Kaprys milioneraTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kaprys milionera
Kaprys milionera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,95  51,96 
Kaprys milionera
Kaprys milionera
Audiobook
Czyta Mirella Rogoza-Biel
32,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Budzik rozdzwonił się dokładnie o piątej nad ranem. Dance wprawdzie wydawało się, że coś słyszy, ale we śnie miała tego dnia wolne, więc naciągnąwszy kołdrę na głowę, zignorowała nasilający się sygnał. Po chwili jednak z niejakim trudem do niej dotarło, że to nie sen. Zwłaszcza że zaspana Elwira energicznie zdarła z niej przykrycie.

– Wstawaj! Robota czeka!

– Eeee… Co? – wychrypiała rozespana Danka.

– Wstawaj, bo jak nie, to zaraz wypieprzę to badziewie za okno! – Elwira rzuciła koleżance na kolana pikający głośno telefon. – Wyłącz to dziadostwo!

– Boże, ja nie dam rady. Matko, pić… – jęknęła cicho nieszczęśnica, ale posłusznie wyłączyła budzik.

– Sądząc po tym, ile pustych puszek po browarze zalega na balkonie, to cud, że w ogóle żyjesz – zadrwiła sublokatorka. – Wiesz, ile się wczoraj namęczyłam, żeby cię przetoczyć na łóżko?

– Trzeba mnie było zostawić – mruknęła słabo Danka i spuściła nogi na podłogę.

– Taaa, jasne! Żeby cię rano wszyscy widzieli. Już słyszę te osiedlowe ploteczki, jak to się paniusia Danusia wieczorem spruła! Kurczę, lekka to ty nie jesteś. Nie ma co. – Elwira odruchowo rozmasowała zakwasy w ramionach. Była fizycznie sprawna, ale tak bezwładny i pijany ciężar dał się jej porządnie we znaki.

– To trzeba mnie było dobić. – Danka z jękiem podniosła się z łóżka i powłócząc nogami, powlokła się do łazienki. W wannie wciąż zalegały brudne naczynia.

– To ja idę spać – dobiegł ją zza drzwi głos współlokatorki. – Około dwudziestej przychodzi hydraulik, nie zapomnij! Nie możemy dłużej funkcjonować bez zlewu.

– Jasne. Żebyś znowu miała co zatkać. – Danka zmełła w ustach przekleństwo. Lawirując pomiędzy naczyniami, włożyła głowę pod kran i puściła wodę. Lodowaty strumień otrzeźwił ją nieco, ale i tak wiedziała, że bez proszków od bólu głowy się nie obejdzie. – Że też mnie, szlag jasny, podkusiło tyle tego pić!

Pomstując w duchu, wyrzucała sobie miniony wieczór. Cóż z tego, że nieciekawa rzeczywistość na kilka godzin stała się jasna i bezbolesna, skoro teraz wróciła i uderzyła ze zdwojoną siłą. Dzień w pracy i bez tego zapowiadał się nielekki, ale wczoraj miała do przemyślenia ważniejsze sprawy niż okresowa wymiana ekspozycji.

Jednak dzisiejszego ranka priorytety zmieniły kolejność. Praca była tym, co dawało jeszcze jaką taką nadzieję. Bez niej Danka byłaby nikim. Gdziekolwiek indziej znów musiałaby zaczynać od zera, tymczasem w Bonusie miała już opinię doświadczonego pracownika.

Tak czy inaczej, na razie jedynym, co zdominowało jej poranek, był pulsujący ból pod czaszką. W drodze na przystanek kupiła w kiosku tabletkę z krzyżykiem. Co prawda już dawno temu wycofano specyfik z obiegu, ale leciwa kioskarka trzymała pod ladą stare zapasy, których użyczała nielicznym zaufanym.

Na widok Danki bez pytania sięgnęła do szuflady.

– Masz, moje dziecko. Weź dwie – powiedziała i litościwie oderwała wyblakłe, kiedyś żółte kwadraciki z tabletkami w środku.

