Kaprys milioneraTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kaprys milionera
Kaprys milionera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,95  51,96 
Kaprys milionera
Kaprys milionera
Audiobook
Czyta Mirella Rogoza-Biel
32,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dotarła punktualnie na jedenastą. Tak jak się spodziewała, po porannej dostawie piżam i koszul w promocyjnej cenie w sklepie zastała pobojowisko. Klienci szturmujący wejście jeszcze przed otwarciem wraz z wybiciem szóstej, wyrywając sobie z rąk towar, brali wszystko jak leci. Nie patrząc na rozmiary, na oślep ładowali łupy do koszyków. Przy co bardziej atrakcyjnych promocjach dochodziło nawet do rękoczynów. Zgromadziwszy zdobyczne towary, ludzie instalowali się w spokojnej części sklepu, by tam sprawdzić, co udało się wyszarpnąć konkurencji. Oczywiście wszystkie towary przy tej okazji pozbawiano opakowań, a niechciane sztuki zostawiano gdzie popadnie.

Danka westchnęła, pomachała siedzącej przy kasie koleżance i zabrała się do roboty. Myślała, że adidasów w zamrażarce z frytkami nic nie przebije, tymczasem właśnie natrafiła na opróżnioną do połowy butelkę wódki schowaną głęboko za wacikami.

Gdy opadł kurz po porannej inwazji i sklep od nowa zaczął funkcjonować normalnie, zmieniła koleżankę na kasie. Właściwie to zajęcie pasowało jej najbardziej. Lubiła krótkie pogawędki z klientami, choć niektórzy potrafili podnieść człowiekowi ciśnienie. Nawet po latach pracy Danka mocno przeżywała niezasłużone słowne cięgi. Czasami zdarzało jej się przełykać łzy, gdy klient mający zły dzień przychodził do sklepu chyba tylko po to, by wyżyć się na kimś, kto zawodowo musi być grzeczny. Ale było też grono stałych klientów, którzy zawsze ustawiali się do kasy, przy której siedziała, by zamienić z kasjerką kilka słów. Czasem Danka wyświadczała im drobne przysługi i zanim atrakcyjny towar lądował na półkach, odkładała go dla nich pod ladę.

Tego dnia panował potworny upał, a na nieszczęście kasjerów chwilowo zdemontowano i odwieziono do naprawy uszkodzone rolety przeciwsłoneczne. Mimo maksymalnego nawiewu z klimatyzacji na kasie w pełnym słońcu można było się usmażyć. Po chwili Danka poczuła, jak spod piersi spływa jej pot. Marzyła o końcu zmiany jak nigdy, lecz jak na złość ustawiła się do niej długa kolejka. Z ulgą zauważyła machającą jej od wejścia Elwirę. Jej obecność oznaczała bliski koniec męczarni.

Z radością ustawiła na końcu taśmy tabliczkę z informacją o zamknięciu kasy i ruszyła na zaplecze. I wtedy dobiegł ją dziki wrzask – jakaś kobieta, pośliznąwszy się na rozlanej śmietanie, wywinęła klasycznego orła i z impetem wylądowała na palecie pełnej jajek. Danka aż zamknęła oczy. Liczyła, że gdy je otworzy, obraz masakry zniknie, ale nic z tego. Nieszczęśnica nie dość, że nie zamierzała znikać, to na dokładkę niezdarnie gramoliła się ze sterty zmiażdżonych papierowych pudełek. Złorzecząc wściekle na opieszałość obsługi, próbowała zetrzeć z siebie oślizgłe surowe jajka.

Danka nieopatrznie rozejrzała się wokół. I to był błąd. Pozostali klienci z trudem tłumili śmiech. Sytuacja była tak komiczna, że ciężko było zachować powagę, a im bardziej kobieta się wściekała, tym inni bardziej się śmiali. Danka nie wytrzymała i odwróciwszy się plecami, kryjąc się za stosem jednorazowych pieluch, ryknęła niepohamowanym śmiechem.

– To jest bezczelność! – wydzierała się klientka. – Ja na was doniosę do inspekcji pracy i do sanepidu! I na policję! – odgrażała się.

Danka czym prędzej czmychnęła na zaplecze. Na szczęście z akcją ratunkową pośpieszył jeden z kolegów.

– Co tam się dzieje? – zaczepiła ją w przejściu Elwira, która zdążyła już się przebrać w firmowy uniform.

– Jedna babka upadła na paletę z jajkami. Ubaw po pachy, mówię ci! Jak chcesz, to chłopaki pokażą ci później na nagraniu. Idziesz na kasę? – Danka zdołała wreszcie opanować śmiech.

