Jak u siebie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6

Gdy Eliza wynotowała sobie większość spraw do załatwienia, szybko doszła do wniosku, że bez urlopu się nie obejdzie. Formalności związane z działalnością gospodarczą, a do tego wyciśnięcie ile się da z dotychczasowej szefowej, muszą zająć od groma czasu. Na normalną pracę nie było już miejsca.

Po pierwsze, zajęła się rozeznaniem rynku kosztowności. Wcześniej zleciła wprawdzie tę sprawę prawnikom z kancelarii notariusza Bogackiego, ale teraz postanowiła sama zorientować się w realiach obrotu klejnotami. Owszem, towar był chodliwy, ale po okazyjnej cenie, a gdzie jeszcze wycena i ekspertyza potwierdzająca autentyczność kamieni i stopień ich czystości? Po krótkiej analizie rynku Eliza znalazła się w sytuacji bez wyjścia i dała mecenasowi wolną rękę, starając się nie myśleć, ile na tym straci.

Następnie wzięła dwutygodniowy urlop na załatwienie formalności i wstępne zorientowanie się w nowym biznesie. Wyszukała krótki internetowy kurs zarządzania z uwzględnieniem aspektów właściwych dla branży hotelarskiej i z marszu wykupiła pakiet szkoleniowy. W obecnej chwili najbardziej zależało jej na materiałach, z których mogłaby się nauczyć czegokolwiek, więc postanowiła działać jako ekstern. Zapłaciła z góry. O dokumencie potwierdzającym ukończenie kursu pomyślę w dalszej kolejności, stwierdziła. Udała się wreszcie do urzędu i założyła działalność gospodarczą. Zapewne odpadłaby już przy pierwszych rubrykach formularza, gdyby nie przemiły, choć pryszczaty stażysta, chwilowo urzędujący w okienku z napisem: „Urząd Statystyczny”. Chłopak najpierw z wyraźną aprobatą otaksował sylwetkę Elizy z góry na dół, a następnie z wyrazem cielęcego zachwytu z pamięci podyktował jej wszystko, co było konieczne do właściwego wypełnienia dokumentów. Doradził również, by zawczasu piętro niżej uiściła w kasie wszystkie opłaty, co zaoszczędzi jej nerwów i niepotrzebnego biegania po schodach.

Jak to dobrze, że włożyłam dziś mini!, pomyślała rozbawiona Eliza, odbierając po trzech godzinach upragniony dokument. Teraz jeszcze tylko formalności w ZUS-ie, pieczątka i konto w banku. Ech, gdybyż cała reszta była taka prosta!, westchnęła w duchu. W najbliższych dniach czeka mnie młyn, jakiego nie zaznałam jeszcze nigdy w życiu.

– Boże, Iga, ja nie wyrabiam! – poskarżyła się przyjaciółce. – Jeszcze nawet dobrze nie zaczęłam, a ten cholerny hotel już śni mi się po nocach! Co noc mam jakiś koszmar. – Zmęczona wsparła czoło na rękach.

Mając gdzieś konwenanse, wbiła łokcie w stół i podparła się, bezceremonialnie siorbiąc ciepłe już zimne piwo, które zamówiła do obiadu. Mogła sobie na to pozwolić, bo w hotelowej restauracji były same.

– I ty mi to mówisz? – Iga podniosła wzrok znad opasłych segregatorów z rachunkami. Machinalnie zanotowała w notesie namiary do kolejnego z zaopatrujących dotychczas hotel hurtowników i potarła zaczerwienione z niewyspania oczy. – Matko, nie wiem, kiedy w końcu rozgryzę ten bajzel! To się w głowie nie mieści. Popatrz tylko! – Podsunęła Elizie pod nos jakiś świstek.

– Co to jest?

– Rachunek za soki z pobliskiego sklepu. Tak dla informacji. Mają dwa razy drożej niż w hurcie.

– Matko…

– Spokojnie. Takich kwiatków mam tu więcej. Zanosi się na to, że szybko zarobię na swoje wynagrodzenie, bo od jutra docisnę śrubę, komu trzeba.