Ból zaczął ustępować prawie od razu i Danka dotarła na miejsce w znacznie lepszym stanie.

Nigdy do końca nie rozumiała, czemu tak naprawdę mają służyć te przemeblowania w sklepie. Niby odgórnie narzucone czynności ocierały się o logikę, ale z drugiej strony, mimo że pracowała w sieci od lat, nie zauważyła, żeby zmiana układu poszczególnych działów w jakikolwiek sposób wpływała na wielkość obrotów. Jeśli ktoś przychodził po jajka, nie kupował przecież w zamian proszku do prania, który właśnie zajął ich miejsce. Jedyne, co dawało się zauważyć po zmianach, to zirytowani klienci, co rusz zaczepiający obsługę i dopytujący, co gdzie leży. Może i w wielkich marketach miało to jakiś sens, ale w Bonusie się nie sprawdzało. Powierzchnia nie była aż tak wielka, podobnie jak wybór towarów, żeby celowo ganiać klienta od Annasza do Kajfasza.

Nie było co się głowić nad wyższą międzynarodową polityką, tylko brać się do roboty. Autobus Danki spóźnił się dosłownie trzy minuty, ale to w zupełności wystarczyło, by nie zdążyła załapać się w magazynie na sprawny paleciak. Było ich kilka i zwykle wystarczało, ale w dzień taki jak ten, kiedy miejsce zmieniała połowa sklepowego asortymentu, i to w godzinach otwarcia, każdy szerokim łukiem omijał ten trefny egzemplarz z czerwoną rączką. Sprzęt pod obciążeniem skręcał tylko w prawo, co okropnie utrudniało pracę. Nie dość, że Dankę czekało przerzucenie tony towaru, to jeszcze musiała walczyć z opornym wózkiem.

– Danusia? O jak dobrze, że już jesteś! – przydybała ją szefowa.

– A co się stało?

– Nic takiego. Bożenka źle się poczuła i trzeba ją zastąpić na kasie. Patrz, ilu ludzi, normalnie jak na złość. W sklepie burdel na całego, a tu się plączą babcie z całego osiedla. Jakiś zlot seniorów dziś mają skoro świt czy co?

– Nie. Obok, w Tesco, dziś ruszyła promocja. Pewnie przyszły sprawdzić, gdzie jest taniej.

– Mam nadzieję, że im przejdzie do popołudnia – westchnęła kierowniczka i malowniczo przewróciła oczami.

– Dobra, damy radę i z kasą. – Danka stłumiła westchnienie pełne ulgi.

Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowała, była nierówna walka z popsutym sprzętem. Naraz kasa stała się wybawieniem, zwłaszcza że dzień zapowiadał się pochmurny, co przy przedłużającym się braku rolet przeciwsłonecznych było nie bez znaczenia.

Tego dnia zrezygnowała ze słodkiego napoju i kupiła w sąsiedniej kasie dużą butelkę średnio gazowanej mineralnej. Do pierwszej przerwy opróżniła jej ponad połowę i teraz niecierpliwie przebierała nogami w kolejce do toalety. Rano nie zdążyła zrobić sobie kanapki do pracy, więc skasowała u koleżanki przecenioną butelkę kefiru i zaszyła się na zapleczu.

O ile w sali sprzedaży panował rozgardiasz, o tyle na tyłach był spokój. Przełykając łapczywie lodowaty kefir, Danka na chwilę pozbyła się służbowych, wzmacnianych metalem butów. Popularne w branży BHP tak zwane safety shoes były czymś, czego nie cierpiała z całego serca, zwłaszcza latem. Wprawdzie skutecznie chroniły przed wszelkimi urazami, ale przy wysokich temperaturach dawały stopom ostro w kość.

