja i dwa małżeństwa z dzieciakami. Jedno mieszkanie stoi całkiem puste. Chyba jest w remoncie, bo niedawno widziałem, jak ktoś wynosił stamtąd gruz.

– Jesteś pewien? – Felicja z całego serca marzyła o innej odpowiedzi.

– Tak. Kochanie, nie martw się tak bardzo. Coś wymyślimy. Przecież nawet jeśli ta kobieta czegoś się domyśli, nic ci nie zrobi. Nie ma żadnych dowodów – stwierdził Mirek uspokajająco. – Cholera, a myślałem, że tutaj jest bezpiecznie – mruknął pod nosem.

– Niestety nie jest. Jak widać – westchnęła boleśnie.

– Spokojnie. Jakoś damy radę.

– Oczywiście – odparła sucho Felicja. – Chciałabym, żebyś poszukał sobie innego patrona – dodała. – Mogę polecić twoją kandydaturę paru innym kancelariom. Od jutra idziesz na zwolnienie lekarskie. Z nami koniec.

Nie czekając na odpowiedź, zakończyła połączenie. Pewna, że Mirek będzie próbował oddzwaniać, na wszelki wypadek wyłączyła smartfona, po czym wsiadła do auta i pod osłoną przyciemnianych szyb rozpłakała się jak dziecko.

 

Z ociąganiem wyjechała z parkingu. Powinna jeszcze wpaść do kancelarii i zabrać dokumenty, ale nagle odechciało się jej wszystkiego.

Na samą myśl o powrocie do domu poczuła żal.

Pary tkwiące w toksycznym układzie dla dobra dziecka widywała na co dzień. I dziwiło ją to za każdym razem, przekonaną, że lepiej mieć rodziców po rozwodzie, ale żyjących zgodnie, niż odwrotnie. Tymczasem to, co robiła Felicja, przeczyło jej własnej teorii. Duża różnica wieku pomiędzy nią a Jackiem coraz wyraźniej dawała o sobie znać. Ona, całkiem jeszcze młoda, coraz częściej zauważała, że mąż za nią zwyczajnie nie nadąża. Nie miał już tyle sił, ile kiedyś. Choroba wieńcowa wiązała się z ograniczeniami, co przy energicznym przedszkolaku sprawiało pewien kłopot. Helenka nie znała słowa „zmęczenie”, a spała wtedy, kiedy już naprawdę musiała. Żywiołowa córeczka stanowiła nie lada wyzwanie dla kogoś, kto musi się oszczędzać. Pochłonięty pracą naukową Jacek ciszy i spokoju zaznawał wyłącznie wtedy, gdy przebywała w przedszkolu. Pomoc opiekunki nie na wiele się zdawała, bo spragniona towarzystwa rodziców dziewczynka nie odstępowała ich nawet na minutę.

Felicja nieraz widziała, jak jej mąż traci cierpliwość. A gdy ponad rok temu zachorowała jego matka, dalszy ciąg zgodnego dotąd małżeństwa zawisł na włosku. Awanturom nie było końca. Lecz prawdziwa bomba wybuchła po propozycji, by Klementyna na stałe zamieszkała w ich domu.

– Nie wierzę, że to powiedziałeś. – Felicja powoli odwróciła głowę do męża i spojrzała z niedowierzaniem.

Po długim dniu pracy jakimś cudem udało jej się wcześniej niż zwykle ułożyć Helenkę do snu. Zadowolona, właśnie usadowiła się na kanapie z kieliszkiem wina w dłoni, by choć przez chwilę się zrelaksować, gdy Jacek wyskoczył z wątpliwą rewelacją.

– Dlaczego? To chyba naturalne, że muszę się zająć chorą matką – odparł.

– Są inne sposoby.

– Niby jakie? Mam ją oddać do domu starców tylko dlatego, że jej nie lubisz? – zbulwersował się.

– Że ja jej nie lubię?! Żartujesz? To eufemizm. Ja jej nie cierpię. Z wzajemnością zresztą. Przecież sam widzisz, że ostatnio iskrzy przy każdym spotkaniu. Zatem nie wiem, jak sobie wyobrażasz zamieszkanie na stałe pod wspólnym dachem. Przykro mi, kochanie, ale to mój dom i nie chcę się w nim czuć jak służba.

– Tylko dla formalności przypomnę ci, że to jest mój dom. – Jacek o sekundę za późno ugryzł się w język

– Taaak? – Felicja z brzękiem odstawiła kieliszek i wbiła w męża spojrzenie godne kobry. – No dobrze. Skoro to twój dom, to sobie sam tutaj z mamcią zamieszkaj i ją sobie niańcz. Bo ja nie zamierzam!

– Ależ kochanie…

– Jakie „kochanie”?! – Felicja zerwała się z kanapy. – Chyba ci rozum odjęło! – warknęła. – A w przyszłym tygodniu zapraszam cię do kancelarii. Widzę, że najwyższy czas na rozdzielność majątkową!

