Jak u siebieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Istotnie, działała pod wpływem impulsu, ale to nie tłumaczyło niczego. Nikt nie wprowadził jej w błąd, bo w błąd wprowadziła się sama. Wszyscy wokół, ze świętej pamięci Ludwiką na czele, mieli jak najlepsze chęci, lecz co z tego, jeśli Eliza na własną prośbę zrobiła samą siebie w konia. Klamka zapadła.

Szkoda, że nie ma więcej spadkobierców, westchnęła w duchu Eliza, zapadając w sen. Może zechcieliby tę mordownię za półdarmo. Albo nawet za darmo…

Umysł zwolnił, tryby w głowie obracały się coraz ciężej.

Ale przecież są jeszcze brylanty!, zaskoczyły od nowa.

Cały szkopuł tkwił w tym, że Eliza zupełnie nie miała pojęcia o prowadzeniu hotelu. A poza tym miała już swoją wymarzoną pracę i ani myślała pakować pieniędze w jakąś rozlatującą się budę o podejrzanej reputacji.

Pomimo kaca, który chwilowo zamulał jej umysł, trzymała się dzielnie. Wstała z łóżka i uruchomiła komputer. Wystukała adres na Wołomińskiej. W wyszukiwarce internetowej natychmiast pojawił się link do hotelowej strony www.

– Że też nie zrobiłam tego wcześniej! – mruknęła do siebie z żalem. – Przecież w Google’ach od razu wyskakuje ten pieprzony hotel! Kurczę, i to na pierwszej pozycji! Boże drogi, dlaczego?

Korzystając z tego, że witryna internetowa została otwarta, Eliza postanowiła się z nią zapoznać. Wcześniej zaledwie rzuciła okiem za płot i między Bogiem a prawdą nie miała pojęcia, w co się wpakowała.

Na stronie ktoś zamieścił całkiem obszerną galerię zdjęć obiektu, koncentrując się głównie na widokach jadalni ze szwedzkim stołem w roli głównej. Obrusy przypięte do blatów zszywaczem (na obowiązującą modłę bankietową) prezentowały się całkiem przyzwoicie, podobnie jak – na pierwszy rzut oka – jedzenie. Może nie jest tak źle? Eliza poczuła przypływ nadziei i zachęcona miłym początkiem, przeszła do zdjęć przedstawiających hotelowe wnętrza. Niestety, mimo wysiłków fotografa, który zrobił naprawdę dużo, by jak najlepiej wyeksponować zniszczone pomieszczenia, wszystko wyglądało obskurnie. I nic dziwnego, skoro meble miały na oko trzydziestkę…

Jak ja sobie poradzę z tym bałaganem?, spanikowała natychmiast.

A może by tak to sprzedać?, przemknęło jej przez głowę po raz kolejny.

Pomysł, choć kuszący, nie wchodził w grę ze względu na sympatię do Ludwiki i ostatnią wolę nieboszczki. Przecież gdyby ta chciała, to już dawno spieniężyłaby tę budę! Zwłaszcza że sama działka w tak atrakcyjnej lokalizacji jest warta małą fortunę…

Elizę znów rozbolała głowa. Skołowana wydarzeniami minionego dnia dziewczyna wyłączyła komputer i padła na łóżko jak kłoda. Mam być w pracy jutro o szóstej rano i nie wolno mi się spóźnić, zdążyła jeszcze pomyśleć, zanim zapadła w kamienny sen.

Zerwała się na równe nogi wraz z pierwszym sygnałem budzika. Na zewnątrz było jeszcze zupełnie ciemno. O parapet bębniły krople gęstego deszczu.

– Niech to cholera! – westchnęła. – Umyj człowieku auto, a od razu zacznie lać!

Wczoraj przytomnie poprosiła znajomego właściciela myjni, by odebrał corsę z parkingu u notariusza i przechował ją przez czas niedyspozycji po koniaczku. Miał podrzucić autko na Marcowe Wzgórze w ciągu dnia.

Poranek nie zaliczał się do udanych. Po drodze autobus utknął w niespodziewanym korku na ponad kwadrans, wcześniej wjeżdżając w dużą kałużę i spuszczając skulonemu pod ścianą przechodniowi solidny prysznic. Rzecz działa się niedaleko przystanku, więc wściekły mężczyzna, przepychając się wśród pasażerów, z pięściami rzucił się do kierowcy. Do pracy Eliza zdążyła dosłownie w ostatniej minucie. Jej zmienniczka z niecierpliwości już przebierała nogami, by jak najszybciej zdać raport i przekazać pensjonat w dobre ręce.

