Smoczy pakt

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Smoczy pakt
Smoczy pakt
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Smoczy pakt
Smoczy pakt
Audiobook
Czyta Aleksandra Justa, Emilia Strzelecka
29,99  21,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wspomnienie męża patrzącego na nią z miłością i ufnością przywróciło jej wreszcie odrobinę spokoju. Wykąpała się i wróciła do wioski. Kiedy mijała śpiących, nagle poczuła na sobie czyjś wzrok. Odwróciła się i dojrzała otwarte oczy młodego mężczyzny. Nie było w nich obłędu, jedynie oszołomienie i słabość. Roześmiała się głośno. Jeździec poruszył się, jęknął i próbował wstać. Przyklękła obok i podała kubek wystygłego napoju.

– Wypij na zdrowie – powiedziała łagodnie.

– Kim jeesteś – wymamrotał niewyraźnie, odsuwając naczynie.

– Uzdrowicielką. Pij.

Udało mu się podnieść trochę głowę. Spojrzał na leżące pokotem ciała.

– Coo się staało?

– Zatruliście się wszyscy. To lekarstwo. Zaufaj mi i wypij.

Zacisnął wargi, więc bezceremonialnie złapała go za nos, poczekała, aż z braku powietrza otworzy usta i wlała mu zawartość naczynia do gardła.

– Musisz szybko nabrać sił, przyda mi się pomoc.

Otuliła go skórami wyciągniętymi z najbliższego domostwa, pogłaskała po policzku.

– Jak ci na imię?

– Halim.

– Odpoczywaj, Halimie.

Miała ochotę krzyczeć z radości.

Popołudniem i nocą kilkoro następnych Jeźdźców odzyskało przytomność. Ciągle byli słabi, ale żyli. Albana pracowała bez wytchnienia. Poiła ich swoją miksturą, opatrywała skaleczenia, poodciągała też na bok trupy, by nie straszyły wracających do życia. Przeszukała całą wieś, namiot po namiocie, i wywlokła na zewnątrz każdy worek z ziarnem i mąką, jaki znalazła. Miała ochotę spalić to plugastwo, ale musiała zostawić dowód na poparcie swoich słów.

Rankiem Halim czuł się na tyle dobrze, że zjadł naprędce przygotowany przez Albanę posiłek i włączył się do pomocy. Czarownica wyjaśniła mu sytuację, a sama wśliznęła się do jurty i zasnęła głęboko.

Trzy dni później opuszczała wioskę żegnana błogosławieństwem Jeźdźców, z Halimem u boku i workiem ziarna przytroczonym do siodła.

Jeździec bez wahania prowadził ją tropem klanu Kevat. Gnali przez Równiny, ścigając się z wiatrem, by jak najszybciej odnaleźć obóz Malasa. Czwartego dnia tej szaleńczej jazdy ujrzeli pędzącą w ich kierunku grupę konnych. Stevar, Brian, Jarik i Dough wyjechali im naprzeciw. Machali rękami, krzyczeli radośnie słowa powitania.

Jarik pierwszy zsunął się z konia i przypadł do jej kolan.

– Jesteś, pani. Pilnowałem wszystkiego, jak kazałaś, i nikomu nie powiedziałem – szepnął na powitanie.

Albana czule pogłaskała go po zmierzwionych włosach.

– Wiem, głuptasie – uśmiechnęła się serdecznie. – Tak się cieszę, że was widzę. Nawet ciebie, Niedźwiedziu. A gdzie Cal?

Stevar zmarszczył brwi.

– Dobrze, że wróciłaś – mruknął. – Nic ci nie jest?

– Nie. Jestem tylko zmęczona i głodna. Tak się spieszyliśmy, że nie zostało wiele czasu na polowanie. Stevar, gdzie jest Cal?

– Przekonuje Malasa, żeby cię przyjął z powrotem, ale wątpię, żeby co z tego wyszło. Stary jest uparty jak muł.

– Starszy może być spokojny. To nie zaraza, to trucizna.

