Talizman złotego smokaTekst

Z serii: Albana #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Talizman złotego smoka
Talizman złotego smoka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,98  39,98 
Talizman złotego smoka
Talizman złotego smoka
Audiobook
Czyta Aleksandra Justa
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Surmik

Talizman złotego smoka

Saga

Talizman złotego smoka

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2002, 2020 Iwona Surmik i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone.

ISBN: 9788726771510

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Serdeczne podziękowania

dla Eli Gepfert za życzliwość i pomoc,

którą mi okazała przy pisaniu tej książki.

Część pierwsza
Ucieczka

Drzewa o wysokich, strzelistych pniach zdawały się sięgać nieba, a leśne poszycie, splątane i bujne, rozrosło się tak obficie, że koń z trudem torował sobie drogę. Choć dopiero minęło południe, było mroczno. Nikłe promienie słońca ledwie przedzierały się przez liściasty baldachim, tworząc jaśniejsze plamy na zieleni. Ciężkie, duszne powietrze zdawało się trwać nieruchome, nie mącone najlżejszym powiewem wiatru. Jeździec rozejrzał się niepewnie. Zamierzał jechać wzdłuż ciągnącej się aż po horyzont linii drzew, tymczasem znalazł się w głębi puszczy. Zrazu ścieżka wydawała się prostą wskazówką – wystarczyło nią podążać, by z jednej strony widzieć trawę Równin, a z drugiej ciemną ścianę lasu. Wkrótce jednak dróżka zaczęła kluczyć, omijając liczne przeszkody: strumyk, olbrzymi zwalony pień, kępę kłujących krzewów. Stawała się coraz mniej widoczna i podróżny skupił na niej całą uwagę. Kiedy rozejrzał się ponownie, wokół zobaczył tylko drzewa. Na zawrócenie mocno objuczonego konia nie było miejsca, bo po obydwu stronach wąskiej przecinki rosły krzewy akacji o długich, ostrych kolcach, jechał więc dalej, coraz bardziej zagłębiając się w gąszcz, aż wreszcie ścieżka całkiem zniknęła wśród krzaków.

Jeździec zatrzymał się i odrzucił obszerne poły płaszcza. Przytulone do jego piersi spało dziecko – dziewczynka o zaróżowionej od snu buzi, którą okalały niesforne kędziory. Potrząsnął nią łagodnie, a potem patrzył, jak przeciera oczy i z ciekawością rozgląda się wokół.

– Gdzie jesteśmy, mamo? – spytała zdziwiona.

– Nie wiem, Albano – zabrzmiała ponura odpowiedź. – Zsiądę z konia i poprowadzę go, a ty trzymaj się mocno.

Dziewczynka skinęła główką. Patrzyła, jak matka ostrożnie zsuwa się z siodła i szarpie płaszcz, który zaczepił o akacjowe kolce, a potem chwyta uzdę i, odchylając gałęzie, prowadzi konia między krzewami.

Wreszcie znużone długą jazdą dziecko zaczęło marudzić.

– Jestem głodna – narzekało. – Mogę zsiąść, mamo? Mogę, mogę?

Matka ponownie rozejrzała się wokół. Miejsce, w którym się zatrzymała, było zaledwie prześwitem pomiędzy otaczającą je zieloną gęstwiną, ale zmęczenie i jej dało się we znaki. Zsadziła córkę, która natychmiast zanurkowała pomiędzy gałęziami, ginąc jej z oczu.

Kobieta zrzuciła kaptur i otarła pot, odgarnęła włosy. W jej twarzy trudno byłoby dopatrzyć się urody, a w sylwetce wdzięku. Miała kościste i chude ciało, ręce spracowane, a surową twarz spaloną słońcem i pooraną zmarszczkami. Z daleka przypominała mężczyznę, tym bardziej że nosiła męski strój podróżny, wysokie buty i długi płaszcz. Córka wydawała się jej przeciwieństwem. Pulchna, o pełnych czerwonych usteczkach, jasnych oczach i buzi ozdobionej złotawymi piegami wyglądała, jakby cieszyła się każdą chwilą. Podobieństwo do matki dawało się dostrzec tylko w szopie gęstych, wijących się włosów, ale warkocz kobiety miał barwę czerni przetykanej srebrnymi nitkami, a czerwone kędziorki dziewczynki lśniły niczym futro wiewiórki.

Oszukały głód kilkoma pokruszonymi sucharami, popiły letnią wodą z bukłaka i na nowo podjęły mozolną wędrówkę.

Zmrok zapadał prawie niezauważalnie. Las, nawet w słoneczne południe pełen czających się cieni, w wieczornym zmierzchu stał się jeszcze bardziej ponury i groźny. Przedzierały się przez krzewy w milczeniu, spoglądając z lękiem na potężne pnie porośnięte mchem, owinięte pnączami. Trzask złamanej pod końskim kopytem gałązki sprawił, że kobieta wzdrygnęła się z lękiem i czujnie rozejrzała. Nie miała już sił iść dalej. Kiedy wypatrzyła kolejny prześwit, zatrzymała wierzchowca i pomogła córce zsunąć się na ziemię.