– Dasz radę zostać na miejscu jeszcze na dzisiejszą noc? – zapytała znienacka.

– Jasne, ale to już ostatnia. Od jutra w razie draki ty mieszkasz w służbówce – roześmiała się Eliza.

– Wiem, wiem. Przez tę grypę i ciążę Gośki nieźle dostałaś w kość. Ale myślę, że teraz już będzie dobrze. Od jutra znowu będziemy we trzy albo i cztery, i wszystko wróci do normy.

– W takim razie posprzątam dyżurkę. To na razie!

Eliza pomachała nad głową dokumentami, które dostała od koleżanki. I w tej samej chwili zauważyła, że jej bielutki uniform, prosto z prania, ma na sobie błotne smugi.

– Nie… – jęknęła, przypomniawszy sobie, jak o świcie prasowała go w pośpiechu. Całe szczęście miała zapasowy, schowany w szafce. – Matko, co za popieprzony ranek!

Mniej więcej do szesnastej trwało takie urwanie głowy, że nie było jak zjeść. Poranna kawa wystygła i aż do teraz stała nietknięta w ceramicznym kubku. Gdyby nie zapobiegliwa kucharka, która zostawiła dla niej obiad, Eliza musiałaby obejść się zimną lurą.

Mijała siedemnasta, gdy przełykała ostatni łyk owocowego kompotu. Odniosła brudne naczynia do specjalnego okienka, gdy dobiegł ją dziarski głos przyjaciółki.

– No, nareszcie cię widzę!

– A już myślałam, że sobie w końcu odpocznę! – ucieszyła się Eliza na widok Igi.

– Skończyłaś ten kierat na dzisiaj?

– Na to wygląda.

– To idziemy na miasto. Jestem spragniona najnowszych ploteczek.

– Nie ma mowy. Nie ruszam się z Marcowego Wzgórza.

– Ale przecież już po zmianie?

– Teoretycznie tak. Ale w praktyce obiecałam, że będę na miejscu, na wypadek jakiegoś nieszczęścia. Ostatnio jeden dziadek złamał nogę. Wiesz, jaki był cyrk?

– Ale przecież oni są całkiem żwawi – zdumiała się Iga.

– Owszem. I właśnie dlatego muszą być pod kontrolą. Jeszcze tylko do jutra. Później będę mieć trochę luzu.

– To chociaż powiedz, co odziedziczyłaś?

– Ech, nawet nie pytaj. Miała być śliczna willa z międzywojnia, a jest paskudny wszawy niby-hotel! Marzenie jak z krzywego zwierciadła!

– Pierniczysz? – Iga zrobiła wielkie oczy i przysiadła na krześle w pielęgniarskiej dyżurce. Sięgnęła do przepastnej torby i wyjęła butelkę wina.

– Możesz?

– Wprawdzie formalnie nie jestem na dyżurze, więc jeden kieliszek, ale nie więcej. Jestem trochę wczorajsza. Jakby nie daj Bóg coś się stało, to nawet nie chcę myśleć…

– Dobra tam! – Iga sprawnie odkorkowała butelkę. – Dawaj szklankę. Jak sądzę, coś poszło nie tak?

– Bardziej niż nie tak.

– Ale dlaczego? Chyba nie musiałaś przyjmować spadku, jeśli nie chciałaś? Nikt cię nie zmuszał.

– No w sumie nie… Ale Ludwika była wobec mnie fair, więc ja też powinnam. Notariusz dał mi cały weekend na oględziny nieruchomości. Wczoraj miałam zdecydować. Obejrzałam wszystko w miarę dokładnie, zdecydowałam się przyjąć spadek i wysłuchałam testamentu. Nawet podpisałam papiery. Dopiero na samym końcu zorientowałam się, że pomyliłam numery. Zamiast pod 170 trafiłam pod 170A.

– Nie wiedziałam, że jesteś ślepa. – Rozbawiona Iga uniosła szklankę z czerwonym płynem.

– Nie jestem. Sprawdzałam nawet dwa razy, ale uschnięta winorośl zasłoniła literę. I nieporozumienie gotowe.

– O Boże! Nie możesz się wycofać?