– Jaka trucizna? – zdziwił się Niedźwiedź.

– Była w ziarnie, w mące. Uratowałam większość ludzi z tamtej wioski. Ten tutaj to jeden z nich. Ma na imię Halim. Ocknął się pierwszy, wszystko widział. Może zaświadczyć. – Albana wyprężyła się dumnie.

Stevar niedbale skinął głową młodemu Jeźdźcowi.

– Może on przekona Malasa. Jedźmy, wieczorem powinniśmy ich dogonić.

Albana powstrzymała wsiadającego na konia Jarika.

– Mój medalion – powiedziała łagodnie. – Oddaj mi medalion i juki.

Chłopak spiesznie ściągnął wisior i podał jej. Zawiesiła łańcuch, czując, jak chłodny kamień dotyka znamienia. Wzięła swoje sakwy i przytroczyła do siodła.

– Ruszajmy – zawołała, naśladując śpiewny akcent Jeźdźców, i popędziła konia.

***

Malas nie dał się przekonać. Calmin w końcu machnął ręką i ruszył z obozu śladem swoich towarzyszy. Chciał jak najprędzej upewnić się, że Albana jest bezpieczna, znów trzymać ją w ramionach. Żałował, że pozwolił jej odejść samej. Nic na świecie nie było warte tęsknoty i niepokoju, które czuł. Nie zauważył, że od kolumny odłączył się ktoś jeszcze.

Balal dogonił go i zajechał drogę.

– Zsiadaj – rzucił wściekle. – Nikt bezkarnie nie będzie nazywał mnie pastuchem, odszczepieńcu. Myślałeś, że zapomnę? Zsiadaj i walcz.

Tyle było nienawiści w głosie młodego Jeźdźca, że Calminowi ścierpła skóra. Nie wiedział, czy powinien podjąć wyzwanie, czy uciec, ale nim się zdecydował, Balal złapał za uzdę jego wierzchowca.

– Tchórzysz, Fen? Tak jak wtedy, gdy nie wróciłeś na Równiny? Myślisz, że wszyscy o tym zapomnieli?

– Mam tylko łuk i nóż do patroszenia – powiedział powoli Cal.

Balal zdjął swój łuk, odpiął miecz i odrzucił daleko od siebie.

– Twój nóż i mój nóż. Zsiadaj, tchórzu.

Cal zacisnął zęby. Prowokuje mnie, pomyślał. Tylko spokojnie.

Nie spuszczając z siebie oczu, zsunęli się z koni, uwiązali je do palików i wyjęli noże. Zaczęli okrążać się czujnie. Ostrze Balala błysnęło w słońcu. Jeździec zrobił wypad w stronę Cala i ciął mocno. Calmin uchylił się. Obaj podjęli swój taniec. Balal, powodowany wściekłością, atakował raz po raz. Cal bronił się, oceniając siły i umiejętności przeciwnika. Ogarnął go spokój i poczucie nierealności, jakie czuł podczas każdej walki. Strach przychodził dopiero potem.

Balal walczył agresywnie, wkładając wszystkie siły w każdy atak, każde pchnięcie. Łatwość, z jaką Fen parował ciosy, podsycała jego złość, postanowił więc zmienić taktykę. Zamachnął się, w ostatniej chwili zmienił kierunek i uderzył od dołu, celując w brzuch. Cal złapał go za nadgarstek i pomagając sobie kolanem, odrzucił od siebie.

– Chcesz mnie zabić?

– Stawaj – wydyszał Balal, podnosząc się z ziemi.

– Czy nazwanie kogoś pastuchem wystarczy, żeby Jeździec zwrócił się przeciwko Jeźdźcowi?

– Stawaj, Fen!

– Nie chcę cię zabijać. Widziałem już dość śmierci...

Balal doskoczył do Cala, nie pozwalając mu dokończyć. Pojedynek rozgorzał na nowo, zacieklejszy niż poprzednio.