– Tak. Słuchaj! W domu zatkał się zlewozmywak, wezwałam hydraulika. Ma przyjść jutro o dwudziestej.

– Cholera. A nie mówiłam ci, że się zatka?

– Aha, był jeszcze listonosz z listem poleconym od komornika. Musiałam pokwitować.

– Od komornika? – Danka struchlała. Wcześniejsze rozbawienie wyparowało natychmiast. – Niby do mnie?

– Tak. Nie spłaca się zobowiązań, to się ma komornika – rzuciła bez litości Elwira.

Wzruszyła ramionami i założyła na głowę specjalną opaskę z daszkiem z logo sklepu.

Od dziecka nauczona funkcjonowania przy mocno ograniczonym budżecie, Danka zawsze skrupulatnie pilnowała rachunków. Przekroczenie terminów prawie zawsze wiązało się z doliczeniem karnych odsetek, a na to z pewnością nie było jej stać. Marzyła, by kiedyś mieć tyle pieniędzy, żeby bez wyrzutów sumienia wejść do galerii handlowej i bez obaw, że odłączą jej prąd, kupić to, co jej się podoba. Tak po prostu. Jakieś fajne spodnie, torebkę. Może błyszczyk?

Szczyciła się tym, że żyje bez długów. Do niedawna, kiedy została zmuszona zaciągnąć całkiem spory kredyt. Wtedy sytuacja mocno się skomplikowała.

Właściwie nigdy nie łączyła jej z ojcem silna zażyłość. A od rozwodu rodziców ich kontakty stały się sporadyczne i nie wychodziły poza okazje typu urodziny czy święta. A i to nie zawsze. Jednak, nie licząc dwóch kuzynek, ojciec był jej jedyną rodziną. Nieczęste kontakty pozwalały dostrzec, jak bardzo przez te lata postarzał się i skurczył. Dance nie odpowiadał jego styl życia – od jabola do jabola i od jednej fuchy do drugiej. Na szczęście ojciec nie rozpił się jeszcze na tyle, by przestać zarabiać na własne utrzymanie. Mieszkał w odziedziczonej po rodzicach rozlatującej się chałupie bez wygód. A prawdę mówiąc, w takiej trochę lepszej szopie. Jedynym, co naprawdę posiadał, był talent do budowlanki i dwa hektary położonego przy autostradzie gruntu. Z niewielkiej renty oraz z tego, co zarobił, żył skromnie i jakoś wiązał koniec z końcem.

Do czasu, kiedy wylądował w szpitalu. Diagnoza nie pozostawiała wątpliwości: miał nowotwór żołądka, a leczenie wymagało dużych pieniędzy.

– Wiem, że to nie halo. Ale ja nie mam kogo poprosić. Danuś… – Zmęczony ojciec naciągnął dłońmi sinawe worki pod oczami. Jego zwykle ogorzała twarz, teraz poorana głębokimi zmarszczkami, przybrała ziemisty odcień. – Leczenie jest skuteczne, ale drogie jak pierun. I go, padalce jedne, nie chcą zrefundować.

– Tato, ale skąd ja wezmę tyle pieniędzy? – przeraziła się Danka. Sześćdziesiąt tysięcy złotych było dla niej kwotą abstrakcyjną. – Nie mam przecież oszczędności, no bo i z czego?

– Ale jest pewien sposób. Franuś, mój kompan spod sklepu, wymyślił. Ten to ma łepetynę nie od parady!

– A cóż takiego wymyślił ten twój autorytet z bożej łaski? – Danka splotła ramiona na bujnej piersi w geście oznaczającym bojowość i opór.

– Żebyś wzięła kredyt.

– Ja?! – Omal nie spadła z krzesła. – A kto mi da kredyt?

– Bank ci da. Możesz wziąć pieniądze pod swoje mieszkanie. W końcu to stolica i jest trochę warte.

– Nie! To niemożliwe! – Pokręciła gwałtownie głową. – A niby kto będzie płacił raty? Też Franuś?

– Ja będę płacił. Przecież zarabiam. Przecie będę więcej pracował, ale muszę być zdrowy. Jak umrę, to niczego nie urobię. W szpitalu mówili, że po operacji szybko stanę na nogi. Będę brał lżejsze prace, za to więcej. To i zarobię.

– A jeśli nie dasz rady? Wtedy stracę wszystko.

– Sprzedamy moje pole. Całe dwa hektary i można ziemię odrolnić. A za budowlane trochę złociszów się zgarnie. To i się wtedy od razu cały kredyt tym krwiopijcom zakichanym odda. A i pewnie dla ciebie, na przyszłość, trochę z tego zostanie.