– No właśnie nie bardzo. To znaczy, jak się uprę, to pewnie mogę, ale to nie byłoby w porządku wobec Ludwiki.

– Zatem okej. I co dalej?

– Nieboszczka przytomnie zostawiła mi trochę biżuterii i kilka szlachetnych kamieni do spieniężenia. Pieniądze mam przeznaczyć na renowację przybytku i postawienie biznesu na nogi.

– O matko! Ty i hotel? – Idze nie mieściła się w głowie wizja przyjaciółki w roli hotelowego menedżera. – Masz, łyknij sobie.

– Ale ja nie mogę! – zaprotestowała słabo Eliza.

– Nie chrzań. Masz. – W dłoni nieszczęśliwej spadkobierczyni wylądowała kolejna szklaneczka. – W razie czego możesz na mnie liczyć – uśmiechnęła się Iga.

– Tak, jasne. – Eliza była sceptyczna. – Nawet jeszcze dobrze nie widziałam, co odziedziczyłam – poskarżyła się.

– A to w ogóle działa?

– Działa, choć chyba nie powinno. Ponoć umowa najmu z aktualnym zarządcą wygasła z chwilą śmierci Ludwiki, więc teraz wszystko jest na krzywy ryj. Muszę tam podjechać jak najprędzej i zorientować się w sytuacji. Dość, że ten cały hotel to jakaś melina. Na razie obejrzałam sobie w Internecie. Wnętrza wyglądają jak za króla Ćwieczka. Mówię ci, makabra.

– Wiesz co?

– No?

– Myślę, że dobrze by było, gdybyś się tam zaokrętowała na jakiś czas. Poznasz interes od podszewki, jeśli tam pomieszkasz przez chwilę.

– Ale ja nie chcę tego prowadzić! – zjeżyła się Eliza.

– Nikt ci nie każe. Sądzę jednak, że powinnaś poznać potencjał własnej nieruchomości.

– Wiem. Powinnam. Tylko nie mam pomysłu, jak się do tego zabrać. Kompletnie się na tym nie znam!

– Ale ja się znam. Zapomniałaś? – roześmiała się Iga. – Przynajmniej na gastronomii. Z hotelem będzie pewnie gorzej, ale przecież głupie nie jesteśmy?

– Formalnie właścicielką zostanę dopiero, jak się zakończy postępowanie sądowe – uświadomiła przyjaciółce Eliza. – O ile gość wie o śmierci Ludwiki, powinien zacząć zwijać interes jakiś tydzień temu. Ja nie mam czasu palcem trafić do nosa, a ty mi gadasz o prowadzeniu hotelu! Boże, nie mogę! To mnie przerasta.

– No to bierz urlop. Trzy dni minimum.

– Ale nie mogę…

– Jak to: nie możesz, skoro ostatnio tyrałaś jak wół? Dadzą ci przecież chyba parę dni wolnego.

– Sama nie wiem – bąknęła Eliza bez przekonania.

– Ale ja wiem. Rusz tyłek do szefa, i to już! Dzwoń migiem do tego hotelu, ja też zadzwonię i zamelduję się tam z tobą. I nic się nie martw. Na początek damy radę.

– Matko jedyna! – Eliza chwyciła się za głowę.

– Weź już nie histeryzuj! Nic złego się nie dzieje. Poza tym, że za chwilę ten najemca zwinie manatki, a ty zostaniesz z tym całym biznesem, bez ludzi i wiedzy. Tak przynajmniej istnieje szansa, że czegokolwiek się dowiesz.

 

– Przestań krakać!

– Ja nie kraczę, ja mówię. Przecież wiesz, że mam rację.

– Wiem, wiem. Jestem po prostu zdruzgotana. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Chlapnij no mi tu jeszcze odrobinkę. – Eliza podsunęła pustą szklankę.

Nie myślała już o ryzyku utraty pracy. Gdyby jednak któremuś z pensjonariuszy coś się stało…

Rozdział 4

Pierwsze zdziwienie ogarnęło je już w recepcji.

Tuż przed nimi obowiązku meldunkowego dopełniała para mieszana. Mężczyźnie, dobrze po czterdziestce, towarzyszyła sporo młodsza kobieta, która na prośbę recepcjonistki o dowód osobisty odparła, że ma portfel na dnie torby, a dokument doniesie później. Jej towarzysz uparcie twierdził, że powinien wystarczyć jego dowód, jednak młode dziewczę z recepcji pozostawało nieugięte. Uparcie obstawało, by na własne, wypacykowane maskarą oczęta ujrzeć dokument tożsamości wyraźnie speszonej kobiety.