– Naprawdę nie możecie się jakoś pogodzić? – jęknął Jacek.

Oczywiście chciał dobrze, ale wyszło jak zwykle. Zdawał sobie sprawę, że z jego matką ciężko było wytrzymać jeszcze grubo przed udarem. Wiedział, że nie będzie łatwo, ale miał nadzieję, że jakoś Felicję przekona.

– Jej pytaj! Poza tym my nie jesteśmy pokłócone. Po prostu toleruję ją wyłącznie na odległość. A ty bredzisz jak potłuczony. Tak jakbyś nie widział, jak zasuwam w pracy, jak zajmuję się dzieckiem i domem. Jak wyskrobię dla siebie dwie godziny w tygodniu, to jest zasrane święto! A ty mi tu jeszcze wyjeżdżasz z niańczeniem twojej matki! Ciekawe, cholera, kiedy?!

Wściekła jak osa Felicja odwróciła się na pięcie, zgarnęła butelkę z winem z blatu i nie bacząc na śpiącą małą, głośno zamknęła za sobą drzwi sypialni. Miała nadzieję, że Jackowi nie przyjdzie na myśl za nią iść. I chyba rzeczywiście życie było mu miłe, bo nie dość, że nie zareagował, to noc spędził w pokoju gościnnym. Podobnie jak kolejne.

Od zawsze ciche dni doskwierały Felicji dużo bardziej niż karczemne awantury. Mimo że nie lubiła się kłócić, bywało, że zwieńczona pogodzeniem się ostrzejsza wymiana zdań oczyszczała atmosferę. Przecież się kochali. Wzajemne traktowanie się jak powietrze uważała za dziecinadę, ale tym razem nie zamierzała ustąpić. Chwilowe zawieszenie broni nastąpiło wyłącznie w kwestii opieki nad dzieckiem. Reszta domowych spraw była omawiana za pośrednictwem gosposi.

I niestety nic nie wskazywało na to, by w najbliższym czasie doszło do porozumienia. Felicja nie chciała słyszeć o wprowadzeniu się teściowej, a Jacek na złość żonie szedł w zaparte, głuchy na alternatywne rozwiązania – jak choćby kupno jakiegoś mieszkania w okolicy i zorganizowanie odpowiedniej opieki. W końcu było ich na to stać. Za to coraz częściej jeździł do matki i spędzał tam coraz więcej czasu. Felicji nawet to odpowiadało, ale gdy przed Bożym Narodzeniem bez uprzedzenia przywiózł Klementynę, nie wytrzymała i przeniosła się do swojej matki, która po śmierci męża szukała zajęcia, więc chętnie podjęła się pilnowania wnuczki.

Musiało upłynąć kilka miesięcy, w trakcie których poważnie powiało rozwodem, żeby Jacek oprzytomniał i pochylił się nad sugestiami małżonki. Zwłaszcza że całkiem niedaleko otwarto elegancki dom seniora, a Klementyna sama z siebie, choć bynajmniej nie z troski o związek syna, zaproponowała zmianę planów. Głównym argumentem okazał się brak towarzystwa.

Mieszkający tuż obok Gośka z Igorem solidaryzowali się z Felą, więc unikali sąsiadów na każdym kroku. Jeszcze niedawno wszyscy pozostawali w doskonałej komitywie, teraz nastąpiło znaczne ochłodzenie stosunków.

– No to problem z głowy! – ucieszyła się Zuzka. – Nie trzeba było tak od razu?

– Mnie pytasz? – Felicja westchnęła ciężko i dopiła kawę. – Przecież ja to wszystko rozumiem. Wiem, że to jego matka i Jacek ma wobec niej obowiązki. To normalne. Gdyby rzecz dotyczyła mojej, też liczyłabym na wsparcie. Ale litości, nie kosztem małżeństwa! Przecież opcji jest wiele, tylko trzeba chcieć się dogadać. Sama dobrze wiesz, że kupiłabym jej mieszkanie w okolicy i zorganizowała kogoś do pomocy, ale Jacek się uparł i zrobił po swojemu.

– Ciekawe, co mu odbiło? Ma jakąś andropauzę czy jak?

– Nie wiem. Co innego, gdybym postawiła ultimatum i kazała mu wybierać między nią a mną. Ale niczego takiego nie zrobiłam, bo uważam to za cios poniżej pasa. A on wybrał i tak – dodała smutno Fela.

– Mam nadzieję, że się jednak pogodzicie. Maisa, przynieś nam coś do picia! – zawołała Zuza.

– Ja podziękuję. Muszę już lecieć, ale wpadnę niebawem.