– To może od razu tak zróbmy? – zaproponowała Danka z nadzieją w głosie.

– Nie da rady. Pytałem w gminie. Siostra Franka tam robi. Mówiła, że to długo trwa. To całe przekwo… Przekwela… – zdenerwowany mężczyzna nie mógł się wysłowić.

– Przekwalifikowanie – poprawiła automatycznie.

– No właśnie. A ja tyle czasu to nie mam.

– A co mówią lekarze?

– Że śpieszyć się trzeba. Ale nie bój się. Na pierwsze miesiące, kiedy będę się leczył, mam odłożone trochę grosza. Już nawet spisałem testament. Jakbym umarł, to tamto pole jest twoje.

Mimo zaradności i żelaznych (jak dotąd) zasad poczucie obowiązku przeważyło. Zrozpaczona i przerażona Danka złożyła podpis na umowie kredytowej.

Ojca praktycznie od razu poddano kosztownej terapii.

– Poczciwa z ciebie dziewczyna, Danuś… – Drżącą dłonią głaskał ją po głowie, gdy przyszła do szpitala. – Babka dobrze cię wychowała.

Rokowania były bardzo obiecujące, pacjent nabierał sił z dnia na dzień i szybko wrócił do pracy. Wszystko szło ku dobremu: ojciec spłacał raty, a Danka na dobre odsunęła od siebie myśl o kredycie i zajęła się swoimi sprawami. Aż do pewnego wiosennego poranka, kiedy odebrała połączenie z nieznanego numeru. Franek, kompan od flaszki, grobowym głosem przekazał tragiczną wiadomość: ojciec utonął w rzece.

Najpewniej popełnił samobójstwo po tym, jak dowiedział się, że ma nawrót raka z przerzutami.

Na reakcję banku nie trzeba było długo czekać. Danka niemal stanęła na głowie, żeby załatwić odroczenie spłat do czasu, kiedy załatwi jakieś pieniądze. Miała przecież nieruchomość po ojcu, więc niezwłocznie udała się do urzędu gminy, żeby ustalić szczegóły procedury zmiany kwalifikacji gruntów. I okazało się, że była w błędzie. Po pierwsze, dysponowała nieużytkami o najniższej klasie i w dodatku w całości znajdującymi się na terenie zalewowym. W tej sytuacji nie istniała żadna możliwość zmiany kwalifikacji działki. Nie było nawet kawałka ziemi na siedlisko, a rozlatująca się szopa, w której mieszkał ojciec, została kiedyś postawiona kompletnie na dziko. Na domiar złego w tamtej okolicy podobnych nic niewartych gruntów znajdowało się całe mnóstwo.

Rozdział 3

Emila obudził koszmarny ból głowy; morderczy kac pozwolił jedynie na ostrożne uchylenie powiek. Z pewną ulgą odnotował, że znajduje się we własnym łóżku, w sypialni apartamentu. Jak przez mgłę pamiętał koniec wczorajszego wieczoru. Kojarzył jedynie, że Robert nie dał się zatrzymać na noc i pożegnawszy się, wyszedł chwiejnym krokiem z mieszkania do czekającej na dole taksówki. Tego, co stało się z Markiem, Emil nie pamiętał.

 

Z ogromnym trudem usiadł na łóżku i postawił stopy na podłodze. Ścisnął na chwilę dłońmi pulsujące skronie, a potem ciężko poczłapał w stronę kuchni. Musiał się natychmiast czegoś napić, choćby wody z kranu.

Salon przypominał pobojowisko. Puste butelki po piwie walały się po podłodze, na stoliku stały dwie, ewidentnie opróżnione, flaszki po pierwszorzędnej whisky. Emilowi powoli wracała pamięć. Jęknął w duchu, gdy przypomniał sobie wczorajszy zakład. Traktował takie rzeczy śmiertelnie poważnie i chorobliwie pilnował, by nigdy nie łamać danego słowa.

– Jajeczniczki? – dobiegł go z kuchni głos Marka.

Przyjaciel stał przy czarnym blacie i wbijał jajka do miski. Ekspres cicho pracował, przygotowując kawę.

– Muszę się napić – wychrypiał Emil i podstawił usta pod kran z wodą.

– W lodówce masz zimną mineralną – roześmiał się Marek.

– Wszystko mi jedno – wymamrotał Emil, ocierając usta wierzchem dłoni. – Jeśli masz tam jakiś nóż, to zakończ moją agonię i utnij mi łeb.