Iga pierwotnie również planowała wziąć urlop, ale jej konflikt z szefem tak bardzo przybrał na sile, że postanowiła zrobić mu na złość i pójść na chorobowe. Oczywiście nie poprzestała na zwykłym lekarzu, a od razu udała się do psychiatry i uskarżając się na wyzysk, szantaż emocjonalny i mobbing, załatwiła sobie zwolnienie na depresję.

– Zawsze wiedziałam, że jesteś psychiczna – śmiała się Eliza.

– Ale nigdy nie miałam na to papierów – wtórowała jej Iga. – Niech no tylko ten cham spróbuje mi podskoczyć, a tak go załatwię, że popamięta! Na wszelki wypadek już pogadałam ze współpracownikami.

– I co?

– Nic wielkiego, ale parę sensownych sztuk mu podwędzę. Tutaj, niestety, połowa jest do odstrzału. Albo i więcej.

Na ile zdążyła się zorientować w tak krótkim czasie, kilka osób rzeczywiście aż prosiło się o rozwiązanie umowy. Nie dość, że nie do końca wywiązywały się z obowiązków, to jeszcze nie zdradzały nawet najmniejszych przejawów chęci, by cokolwiek zmienić i czegokolwiek się nauczyć. Zupełnie jakby nie zależało im na pracy, zwłaszcza w sytuacji, gdy firma zatrudniająca je do tej pory właśnie przestała istnieć, a przedstawiciel nowego potencjalnego pracodawcy, czyli Iga, wszystkiemu bacznie się przygląda. Nowa pani menedżer pragnęła skompletować jak najlepszy zespół, ale to wcale nie było łatwe.

– I niech mi ktoś powie, że mamy bezrobocie! – mruknęła Eliza.

– Ależ mamy, mamy. Tyle że w tabelkach w ministerstwie i w deklaracjach wyborczych obiecujących eldorado. Pomimo że dziś tylko idiota zatrudnia ludzi na etat, bo go od razu państwo wyciska, to ludzi do pracy, takich, żeby im się chciało, jest tyle co kot napłakał. Jak nie olewają, to kradną, jak nie kradną, to nie myślą, a jak już myślą, to mają wszystko gdzieś, bo zarabiają za mało.

– Aż tak? – Eliza nigdy nie miała do czynienia z zarządzaniem ludźmi, więc słuchała przyjaciółki z oczami wielkimi jak spodki.

– Tak. Dokładnie tak, moja droga. Uczciwych, którzy myślą i im się chce, jest jak na lekarstwo. Do tego dochodzą jeszcze niewydarzeni szefowie, jak choćby mój, i cały rynek pracy zaczyna wołać o pomstę do nieba.

– Czyli beznadzieja. Błędne koło się zamyka, tak?

– Otóż to! – odparła Iga. – Całe szczęście mam w odwodzie kilka osób, o które warto zawalczyć…

– …i które trzeba będzie odpowiednio wynagrodzić – weszła jej w słowo Eliza. – Nie sądzę, by było mnie na to stać.

– Spokojna głowa, poczekamy, aż się prawnicy wykażą. Matko… – Iga rozejrzała się dokoła. – A wiesz, ja chyba zaczynam lubić to miejsce. Już widzę je za jakiś czas. Kalendarz zapełniony przyjęciami weselnymi, maj pękający w szwach od przyjęć komunijnych i co drugą niedzielę z zaklepanymi chrzcinami.

– Marzycielka! – Eliza parsknęła śmiechem.

– Owszem. I jeszcze w każdym tygodniu ze dwie stypy plus spotkania biznesowe. Szkolenia mile widziane, bo to podchodzi pod żywienie zbiorowe. Czytaj: opłaca się. No i andrzejki. A! I sylwester! Wjazd po pięć stówek od pary.

– Piękną masz wizję. Jeszcze przydałaby się jakaś ładna strona w necie.

– To może niech twój luby ruszy dupę? – rzuciła bezceremonialnie Iga.