Opróżniła do dna butelkę z kefirem i korzystając z dobrego zasięgu sieci wi-fi, sprawdziła, co słychać w internecie. Wcześniej nieco zesztywniałe palce teraz sprawnie przemykały po dotykowym ekranie i od razu zaprowadziły ją do ostatnio oglądanej oferty na Finderze. Była ciekawa, czy urodziwy cud-szefunio znalazł już sobie asystentkę. Zdziwiłaby się, gdyby nie. W końcu oferowane warunki robią wrażenie.

Gdyby tylko wierzyła, że ma jakiekolwiek szanse, z przyjemnością wysłałaby anons i czym prędzej wdrożyłaby w życie pomysł z wynajęciem mieszkania na Bródnie dla podreperowania finansów. Ech! Życie nie jest sprawiedliwe dla grubasów, pomyślała i zanim przeszła dalej, kliknęła w rubrykę „Obserwowane”.

– O jasny gwint! Ale jaja…!

Gdyby w tej chwili nie siedziała, zapewne by usiadła. Zamrugała dwukrotnie i dla pewności uszczypnęła się w udo.

W miejscu zdjęcia przystojniaka, na którego widok co drugiej kobiecie ciekła ślinka, pojawiła się fotka łysiejącego grubasa. Ten nowy, mimo że w eleganckim formalnym garniturze, nie wywołał jednak takich emocji i nie wzbudzał takich fantazji jak tamten. Był nie tyle nieciekawy, ile po prostu brzydki, a kosztowny ubiór niewiele w tej kwestii zmieniał. A jakby tego było mało, Danka odniosła wrażenie, że gdzieś go już kiedyś widziała.

– A to ci sprytny cwaniaczek. – Zachichotała pod nosem, przyznając w duchu rację kobiecie z autobusu. W sieci roiło się od wprowadzających w błąd cudzych zdjęć. – Nieładnie, panie łysolu, nieładnie…

Z ciekawości sprawdziła wciąż jeszcze aktualną ofertę, ale podejrzewając, że to jakiś przekręt, wylogowała się z aplikacji i wróciła na swoje miejsce za kasą. Wcześniejszy tłum na szczęście gdzieś się ulotnił, a w ekspozycyjnych zmianach nareszcie zaczęło być widać zbliżający się koniec. Nie było co dłużej się nad tym rozwodzić. Chcąc nie chcąc, raz na kwartał wszyscy pracownicy musieli przez to przejść.

Do końca zmiany pozostała jeszcze godzina.

Tego dnia nad Danką czuwała opatrzność, bo pomijając armię przygłuchych, acz przemiłych staruszków, na zmianie trafiali się jej sami sympatyczni klienci. Głowa już całkiem przestała ją boleć i powróciło niezłe samopoczucie. Jednak wspomnienie nowej fotki uwierało. Nijak nie mogła pozbyć się wrażenia, że skądś zna tego nadętego łysiejącego jegomościa.

– Co tam masz? Pokaż! – zaczepił ją kolega, firmowy wesołek, w drodze do szatni. Bezceremonialnie zajrzał jej przez ramię i korzystając z efektu zaskoczenia, jednym ruchem przejął telefon. – O, roboty, widzę, szukasz. Już ci obrzydło moje wspaniałe towarzystwo?

– Oddawaj to, baranie! – zdenerwowała się Danka.

Nie miała najmniejszej ochoty, by po firmie rozniosła się plotka, że rozgląda się za inną pracą. I to na niedługo przed wyczekiwanym awansem. A nie dość, że tego chłopaka wszędzie było pełno, to jeszcze bez opamiętania na prawo i lewo chlapał ozorem, co mu ślina na język przyniosła. Nie mogła trafić gorzej.

– Cholera! Oddawaj! – warknęła niemiło i spróbowała dosięgnąć wyciągniętej w górę ręki z telefonem.

– Akurat! – mruknął i podniósł go jeszcze wyżej. – No pięknie. Kto by pomyślał, że nasza Danuśka szefostwo sobie na Finderze obczaja?

– Zamknij się, głąbie!