Marek zaśmiał się ponownie, choć było widać, że też bardzo cierpi. Otworzył lodówkę, wyjął z niej oszronioną butelkę wody i przeturlał po blacie w stronę przyjaciela.

– Dzięki!

– Myślę, że powinieneś coś zjeść – powiedział Marek.

– Niczego nie przełknę, mowy nie ma.

– Myślałem, że potrzebujesz się wzmocnić przed czekającym cię zadaniem – zachichotał przyjaciel.

– Jakim znów zadaniem?

– Zapomniałeś o zakładzie?

Emil nie zapomniał, ale liczył na to, że przyjaciele tak. Jak się właśnie okazało, były to płonne nadzieje. Odkręcił butelkę i opróżnił jej zawartość kilkoma potężnymi haustami.

– Nie zapomniałem – wymamrotał. – A Robert kiedy poszedł?

– Tuż po tym, jak podpisaliście umowę, a ty odpadłeś w kimono.

– Ostatnie, co pamiętam, to chwila, w której przeciąłeś zakład i usnąłeś na kanapie.

– No to uwierz mi, niewiele pamiętasz – zarechotał Marek.

– Co masz na myśli? – zdenerwował się Emil. – I o jakiej umowie mówisz?

Przyjaciel wlał fachowo jajka na patelnię, po czym wskazał głową w stronę ławy zastawionej pustymi butelkami po alkoholu. Emil poderwał się ze stołka barowego i w kilku krokach dopadł kanapy. Usiadł na niej ciężko i wziął do ręki plik kartek. Wyglądały na profesjonalną umowę.

– Ale jak to? – jęknął, niewiele z tego rozumiejąc.

– Prawie się z Robertem wzięliście za łby. A potem zadzwoniłeś do jednego z tych swoich prawników i kazałeś mu kogoś przysłać. Przyszedł taki młody chłopaczek i chyba nie do końca mu się spodobało to, co tu zobaczył. W zasadzie wcale się mu nie dziwię. Trzech zalanych idiotów bełkoczących coś bez ładu i składu. Ale spisał umowę pod wasze dyktando – wyjaśnił usłużnie Marek, wykładając jajecznicę na talerze.

– Nic nie pamiętam – poskarżył się Emil. – Kompletna pustka! – dodał, przerzucając dokumenty.

– W to jestem w stanie uwierzyć. Obaj byliście pijani jak świnie. Zresztą ja też, a pamiętam to wszystko tylko dlatego, że wcześniej się nieco przespałem. A potem obudził mnie esemes od Moniki. Dlatego załapałem się na ten niewiarygodny prawniczy spektakl.

– Nigdy więcej nie wypiję nawet kropli alkoholu! – westchnął ciężko Emil.

Starając się ignorować ból głowy, zatopił się w paragrafach podpisanej po pijaku umowy.

Nie zajęło mu zbyt wiele czasu stwierdzenie, że Robert jest kuty na cztery nogi, nawet w stanie upojenia alkoholowego. Kontrakt nie pozostawiał mu wyboru: albo w ciągu sześciu miesięcy udokumentuje przemianę brzydkiego kaczątka w księżniczkę, albo straci na rzecz Roberta apartament na Złotej. Oczywiście bez wielkiego uszczerbku mógłby bez niego żyć, ale krew się w nim zagotowała na widok podstępnych paragrafów dodatkowych. Aby wygrać zakład, nie wolno mu uciekać się do przymusu bezpośredniego wobec kandydatek, szantażować ich, stosować przekupstwa ani przeprowadzić castingu nagłośnionego medialnie. Emil nie zamierzał nikogo więzić ani szantażować, ale punkt zabraniający ogłoszenia naboru związywał mu ręce. Jeśli się nie mylił, pozostawało mu wyłącznie chodzenie po ulicach i nagabywanie potencjalnych kandydatek. Co więcej, etapy przemiany miały być regularnie dokumentowane. Robert, choć pijany, doskonale zadbał o swoje interesy, całkowicie grzebiąc nadzieje Emila na wygraną.

– Zadzwoń do niego – doradził Marek, stawiając przed Emilem talerz ze śniadaniem. – Zadzwoń i przemów mu do rozsądku. Przecież ten zakład to jakiś kompletny absurd, a umowę można zawsze rozwiązać, prawda?

Emil poczuł narastającą złość. Nie na Roberta, tylko na siebie. Zazwyczaj trzymał się w ryzach i nie pozwalał sobie na picie większych ilości alkoholu, a już z pewnością nie dopuszczał do tak idiotycznych sytuacji jak ta. Co go w ogóle podkusiło, żeby brnąć w ten zakład? Teraz już było za późno. Nie zamierzał korzystać z porady Marka i błagać Roberta o litość. Wręcz przeciwnie, zrobi wszystko, by utrzeć tamtemu nosa i wygrać.