– Ruszy, ruszy. Ale na razie jest tak zarobiony, że nie ma nawet czasu pogadać ze mną. Odkąd wrócił z tej swojej konferencji, pracuje bez przerwy.

– A ty oczywiście myślisz, że o robotę mu chodzi? – mruknęła Iga pod nosem.

– Nie mam pojęcia. Nawet nie mam jak tego sprawdzić, ale raczej nie sądzę, że przyprawia mi rogi. W końcu nie jesteśmy małżeństwem i zawsze byliśmy wobec siebie uczciwi. Nasz związek od początku miał dość luźny charakter… – zawiesiła głos Eliza. – Nieee, naprawdę nie przypuszczam, by teraz angażował go ktoś inny – dodała po chwili namysłu. – Myślę, że powiedziałby mi od razu.

– Jakoś tak lekko do tego podchodzisz – stwierdziła Iga.

– Nie, skądże. Zależy mi na nim.

– Bardzo?

– A coś taka ciekawa? – obruszyła się Eliza.

– Ja? Ciekawa? Nie jestem ciekawa, ale jakoś nie widzę, byś usychała z tęsknoty za lubym. Mimo że nie widujecie się po kilka tygodni.

– Cóż, jakie życie, taki związek. Może nie jest specjalnie burzliwy, ale przynajmniej traktujemy się uczciwie i z szacunkiem.

– No tak…

– No właśnie. Znam mnóstwo tych niby szaleńczo zabujanych. Tere-fere. Tłuką się, okłamują, zdradzają, rozwodzą. Na co mi to?

– Może i masz rację. W sumie wygodny układ.

– Otóż to.

– Tylko ciekawe, jak długo potrwa.

– Spokojna głowa i nie twój interes. – Eliza buńczucznie wysunęła brodę do przodu, pragnąc jak najszybciej zakończyć ten wątek.

Ze zdziwieniem sama przed sobą przyznawała, że niewygodny. Ostatnio zrobiła rachunek sumienia i wyszło jej, że jej związek jest daleki od ideału. Mieści się w granicach przyzwoitości, naturalnie, ale kiedy ostatnio zadrżało jej serce? Mało to, nawet nie pamiętała, ba, zapomniała, jak to jest. Po ponad dwóch latach dość luźnej znajomości emocji było mniej niż u znudzonego sobą małżeństwa z pięćdziesięcioletnim stażem. Już jakiś czas temu Eliza próbowała jakoś urozmaicić tę relację, ale albo ona była zbyt zajęta, albo zajęty był on. Dodatkowo praca angażowała go w porze, kiedy Eliza miała wolne. Ona była pozbawiona podobnego komfortu, Leszek mógł pracować elastycznie.

– Masz rację – westchnęła. – Rzeczywiście, jakoś nam ostatnio nie po drodze.

– A nie mówiłam? – W głosie przyjaciółki zabrzmiała nutka słabo skrywanej satysfakcji.

– Odwal się, dobra?

– No weź przestań! Przecież wiesz, że chcę dobrze. Tak się tylko temu wszystkiemu z boku przyglądam i wcale mi się to nie podoba. Cały ten wasz układ jest jakiś taki, taki… bez jaj. Taki nieludzki, bezemocjonalny i bezosobowy. Zupełnie jakbyś chodziła z automatyczną sekretarką. Nawet w biznesie ludzie przejawiają większe emocje, a wy z Leszkiem jakoś tak jak…

– …śnięte ryby? – dokończyła Eliza.

– Coś w tym stylu. – Iga trochę poniewczasie zorientowała się, że w swoich konfabulacjach zabrnęła nieco za daleko. – Wiesz, przepraszam. Nie chciałam być wścibska. To nie w moim stylu.

– Wiem, wiem. Nie martw się. Ja też to wszystko widzę.