***

– ...Delk, syn Finali, pił z pucharu z młodą Wayllą. To była wielka uczta. Mięso, ser, chleb i placki żółte od szafranu – opowiadał Halim. – Bawiliśmy się całą noc... Co było dalej, nie pamiętam. Tylko jakieś barwy, które raziły moje oczy, i to, że musiałem iść. Dokąd, nie wiem.

Albana w zamyśleniu kiwała głową.

– Dlaczego Jingu osiedli w miejscu? – spytał Stevar.

– Wczesną wiosną przyłączył się do nas kapłan. Opowiadał nam o bogu, o błogosławieństwach, jakich doświadczamy dzięki niemu. Myślę, że to on namówił starszego na założenie wsi. Nie mnie sądzić jego decyzję, ale brakowało mi wędrówki, widoku stada pędzącego przez trawy...

– A mnich? Gdzie się podział?

– Ruszył dalej. Powiedział, że wypełnił swe zadanie wśród Jingu, rozgrzał nasze serca, oczyścił dusze i zwrócił je ku bogu. Pojechał szukać innych klanów.

Stevar parsknął ponurym śmiechem i zamilkł, ale Albana drążyła dalej.

– Skąd mieliście ziarno?

– Jest taki kram, wedle Bramy Karła. Za parę łutów szafranu można tam dostać różne rzeczy.

Kobieta prychnęła z irytacją.

– Pewnie to jakiś oszust. Szafran jest rzadką przyprawą i lekarstwem. Nie ma zielarki, która nie chciałaby mieć go w swoich zbiorach. Ale u was go pod dostatkiem.

– Każdej wiosny nasze kobiety łuszczą krokusy – wyjaśnił zdumiony Halim. – Kiedy topnieją śniegi, jest ich zatrzęsienie, plenią się jak chwasty.

– Może... – zaczęła Albana.

– Pospieszmy się – krzyknął nagle Jarik i popędził konia. Już od dłuższego czasu nie słuchał Halima, tylko kręcił się niespokojnie, nasłuchiwał.

Albana, w jednej chwili czujna, wyostrzyła zmysły. Zachwiała się w siodle, kiedy dotarła do niej fala nienawiści i strachu.

– Cal – wykrztusiła. – Szybko. Tam.

Ruszyli galopem.

***

Chwila dekoncentracji, kiedy spostrzegł błysk rudych włosów, niemal kosztowała Calmina życie. Nóż Balala rozciął mu skórę na piersiach, zahaczył o żebro. Potknął się i przewrócił do tyłu, wypuszczając z ręki swoje ostrze. Balal rzucił się na niego. Cal odtoczył się w bok, rozpaczliwie błądząc ręką w poszukiwaniu noża. Kiedy poczuł w spoconej dłoni rękojeść, z całą siłą, na jaką było go jeszcze stać, kopnął Balala w krocze. Jeździec stęknął z bólu i stoczył się wprost na postawiony sztorcem nóż. Z rany na piersi bluznęła krew.

Niedźwiedź, pilnie obserwujący sytuację, gotów w każdej chwili przyjść z pomocą przyjacielowi, ściągnął na trawę martwego Balala i podał rękę Calowi. Albana podbiegła do męża i przytuliła go mocno. Jarik szlochał, bo nie mógł poradzić sobie z intensywnością bodźców, które odbierał jego niewyszkolony umysł.

Albana poczuła nagle, że Calmin wsparł się na niej całym ciężarem, jakby miał za chwilę upaść. Podtrzymała go i z pomocą Niedźwiedzia usadziła na trawie. Dopiero teraz dostrzegła strużkę krwi sączącą się z piersi. Przemogła ogarniającą ją słabość, odwróciła wzrok i sięgnęła po torbę z lekami.

Stevar tylko rzucił okiem na ranę, skrzywił się i powiedział pewnie:

– Nic ci nie będzie. Co tu się stało?

Cal oderwał wzrok od Albany.

– Nie darował, że obraziłem go nad przeprawą. Jechał za mną i wyzwał na pojedynek. Próbowałem mu przemówić do rozumu, ale nie słuchał.