Z tekstu umowy wynikało, że na przygotowanie się do akcji ma miesiąc. Półroczny zegar przemiany w księżniczkę jeszcze nie zaczął tykać. Dobre i to, pomyślał. Przynajmniej w tej kwestii się zabezpieczyłem.

Odsunąwszy chwilowo od siebie sprawę nieszczęsnej umowy, chwycił za widelec i zaczął ostrożnie jeść jajecznicę.

– Wspominałeś coś o wiadomości od Moniki – zagaił.

– Kilka przysłała – bąknął Marek.

– To już nie potraficie normalnie przez telefon porozmawiać? – zdziwił się Emil.

– Niby potrafimy. Ale kłócimy się najczęściej przez esemesy.

– O co znów poszło?

– No, to chyba oczywiste? Nie wróciłem na noc do domu.

Emil o tym nie pomyślał. Jako wiecznemu kawalerowi w głowie mu się nie mieściło, żeby przed kimkolwiek i z czegokolwiek się tłumaczyć, ale jak widać, małżeństwa rządzą się swoimi prawami.

– Mówiłeś wczoraj poważnie, że Monika cię zdradza?

– Już nic nie wiem – westchnął Marek z rezygnacją. – Chyba wynajmę jakiegoś detektywa, bo ta niepewność w końcu mnie zabije.

– Mam jednego zaufanego. I nie weźmie od ciebie ani grosza.

– Co to, to nie! Nie będziesz za mnie płacił!

– Daj spokój, no pewnie, że za nic nie będę płacił. Przynajmniej nie więcej, niż płacę do tej pory. Mam u niego wykupiony abonament, więc przeważnie bierze kasę i nic nie robi. Bo ile spraw w roku może mieć do niego bezdzietny kawaler z kilkoma spółkami zajmującymi się legalną działalnością? – Emil zbagatelizował kwestię płatności.

W rzeczywistości detektyw Piotr Jastrzębski załatwiał dla niego wiele niezbędnych spraw, ale tą wiedzą Emil nie zamierzał się dzielić z przyjacielem.

– Skoro tak… – Marek wyraźnie się wahał.

– Jeszcze dzisiaj zadzwonię do niego i poproszę, żeby się z tobą skontaktował.

– Ale żeby Monika nie usłyszała, kto dzwoni.

– Spokojnie. To detektyw. Śledził pewnie niejednego małżonka podejrzanego o zdradę. Doskonale będzie wiedział, jak się z tobą dyskretnie dogadać.

Uspokojony Marek dłużej nie protestował. Na jego twarzy odmalowała się ulga. Emil doskonale wiedział, że przyjaciel już wcześniej przemyśliwał o wynajęciu detektywa, ale zwyczajnie nie było go stać na taką usługę bez zauważalnej wyrwy w domowym budżecie. To z pewnością zwróciłoby uwagę Moniki i wywołało lawinę kłopotliwych pytań.

Emil odkrył ze zdumieniem, że jego żołądek się nie zbuntował w trakcie jedzenia, a on sam po posiłku poczuł się nieco lepiej.

– Chodźmy na saunę i basen – zaproponował.

– Masz takie cudeńka w tym budynku? – ucieszył się Marek. – Nie mam kąpielówek… – stropił się po chwili.

– Spokojnie, dam ci jakieś. Mam ich tu pewnie ze dwadzieścia par. Rzadko korzystam ze strefy spa, ale firma opiekująca się moim apartamentem ciągle mi dokłada nowe do garderoby. Ręczniki są na dole, przy basenie.

Gdy wysiedli z windy, Marek rozejrzał się z uznaniem i cicho gwizdnął.

– Byłem przekonany, że spa będzie na parterze albo w piwnicy – powiedział ze zdumieniem.

– Ósme piętro to nie tak wysoko – odparł Emil. – Ale widok jest całkiem niezły. Chodźmy!

Piętnastominutowa sesja w saunie wycisnęła z nich siódme poty i całego kaca. A po zimnym prysznicu Emil poczuł się niemal jak nowo narodzony. Uznał, że po przepłynięciu jeszcze kilku długości basenu wszystko wróci do normy.

Basen nie był wielki, ale zdecydowanie wystarczał. Nie licząc przyjaciół, korzystał z niego zaledwie jeden starszy mężczyzna. Wypoczywał na leżaku na zewnętrznym patio, tuż obok sporego jacuzzi.