– Zatrzymamy się tu na nocleg, malutka. – Pogłaskała rozczochrane włosy dziecka.

Prawie po omacku zebrała kilka patyków i ostrożnie roznieciła ognisko. Płomyki rzucały nikłe światło, sprawiając, że ciemność wokół pogłębiła się. Nie patrząc w mrok, matka szybko przyrządziła posiłek z sucharów wymieszanych z resztką wody, okraszonych kawałkami suszonego mięsa. Skończyły jeść i przysiadły na postrzępionym płaszczu. Kobieta wyjęła z sakwy kościany grzebyk i zaczęła starannie czesać niesforne loki córki, wybierając z nich gałązki i liście.

– Mamo, opowiedz o zaczarowanej księżniczce – szepnęła Albana wpatrzona w żarzące się ognisko.

Matka wyjęła grzebień z potarganych włosów i uśmiechnęła się. Co wieczór snuła tę opowieść, lecz mała domagała się jej wciąż od nowa. Podjęła czesanie.

– Dawno, dawno temu, na Wyspie Mgieł żyła zaczarowana księżniczka...

Splatała połyskujące w świetle ogniska kędziory i opowiadała o dziewczynce, którą uwięziono w zamku wznoszącym się na skałach, o wyspie otoczonej przez wieczne mgły i smoku pokonanym przez dzielnego rycerza.

Wreszcie Albana zasnęła wtulona w opiekuńcze ramiona matki. Kobieta z czułością pogładziła pucułowaty policzek. Delikatny uśmiech złagodził surowe rysy, czyniąc jej twarz niemal piękną. Po chwili jednak zniknął stłumiony zgryzotami.

Następny dzień nie różnił się niczym od poprzedniego – skąpe śniadanie, monotonna, nużąca jazda, strzeliste pnie drzew dookoła. Znudzone i nieświadome niepokoju matki dziecko marudziło nieznośnie. Napotkawszy sporą polankę, pierwszą od chwili, kiedy wjechały do lasu, kobieta zdecydowała się zatrzymać, choć do wieczora pozostawało jeszcze wiele czasu. Rozsiodłała konia dźwigającego ich cały dobytek, zdjęła z pleców bezużyteczny dotąd łuk i postanowiła zapolować. Spojrzała na córkę. Mała znalazła w trawie wielkie, ciasno zwinięte szyszki pinii i pracowicie je układała w dla siebie tylko zrozumiały, skomplikowany wzór.

Kobieta niepokoiła się trochę, pozostawiając dziecko bez opieki, ale musiała uzupełnić zapasy. Ruszyła w las, znacząc drogę nacięciami na pniach. Wypatrzyła drzewnego szczura o brązowym futerku, który przysiadł na gałęzi i cmokał przyzywająco. Wstrzymując oddech, napięła łuk. Wystrzelona z bliska strzała rozorała lśniącą sierść i zwierzę spadło niemal u jej stóp. Zadowolona wepchnęła zdobycz do sakwy, prawie czując w ustach smak tłustej zupy. Zawróciła na polanę.

Strach chwycił ją za gardło, pozbawił tchu. Na ziemi leżał wzór ułożony z szyszek. Dziecko i koń zniknęli.

– Albana – szepnęła, choć miała ochotę krzyczeć. Rozglądała się bezradnie, podświadomie oczekując, że zza krzaków wyłoni się roześmiana, psotna buzia. Kątem oka dostrzegła jakiś ruch i odwróciła się.

– Albana! Albana, niee...

Krzyk urwał się nagle, kiedy w jej gardle utkwiła pierzasta brzechwa. Osunęła się na ziemię, burząc szyszkowy wzór.

Polana wręcz zapraszała do odpoczynku. Na jej skraju biło niewielkie źródełko, ukryte pomiędzy krzaczkami jagód i dojrzewających borówek. Słońce łagodnie prześwitywało przez korony drzew. Gęste poszycie usłane było drobnymi kwiatami niezapominajek i stokrotek, a między wysokimi źdźbłami, niczym ukryte skarby, leżały szyszki. Albana zgromadziła je pracowicie w mały stosik i zaczęła układać.