– Co zrobimy? Malas się wścieknie.

– Nie wiem. Kto jest z wami?

Kobieta zdjęła z grzbietu męża postrzępioną koszulę, podarła ją i opatrzyła zranienie. Drżały jej ręce, oczy zaszkliły się łzami, w kącikach ust zbierała ślina, ale nie przerwała, póki nie zaciągnęła ostatniego supła.

 

– To Halim z klanu Jingu. Uratowałam prawie wszystkich z „tańczącej wsi” – powiedziała cicho.

– Ty i twój klan możecie być z niej dumni – potwierdził milczący dotąd Halim.

Cal skinął głową. Stęknął i podniósł się.

– Jeśli potrafisz wyleczyć tę zarazę, może Malas zmieni zdanie. – Poprawił bandaże, odrzucił do tyłu warkocz. – Musimy zabrać ciało Balala. Klan powinien wyprawić mu godziwy pochówek. Zginął jak wojownik. Zabierzcie jego rzeczy i ruszajmy, Jeźdźcy są niedaleko – dodał po chwili namysłu.

Brian i Dough załadowali trupa na konia, odszukali porzucony w trawie oręż i orszak pogrzebowy ruszył na zachód.

Obóz klanu Kevat był już przygotowany do noclegu. Kiedy żołnierze zjawili się na horyzoncie, naprzeciw wyjechali im wartownicy.

– Ani kroku dalej – ostrzegł głośno Tamalach, trzymając się w bezpiecznej odległości. – Macie obozować z dala od nas.

– Sprowadźcie Malasa, musimy porozmawiać – krzyknął Cal, wskazując na nieboszczyka.

Jeźdźcy rozpoznali Balala, ich spojrzenia nagle stwardniały. Skłonili ku sobie głowy i porozumieli się szeptem. Jeden z nich zawrócił konia i pognał ku namiotom. Wrócił po chwili wraz z Malasem.

– Co się stało? – rzucił gniewnie starszy, patrząc na przerzucone przez wierzchowca ciało.

– Balal zginął z honorem, jak przystało na Jeźdźca – powiedział Cal, ostrożnie dobierając słowa.

– Z czyjej ręki?

– Z mojej – przyznał Fen, patrząc wprost w błękitne oczy starszego. – Wyzwał mnie i przegrał. Przywiozłem jego ciało, byście go godnie pożegnali.

Malas patrzył uważnie na kompanię Calmina, zatrzymując spojrzenie na każdej twarzy. Kiedy jego wzrok spoczął na Halimie, młody Jeździec wysunął się do przodu.

– Jestem Halim, z klanu Jingu – przedstawił się. – Widziałem śmierć tego, którego zwali Balalem. Zginął honorowo, w walce.

– Dlaczego cię wyzwał, Fen?

– Znieważyłem go nad urwiskiem – przyznał Cal. – Nie mógł tego zapomnieć. Pewnie nie dałbyś zgody na pojedynek, więc czekał na sposobność, by zostać ze mną sam na sam. Nie chciałem tego...

– Balal był gwałtownikiem. Mogę uwierzyć, że nie zapomniał twoich słów – powiedział ponuro starszy. – Stało się. Jego ciało spłonie, a dobytek zostanie rozdany.

Cal wypuścił wodze z ręki i klepnął konia, kierując go ku Jeźdźcom z klanu Kevat. Tamalach złapał wierzchowca i poprowadził w stronę ognisk. Wszyscy patrzyli w milczeniu na ostatnią drogę Balala.

– Starszy – przerwała ciszę Albana. – Wróciłam zdrowa i przywiodłam ze sobą Halima z klanu Jingu, by świadczył o prawdziwości moich słów. To nie zaraza zabija we wsiach, ale trucizna. Trzeba ostrzec inne wioski i sporządzić lekarstwo.

Starszy zamyślił się głęboko, popatrując w stronę swojego obozu.