– Widzę, że wysoko celujesz. W samego szefa szefów. No fiu, fiu!

– Jakiego znów szefa szefów? Co ty pieprzysz?

– A ty co? Głupa mi tu rżniesz? Przecież to nasz stary. – Chłopak wymownie postukał palcem w okrąg­łą fotkę i nareszcie zwrócił Dance jej własność. – Sam wszechmocny Wojciech Wątorski we własnej osobie. Nie poznajesz spaślaka?

– To on? Serio? – Dankę aż zatchnęło z wrażenia. Nagle poczuła się tak, jakby ktoś uderzył ją czymś ciężkim. Zachwiała się i przytrzymała ściany.

 

– No jasne, że on. Nie pamiętasz, jak rok temu przyjechał do nas z wizytacją? Ustawił nas w szereg i każdemu uścisnął dłoń. – Kolega zdziwił się szczerze, że Danka mogła to zapomnieć. – A pamiętasz, jak wskoczył na nasze wozidło do mycia podłogi i pojechał osobiście posprzątać w sklepie? Mówił, że sam kiedyś od tego zaczynał.

– No, teraz pamiętam. Jasne, że pamiętam. Ale wtedy był jakiś taki chyba… mniej łysy – zdołała wykrztusić zaskoczona rewelacją Danka.

Stało się jasne, dlaczego twarz mężczyzny wydała się jej znajoma. Pod wpływem olśnienia Danka wpisała w internetową wyszukiwarkę nazwisko dyrektora generalnego sieci Bonus na Polskę, a Google natychmiast wypluł kilkanaście podobnych zdjęć. Nie było mowy o żadnej pomyłce.

Tak, to faktycznie był on. Tylko dlaczego szuka asystentki na Finderze? I dlaczego na początku zamieścił na swoim profilu cudze zdjęcie? Także i w loginie nie podał własnego nazwiska, ale to bez wątpienia był on, Wielki Wątorski. Chodzący przykład rodzimej kariery od pucybuta do milionera. Danka co prawda nie miała pojęcia o pracy na wyższych szczeblach wielkich korporacji, ale liznęła na ten temat co nieco z ulubionych, tak ostatnio modnych, tureckich seriali. Nie mogła tak zwyczajnie przejść do porządku nad tym, że człowiek, który ma na posyłki całą firmę i zapewne niejedną wyspecjalizowaną agencję od rekrutacji, zamieszcza ogłoszenie na Finderze. Niestety, nie miała o to kogo zapytać. Przegadałaby tę kwestię z Elwirą, ale znów pracowały na różnych zmianach, więc się rozminęły. A wścibski wesołek był ostatnią osobą, z którą powinna się podzielić swoimi odczuciami.

Skończyła pracę i starannie zamknęła szafkę. Elwira, mijając ją w przejściu, przybiła Dance piątkę.

– Jak się czujesz? Łepetyna ci nie odpadła?

– Już dobrze, dzięki. Mamy w chacie coś do jedzenia czy mam ogarnąć po drodze coś na kolację?

– Mamy kilka pięknych pomidorów, prosto z krzaka. Dozorczyni przyniosła z działki od ciotki.

– Tak normalnie? Odbiło jej? – Danka wybałuszyła oczy ze zdumienia.

– Nie, ale jej stary tak namiętnie dziś podlewał ten ich cudaczny ogródek pod balkonem, że mi zamoczył całe pranie, które powiesiłam na sznurku. To i stara profilaktycznie przytachała pomidory, zanim wpadłam do nich z awanturą.

– No tak. A jak jej pies przez rok regularnie srał mi na wycieraczkę, to udawała, że nie ma psa. – Danka z rozbawieniem zareagowała na informację o starszym małżeństwie, które dozorcostwem zajmowało się od niepamiętnych czasów.