Zaraz po tym, jak zamieszkali w swoim nowym domu, Ahmed zgodnie z obietnicą sprowadził do Polski dziewczynę pracującą w jego egipskiej rodzinnej posiadłości pod Kairem. Maisa nie wierzyła własnemu szczęściu. A gdy tylko usłyszała od Zuzy, że ta pozwoli jej także na naukę, ze łzami rzuciła się nowej szefowej na szyję. Dodatkowo, gdy okazało się, że wraz z nią może do Polski przyjechać także jej starsza siostra Amira, podziękowaniom nie było końca. Mimo że praktyczna Zuza optowała za niezbyt dużym domem, Ahmed uparł się na okazałość. Nie było szans, by rezydencja mogła obyć się bez służby.

Po wielu dyskusjach zdecydowali się na rozległe parterowe domostwo o przestronnych jasnych wnęt­rzach. Mnóstwo przeszklonych powierzchni wymagało stałej troski, więc obie dziewczyny bez przerwy biegały ze szmatką. Urządzeniem i utrzymaniem ogrodu zajęła się firma ogrodnicza, choć Ahmed niedawno odkrył przyjemność płynącą z koszenia trawnika. Nieraz się zastanawiał, w czym rzecz, ale odkąd na spółkę z sąsiadami kupili odpowiedni sprzęt, przy każdej nadarzającej się okazji dosiadał spalinowej kosiarki. Zuza śmiała się, że niespodziewaną popularność czerwony traktorek zawdzięcza specjalnemu uchwytowi na piwo, co niewiele mijało się z prawdą, Igor i Jacek bowiem także skwapliwie korzystali z tego udogodnienia, gdy przychodziła ich kolej.

– Oni całkiem pogłupieli z tym traktorzeniem. – Gośka pokiwała głową z politowaniem, stawiając na stole dzbanek z własnoręcznie przyrządzoną lemoniadą.

Ahmed z Igorem właśnie udali się asystować serwisantowi przy corocznym przeglądzie sprzętu.

– Ja tam ich rozumiem. Musisz kiedyś spróbować, zobaczysz, jakie to fajne. Taka zabawka dla dużych chłopców. – Zuzka upiła łyk lemoniady. – Ahmed, jak się dorwał, to się od razu zajawił. Nigdy wcześniej nie miał trawnika, a tam u siebie w Egipcie całą armię pałacowych ogrodników, więc nawet nie miał okazji o tym pomyśleć.

– Faktycznie.

– Majowy weekend niebawem, to będziemy mieć ich z głowy. Dziwne, że Jacek dziś nie przyszedł…

– Pojechał do swojej matki, jak co sobotę. W przyszłym tygodniu Wielkanoc, więc pewnie ją tutaj przywiezie. Fela znów się wścieknie – mruknęła Gośka.

– A może nie? Odkąd spotyka się z tym kolesiem, promienieje jak stuwatowa żarówka. Kompletnie nie rozumiem, co ona wyprawia. Tak jakby nie wiedziała, że takie rzeczy źle się kończą.

– Po prostu się zakochała. Znalazła sobie odskocznię od domowych problemów, a w takich chwilach się nie myśli. A już na pewno nie myśli się głową. Niestety. Teraz też pewnie jest u niego, bo nie odbiera telefonu. Nie sądzę, żeby siedziała dziś w kancelarii.

– Ale ten facet, cholera, u niej pracuje! – zdenerwowała się Zuzka. – Nie wyrywa się dupy z własnej grupy! – rzuciła mądrością ludową w swoim stylu. – Idiotka! Daj no mi jakieś zimne piwo, bo o samej lemoniadzie to się wiele nie wymyśli.

Przewidująca przyjaciółka schłodziła już wcześniej co nieco, więc wystarczyło sięgnąć do lodówki. Zuzka, jak zwykle, machnęła ręką na szklankę i przypięła się do butelki.

– W końcu jej kiedyś nagadam – stwierdziła.

– A możesz sobie gadać. Skoro ktoś tak solidny i uczciwy jak Fela wpadł po same uszy i wplątał się w romans, to nic nie poradzisz. To jak jazda na rollercoasterze. Nie da się wysiąść przed końcem.

– No chyba że po drodze coś wypieprzy z torów wagonik. Tyle że wtedy nie obejdzie się bez ofiar – podsumowała obrazowo Zuza.

– No właśnie. Sama musi przejrzeć na oczy. Oby prędko.

– Jasne. Bo stawia nas w idiotycznej sytuacji. Niby jak my mamy czuć się z tą wiedzą? – żachnęła się Zuza. – Wiesz, normalnie odkąd o tym wiem, jak patrzę na Jacka, to widzę wielgachne poroże. Biedny chłop! A ona nas zmusza do nieuczciwości. I wobec niego, i wobec naszych facetów. Nie wiem jak ty, ale ja jak dotąd nie pisnęłam Ahmedowi ani słowa.

– Też siedzę cicho. Inaczej Igor także musiałby kłamać, bo bardzo się z Jackiem lubią. Niepotrzebna mu ta wiedza do niczego. Jeszcze by się przypadkiem wygadał i co?

– Głupia, zakochana baba! Się jej bzykania z aplikantem zachciało! Pani mecenas, chodzący wzór wszelkich cnót! Cholerny ideał od siedmiu boleści!