– Trzymajcie się naszych śladów – powiedział w końcu. – Macie dwa łuki, to wystarczy do polowania. Jeśli nie zachorujecie, zanim dojedziemy na targi, będziecie mogli porozmawiać z wodzem. Wiedzcie, że raczej was zabiję, niż pozwolę na rozniesienie zarazy – dokończył twardo.

Albana westchnęła. Calmin pokręcił głową zrezygnowany.

– Będziemy trzymać się z dala – obiecał.

Malas odjechał, wartownicy cofnęli się nieco. Drużyna popatrzyła na siebie z goryczą.

– Pomogła im, a oni w zamian grożą śmiercią. Gościnny ludek ci Jeźdźcy – burknął Niedźwiedź, wyrażając myśli pozostałych.

Następne dni upłynęły im na monotonnej jeździe tropem klanu Kevat. Mogliby, co prawda, spróbować wymknąć się Jeźdźcom, ale po naradzie uznali, że dzień lub dwa, które by zaoszczędzili, nie są warte ryzyka. Nikt nie wątpił, że Malas spełniłby swoją groźbę.

***

Benektus zapalił się do pomysłu, żeby wciągnąć do spisku Jastrzębia i uczynić go dowódcą wojsk rebeliantów, musiał go tylko odnaleźć. Wątpił, czy gubernator Rhodes zaufa mu na tyle, żeby pomóc w tym zadaniu, bo choć koniuszy często gościł w Mulacium, nie znał bliżej gubernatora Rubieży. Dlatego po dokładnym przemyśleniu sprawy Benektus postanowił wpierw ustalić tożsamość Jastrzębia. Uczynił założenie, że kapitan jest rzeczywiście żołnierzem Królewskiej Armii Imeskarii i rozpoczął poszukiwania od kantorka kapitana Arebusa. Pod pretekstem ustalenia liczby koni, które zamierzał nabyć na końskich targach, przejrzał rejestry, a potem przeprowadził krótki wywiad wśród swoich podwładnych, stajennych i koniuchów. Wśród wojaków, którzy wyruszyli na wyprawę przeciwko bandytom, uwagę koniuszego zwrócili Weda, Trevor, Stevar i jego przyjaciel Calmin Fen, Jeździec Równin.

Ponieważ końskie targi miały się odbyć już za parę dni, Benektus postanowił wykorzystać pobyt na Równinach do zebrania informacji o Calminie z klanu Fen. Sposobił się do wyjazdu, z podnieceniem zastanawiając się, co przyniesie czas i czy uda mu się wykroić parę dni, by odwiedzić Ostatnią Twierdzę. Miał ochotę porozmawiać z Sajronem, którego zdanie bardzo sobie cenił.

***

Bazyl, wraz z innymi ukrytymi w lesie żołnierzami, obserwował przerażający pojedynek na poszczerbionych murach Celebonu. Wściekłość mało go nie zadusiła, bo na jego oczach szlag trafił nie tylko Jastrzębia i czerwonowłosą wiedźmę, lecz także jego zapłatę. Nie wątpił, że sprawozdanie z tego widowiska wkrótce dotrze do uszu Zebona, a ten niechybnie zażąda zwrotu zaliczki, której Bazyl pozbył się już dawno. Kiedy z ruin wrócili zwiadowcy, informując, że nikt nie przeżył, a ciała zostały pogrzebane pod gruzami, nie pozostało mu nic innego jak odwrót u boku wojaków. Przez chwilę rozważał myśl o przejęciu dowództwa i uczynienia z oddziału Jastrzębia prawdziwej zbójeckiej watahy, ale szybko ją porzucił. Wystarczająco wynudził się u Krispa, by zniechęcić się do bandyckiego rzemiosła. Wrócił jednak do wsi, licząc, że uda mu się zagarnąć żołnierskie skarby.

Pozostawieni w wiosce ranni z niedowierzaniem słuchali nowin, kręcili głowami, przeklinali albo otwarcie płakali, nie umiejąc ukryć żalu za swym kapitanem. Każdy miał coś do opowiedzenia, wspominał chwile, które spędził w oddziale, i przechylał bukłak, by uczcić pamięć o nim.