Iga stwierdziła ze zdziwieniem, że przyjaciółka wcale nie wygląda na zmartwioną. Co więcej, tryskała humorem, zdając się zupełnie nie przejmować swoim nieco ułomnym damsko-męskim układem. Eliza najwyraźniej wkroczyła w doskonale znaną Idze kreatywną fazę twórczą, tym razem związaną z hotelem, i aktualnie żadna inna rzecz nie miała dla niej znaczenia. Zapewne zainteresowanie związkiem, totalnie beznadziejnym, bez ikry i bez sensu, powróci w najbliższych dniach, ale zdanie Igi na ten temat i tak liczy się najmniej. Nie ma co wtrącać się w sprawy sercowe i tak mocno skołowanej i zabieganej dziewczyny.

 

Sama Iga również nie miała łatwo. Podjęcie decyzji o odejściu z dotychczasowej pracy okupiła kilkoma cichymi dniami w domu. Maciek nijak nie chciał zrozumieć jej pasji i zawodowych aspiracji. Nie pojmował, czym różni się menedżer w podrzędnej spelunce od menedżera znanej restauracji czy osoby zarządzającej hotelową gastronomią. Nie miał pojęcia o odpowiedzialności. Dla niego był to kompletny kosmos. W jego branży wszystko było poukładane precyzyjnie, jedno wynikało z drugiego i wszystko musiało się zgadzać. Jakakolwiek doza improwizacji w sprawach zawodowych nie mieściła mu się w głowie. W domu z Igą uzupełniali się fenomenalnie. Ona impulsywna i uczuciowa, on poukładany, logiczny perfekcjonista, zakochany w żonie na zabój. W dodatku z wzajemnością. Iga za mężem poszłaby w ogień, aczkolwiek czasem diabli ją brali na tę zabójczą logikę, która wyzierała z każdej wypowiedzi Maćka i ujawniała się w każdym jego działaniu. Nie bez kozery śmiał się, że jego żona swoimi spontanicznymi reakcjami mogłaby obdzielić cały podlegający mu dział finansów, a i jeszcze by starczyło dla marketingu.

W tej chwili jednak obie przyjaciółki zaangażowały się w sprawy hotelu. Chciały jak najszybciej poznać wszystkie aspekty funkcjonowania interesu. Żeby sobie wzajemnie nie przeszkadzać, rozdzieliły zadania i dały sobie trzy dni na rozpoznanie rewirów. Iga, jako osoba nieźle obeznana w tematach związanych z zarządzaniem, podjęła się sprawdzenia wszystkiego, co się da, w tym właśnie zakresie oraz, o ile to możliwe, dokładnego zorientowania się w tematach personalnych. Eliza wzięła na siebie wszystkie sprawy związane ze stricte hotelarską działalnością – wynajem pokoi, ich stan techniczny i obsługę bieżących rezerwacji. Ważnym tematem pozostawały również kwestie remontowe, więc po dokładnej lustracji wszystkich pomieszczeń w jej notatniku szybko zabrakło wolnych stronic.

Na chwilę obecną ogrom koniecznych prac i wydatków wymykał się wszelkiej logice. Już drugiego dnia Eliza doszła do wniosku, że chyba lepiej byłoby to wszystko zrównać z ziemią i wybudować od nowa, niż bawić się w remonty. Niestety, nie dysponowała gotówką, a hotel sam w sobie, nawet w obecnej formie, przynosił dochody pozwalające na jego skromne utrzymanie. A minimum półroczny przestój skutkowałby utratą klientów, wszystkich pieniędzy, których wciąż jeszcze nie miała, i pewnie nie przetrwałaby pierwszych trzech miesięcy działalności. Dodatkowo Eliza straciłaby Igę, która przecież potrzebowała pracy tu i teraz. Poza tym kto miałby tego wszystkiego pilnować? Z ukochanego zajęcia na Marcowym Wzgórzu nie zamierzała rezygnować, a tymczasem dwutygodniowy urlop kurczył się w niepokojącym tempie.

– Ależ mnie Ludwika urządziła na cacy! – westchnęła na głos i usnęła jak dziecko, z głową na biurku, w hotelowej kanciapie, szumnie zwanej biurem.