Eliza i Iga wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.

Młoda kobieta z westchnieniem zaczęła grzebać w przepastnej torbie.

– Proszę – powiedziała zrezygnowana, kładąc z trzaskiem swój dowód na recepcyjnym kontuarze.

– Dziękuję bardzo. A jednak się pani udało. – Recepcjonistka z bezczelnym uśmieszkiem rzuciła okiem na dokument. – Ojej! – wykrzyknęła. – Takie samo nazwisko jak u pana!

– A co pani myślała? – Młoda kobieta straciła cierpliwość. – Tym razem mój mąż przywiózł do stolicy żonę. To takie dziwne? W końcu żona też człowiek…

– Boże, co za idiotka! – szepnęła Eliza pod adresem panienki.

– Ja pierniczę! – zawtórowała jej Iga, również szeptem.

Para zrezygnowała z usług i postanowiła ulokować się gdzie indziej.

– Czym mogę służyć? – zapytało przyjaciółki niczym niezrażone dziewczę.

– Mamy rezerwację. Na dwójkę. I poprosimy bez domysłów. Nie jesteśmy małżeństwem, kochankami też nie, więc chętnie pokażemy pani nasze dokumenty tożsamości. – Iga nie miała zamiaru oszczędzać głupiej recepcjonistki.

– Dziękuję bardzo – powiedziała bezmózga służbistka. – Łóżko małżeńskie czy dwa pojedyncze?

– Nie wierzę! – Iga aż zatrzęsła się ze śmiechu.

Nawet przejętej Elizie udzielił się komizm sytuacji.

– Widziałaś? Coś podobnego! Jak można postawić na recepcji taką kretynkę?

– Niebywałe… Naprawdę niebywałe. Rzadko bywam w hotelach, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałam.

Eliza zatrzymała się przed obdrapanymi drzwiami na pierwszym piętrze. Dawno temu ktoś pociągnął je czarną olejną farbą, która właśnie obłaziła, ukazując pod spodem gołą dyktę. Do rozchwierutanego zamka Iga wetknęła klucz z dyndającym wielgachnym brelokiem i otworzyła drzwi do pokoju, który swoim dziwacznym wystrojem miał chyba nasuwać skojarzenia z kabiną rozpusty. Królujący we wnętrzu krwistoczerwony abażur z różowymi frędzlami mógł straszyć nawet jako teatralna dekoracja. Reszta dekoracji również porażała szkarłatem. Zwłaszcza ciężkie welurowe zasłony ze złotymi sznurami i pomponami.

– Rany Julek, ale czad! To jakiś burdel? – Iga opadła na fotel tapicerowany grubo tłoczonym bistorem. Rzuciła okiem na wiszącą na ścianie reprodukcję przedstawiającą sprośne sceny rodem z bachanaliów. – Matko, ale to obicie w tyłek trze… To jakiś gabinet tortur? – Dotknęła fotela.

– Nie wiem – odparła Eliza z roztargnieniem. Bezradnie rozglądała się dokoła. – No patrz, ta głupia koza jednak podwójne łóżko nam dała!

Obie jak na komendę ryknęły gromkim śmiechem. Spazm zgiął je wpół.

– Chodźmy może coś zjeść, co? – zaproponowała Eliza.

– Kurczę, aż się popłakałam! – Iga, wciąż pokwikując, podeszła do lustra i poprawiła rozmazany makijaż. – Dobra. W razie czego masz jakieś kanapki?

– Nie mam, ale obok jest całodobowy market. Damy radę.

Hotelową restaurację odwiedziły dopiero po kwadransie, już jako tako opanowane. Pobyt incognito okazywał się dość zabawny, choć interesowi nie wróżył dobrze.

Lokal wyglądał jak żywcem przeniesiony z lat osiemdziesiątych, kiedy to niewątpliwie musiał uchodzić za całkiem przyzwoity. Po pierwsze, w oczy rzucał się masywny drewniany sufit, imitacja wawelskich kasetonów. Wrażenie było przytłaczające. Myśliwskie trofea na ścianach oraz krzesła ciężkie tak bardzo, że ledwie dawały ruszyć się z miejsca, sprawiały, że całość prezentowała się przygnębiająco. Przez brudne szyby do środka wpadało niewiele światła i wszechobecnego mroku nie rozjaśniały nawet zapalone świece w ustawionym na stole pięcioramiennym kandelabrze. Drewniana boazeria była zniszczona, a zwisające spod sufitu wszędobylskie paprotki wyglądały po prostu paskudnie.