Matka często zostawiała ją samą. Służąc w pańskich dworach, była zwykle zajęta przez cały dzień. Rzadko pozwalała córce bawić się z innymi dziećmi, jakby uważała, że towarzystwo rozwrzeszczanej gromady wiejskich bachorów nie jest dla niej odpowiednie, więc wiele czasu dziewczynka spędzała sama. Nie lubiła niezgrabnej lalki zrobionej z gałganów i słomy, wolała swój worek ze skarbami. Były w nim różnobarwne kamyki, muszelki zebrane nad morzem i kilka kawałków grubego szkła. W samotności cierpliwie układała je w kolorowe wzory. Kilka dni wcześniej, nim odjechały, młody syn gospodarzy ze złośliwą miną podeptał ułożone na ziemi fantastyczne obrazy. Albana bezradnie patrzyła, jak ciężkie buciory zgniatają delikatne muszle i kruszą barwne szkło. Rozpłakała się żałośnie, rozmazując piąstkami łzy, a chłopak śmiał się zadowolony, pewny, że może bezkarnie dokuczyć dziecku służącej. Dziewczynka słuchając tego śmiechu, przestała na chwilę płakać, a jej żałość zmieniła się w gniew

– Nienawidzę cię, ty wstrętny chłopaku. Jesteś obrzydliwy, gorszy od szczura, od... od robaka, od glisty! – wrzasnęła i uciekła, nie przestając szlochać.

Długo potem łkała w ramionach matki, nieszczęśliwa i zacietrzewiona. Rano rozeszła się wiadomość, że gospodarski syn leży w domu złożony chorobą. Albana cieszyła się. Zaciskała piąstki i mruczała: dobrze ci tak, dobrze ci tak. Tego samego dnia matka wymówiła służbę i ruszyły w drogę. Teraz, układając suche szyszki na leśnej polanie, dziewczynka znów była szczęśliwa. Co prawda wszystkie miały ten sam kształt i kolor, ale co tam.

Wzór był już prawie gotów. Jeszcze tylko parę szyszek u góry, że też nie zauważyła tego wcześniej. Wstała, czując mrowienie w małych nóżkach i zrobiła kilka niepewnych kroków...

Zarzucona na głowę szmata była cuchnąca i szorstka. Próbowała się wyrwać, ale boleśnie wykręcono jej ręce do tyłu. Zaczęła się dusić, kiedy śmierdząca tkanina zakryła jej usta. Podniesiona do góry wymachiwała bezradnie nogami, aż poczuła, że w coś trafiła. Usłyszała jęk bólu i nieprzyjemny skrzekliwy śmiech. Krztusiła się coraz bardziej i szarpała ze wszystkich sił, starając się zedrzeć z twarzy odbierające dech paskudztwo. Nagle gwałtowny ból niemal rozsadził jej głowę. Straciła przytomność.

 

Obudziła ją kłótnia.

– Nie trza było jeji zabijać! – wrzeszczał ktoś chrapliwie.

– Skądżem mioł wiedzieć, że to baba... – bronił się agresywnie inny, nie mniej ochrypły głos.

– Trza było poczekać! Dać w łeb, a nie od razu strzałę w gardło pakować.

– ...szczęściem tyn dzieciak to tyż dziewucha. Za pare lat bedzie z niej pociecha – rozległ się obrzydliwy rechot.

– Jak przeżyje – do dwóch kłócących się głosów dołączył się trzeci. – Mocnoś jeji przyłożył.

– Bo mie kopnął, wstrętny bachor. Widziołżeś, jakie mo włosy? Czerwune jak ogień...

– Dziewucha to dziewucha. Idź, sprawdź, czy sie ockła i wracajmy do dom.

– Tylko uważej, bo jak cie znowuż kopnie, to nigdy nie bedziesz mioł z niej pożytku...

Bełkotliwy śmiech rozniósł się po polanie.

Słoneczne światło oślepiło Albanę, kiedy ktoś brutalnie zdarł jej szmatę z głowy. Odruchowo zacisnęła oczy. Poczuła odór niemytego ciała, cuchnący oddech i smród alkoholu. Pisnęła cienko, bo brutalna ręka pomacała guz na głowie. Próbowała się wyrwać, ale ktoś złapał ją za włosy i unieruchomił. Rozdzierający ból i szarpnięcie sprawiły, że otworzyła wreszcie oczy. Krzyk panicznego dziecięcego strachu rozległ się pośród majestatycznych drzew, zakłócając leśną ciszę. Skuliła się, małe dłonie kurczowo ścisnęły skraj sukienki, krzyk przeszedł w rzężenie. Nie mogła oderwać wzroku od pochylającej się nad nią zarośniętej twarzy i pary najbardziej złych oczu, jakie widziała w ciągu swego krótkiego życia. Wreszcie zabrakło jej tchu. Zapadła przytłaczająca cisza. Wydawało się, że nawet ptaki wstrzymały na chwilę oddech, ucinając gwałtownie swoje trele.

Trudno było wypatrzyć leśną osadę Keranów. Żołnierze nieraz zapuszczali się w ostępy, by ukarać grabieżców i pomścić pomordowanych na gościńcu podróżnych, ale wracali z niczym. Nie domyślali się, że porośnięte bluszczem zielone olbrzymy to kerańskie chaty zbudowane wokół drzew soos. Ich wysmukłe, mocne pnie były osią, wokół której stawiano prymitywną stożkowatą konstrukcję z gałęzi, otuloną rozrastającymi się szybko pnączami.