Bazyl w tym czasie nie próżnował. Przeszukał wieś, chałupa po chałupie, i udało mu się znaleźć trochę cennych rzeczy. Spakował to, osiodłał konia i już miał odjechać, kiedy wpadł mu w ucho fragment rozmowy.

– ...i przepadł jako kamień we wodę – upierał się ktoś.

– Nieprawda! On kapitana na krok nie odstępował. Może się zapodział w lesie – oponował drugi z pijackim uporem.

– Godom ci przecie, że nie pojechoł z kapitanem ino z nami ostoł. Był tu, aż do przedwczora, a potem znikł.

– Szukaliście?

– A jakże. Jastrząb by się rozsierdził, jakby mu się co stało. Szukalim, ale nie znaleźlim.

Głosy na chwilę przycichły stłumione bulgotem rozlewanego napitku, a Bazyl wreszcie dosiadł konia i ruszył ku Mulacium. Lecz coś nie dawało mu spokoju. Jako najemny morderca w równym stopniu polegał na sile, rozumie i instynkcie. Bezzasadne uczucie niepokoju nieraz pozwoliło mu na ucieczkę przed niebezpieczeństwem wcześniej, niż wydawało się to konieczne. Bazyl nauczył się, że nie wolno go lekceważyć. Dlatego po kilku chwilach zawrócił wierzchowca i ruszył z powrotem w stronę Celebonu. Jechał spiesznie, zatrzymując się na krótkie popasy, byle koń odpoczął. Nie musiał polować. Zabrał z wioski wystarczającą ilość jedzenia.

Do Celebonu dotarł nocą, po całym dniu spędzonym w siodle. Oświetlone poświatą księżyca ruiny robiły niesamowite wrażenie. Bazyl, który przecież spędził w nich sporo czasu, nie rozpoznawał teraz żadnego miejsca. Ziemia rozstąpiła się, odkrywając lochy, fragmenty murów rozpadły się na dziesiątki odłamków.

Morderca patrzył na ten przerażający widok i rozum podpowiadał mu, że z takiego kataklizmu nikt nie mógł ocaleć, ale instynkt nakazywał szukać dalej. Opuścił zrujnowane miasto i zagłębił się w pobliskich lasach, zataczając coraz szersze koła. W końcu natrafił na ślady popasu. Popiół z ogniska, ogryzione kości i świeże odchody wyraźnie świadczyły, że na polanie obozowała spora grupa. Ruszył ich śladem, ciągle nie bardzo rozumiejąc, dlaczego plącze się po wertepach, zamiast jechać do najbliższego miasta, sprzedać znalezione łupy, wykąpać się wreszcie i porządnie odziać.

Kiedy dotarł do Rzeki Czerwonej i znalazł szczypiące trawę konie, pogratulował sobie cierpliwości. W jednym z wierzchowców rozpoznał potężnego wałacha, który nosił na grzbiecie Stevara. Przeszukał pozostawione bagaże, wziął równańczyka, na którym ponoć jeździł kapitan, i ruszył wzdłuż urwiska, szukając dalszych tropów. Nie wiedział o istnieniu Grzbietu Valse, więc z każdym dniem coraz bardziej oddalał się od jedynego brodu, który wiódł do Marth.

Stopniowo skały obniżyły się tak, że Bazyl jechał po równinie wzdłuż brzegu. Domyślał się już, że Jastrząb wraz z kompanami przebył rzekę, pilnie zatem wypatrywał płycizny. Kiedy po raz kolejny pochylał się nad kipielą, żeby sprawdzić głębokość wody, odkrył szarpane prądem, uwięzione pomiędzy głazami ciało. Pokiereszowane, napęczniałe zwłoki miały na sobie żołnierski mundur. Makabryczne znalezisko potwierdziło jego domysły, postanowił więc nie tracić więcej czasu, tylko jechać na przełaj do Bramy Karła i stamtąd na nowo rozpocząć poszukiwania tajemniczego dowódcy.