Gdyby nie fakt, że zjawiły się w tym miejscu celem zrobienia rekonesansu, przyjaciółki w życiu nie zamówiłyby niczego do jedzenia. Jak dotąd, mimo że nastała pora obiadu, w restauracji były same. Postanowiły nie ryzykować z wymyślnymi daniami i zamówiły pierogi ruskie oraz kotlet po hawajsku. Eliza obstawiła, że będzie to zwykły schabowy z plastrem ananasa, i wcale się nie pomyliła. Całość była całkiem jadalna, choć połączenie południowego owocu z zasmażaną kapustą i typowo polskim garni nie bardzo przypadło jej do gustu. Natomiast pierogi Igi wyglądały dość apetycznie. Oczywiście i jej talerz kucharz udekorował pstrokatym zestawem warzywnym.

– Mmm, dobre. – Iga, która mełła w ustach pierwszego pieroga, nagle podskoczyła jak oparzona.

Eliza zarejestrowała jakiś szum i skuliła się odruchowo.

– O Boże! Popatrz na to tylko! – Osłupiała przyjaciółka wycelowała widelcem za jej plecy.

Zaciekawiona Eliza zerknęła przez ramię.

W drugim końcu sali restauracyjnej dostrzegła fontannę, którą właśnie uruchomiono. Pośrodku wielkiej kamiennej misy stał naturalnej wielkości posąg greckiego boga i sikał wodą.

– O matko! – wybuchnęła śmiechem. Z wrażenia omal nie udławiła się kotletem.

Pomysł z nagim adonisem od biedy jeszcze by uszedł, ale ktoś wcześniej okaleczył gipsowego pięknisia, utrącając mu przyrodzenie. Na domiar złego w miejsce, w którym figura doznała uszczerbku, wstawiono fragment zielonego ogrodowego węża, z którego teraz lała się woda.

– Ja nie mogę!

Iga trzymała się za brzuch, starając się nie zwracać uwagi na płynący po raz kolejny makijaż. Eliza odłożyła sztućce na talerz i bezskutecznie próbowała uspokoić rozedrganą przeponę.

Barman przyglądał im się podejrzliwie zza brzydkiego kontuaru z ciemnego drewna.

– A ten co się tak gapi? – zawyła spazmatycznie Eliza.

– Dobra, kończmy jedzenie! – zadysponowała Iga. – Jego barmańskie umiejętności przetestujemy później. Może się w końcu na coś przydam.

Obiad, mimo tandetnych dekoracji na talerzach, bardzo im obu smakował.

Uprzejmy kelner zebrał ze stołu brudną zastawę, zaliczając przy okazji wpadkę, jak się bowiem okazało, obca mu była „mowa sztućców”. O ile Iga po skończonym posiłku ułożyła nóż i widelec równolegle na godzinie piątej, o tyle Eliza, która miała pewne trudności z pochłonięciem pokaźnego kotleta, zrobiła sobie przerwę. Skrzyżowała sztućce na talerzu i zareagowała zdziwieniem, że kelner uznał, że właśnie skończyła. Zdumienie było obustronne, a speszony chłopak zaproponował podgrzanie potrawy. Uczynny młodzieniec musiał wsadzić całość do kuchenki mikrofalowej, bo sałata, podobnie jak reszta owocowo-warzywnej dekoracji, poczerniała i sflaczała. Wyglądała mocno nieapetycznie.

– Czy pan oszalał? – zapytała rozbawiona Eliza.

– Jeszcze za zimne? Podgrzać mocniej?

– Nie, broń Boże! I proszę zapamiętać, że świeżych warzyw, a już zwłaszcza sałaty, nie pakuje się do mikrofali. Nie widzi pan, jak to się prezentuje? – Nadziała na widelec zwiędły, zaparzony liść i zadyndała kelnerowi przed nosem.

– Ale o co pani chodzi? Przecież nie będę pani grzebał w talerzu! – Podenerwowany chłopak wzruszył ramionami i obrażony odszedł w swoją stronę, mamrocząc pod nosem coś w stylu: „Ech te baby, same nie wiedzą, czego chcą”.