Trzech Keranów wkroczyło do wioski, złorzecząc sobie wzajemnie. Dwóch niosło hamak zrobiony z derki, trzeci prowadził konia. Zatrzymali się na małej polanie, porośniętej gęstą, ledwo tylko zdeptaną trawą. Nie przerywając kłótni, rzucili koc na ziemię. Koń, zbyt mocno pociągnięty za uzdę, zarżał głośno. Z najbliższej chaty wychyliła się kudłata głowa. Wkrótce polana zapełniła się mężczyznami. Schodzili się pojedynczo, czujnie nasłuchując, gotowi do natychmiastowej ucieczki.

Mieszkańcy wsi zdawali się podobni do siebie – niscy, krępi, z silnymi nogami i mocno umięśnionymi ramionami. Długie, skołtunione włosy opadały im na czoła, zasłaniając oczy, a potargane brody maskowały resztę twarzy. Większość odziana była w ubrania szyte z nie wyprawionych jelenich skór, brudne i cuchnące rozkładem. Gdzieniegdzie błyskały żywszymi kolorami kaftany i koszule, które nijak nie pasowały do prymitywnych postaci. Bardziej podobni byli do zwierząt niż ludzi: pierwotni i groźni jak otaczający ich las.

Spłoszony tyloma obcymi, nieznanymi zapachami koń stanął dęba i próbował zerwać się z uwięzi, ale Keran trzymał go mocno. Pociągnął zwierzę za sobą i przywiązał do rosnącego opodal drzewa.

– Poszczęściło ci sie, Kagan – burknął ktoś zawistnie. – Dostaniesz od handlarzy spory grosz.

Keran, który przyprowadził konia, wzruszył ramionami.

– Woramowi poszczęściło sie lepi – sarknął.

Krąg ciekawych zacieśnił się. Wskazany popatrzył na otaczających ich gapiów spode łba. Ubrany był lepiej niż inni, w sukienny kaftan, którego jaskrawozielona barwa ledwie przebijała spod grubej warstwy brudu. Pozrywane pętlice zwieszały się smętnie, ukazując zarośnięty tors. Na nogach miał zdarte z zamordowanej kobiety buty do konnej jazdy z oberżniętymi noskami, z których wystawały brudne paluchy.

– Łapy precz – warknął, obnażając dziurawe zęby. – Una je moja!

W gromadzie rozległy się szepty.

– Tak, una!

Powiódł tryumfalnym wzrokiem po otaczających go ludziach, a potem wyszarpnął w górę leżącą na ziemi derkę. Mała, żałosna figurka potoczyła się po trawie. Keran jednym ruchem postawił ją na nogi.

– Una je moja! – obwieścił, wodząc po zebranych złym wzrokiem.

Dziewczynka patrzyła oczami zaszczutego zwierzątka. Drżała niczym liść na wietrze, niezdolna ustać o własnych siłach. Mężczyzna złapał ją za kark i podniósł do góry.

– Przecie to dziecko, nie ma chyba pięciu lat!

– Dziecko nie dziecko. Baba.

Właściciel konia rzucił się na niego z pięściami.

– Zabił jeji matkę, a tera chce dorwać to dziecko!

Potężny cios Worama powalił go na ziemię.

– To nie twoja rzecz. Ani wasza – zwrócił się do zebranych. – Ciągli my losy. Wygrałeś kunia, Tobel wszytkie rzeczy, a ja – ją. – Potrząsnął dzieckiem.

– Woram! Puść ją zara! – rozległ się nagle ostry głos.

Mężczyzna wypuścił małą z uchwytu tak szybko, jakby się oparzył i przerażony patrzył na niską, pokraczną kobietę. Skórę miała żółtawą, pomarszczoną i tak cienką, że niemal widać było kości. Oczy, małe jak paciorki, otoczone siecią zmarszczek, tkwiły ukryte głęboko w oczodołach. Rzadkie, siwe kosmyki włosów wymykały się spod zamotanej na głowie szmaty.

– Nie waż sie jeji dotknąć, gnojku. Jak zrobisz jeji krzywdę, zabije cie.

Świdrowała go wzrokiem, a palec ze szponiastym paznokciem wycelowała prosto w pierś.

– Ale una je moja – jęknął Woram, patrząc na staruchę. – Wygrałem ją... wygrałem. Kagan ma kunia, Tobel wszytkie graty, a ja...

– Dostaniesz ją, jak do rodzenia bedzie zdatna – dokończyła stara.

Odwróciła się i odeszła, wymachując grubym kosturem. Nie spojrzała na dziecko, które leżało na ziemi niczym porzucona lalka.