Byli z tych, którzy swój zawód traktują jak powołanie. O wszystkich wiedzieli wszystko, a każdy lokator stanowił dla nich odrębną historię. Niestety, sporo ze starego grona mieszkańców powymierało, a na ich miejsce pojawili się nowi, już nie tak skorzy do osiedlowej integracji jak dawniejsze pokolenie.

Odkąd Danka pamiętała, pod babcinym balkonem rosły kwiaty. Tęskniąca za rodzinną wsią dozorczyni, nikogo nie pytając o pozwolenie, od razu po oddaniu bloku do użytkowania zaadaptowała pasek zieleni oddzielający mur od chodnika. W ślad za nią ruszyły inne lokatorki i wkrótce pod balkonami podziwiać można było przekrój niczym nieograniczonej ogrodniczej inwencji, niekoniecznie trafionej. Danka z babcią zyskały gratisowy widok na wątpliwy efekt nieudolnych działań, próbujących naśladować obowiązującą od stuleci manierę wersalskich ogrodników.

– Dobra, czyli mam nastawić nowe pranie czy rozwiesić? Bo o hydrauliku to pamiętam. – Danka uśmiechnęła się blado.

– Nastawiłam pralkę przed wyjściem, rozwieś, jak się wypierze, dobra? – poprosiła Elwira i zniknęła w szatni.

– Dobra, dobra. A co powiesz na jajecznicę z pomidorami? – zapytała Danka, ale zobaczyła tylko znikające plecy.

Od samego początku polubiła Elwirę, sympatyczną, energiczną i otwartą. Nie mogła wymarzyć sobie lepszej współlokatorki. Nie licząc tego nieszczęsnego notorycznego zatykania zlewozmywaka fusami po kawie, była prawdziwym skarbem. Gdy tylko miała wolne, biegała po mieszkaniu z odkurzaczem lub szmatką do wycierania kurzu. Odkąd razem zamieszkały, wszystkie okna lśniły. Nawet często używana klawiatura od pamiętającego lepsze czasy peceta po interwencji energicznej dziewczyny znów zaczęła wyglądać jak nowa. Danka ze zdziwieniem odnotowała, że klawisze dają się teraz łatwiej wciskać. A jeszcze całkiem niedawno chciała wymienić klawiaturę na nową, tyle że planowanym wydatkom skutecznie ukręciły łeb żądania banku i komornika. Teraz mogła kupować tylko to, co absolutnie konieczne, i skoncentrować się na zarabianiu. Nie miała pojęcia, jak z tego wybrnąć i uratować mieszkanie przed zajęciem. Bo też i skąd miałaby przy swoich mizernych zarobkach wytrzasnąć takie pieniądze?

Podsmażane na maśle pomidory pachniały intensywnie. Danka na chwilę przerwała rozwieszanie mokrych ubrań i energicznie zamieszała w patelni drewnianą kopyścią. Przydałby się jeszcze szczypiorek, stwierdziła i pomyślała przez chwilę o przybalkonowych uprawach dozorczyni, ale jako że tam załatwiała się połowa osiedlowych psów, szybko porzuciła ten pomysł i wbiła jajka. W brzuchu zaburczało donośnie.

Pałaszując z apetytem chrupiącą piętkę chleba, odpaliła telewizor. Właśnie wystartował nowy sezon programu o poszukującym żony rolniku, więc podkręciła fonię i odniosła brudne naczynia do łazienki. Popijając przypominający colę słodki napój, zapomniała o bożym świecie, skrycie zazdroszcząc uczestniczkom programu. To była ich życiowa szansa. I nawet jeśli nie załapywały się na zamożnego rolnika, udział w show pozwalał im zyskać pewną popularność, co na pewno pomagało im w życiu.

Cholercia, a może by tak wysłać zgłoszenie do następnej edycji?, zadumała się Danka. Kurczę, niby dlaczego nie? A co mi szkodzi? Większość kandydatek także nie olśniewała urodą, a ona sama miała tyle do zaoferowania.