– No tak… Miły, kumaty, niewyszkolony. Dobry materiał – podsumowała Iga, gdy kelner zniknął wreszcie w kuchni, zabierając brudną zastawę.

– Przestań! – Eliza przywołała przyjaciółkę do porządku. – Mówisz, jakbym miała zostać jego szefową, a ja nie mam takiego zamiaru. Przedłużę tę umowę najmu i święto.

– Coś kręcisz, moja droga. – Iga wycelowała w jej stronę palec wskazujący. – Jeśli rzeczywiście pragnieniem Ludwiki było zachowanie tego bajzlu tylko po to, byś wynajmowała go nadal, to po jaki piernik zostawiła ci diamenty?

– Noo… Eee…

– No widzisz! Coś się plączesz, moja miła.

– No wiesz…

– Wiem! Widzę czarno na białym, że dostałaś ten hotel po to, by go postawić na nogi i poprowadzić!

– Tak myślisz?

– A kto normalny trzymałby się czegoś takiego do śmierci, a później przekazał w spadku ze środkami na remont? No weź się zastanów!

– Boże…

– Nie panikuj. Na pierwszy rzut oka widać, że lokalizacja jest po prostu fenomenalna. Trzeba tylko to wszystko jakoś doprowadzić do ładu. Kto wie, może nawet rozbudować?

– Przecież to ogromna inwestycja…

Eliza, która właśnie odwróciła się do okna, przerwała w pół słowa. Na obszernym parkingu niemal jednocześnie zaparkowało kilkanaście luksusowych aut. Zjechały się jak w zegarku. W ciągu kilku sekund wszyscy kierowcy oraz pasażerowie rzucających się w oczy samochodów opuścili je i ustawili się w równym szeregu.

– Iga? Ale jaja…

– Widzę.

Przyjaciółka uniosła się z krzesła i wiedziona ciekawością niemal przytknęła nos do brudnej szyby. W tej samej chwili na hotelowy parking wjechało ognistoczerwone ferrari testarossa. Wysiadł z niego mężczyzna w eleganckim długim płaszczu, skinieniem głowy pozdrowił zgromadzonych i skierował się w stronę wejścia do restauracji. Szereg ruszył za nim gęsiego.

– Kurczę blade… – Idze odebrało mowę.

Próg lokalu przekroczyła na oko dwudziestka rosłych i napakowanych facetów. Oprócz Igi i Elizy nikt nie zwrócił na nich najmniejszej uwagi, choć na widok każdego przypadkowy przechodzień w ciemnej uliczce z pewnością wziąłby nogi za pas. Mówili po rosyjsku.

– Rany, ale zakazane gęby! – mruknęła Iga.

Eliza już otwierała usta, by zawtórować przyjaciółce, ale zamknęła je czym prędzej. Jeden z przybyłych bez skrępowania gadał na cały głos przez telefon i notował w notesie prawdopodobnie zamówienie.

– Piat’ krasnych mercedesow, dwa biełyje beemwe, odin raz cziornyje porsze…

– Jezus Maria! – szepnęła tylko.

– Jakoś mi nie wyglądają na licencjonowanych sprzedawców – dodała Iga.

– Ale jazda!

Eliza nie miała pojęcia, w którą patrzeć stronę, choć żaden z mężczyzn nie zaszczycił ich obu nawet przelotnym spojrzeniem. Widać było, że czują się jak u siebie w domu. Co dziwne, żaden nie zamówił niczego. Kelner nawet do nich nie podszedł.

– Najwyraźniej nie jest to ich pierwsza wizyta – mruknęła Iga pod nosem. – Obsługa traktuje ich jak tego bożka z utrąconym fiutem. Jak element wystroju wnętrza.

– Co my właściwie jeszcze tutaj robimy? – zapytała retorycznie przestraszona Eliza.

Na szczęście w tej samej chwili na salę wkroczyła hałaśliwa grupka, najwyraźniej zmierzająca na obiad. Stół przygotowano już wcześniej. Uwagi obu przyjaciółek nie uszło, że nalany do szklanek kompot miał barwę rozcieńczonego denaturatu. Nie wyglądał zbyt apetycznie.