Życie w wiosce toczyło się leniwym, odwiecznym rytmem. Słońce wschodziło i zachodziło, wyznaczając mroczne dni i noce w pełnym cieni lesie. Pory roku przemykały prawie niezauważalnie. Jedne drzewa traciły liście, kiedy inne puszczały świeże pędy, a las trwał niewzruszony, nieczuły na skwar słońca, smagania chłodnych wiatrów czy krople dżdżu. Jednak od jakiegoś czasu rytm ten został zakłócony. We wsi, w otaczających ją dźwiękach brakowało wysokich kobiecych głosów gwarzących na placu, zaokrąglonych sylwetek uginających się pod ciężarem cebrzyków z wodą, noszonych z pobliskiego źródła... i dzieci. Osada ginęła. Umierała powoli, lecz nieodwracalnie. Początek dała panująca przed laty zaraza. Choroba powaliła wielu. Ciała zarażonych pokrywały się wrzodami, z których sączyła się ropa. Chorzy bezustannie domagali się wody, bo paliła ich gorączka, ale tak byli słabi, że nie potrafili nawet zaspokoić pragnienia. Leżeli całymi dniami, unurzani we własnych odchodach, aż wreszcie marli. Nikt ich nie żegnał, nikt nie chował, nikt po nich nie płakał. Nieliczni, których choroba oszczędziła, porzucili gnijące szczątki i próbowali na nowo odbudować swoje życie. Wśród ocalonych pozostały tylko trzy kobiety i dwoje dzieci, chłopcy. Keranowie próbowali sprowadzić do wioski niewiasty ze wsi w pobliżu lasu, ale ci, którzy odważyli się tam osiedlić, dobrze strzegli domostw i dobytku, i prędzej zadaliby śmierć swoim kobietom niż skazali na poniewierkę wśród leśnych bandytów. Dlatego nierozważny strzał Worama wywołał taką wrogość, choć nikt nie odważył się otwarcie odmówić mu praw do dziewczynki

Tak więc mała Albana została czwartą kobietą w wiosce. Dwie były niemłode, wyczerpane ciągłymi porodami i nieustającą harówką, a trzecia, Mei – uzdrowicielką, wiekową, złośliwą i mściwą. Keranowie bali się jej i unikali, jak mogli. Tylko Woram, choć zestrachany, krążył wokół jej chaty niczym dziki zwierz.

Starucha bystro wpatrywała się w siedzącego przed nią w kucki Worama, starając się ukryć przebiegły uśmieszek. Keran zadrżał, bo nie potrafił znieść świdrującego wzroku. Żeby ukryć strach, rozglądnął się po wnętrzu chaty. Ogień tlący się na niewielkim, wykopanym w ziemi i obłożonym kamieniami palenisku rzucał nikły blask, oświetlając nędzne posłanie, parę obtłuczonych garnków i pęki ziół zatkniętych na splecionej z gałęzi powale. Za legowiskiem staruchy wisiała szmata skrywająca dalszą część pomieszczenia. Woram opuścił kudłaty łeb i zmełł w ustach przekleństwo. Mei odwróciła się w stronę zawieszonego nad ogniem kociołka i nalała do kubka parującej cieczy.

– Mosz. Pij póki gorące.

Woram z ociąganiem przyjął naczynie z jej kościstych, drżących dłoni.

– Pij. Piołun najlepi poradzi na twoje boleści – ponagliła stara. W czarnych, wąskich szpareczkach oczu błysnęła złośliwość.

Keran jednym haustem wlał sobie do gardła zawartość glinianego kubka. Oczy wyszły mu z orbit, a gęba skrzywiła niemiłosiernie.

– Tfu! – Charknął i natychmiast poczuł na plecach twardy kostur. Mei zaśmiała się skrzekliwie, z oczu popłynęły jej łzy.

– Ty głupi – rechotała, śliniąc się przy tym obficie. – Myślisz, że nie wim, po co tu przyłazisz? Pilnujesz, czy twoja gołąbeczka jest na miejscu, co? Ale nie dostaniesz ty jeji, póki do lat nie dojdzie. Nie dostaniesz, powiadom ci! A jak sie bedziesz tu cięgiem kręcił, to ci gnaty poprzetrącom albo takiego blekotu nawarzę, że z leża nie wstaniesz i chuć cie odejdzie.

Woram zakrztusił się i splunął, wpatrzony podejrzliwie w kubek, który ciągle trzymał w dłoniach. Stara roześmiała się jeszcze głośniej i wyciągnęła w jego kierunku zakrzywiony szpon.

– Wynocha!

Keran zerwał się i wybiegł z chaty.

– Poszed se i prędko nie wróci – oznajmiła zadowolona z siebie Mei, ciągle trzęsąc się od wesołości.

Skrzekliwy chichot urwał się niespodziewanie, kiedy zza zasłony wysunęła się dziewczęca postać.