– To Borowicki. Niezła szycha. Szef koncernu medialnego – wyjaśnił szeptem Emil.

Marek nie zawracał sobie głowy pomarszczonym starcem owiniętym w pasie białym ręcznikiem.

– Stary! Jaki widok! – powiedział, gdy tuż za przeszklonymi drzwiami zobaczył Pałac Kultury.

Rzeczywiście, wydawało się, że znajduje się na wyciągnięcie ręki. Pływając leniwie, można było podziwiać złote refleksy słońca odbijające się w oknach budynku. Widok uświadomił Markowi, że w tym dziwnym świecie wszystko, co najlepsze, jest zarezerwowane dla bogaczy. Nawet piękne widoki.

***

W pełni zregenerowany Marek pojechał do domu, a Emil, z braku lepszych pomysłów, postanowił odwiedzić swój ulubiony klub z salonem masażu. Nie był to obiekt, do którego ktokolwiek mógł się dostać ot tak, z ulicy. Trzeba było mieć kartę członkowską i opłacać regularne składki w przyprawiającej o zawrót głowy wysokości, za to w cenę były wliczone wszystkie usługi, niezależnie od częstotliwości korzystania. Nie wolno było przyprowadzać tutaj nikogo z zewnątrz, więc Emil nie wspomniał Markowi, dokąd się wybiera. Zresztą przyjaciel był żonaty, a pobyt w domu uciech zdecydowanie nie polegał na paleniu cygar i czytaniu gazet.

Agencja zajmowała trzy piętra w pięknie wyremontowanej kamienicy w ścisłym centrum miasta. Trzeba było wejść na wykładaną marmurem klatkę schodową, wcześniej wpisując odpowiedni kod do wideofonu. Drzwi do klubu znajdowały się na pierwszym piętrze.

Emil nie musiał pukać. Uprzedzony obrazem z kamery ochroniarz czekał w otwartych drzwiach. Bez słowa wpuścił gościa do środka, jedynie gestem wskazując na odznaczający się w jego kieszeni telefon. Emil skinął potakująco głową. Jako stały klient doskonale wiedział, że klub wymaga, aby sprzęt był wyłączany.

O tej godzinie niewiele się tutaj działo. Większy ruch panował wieczorem, gdy niewielkie saloniki wypełniali mężczyźni popijający drinki roznoszone przez półnagie kelnerki. Teraz było spokojnie. Za barem snuł się apatyczny barman, kompletnie nie zwracając uwagi na kilka skąpo ubranych dziewczyn siedzących na kanapach. Wszystkie wyglądały olśniewająco, ale barman napatrzył się już w życiu na tyle piękności, że te nie robiły na nim żadnego wrażenia. Emil podejrzewał, że przystojny brunet, zawsze ubrany z przesadną wręcz dbałością, może być gejem, co wyjaśniałoby po części brak zainteresowania koleżankami z pracy. Ale tylko po części, bo dziewczyny były z najwyższej półki i powinny zachwycać każdego.

Po lewej siedziała Natasza, zjawiskowa blondynka z włosami przyciętymi w równą grzywkę. Miała średniej wielkości biust, zwykle opięty krótką czerwoną bluzką odsłaniającą pępek, i dżinsowe poprzecierane szorty odsłaniające niewiarygodnie długie nogi. Emil nie wiedział, co skrywa pod ubraniem, bo nigdy nie miał okazji go z niej zdjąć. I w zasadzie nie chodziło o brak okazji; traktował Nataszę jak trofeum ostateczne. Oczywiście wiedział, że idzie z każdym, więc nie była to kwestia zdobywania czy flirtu. Po prostu zdawał sobie sprawę, że jeśli w tym miejscu nie pozostanie już nic do odkrycia, klub całkowicie go znudzi. A tak przychodził, kiedy akurat był w Warszawie, i zawsze z przyjemnością taksował dziewczynę wzrokiem, starając się odgadnąć kształt jej sutków i wyobrazić sobie, co skrywają, zapewne koronkowe, majteczki. Kiedyś zaproponował Ewie, opiekunce dziewczyn, że zabierze Nataszę do Nowej Zelandii, ale podobno dziewczyna nie chciała o tym słyszeć. Powiedziała, że nie pracuje w terenie.

– Witaj, Emilu! – przywitała go siedząca obok Nataszy Klaudia.