Pomieszczenie, przesycone wonią indyjskich kadzidełek, wymieszaną z papierosowym dymem, wypadałoby wywietrzyć, a najlepiej odremontować. Do brudnej wykładziny można było się przykleić i zostawić na niej buty, a meble, w które wyposażono biuro dawno temu, teraz nadawały się wyłącznie na podpałkę. Poprzedniczka Elizy, mimo obietnic, że zostanie w pracy jeszcze kilka dni i pomoże się rozeznać w temacie hotelarskiej nowicjuszce, jak strzała wypruła do sanatorium i tyle ją widziano. Na szczęście pozostawiła po sobie całą, dość skrupulatnie prowadzoną buchalterię. Co z tego, jeśli Eliza ledwie potrafiła się w niej rozeznać? Przez lata szkoliła się na pielęgniarkę. Niespecjalnie przydatna była w tej kwestii nawet Iga, która o usługach hotelarskich miała podobnie zielone pojęcie. Zrozpaczona właścicielka interesu jak szalona połykała materiały z branżowego szkolenia, ale niewiele z nowo zdobytej wiedzy przystawało do rzeczywistości. Najwyraźniej kurs był dziełem jakiegoś teoretyka gawędziarza, który na wszelki wypadek najeżył materiały skomplikowanymi wzorami, przerażającymi kursanta na pierwszy rzut oka. Tak też było w przypadku Elizy. Poddała się po godzinie głowienia się nad ułamkowym i w dodatku wielopiętrowym wskaźnikiem miesięcznego wykorzystania osobołóżek i sprawdziła, o co w tym wszystkim chodzi, w Internecie. Podana w pigułce wiedza z Wikipedii wniosła do tematu więcej niż całe szkolenie za ciężkie pieniądze. Nie chodziło o nic innego, a o zwykły wskaźnik wykorzystania bazy noclegowej. Zwyczajne obliczenie, jaki procent miejsc do spania został wykorzystany w ostatnich miesiącach.

– Rany, jakie to proste! – Olśniona prawdą objawioną Eliza oburącz zakryła twarz.

Wystarczyło wykonać kilka prostych działań.

Hotel dysponował trzydziestoma pokojami, w większości dwu-, trzy- i czteroosobowymi. Nawet takiemu hotelarskiemu dyletantowi jak Elizie wystarczyło raptem kilka dni na zorientowanie się, że dużo lepszym rozwiązaniem są pokoje mniejsze. Najlepiej dwuosobowe z opcją pojedynczego wykorzystania. Dobrym pomysłem powinny być również sąsiadujące ze sobą dwójki, połączone drzwiami zamykanymi bądź otwieranymi na życzenie. Przy drzwiach zamkniętych można by je było wynajmować normalnie, a dla na przykład małżeństwa z teściem albo dwójką dzieci tworzyć coś w rodzaju studia. Iga widziała nawet połączenie trzech numerów, gdzie środkowy pełnił funkcję saloniku wspólnego dla dwóch sąsiadujących z nim pokoi albo tylko dla jednego. Wszystko w zależności od widzimisię klienta. Wniosek nasuwał się prosty. Aby maksymalnie wykorzystać aktualnie dostępną bazę, należało być elastycznym i myśleć perspektywicznie. No i jeszcze mieć pieniądze na te wszystkie fanaberie.