– Czego tak stoisz, leniwa dziewucho – burknęła. – Trza nazbierać wiency ziół tamujących krew i zgotować dekokty. Niezadługo znowuż pójdą na gościniec.

Dziewczyna skinęła głową i wyszła z okrągłej chaty. Postukując łaską, starucha podeszła do derki i sapiąc, ułożyła się na niewygodnym posłaniu. Męczyła się szybciej niż kiedyś, a potyczka z Woramem tylko na krótko pobudziła jej krew. Ból w stawach też dokuczał jej coraz dotkliwiej.

Obudził ją hałas. Otworzyła oczy i w półmroku zobaczyła dziewczynę pospiesznie łapiącą turlający się po ubitej ziemi kubek. Mei z trudem podniosła się z legowiska, bez słowa podeszła do kociołka i wsadziła do środka palec. Oblizała go, mlasnęła głośno i podsunęła miskę. Dziewczyna cofnęła się w kąt, czekając, aż stara się posili. Potem zjadła resztki, wylizała miskę do czysta i wsunęła się za zasłonę. Mei słyszała, jak układa się na swoim posłaniu. Podsyciła ostrożnie ogień i podeszła jeszcze bliżej, bo chłód dawał się jej we znaki. Siedziała z rękoma opartymi na kosturze i patrzyła w wątłe płomyki.

Wizyta Worama zaniepokoiła ją. Przychodził za często. Skarżył się na różne bolączki i wodził wzrokiem po ciemnym wnętrzu, starając się wypatrzyć jej podopieczną. Parę razy spotkała go też w pobliżu domu, czającego się w krzakach.

Westchnęła i odwróciła wzrok od wygasającego ognia. Poprzez szum oplatającego dom bluszczu słychać było odgłosy szykującego się do nocnego snu lasu. Spoza zasłony dochodził spokojny oddech śpiącej.

A co tu dziwnego, wróciła do swoich rozmyślań Mei. Woram ma do niej prawo, ona jego jest, dwa, trzy roki i do lat dojdzie. Tera jeszcze do rodzenia niezdatna, choć wysoka jest i silna. Gdyby Woram ją wziął, zamęczyłby tylko, a pożytku by z tego nijakiego dla wsi nie było.

– Przeklęty odmieniec – sarknęła i trudno było zgadnąć, czy ma na myśli Kerana czy swoją wychowankę.

Przymknęła załzawione oczy, przypominając sobie obrazy sprzed lat. Znów zobaczyła małą, cztero-, pięcioletnią dziewczynkę, która leżała na trawie przerażona i drżąca, pod okrutnym, pożądliwym wzrokiem Worama. A także Kagana, którego nie przestraszył Woram i jego przekleństwa. To on właśnie zabrał małą i przyniósł ją do Mei, zapewniając dziecku bezpieczeństwo i opiekę, najlepszą, jaką mogła mieć w tej zapomnianej wiosce. Z chaty uzdrowicielki nikt nie ośmieliłby się wykraść dziecka, co to to nie. Złośliwy uśmiech wykrzywił twarz Mei. Skóra na jej policzkach rozciągnęła się, sprawiając wrażenie gołej czaszki. Tak, kilka dziwnych wypadków przytrafiło się tu niektórym, tak, tak...

 

Zrazu dziewczynka wydawała się niedorozwinięta. Mijały dni, a ona nie wypowiedziała jednego słowa. Chowała się po kątach, zasłaniała twarz, a z jej oczu nie znikał wyraz lęku. Prowadzona – szła, pozostawiona sama natychmiast siadała, kołysząc się monotonnie. Nie pomagały prośby, połajanki ani poszturchiwanie kosturem. A przecież stara słyszała czasem jej głos, kiedy mówiła przez sen, wzywając matkę. Mei – wściekła, ale bezradna – nieraz myślała, że najprościej byłoby ją oddać Woramowi i pozbyć się kłopotu. Jednak coś ją powstrzymywało. Może iskierka współczucia dla bezbronnej istoty, może ambicja, a może samo dziecko? Mei nie bardzo wierzyła, że mała jest nienormalna. Nazbyt wiele takich istot widywała ostatnio.

W wiosce źle się działo. Od paru lat nie przeżyła żadna nowo narodzona dziewczynka, a dwie dorosłe kobiety nie mogły zaspokoić chuci gromady mężczyzn. Niby nie były zamężne i dawno już ustalono, że nie powinny odmawiać nikomu, ale tak naprawdę stały się niewolnicami tych, którzy przyjęli je pod swój dach. Na nieszczęście jedna ciągle mieszkała ze swoim ojcem, a ten za nic nie chciał pozwolić na przeprowadzkę. I rodziła dzieci – chłopców ze zbyt wielką głową, o wątłym ciele i oczach wytrzeszczonych w wiecznym zadziwieniu. Mei czasem ogarniał gniew tak straszny, że miała ochotę spalić tę plugawą chatę i jej mieszkańców. Hamowała ją myśl, że niedługo stary Ulf wreszcie umrze i dziewczyna odetchnie. Nic dziwnego, że Woramowi tak bardzo zależało na małej.