Była apetyczną szatynką z lekko kręconymi włosami. Znacznie niższa od koleżanki i nieco pulch­niejsza, miała niespożytą energię i uwielbiała przejmować kontrolę w łóżku. Ale to nie jej szukał, więc tylko pomachał na powitanie i nie zajmując się dłużej ani nią, ani resztą panienek, ruszył do kolejnego pomieszczenia, gdzie zwykła przesiadywać Czarna Ewa.

 

Dobrze trafił. Zastał ją przy stoliku. Popijała kawę, jednocześnie śledząc kolumny liczb na ekranie stojącego przed nią laptopa.

– Dzień dobry – przywitał się, wchodząc.

– A, witam! Dawno pan do nas nie zaglądał! – ucieszyła się.

– Ostatnio nie bywam często w Warszawie – odparł.

Ewa pracowała tu zbyt długo, by pytać o cokolwiek. Nie zadała żadnego kurtuazyjnego pytania dla podtrzymania rozmowy, tylko w milczeniu czekała na to, co powie gość.

– Szukam Pakpao. Gdzie ją znajdę? – zapytał.

– Pat jest w gabinetach masażu, ale jeszcze nie zaczęła zmiany. Chociaż myślę, że dla pana zrobi wyjątek – roześmiała się cicho.

Emil nie skomentował. Wszyscy wiedzieli, że dziewczyna ma do niego słabość. Była Tajką, całkiem nieźle znała polski i ewidentnie marzyła o bogatym facecie, który jak w romantycznej powieści zakocha się w niej i zabierze do swojego pałacu. Lubił ją i chętnie spędzał czas w jej towarzystwie, ale to nie był film Pretty Woman.

Znalazł dziewczynę w ostatnim gabinecie do masażu, na końcu wąskiego korytarza. W pokoju panował przyjemny chłód, a świece zapachowe roztaczały miłą woń jaśminu. Pakpao siedziała na fotelu, ze stopami podwiniętymi pod pośladki, i czytała jakąś książkę, jedząc kanapkę. Na jego widok rozjaśniła się, a drobne, pomalowane na czerwono usta wygięły się w uśmiechu.

– Emil! Miło cię widzieć! – wykrzyknęła z nieudawanym entuzjazmem.

– Witaj, Pat. Nie za wcześnie jestem?

– Ty możesz przychodzić, kiedy chcesz – odparła, lekko zniekształcając końcówki słów.

– Potrzebuję masażu i odprężenia – odparł. – I niewykluczone, że również rady.

– W jakiej sprawie? – zdziwiła się.

– A to później – zbył ją machnięciem ręki. – Najpierw bądź aniołem i zajmij się moimi biednymi mięśniami.

Rozebrał się za parawanem i owinięty w talii tylko niewielkim błękitnym ręcznikiem ułożył się głową w dół na stole do masażu.

– Jesteś bardzo spięty – powiedziała Pat, masując jego ramiona. – Jakieś kłopoty?

– Nie większe niż zwykle – westchnął.

– Postaraj się zrelaksować – poleciła aksamitnym głosem.

Odeszła na chwilę i włączyła muzykę zen. Sączyła się cicho z niewidocznych głośników. Pat masowała mu plecy kolistymi ruchami drobnych, ale zadziwiająco silnych dłoni. Schodziła coraz niżej, co jakiś czas lejąc wprost na jego skórę cieniutki strumyczek pachnącej pudrem oliwki.

– Unieś biodra! – zażądała.

Posłuchał bez szemrania i poczuł, jak ręcznik powoli wysuwa się spod niego, niemal pieszczotliwie ocierając się o penisa.

– Emil, kiedy ostatnio depilowałeś tyłek? – zapytała Pakpao.

– Nigdy – wymamrotał. – I nawet nie próbuj kombinować – ostrzegł.

– Nie będę – westchnęła, skrapiając bliźniacze wzgórki solidną porcją olejku.

Przez chwilę ugniatała pośladki w milczeniu, z każdym ruchem zbliżając się do umięśnionych ud.

– Jakiej rady potrzebujesz? – zapytała znienacka.

– Co? – mruknął półprzytomnie Emil.

Zrobiło mu się błogo i ciepło w lędźwiach. Głos Pat nieco go rozkojarzył.

– Mówiłeś, że chcesz się poradzić – przypomniała mu.

– No tak, rzeczywiście – odparł. – Wybacz, ale gdy czuję twoje dłonie na swoim ciele, to inne sprawy mi umykają.

– I słusznie!

Wylała kolejną porcję oliwki, tym razem na twarde jak kamienie łydki. Mięśnie ustępowały niechętnie pod ciepłem jej dłoni.

– Cudownie – szepnął.

– Odwróć się na plecy – zażądała Pat.