Od dawna marzyła o poznaniu kogoś interesującego. Kogoś, kto zaopiekowałby się nią, kogoś do kochania. Nie musiał być nie wiadomo kim; w zupełności by wystarczyło, żeby był dla niej dobry i o nią dbał. Od czasów Włodka nie miała nikogo, a samotne noce nieraz stawały się nie do zniesienia. Przytulała wtedy zwiniętą kołdrę, udając, że to ktoś, kogo kocha.

Na oficjalnej stronie programu bez problemu odnalazła formularz zgłoszeniowy. Nigdzie w internetowych zasobach nie natrafiła na fajny gotowy anons, więc postanowiła napisać coś całkiem od siebie. Tyle że nie przypuszczała, że tak ciężko jest opisywać własne zalety, gdy wady mogłaby wymienić jednym tchem. Głowiła się już od ponad godziny, trzykrotnie kasując prawie gotowy tekst.

Telefon zadzwonił akurat w chwili, gdy wpadło jej do głowy zgrabne zdanie. Zła, że złota myśl jej umknęła, odebrała połączenie.

– Co tam? – burknęła zniecierpliwiona. – Rozwiesiłam pranie, a hydraulik przyjdzie za chwilę.

– Danka! Musisz coś dla mnie zrobić! – powiedziała nieswoim głosem Elwira.

– Coś się dzieje? – przeraziła się Danka.

– Musisz wyjąć z komputera czerwony pendrive i go ukryć. Szybko! – Ton nie pozwalał na sprzeciw.

– Dobra, mam go. – Danka posłusznie wysunęła przenośną pamięć i wetknęła sobie do kieszeni. – Ale o co chodzi?

– Lepiej uciekaj z domu! Potem się spotkamy i ci wszystko wyjaśnię! – dyszała ciężko Elwira, chyba gdzieś biegnąc.

– Jezus Maria! Elwira! – Danka usłyszała dzwonek do drzwi. – Elwira! Zaczekaj, ktoś przyszedł, chyba hydraulik.

– Nie otwieraj! – wrzasnęła histerycznie sublokatorka. – To nie hydraulik! Uciekaj! Błagam!

– Ale ja…

Połączenie zostało przerwane.

Dzwonek rozległ się ponownie. A po nim łomotanie pięścią. Spłoszona Danka bezradnie rozejrzała się po pokoju.

– O Boże… Co robić? Co robić? – szeptała w panice. – Uciekać!

Szarpnięta klamka poruszyła się ze zgrzytem, ktoś z całej siły naparł na drzwi. Na szczęście były zamknięte, ale lichy paździerz aż zatrząsł się we framudze.

– Boże! To nie hydraulik!

Decyzja mogła być tylko jedna: Danka złapała torebkę i pochwyciwszy z balkonu czarną, suszącą się tam bluzę, przełożyła nogę przez wysoką barierkę. Do ziemi nie było daleko, ale przy słusznej tuszy zeskok okazał się nie lada wyczynem. Danka z impetem grzmotnęła o ziemię, raniąc ramię o krzew róży. Przeszywający ból w nadgarstku wycisnął jej z oczu łzy, ale strach dodał sił. Jak dzika rzuciła się w stronę centrum osiedla.

Na placu zabaw panował codzienny rozgardiasz, obok ktoś trzepał dywan. Dwie kobiety z psami plotkowały zawzięcie, a z okna na pierwszym piętrze na cały regulator ryczało disco polo.

Danka przestała biec i zwolniła kroku. Miała wrażenie, że za chwilę udusi się z braku powietrza. Pot zalewał jej oczy, musiała jakoś złapać oddech, więc przycupnęła na ławeczce za krzakiem, żeby się uspokoić i odpocząć.

Wyjęła z torebki plaster, nalepiła go na zadrapanie i sprawdziła pulsujący bólem nadgarstek. Poruszała palcami z nadzieją, że to jedynie stłuczenie.