Ciekawe, co przywiodło matkę i córkę do tego strasznego lasu. Kobieta musiała być nietutejsza, skoro nie wiedziała o jego złej sławie albo może uciekała przed kimś. Jakiekolwiek były przyczyny, trafiła tu z tym dziwnym dzieckiem i znalazła śmierć. Ale dziecko...

Było coś w tej małej. Choćby wygląd. Wśród ogorzałych Keranów wydawała się nienaturalnie blada, a jej czerwone włosy lśniły jak płomienie. I do tego oczy. Wielkie, ocienione długimi rzęsami, w kolorze leśnego mchu. Widział kto kiedy takie? Stara wiedziała, jak małej na imię, wszak matka wołała ją w chwili śmierci, ale wolała myśleć o niej po prostu „dziecko”, a teraz, kiedy podrosła – „dziewczyna”. Tamto imię było obce, pochodziło ze świata leżącego poza granicami lasu. Nie wymawiała go nawet w myślach. Budziło jej sprzeciw tak samo jak słowa o nieznanym rytmie i melodii wypowiadane przez dziewczynkę we śnie.

Dobra baba dla Worama. Bedzie z nią mógł robić co chce, a ona nawet sie nie poskarży, pomyślała stara, rozciągając wargi w imitacji uśmiechu. Ale przecie Mei zaplanowała dla niej inną przyszłość. Dziewczyna miała zająć miejsce uzdrowicielki i starucha uczyła ją wszystkiego, co sama wiedziała o ziołach i leczeniu, o odczynianiu uroków i zaklęciach wzmacniających dekokty.

Głowa opadła jej na ramiona. Zapadła w płytki, starczy sen. Z drzemki wyrwał ją żałosny, dziecięcy głosik.

– Mamo, ja byłam grzeczna...

Mei drgnęła przestraszona. Laska wymknęła jej się z rąk i z łoskotem upadła na klepisko. Cichy szept przeszedł w jękliwe zawodzenie bez słów.

– Cicho być – warknęła stara. Po omacku znalazła laskę i odsunęła nią zasłonę. Powiesiła przed laty tę brudną szmatę, żeby odgrodzić swoje miejsce do spania, nie patrzeć w przerażone zielone oczy. Teraz była dodatkową ochroną przed nieustannie kręcącym się w pobliżu Woramem. Szturchnęła końcem kija rzucającą się na posłaniu dziewczynę.

– Zamknij sie, głupia dziewucho – sarknęła bez złośliwości.

Dziewczyna zamarła na moment, a po chwili zawodzenie przeszło w krzyk.

– Nie dotykaj mnie, nieee... Duszę sie... Mamo, gdzie jesteś!? On chce mi zrobić krzywdę, ja się boję! Nie dotykaj mnie... nie dotykaj… Starucha dźwignęła się nie bez trudu i podeszła do posłania.

– To ja, Mei – zaskrzeczała prawie łagodnie. – Nie drzyj sie tak. Worama tu ni ma. I nie przedzie...

W ciemności błysnęły białka oczu, kiedy leżąca podniosła głowę.

– Boję się, Mei – szepnęła ledwie słyszalnie. – Tak bardzo boję się Worama. – A potem rozszłochała się na nowo.

Mei osłupiała. To były pierwsze rozumne zdania, jakie dziewczyna wypowiedziała od początku swego pobytu wiosce. Ponownie szturchnęła ją laską.

– Dobra, dobra... Pókim żywa, Woram cie nie dostanie. A tera śpij.

Opuściła zasłonę i cofnęła się do swojej cześci izby. Dlugo jeszcze kręciła się pod derką, nie mogąc zasnąć.

Na gościńcu bujnie rozpleniła się trawa i trudno było uwierzyć, że to najkrótsza droga prowadząca z nadmorskiej prowincji Bresania do Loenu, stolicy królestwa. A przecież nie zawsze tak się działo. Kiedyś wyrąbanego przez gęsty las traktu strzegli królewscy żołnierze, a podróżni bezpiecznie podążali nim z zachodu na wschód. Karawany kupieckie i zwykli wędrowcy po opłaceniu myta mogli liczyć na ochronę, zajazdy usytuowane na polanach zapraszały do odpoczynku, a podróż, choć długa, była wygodna. Zdarzały się łupieżcze napady, ale wojsko skutecznie zniechęcało bandytów. Teraz gospody były porastającymi trawą ruinami, a żołnierze unikali Starego Traktu tak samo jak inni. Kupcy woleli nadłożyć drogi i jechać przez Dardall, korzystając z ochrony tamtejszego gubernatora, bo na leśnej drodze panowali Keranowie. Dlatego, jeśli pośpiech zmusił kogoś do przemierzenia lasu, ciągnął w większej gromadzie lub pod ochroną wynajętej eskorty.