***

Końskie targi na Równinach Marth odbywały się zwyczajowo dwa razy w roku, w czas letniej i zimowej równonocy. Do Bramy Karła ściągali rzemieślnicy, kupcy, żebracy i wędrowni kuglarze liczący na szybki zarobek. Również Jeźdźcy cenili sobie te spotkania. Zbierały się wtedy wszystkie klany, spotykała Rada Starszych, a młodzież urządzała wyścigi i zawody w ujeżdżaniu.

Valdal z klanu Tema, wódz Jeźdźców, z niepokojem obserwował malejącą liczbę kupców na równinne konie. Ludzie ubożeli i chociaż targ tętnił życiem, to zawierano nieliczne tylko transakcje. Tak było już od kilku sezonów. Jeźdźcy z coraz większym trudem wysupływali miedziaki na kupno zapasów potrzebnych do przetrwania kolejnej zimy, broni czy choćby porządnych butów. Dlatego nie protestował, gdy niektóre klany postanowiły spróbować nowego stylu życia i osiedlić się na stałe, żeby uprawiać zboże i hodować zwierzęta.

Valdal był poważnym młodym mężczyzną, liczącym sobie dwadzieścia osiem wiosen. Niski, korpulentny, miał bystry rozum i skrytą naturę. Wybór na wodza przyjął z godnością, a decyzje podejmował rozważnie. Teraz jego największą troską stała się przyszłość Jeźdźców. W obliczu biedy i szalejącej zarazy Valdal widział ją z każdym dniem w czarniejszych barwach. Martwił się nieustannie, a w jego warkoczu widać było coraz więcej srebrnych nitek.

Wieść o rudowłosej uzdrowicielce, którą przywiózł Malas, sprawiła, że poczuł przypływ nadziei. Poruszyła go też wiadomość o powrocie Calmina z klanu Fen, rywala sprzed lat. Dlatego tylko nikłą część uwagi poświęcał słowom swego dostojnego gościa, Wielkiego Koniuszego, który siedział ze skrzyżowanymi nogami w jego namiocie i popijał kumys.

***

Benektus przybył do Bramy Karła wczesnym popołudniem i z przyjemnością zanurzył się w atmosferze targowego rozgardiaszu. Przechadzał się pomiędzy straganami, rzucał drobniaki fikającym kozły akrobatom i podziwiał wystawione na sprzedaż równinne wierzchowce. Koniuszy miał szczerze dość przytłaczającej ciszy zamkowych korytarzy i zawodzeń chóru na wieczornych modlitwach, nie zważał więc na rozwrzeszczane dzieciaki ani na psy plączące się pod nogami, lecz cieszył się każdą chwilą. Tym bardziej że lubił Jeźdźców, podziwiał ich dumę, niezależność i tradycje, których nie zarzucili po zakończeniu smoczej wojny.

Kiedy dotarł wreszcie do namiotu Valdala, był zakurzony, zmęczony, ale radosny. Przyjął zaproszenie do wspólnego posiłku, bez skrępowania raczył się schłodzonym alkoholem i opowiadał pikantne dworskie ploteczki. Jednak tym razem wódz najwyraźniej miał myśli zaprzątnięte czymś innym, bo dobrą chwilę trwało, nim spostrzegł, że jego gość umilkł.

– Wybacz, Benektusie – mitygował się – ale troski przyćmiły radość z twojego przybycia.

– A ja myślałem, że wiedziecie życie wolni jak ptaki i nie znacie zmartwień. – Wieki Koniuszy uśmiechnął się spod wąsa.

– Może tak było kiedyś – zasępił się Valdal. – Powiedz ty, bywały w świecie, słyszałeś kiedy o „tańczących wsiach”?

Nie czekając na odpowiedź, zaczął mówić. O chorobie, która pustoszyła osady, biedzie wyglądającej z każdego kąta, o wędrujących kapłanach. Benektus słuchał ze zmarszczonymi brwiami, splatał i rozplatał palce, gryzł wąsy.