Po kilku minutach opanowała się nieco i spróbowała poukładać myśli. Nie miała pojęcia, co się dzieje i cóż Elwira może mieć wspólnego z jakąś sklepową draką. I to do tego stopnia, że coś zagraża jej życiu.

Namacała w kieszeni pendrive. Najpewniej to w nim tkwi odpowiedź. Tylko co teraz? Na razie mogła jedynie założyć, że ten ktoś, kto w biały dzień przypuścił szturm na jej drzwi, przyszedł właśnie po tę małą kostkę i był gotowy na wszystko. Danka poczuła, że krew zastyga jej w żyłach.

Trzeba koniecznie skontaktować się z Elwirą. I to jak najszybciej. Zbierało się na burzę, a ona nie miała dokąd pójść. Musiała uciekać. I ustalić, o co chodzi.

Widok spoconej jak mysz grubaski biegnącej na oślep przez osiedle nie był czymś zwyczajnym, a ona nie powinna teraz zwracać na siebie uwagi.

Danka, walcząc z przemożną chęcią obejrzenia się za siebie, wyrównała krok i poszła na przystanek. Na razie był to jedyny pomysł, jaki przyszedł jej do głowy.

Wsiadła do autobusu. Na zewnątrz lunęło jak z cebra.

Na wszelki wypadek wolała nie dzwonić do koleżanki ze swojego numeru, więc w autobusie pożyczyła telefon od siedzącej naprzeciwko dziewczyny. Niestety, aparat Elwiry znajdował się poza zasięgiem. W pierwszej kolejności należy sprawdzić w sklepie, zdecydowała Danka.

Na miejsce dotarła już po zamknięciu. Wewnątrz nie było nikogo, a na parkingu stało jedynie przypadkowe auto. Zachmurzone niebo tego dnia pociemniało wcześniej niż zwykle. Znów zaczął padać deszcz. Danka bezradnie rozejrzała się po okolicy i w tej samej chwili przypomniała sobie o stojących na tyłach sklepu kontenerach. Skierowała się ku nim w nadziei, że tego dnia nie wywieziono śmieci i znajdzie tam jakieś pudełko czy folię, którą choć trochę ochroni się przed deszczem.

– O Jezu! – Omal nie upadła, potykając się o nogi siedzącej przy kontenerze kobiety. – Elwira? Oszalałaś, tak tu siedzieć po ciemku? Matko, jak ja się martwiłam, że coś ci się stało! Mam ten pendrive, o który…

Dopiero po chwili zorientowała się, że coś jest nie tak. Koleżanka nie odezwała się ani słowem.

– Elwirka? Nic ci nie jest? – zapytała i nachyliła się. Jej sublokatorka wyglądała na nieprzytomną. Nie namyślając się wiele, Danka strzeliła ją w twarz na odlew. – Elwira! To ja! Ocknij się!

Nie doczekała się odpowiedzi, a bezwładne ciało osunęło się na ziemię. Na wysokości piersi Elwiry widniała rozległa plama krwi.

– O kurwa! O Boże! – Spanikowana Danka nie mogła się zdecydować, czy się modlić, czy kląć. Nie znała się na zadawaniu ran, ale z filmów kryminalnych kojarzyła, że mniej więcej tak wygląda plama po postrzale w serce. – O kurwa!

Strach i kolejny tego dnia zastrzyk adrenaliny sprawiły, że nawet nie spostrzegła, kiedy znów znalazła się w autobusie. Na szczęście oprócz niej wewnątrz nie było nikogo. Przerażona, że mogła ją nagrać kamera monitoringu, uciekła spod sklepu w innym kierunku niż zwykle i wskoczyła w pierwszy lepszy pojazd przypadkowej linii. I tak nie miała dokąd pójść, więc było jej wszystko jedno, dokąd ją wywiezie.

Elwira nie żyła. W mieszkaniu nie było bezpiecznie. Zawiadomienie policji także nie wchodziło w rachubę. Danka była zapewne ostatnią osobą, która kontaktowała się z denatką, być może widziano ją przy zwłokach. A teraz, na dokładkę, miała pod paznokciami jej krew.