Dwudziestoparoosobowa grupka rozgadanych młodych ludzi, wypisz, wymaluj uczestników jakiegoś korporacyjnego szkolenia, również wyglądała na zadomowioną. W ciemno podeszli do długiego stołu. Z kuchni na specjalnym wózku wyjechały wazy z zupą. Wewnątrz naczyń parował rosół z makaronem. Po wierzchu pływało coś czerwonego.

– Boże, nie dam rady! Znowu czerwona papryka, a ja mam uczulenie! – jęknęła jedna z czekających na posiłek dziewczyn.

– Rany! Widziałaś kiedyś paprykę w rosole? – Eliza popatrzyła na przyjaciółkę.

– Nigdy w życiu!

– O nie! – Przy stole uczestników szkolenia cienki głosik zapiszczał ponownie. – Patrzcie tylko! – Młoda kobieta podniosła widelec z nadzianym kawałkiem sznycla. – W mielonym też papryka! A sałatka z czego? Z papryki, oczywiście! Dobrze, że w kompocie jej nie ma! – Wstała wściekła i skierowała się w stronę wyjścia.

– A ty dokąd? – dobiegł ją z kąta męski głos.

– Do Tesco – odburknęła młoda kobieta. Odwróciła się w stronę zdziwionych przyjaciółek. – Panie też o papryce? – zapytała. – Współczuję.

 

– Nie. Jakoś nie – odparła zaskoczona Eliza.

– To dziwne. Bo my jesteśmy tu piąty dzień i piątego dnia znajdujemy ją w każdym daniu. Dobrze, że obok jest sklep, bobym z głodu padła. Pewnie właściciel tej budy ma jakieś szklarnie albo co. Normalnie modlę się o powrót do domu!

– Aż tak źle? – zainteresowała się Iga.

– Masakra jakaś! Ci Ruscy meldują się tutaj dwa razy dziennie, z zegarkiem w ręku. Kuchnia karmi ludzi papryką. W hotelu wynajmują pokoje na godziny, a ścianki cienkie – wyliczała na palcach. – Od piątej rano po drugiej stronie ulicy skuwają asfalt młotami pneumatycznymi.

Przerażona Eliza zerknęła spod oka na rosłych Rosjan, którzy właśnie wstali od pustego stołu. Bez słowa ruszyli do drzwi.

– To jakieś piekielne miejsce, mówię wam! – Dziewczyna uśmiechnęła się konfidencjonalnie.

Podeszła do wieszaka z ubraniami, wzięła płaszcz i wybiegła na zewnątrz.

– Hm – mruknęła Eliza. – Też jestem uczulona na czerwoną paprykę, ale w kotlecie jej nie było…

– W pierogach również nie – roześmiała się Iga. – Wiesz, w gastronomii różnie bywa. Jak kucharz ma nadmiar jakiegoś składnika, stara się go wykorzystać maksymalnie. Normalna praktyka. Zwłaszcza jak się trafi duża grupa do wyżywienia.

– Ale żeby w rosole? Rosół to rosół, a nie jakieś popłuczyny z byle czym. Kucharz przesadził.

– Fakt. Mógł z tego zrobić zupę krem i wystawić jako danie dnia. Albo coś w stylu „szef kuchni poleca”.

– Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.

– Nie marudź. Jak na restaurację w hotelu, który formalnie nie powinien działać, całkiem nieźle sobie radzą. Nawet wliczając w to tę nieszczęsną paprykę. Masz ochotę na piwo?

– Może być, byle zimne – odparła Eliza.

Iga podeszła do paskudnego barku i poprosiła o kartę z napojami.

Dla siebie zamówiła mohito, ciekawa, skąd obsługa wytrzaśnie w listopadzie miętę, ale czekało ją miłe zaskoczenie. Barman wyjął z lodówki całkiem świeże aromatyczne liście i rozgniótł je z cukrem. Fachowo przygotował drinka i zabrał się do nalewania piwa.

– Pani usiądzie – bąknął. – Przyniosę zamówienie do stolika.

– Poradzę sobie z dwiema szklankami. – Iga bardzo chciała pozostać przy barze i poobserwować to i owo. – Proszę się nie fatygować.

– Nalegam.

– Bardzo pan uprzejmy, dziękuję.