Uczynił to bez zażenowania. W końcu masażystka nieraz widziała go w pełnej okazałości.

– Ktoś tu chyba potrzebuje, żeby się nim zająć bardziej troskliwie – roześmiała się Pat, zapatrzona w rosnące z każdą chwilą przyrodzenie Emila. – Dob­rze wiedzieć, że wciąż mam w sobie to coś.

– Oj masz, dziewczyno! Twoje rączki są magiczne.

Pat wzięła się pod boki i roześmiała donośnie.

– Nie musisz się podlizywać, mój dzielny rycerzu – powiedziała i ujęła w dłoń nabrzmiałego penisa.

Emil westchnął cicho i umościł się wygodniej. Zamknął oczy i poddał się powolnym, pieszczotliwym ruchom.

– W porządku? – zapytała Pat.

Mruknął potakująco i lekko uniósł biodra w niemym zaproszeniu. Dziewczyna zrozumiała bez słów. Nachyliła się i ujęła jego męskość ustami. Najpierw sam koniuszek, który naprzemiennie lekko ssała i delikatnie drażniła językiem.

– Weź go mocniej – poprosił zachrypniętym głosem.

Usłuchała bez wahania. Emil jęknął z rozkoszy i przez chwilę poddawał się zabiegom, które nagle przestały mu wystarczać. Chwycił dłonią włosy Pat i przyciągnął twarz dziewczyny do swojej. Wpił się zachłannie w jej usta, po czym usiadł, chwycił ją mocno za biodra i posadził na sobie.

Od razu odnalazła drogę. Z gardłowym jękiem zaplotła ramiona na jego karku i z zapałem zaczęła unosić się i opadać na jego męskość.

Nie trwało to długo. Ku rozczarowaniu Pakpao mężczyzną wkrótce wstrząsnął dreszcz. Opadł na łóżko do masażu i ewidentnie nie planował dłużej zajmować się partnerką.

– Dziękuję ci. Byłaś jak zwykle niesamowita – powiedział łaskawie i spojrzał wyczekująco.

Pat bezbłędnie rozszyfrowała to spojrzenie – klient podziękował za usługę, która właśnie dobiegła końca. Zsunęła się z jego ciała, po raz kolejny przeklinając własną głupotę. Zazwyczaj była profesjonalistką, ale przy Emilu traciła głowę.

– Lepiej się teraz czujesz? – zapytała od niechcenia, ucieszona, że udaje się jej opanować drżenie głosu.

– Tak, jest super – odparł.

– A wracając do rady, jaką chciałeś ode mnie otrzymać… Chyba teraz już możesz się skupić na wyjaśnieniu?

– No tak. Już teraz mogę. Słuchaj, gdzie powinienem szukać brzydkiej i grubej dziewuchy, żeby zrobić z niej księżniczkę? Casting odpada.

– Finder.

– Co takiego?

– To taka platforma służąca do szukania partnerów – wyjaśniła.

– Nie szukam partnerki – roześmiał się.

– Uwierz, ludzie się tam szukają w najróżniejszym celu.

– Uważasz, że powinienem dać ogłoszenie?

– Niezupełnie. Załóż profil ze zdjęciem i napisz, że potrzebna ci asystentka albo ktoś taki. Że zapłacisz dużo za jej pracę na wyłączność. Zgłoszą się tłumy chętnych, a ty sobie po prostu wybierzesz tę najbrzydszą i najbardziej przy kości. Rozumiesz?

Z grubsza pojął. I nie tracąc czasu, założył na Finderze konto, łamiąc tym samym klubowe zasady, bo włączył ukradkiem telefon. Zamieścił zrobioną mu naprędce przez Pat fotografię, oczywiście obejmującą wyłącznie jego twarz na tle malowniczo rozmazanych roślinek zdobiących studio masażu. Reszta nagiego ciała, z wymęczonym penisem, nie nadawała się do uwiecznienia.

– Myślisz, że to zadziała? – zapytał z obawą.

– No pewnie! Telefon ci się zagrzeje od tysięcy wiadomości – roześmiała się Pat.

Niewiele się pomyliła. Dosłownie piętnaście minut po tym, gdy Emil ją uściskał i opuścił klub, jego smartfon rozpaliły do czerwoności napływające zgłoszenia. Problem w tym, że zgłaszały się wyłącznie modelki i inne przepiękne dziewczyny. Na dodatek niektóre zdecydowanie w wieku szkolnym.

Emil westchnął ciężko i postanowił wracać do apartamentu. Miał sporo czasu. Teraz marzył tylko o tym, żeby odespać wczorajszą noc.