Sparaliżował ją strach. Zrezygnowana wsparła czoło o zaparowaną szybę.

– O ja pierdolę… – wyszeptała pod nosem. I znużona przymknęła oczy.

– Proszę się obudzić! Halo, słyszy mnie pani? – Kierowca dotknął ramienia śpiącej w najlepsze kobiety. Brudna, spocona i w zbyt ciasnej bluzie wyglądała jak bezdomna. A z nimi były zawsze największe kłopoty. – Proszę pani, jesteśmy w zajezdni.

 

– Ach!

Rozespana Danka podskoczyła na siedzeniu i z bijącym z przerażenia sercem powiodła wokół nieprzytomnym spojrzeniem.

– Proszę wysiąść!

– Przepraszam, a która godzina?

– Dwudziesta trzecia.

– Już sobie idę. I przepraszam za kłopot. Nie orientuje się pan, czy można tutaj gdzieś niedrogo przenocować? Właśnie przyjechałam do stolicy i okradziono mnie na dworcu. Nie mam dokąd pójść – zełgała Danka.

– Niestety, ja też nie stąd. – Mężczyzna odpowiedział jej miłym uśmiechem. – Jakbym miał auto, tobym panią gdzieś podrzucił, ale mam tylko rower. Chociaż… Wydaje mi się, że jak pani skręci w lewo za skrzyżowaniem, to tam będą jakieś noclegi pracownicze. Nie zaszkodzi sprawdzić, to naprawdę niedaleko.

Nocą zajezdnia przy Ostrobramskiej wyglądała wyjątkowo ponuro. Na szczęście w międzyczasie chmury się rozstąpiły i na niebie pojawiły się gwiazdy.

Danka otuliła się ciasnawą bluzą i smętnie zagapiła przed siebie. To, co się wydarzyło w ostatnich godzinach, przerastało jej zdolność pojmowania. Dotąd sądziła, że takie rzeczy zdarzają się wyłącznie filmowym bohaterom, a nie skromnym sprzedawczyniom z dyskontu.

Nagle zaczęła od nowa kojarzyć fakty. Z westchnieniem ulgi stwierdziła, że baterię w telefonie ma naładowaną prawie do pełna. Sprawnie odpaliła Findera i wybrała połączenie.

– Halo? To pan? Mam ważną wiadomość! – wypaliła, gdy tylko usłyszała męski głos.

– Halo? Słabo słyszę. Kim pani właściwie jest i dlaczego dzwoni pani do mnie o tej porze? Halo! Słabo słyszę! – Rozmówca Danki najpewniej gdzieś imprezował. W tle dało się słyszeć rytmiczną muzykę i zagłuszający rozmowę ludzki gwar.

– Nazywam się Danuta Popiołek i jestem sprzedawczynią w Bonusie, w Śródmieściu. Znalazłam pana ogłoszenie na Finderze i chyba mogę panu pomóc.

– Taaak? – Mężczyzna najwyraźniej opuścił hałaś­liwe miejsce, bo teraz było go słychać bardzo dobrze.

– Zapewne mnie pan nie pamięta, ale poznaliśmy się kiedyś. Mam dla pana ważne informacje, które mogą się przydać.

– Serio? Znamy się? – ożywił się męski głos. – Cóż… Gdybym dostał zdjęcie, byłoby mi łatwiej.

Danka rozłączyła się na chwilę i załączyła do wiadomości swoje najnowsze selfie z balkonu, które zamierzała wysłać do telewizji. Nie wyszła na nim zbyt dobrze, ale od czego są telewizyjni charakteryzatorzy? Kliknęła „wyślij”.

Mężczyzna oddzwonił dosłownie po minucie.

– Oczywiście, że jestem zainteresowany – powiedział z wyraźną radością. – Kiedy możemy się spotkać?

– Natychmiast – padła krótka odpowiedź.