Ta grupa była inna. Dwa wozy jechały powoli, żłobiąc głębokie koleiny, wokół nich zaś zamiast zbieraniny podróżnych, karnie ciągnęli królewscy gwardziści. Mimo ryzyka, jakie niosła ze sobą bitwa z dobrze wyszkolonymi żołnierzami, Keranowie podjęli decyzję o napaści.

Bandyci umyślili zaczaić się w pobliżu wschodniego krańca lasu i zaatakować na ostatnim popasie. Polana, na której winni zatrzymać się podróżni, była spora, tuż obok płynął strumień, wydawała się więc idealnym miejscem na odpoczynek. Zawczasu przygotowano stos suchych gałęzi do rozpalenia ognia, które Mei nasączyła usypiającym narkotykiem. Gdyby jednak karawana zdecydowała się jechać dalej, zwalono opodal kilka drzew, tarasując drogę. Łupieżcy, niewidoczni, zalegli w chaszczach, w każdej chwili gotowi do napadu. Musieli jednak długo czekać. Oddział posuwał się powoli i była już ciemna noc, kiedy przejechał obok. Rozczarowani Keranowie gotowali się już do opuszczenia swoich stanowisk i przejścia do zapory na trakcie, kiedy nagle jeźdźcy zatrzymali się, a wozy zawróciły. Widać całodzienna podróż wystarczająco zmęczyła i ludzi, i zwierzęta. Żołnierze wyprzęgli konie, spętali je luźno i pozwolili paść się swobodnie. Wystawiono warty, zapłonęły ogniska, a z garnków zaczął unosić się smakowity zapach. Kiedy znużonych podróżnych zmorzył sen, nastąpił atak. Grabieżcy wypełzli z krzaków bezszelestni jak cienie, poderżnęli gardła drzemiącym wartownikom, wygasili ogień i rzucili się na śpiących. Rozgorzała walka. Otępiali od narkotyku ludzie ginęli niczym bydło pod bandyckimi nożami. Mało kto miał świadomość tego, co się dzieje. Polana spłynęła krwią, a mordercy przystąpili do obdzierania trupów.

To Kagan odkrył, że z masakry ocalało dwoje ludzi. Ukryci w wozie pod grubą warstwą kosztownego płaszcza, patrzyli przerażonymi oczyma na unurzanego we krwi pół zwierza, pół człowieka. Upojony mordem Keran wstrzymał sztych, kiedy dostrzegł dziecięcą twarzyczkę. Zamrugał nerwowo, schował broń i zrzucił ich brutalnie z wozu. Wyciągniętym skądś sznurem skrępował ciasno, a potem wrócił do furgonu. Środek drewnianej platformy zajmowało posłanie wyściełane miękkimi, dobrze wyprawionymi skórami. Pod ścianami ulokowano ciężkie, obite żelazem kufry. Niektóre pełne były ksiąg, inne zwierały kosztowne stroje. Kagan zasapał się mocno, nim udało mu się roztrzaskać wieka dwóch mniejszych skrzynek, lecz jego trud nie poszedł na marne. Mniejsza kaseta po brzegi wypełniona była złotymi monetami. Zanurzył w nich dłonie i większą część przesypał do sakwy zwisającej mu z ramienia. Drugi kuferek zawierał same papiery. Niektóre karty leżały luźno, inne zwinięte zostały w rulony i opatrzone pieczęciami. Chwilę marszczył czoło, oceniając przydatność znaleziska i wreszcie całą zawartość skrzynki upchnął w swojej torbie, potrząsając nią energicznie. Z zadowoleniem skinął głową, kiedy stwierdził, że warstwa pergaminów stłumiła metaliczny dźwięk. Wreszcie wziął pod pachę skrzynkę z resztką monet i zeskoczył z wozu. Na ziemi piętrzyły się jego łupy. Związał je byle jak w dwa duże toboły i zarzucił na konia, którego zabrał wcześniej. Kiedy skończył, odwrócił się i spojrzał na polanę. Słońce już rozpoczęło swoją codzienną wędrówkę, oświetlając pobojowisko. Wszędzie walały się trupy zamordowanych żołnierzy. Mdlący odór krwi mieszał się z wonią ziołowej mieszanki Mei. Keranowie rabowali zwłoki, nie zważając na zapach ani na walające się porąbane ludzkie szczątki. Najcenniejszą zdobyczą była broń. Miecze, tarcze, sztylety i zdarte z trupów kolcze zbroje ładowano na końskie grzbiety, nie gardzono także zawartością sakiewek. Jeńcy Kagana patrzyli na to z obrzydzeniem. Dziecko raz po raz zamykało oczy. Jego towarzysz, odziany w długą kapłańską szatę, przyjmował wszystko spokojniej, ale i on nie mógł pohamować odrazy.