Facetowi zależy na napiwku, stwierdziła w duchu i odruchowo sprawdziła, czy ma w portfelu drobne. Zawróciła do stolika, ale nie spuszczała z barmana oka. A chłopak radził sobie całkiem nieźle. Przy nalewaniu piwa nie zamoczył kranu, utoczył tyle, ile wskazywała podziałka na szklance, i uzupełnił zawartość przepisową pianą na dwa palce. Zaserwował w szklance, ustawiając ją logo w stronę Elizy, pod spód zaś podkładając kartonową podstawkę.

– No i czar prysł! – westchnęła.

– Że co? – Zdziwiona Eliza zamoczyła usta w apetycznej jasnej pianie.

– Nieźle mu szło na początku. Musiał być na szkoleniu, ale chyba uciekł przed końcem, bo podłożył pod szklankę podstawkę. Nie powinien, na stole jest obrus. Poza tym kartonik to reklamówka innego browaru niż ten od piwa, które pijesz. A to jest niedopuszczalny błąd w sztuce.

– To chyba dobrze, że użył podstawki?

– Źle. One są po to, żeby skroplona na szkle para nie zmoczyła blatu i później nie skapywała na kolana konsumenta. Jeśli jest goły blat, wafle są obowiązkowe, jeśli leży obrus, on wchłania wilgoć. Rozumiesz?

– Jasne. Nie sądziłam, że to takie skomplikowane. Przecież to zwykłe piwo.

– Ha! Nawet nie masz pojęcia, jak mnie poważnie przeszkolono w tej kwestii! Jakbym ci zrobiła wykład na temat samego tylko mycia szklanek do piwa, tobyś mi tutaj usnęła. Do tego obsługa urządzenia rozlewczego, czyszczenie, bieżąca konserwacja. Plus sztuka nalewania. Nie wiadomo z czego zrobiło się nauki na bite dwa dni!

– O matko… – Eliza aż złapała się za głowę.

– To tylko piwo i aż piwo. Jeśli nie chcesz potruć klientów, musisz wiedzieć to i owo. Nie zapominaj, że piwo jest żywe. Gdy nie jest często nalewane, potrafi zanieczyścić całą instalację, a nawet zakazić świeżo napoczętą beczkę.

– Kto by pomyślał!

– No właśnie. Dlatego byłam bardzo ciekawa, jak się zachowa barman. Bo coś mi ten lokal na piwiarnię nie wygląda.

– I co?

– Mimo wszystko fachowiec. Ponieważ beczki i instalację ma pod barem, czyli wężyki są krótkie, zlał pierwsze piwo do szklanki i wylał. Podał ci dopiero drugie.

– Ale dlaczego?

– Bo to pierwsze było niedobre. Wierz mi, nie chciałabyś pić takiego. Bez smaku, bez gazu, fuj!

– Nie miałam pojęcia – skrzywiła się Eliza. – Ale przecież to strata – dodała po krótkim namyśle.

– Ano strata. Tu i tak jest dobrze, bo wystarczy zlać szklankę, ale w niektórych lokalach między beczką a kranem ciągnie się kilkanaście metrów przewodów. Pal licho, jak jest zimno i leje się dużo piwa. Ale wystarczy byle przestój, by to, co w rurach, poszło w kanał. Dobrze, jak barman jest przytomny i odłącza zbiorniki, bo wtedy idzie do zlewu tylko kilka piw. W przeciwnym razie nawet i kilkadziesiąt litrów. Albo, co gorsza, renoma lokalu. Bo właściciel oszczędza i każe nalewać gościom popsutego sikacza.

– No popatrz, a ja myślałam, że lanie piwa to żadna sztuka!

– Sztuka, nie sztuka, ale się na niej zarabia. I to całkiem niemało. A ty lepiej pij, bo ci wybąbluje – roześmiała się Iga na widok miny przyjaciółki, która zamiast delektować się apetyczną pianą, słuchała z otwartymi ustami.

– Ty żartujesz, prawda? – zapytała Eliza z nadzieją w głosie.

– Wcale nie żartuję. I to żadne mecyje. Po prostu trzeba wiedzieć to i owo. Tak samo jak o przechowywaniu innych trunków, ale ta wiedza raczej ci chyba potrzebna nie będzie. Nie ma znaczenia sposób zaserwowania zwykłego stołowego wina po dysze za butelkę. Droższych hotel Zacisze raczej nie serwuje?

– A bo ja wiem? – Chwilowo oszołomiona Eliza siorbnęła wreszcie spory łyk i bezradnie rozejrzała się dokoła.