Działka, na której położony był hotel Zacisze, pod względem rozwojowym rokowała doskonale. Budynki i parking zajmowały jedynie ułamek z ponadstuarowego areału, którego wszystkie części, jeśli wierzyć zapisom w planie zagospodarowania terenu, miały przeznaczenie budowlane. Tak duży teren w tak atrakcyjnej okolicy niewątpliwie stanowi łakomy kąsek na rynku obrotu nieruchomościami. Atrakcyjna lokalizacja i regularny kształt podziału czynią z tego kawałka ziemi naprawdę atrakcyjny grunt, choć na razie porośnięty trawą i chaszczami. Jednak podczas jednej z bezsennych nocy Eliza wpadła na pomysł, by wszystko to wykosić, utwardzić i wykorzystać większość placu jako parking dla ciężarówek. Droga wylotowa z Warszawy w kierunku na północ mogła okazać się wcale niezłym miejscem nawet na weekendowy, czyli dwudniowy, postój. Kierowcy gdzieś muszą przeczekać zakaz poruszania się po drogach od piątku do poniedziałku. Oczywiście w większości przypadków są samowystarczalni – gotują na butlach gazowych, dogrzewają się webasto i nocują w szoferce, ale zmordowana Eliza, przysypiając, w wyobraźni zobaczyła cały teren zastawiony potężnymi naczepami. Obok znajdował się nieduży, acz funkcjonalny pawilon wyposażony w płatne łazienki, toalety, bistro oraz kilka pokoi w systemie schroniskowym. Kierowca też człowiek i w trasie powinien mieć gdzie się podziać, jeśli nie chce wszystkiego załatwiać własnym sumptem. Utwardzenie oraz wybudowanie wielofunkcyjnego pawilonu nie powinno kosztować zbyt wiele, ale Eliza z dużą obawą zlecała fachowcowi wstępny kosztorys. Jak dotąd nie miała pojęcia, ile pieniędzy może się spodziewać po spieniężeniu kosztowności. Na razie ze wszystkich sił próbowała jako tako zorientować się w sytuacji. Iga co rusz sygnalizowała katastrofalny stan tego czy owego elementu wyposażenia kuchni. Słowem – szykowały się krociowe wydatki. Głupia ubijaczka do śmietany wraz z chłodziarką za jedyne osiem tysięcy złotych, zmywarka do szkła za drugie tyle. Zmywarka do naczyń to koszt poprzedniej razy dwa.

– Jezus Maria! – Eliza złapała się za głowę. – Nie możesz poszukać czegoś tańszego?

– Mogę. Na wyprzedażach. Może coś się trafi po jakiejś zlikwidowanej restauracji.

– A nie można tego kupić tak normalnie? W jakimś sklepie z artykułami gospodarstwa domowego? Przecież zmywarka to zmywarka.

– Że co? – Oczy Igi przepełniało bezbrzeżne zdziwienie.

– Czy naprawdę musimy kupować takie drogie rzeczy? Ostatnio za zmywarkę dałam półtora tysiąca, więc skąd aż kilkanaście?

– Kochana, nie gniewaj się, ale nie masz pojęcia, o czym gadasz.

– Jak to? – Tym razem zdumiała się Eliza.

– Normalnie. Mówimy o wyposażeniu profesjonalnym. Zwykła zmywarka, przeznaczona do użytku domowego, nie wytrzyma tu nawet pół roku. Poza tym jest za mała.

– Nawet taka największa?

– Wierz mi. Nawet taka największa. Wiesz przecież, co tanie, to drogie. Możemy kupić nawet dwie domowe, to obie wykończymy w pół roku. Ponieważ będą na gwarancji, dostaniemy dwie nowe i tak dalej. Kochana, nie stać nas na takie korowody.

– O Boziu, za co?

– Spokojnie, jakoś damy radę. Na razie nie musimy niczego wymieniać, bo wszystko jakoś chodzi. Już sprawdziłam. Ale stan wszystkich sprzętów jest tragiczny, więc zepsuć się mogą lada chwila. Trzeba być przygotowanym na wydatki.

– Raczej niemałe.

– I owszem. Poza tym weź pod uwagę energooszczędność. Te, które tutaj masz, pamiętają chyba Gierka, a i wydajnością nie grzeszą. Idę o zakład, że jeden cykl mycia w naszej zmywarce napełniłby wannę.

– Nie dobijaj mnie już, dobrze? Przepraszam. – Eliza zerknęła w stronę dzwoniącego telefonu.

– Dobrze, dobrze. Rozumiem, że luby? – zadrwiła Iga z uśmiechem i szybko oddaliła się w stronę kuchni. – Gruchajcie sobie do woli, gołąbeczki – rzuciła przez ramię.

– Spadaj! – huknęła Eliza.

Pochwyciła komórkę i z uśmiechem zniknęła w najdalszym kącie restauracji. W sam raz za fontanną z greckim bożkiem o utrąconym przyrodzeniu.

Głos narzeczonego od razu poprawił jej humor. Była właśnie na etapie marzeń o tym, by Leszek zabrał ją do jakiegoś sympatycznego miejsca, w którym mogłaby się do niego przytulić i przy smacznej kolacji, przy kieliszku wina, podzielić się z nim wydarzeniami ostatnich dni. Ma mu tyle do opowiedzenia! Oczywiście nie może się jeszcze pochwalić żadnym widocznym sukcesem, ale z dnia na dzień coraz lepiej zaczyna sobie układać wszystkie kwestie, jeszcze do niedawna tak całkowicie obce. Z dnia na dzień i z godziny na godzinę Eliza uczyła się czegoś nowego. Średnio co kilka godzin czuła się jak harcerz zdobywający nowe sprawności. Nie umiała wprawdzie (jeszcze!) własnoręcznie sklecić pryczy i rozpalić ognia za pomocą hubki i krzesiwa, ale za to potrafiła już obliczyć i zinterpretować kilka branżowych wskaźników, wypełnić druk przelewu, która to czynność przerastała ją od zawsze. No i w końcu nauczyła się obsługiwać skaner.

– Nawet nie masz pojęcia, jak się cieszę, że dzwonisz. Stęskniłam się za tobą – zagruchała w słuchawkę.

– Ja też – bąknął niewyraźnie Leszek.

– Wyczułeś, że cię poproszę o pomoc. Nikt nie zrobi tego lepiej niż ty…

– To miłe – przerwał. – Ale wiesz, zarobiony jestem. Chciałbym zobaczyć kiedyś tę twoją nową zabawkę, ale…

Nawet nie zapytał, o co chciała go poprosić.

– Że co? Zabawkę? – wściekła się. – Coś ci się chyba pochrzaniło!

– A jak to inaczej nazwać? Poświęcasz się jakiejś ruderze bez przyszłości. I na nic innego nie masz czasu.

– Nieprawda! – zaperzyła się Eliza.

– Prawda! Kiedy widzieliśmy się ostatnio?

– Nie wierzę! – sapnęła wściekle. – Co za obłuda! Od dłuższego czasu udajesz zawalonego robotą, wiecznie jesteś w rozjazdach, unikasz spotkań. I jeszcze odpowiedzialność za ten stan rzeczy chcesz zrzucić na mnie?

– Nie.

– A właśnie, że tak! – upierała się Eliza. – Unikasz mnie od dawna, a teraz szukasz pretekstu, żeby mi przypisać całą winę. Nie ze mną te numery, Brunner! Przeczytałam właśnie parę kształcących publikacji, również tych o manipulowaniu ludźmi i o asertywności.

– Widzę, że odbiło ci kompletnie. – Głos w słuchawce zabrzmiał głucho i nieprzyjemnie.

– Oczywiście, masz rację, kochanie. Rozumiem, że z dzisiejszej kolacji raczej nici? – zapytała z nikłą nadzieją, że Leszek obróci ich kłótnię w żart.

– Tak jakby.

– Rozumiem – odparła drętwo.

– Zadzwoń w wolnej chwili – powiedział na odczepnego, co ona wyczuła natychmiast.

– Jasne – wykrztusiła przez ściśnięte gardo i wcisnęła na telefonie guzik z czerwoną słuchawką. – A goń się, bałwanie! – prychnęła, wzięła solidny zamach i z całej siły cisnęła komórką do fontanny.

Woda w kamiennej misie rozprysła się na wszystkie strony. Telefon niemal od razu wypłynął na powierzchnię, gdzie natychmiast obsikał go przerośnięty gipsowy cherubinek kaleka. Eliza poczuła, że czas pozbyć się złudzeń. To był koniec. Z furią, ale bez większych emocji, podobnie jak cały związek i wszystko, co go dotyczyło.

 

– Tak. Jakie życie, taka relacja. Dno i tyle – mruknęła pod nosem.

Z satysfakcją spojrzała w kierunku nieszczęsnej fontanny i zaniosła się głośnym śmiechem. Jej komórka spokojnie dryfowała przy brzegu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?