– Nie jestem medykiem, ale znam paru uzdrowicieli. Zapytam o „tańczące wsie”, obiecuję. – Przerwał, położył dłoń na ramieniu wodza i spojrzał mu w oczy. – Co do reszty... Udzielę ci rady, Valdalu, przyjacielskiej rady. Nie ufaj kapłanom i nie lekceważ ich. To szpiedzy, nie misjonarze, a Zebon z przyjemnością znajdzie pretekst, żeby ukrócić waszą, zbytnią jego zdaniem, niezależność.

 

Valdal skulił ramiona, przeciągnął dłonią po twarzy.

– Jeszcze i to – westchnął. – Dzięki, Benektusie, wezmę to pod uwagę.

Zamyślili się oboje, w namiocie zapadło ciężkie milczenie. Pierwszy ocknał się Valdal i przypomniał sobie o obowiązkach gospodarza. Podsunął gościowi kolejną czarkę kumysu.

– Wspomniałeś o uzdrowicielach – zagaił. – Jeszcze dziś mam się spotkać z pewną znachorką. Może poszedłbyś ze mną i posłuchał, co ma do powiedzenia? Nie jestem pewien, czy można jej ufać.

– Dlaczego nie postawisz jej przed Radą?

Valdal zamyślił się.

– Ciężko to wytłumaczyć – odezwał się w końcu. – Malas, który przywiódł ją i jej towarzyszy, opowiada dziwne rzeczy. Mam wątpliwości, czy Rada... Ty widziałeś niejedno, ciężko cię zadziwić, zwieść gładkimi słówkami.

– Cóż – zawahał się koniuszy. – A jeśli mój osąd zawiedzie?

– Wysłucham twojej opinii, ale decyzję podejmę sam – zapewnił go Valdal.

– Więc zgoda, wodzu – zgodził się Benektus. – I ja będę miał do ciebie prośbę, ale to może poczekać.

– Dziękuję ci. Wyznaczę miejsce spotkania, gdzieś na uboczu, a ty pozostaniesz w ukryciu. Łatwiej ci będzie obserwować tych ludzi. A teraz wybacz, obowiązki wzywają.

***

Valdal osobiście wyznaczył kwatery dla kompanii Calmina z klanu Fen. Namioty, do których skierowano przybyszów, rozbito z dala od innych, tak by Jeźdźcy mogli mieć nad nimi nieustanny dyskretny nadzór.

Zaraz po przyjeździe, ledwo tylko Cal i pozostali zdążyli rozkulbaczyć konie, zaprowadzono ich w ustronne miejsce. Drogę na trawiastą równinę zastawili wartownicy, obóz odgrodzony był pasem splątanych zarośli.

Nad Bramą Karła powoli zapadał zmierzch. Powietrze było parne, ciężkie, a na zachodzie zbierały się chmury, granatowe plamy na tle złocistego nieba. Pomiędzy domostwami rozbłysły ogniska i pochodnie, cykanie świerszczy mieszało się z piskliwymi dźwiękami fujarek.

Valdal stał naprzeciwko grupy przybyszów. Rozkazał ustawić ich tak, że łagodne promienie zachodzącego słońca oświetlało sylwetki gości, podczas gdy jego samego otulał juź zmierzch. Wszyscy byli zakurzeni od całodziennej jazdy, cuchnęli końskim potem, twarze mieli ściągnięte ze zmęczenia. Młody Jeździec w barwach Jingu skłonił się z szacunkiem, reszta stała w niedbałych pozach, choć oczy mężczyzn czujnie śledziły wartowników. Wreszcie wysoki, barczysty Jeździec, o źrenicach przejrzystych niby górski kryształ, pochylił głowę.

– Witaj, wodzu. Czujemy się zaszczyceni, że ofiarowałeś nam gościnę.

Mimo że słowa brzmiały uprzejmie, w głosie wyraźnie słychać było ironię. Valdal zacisnął szczęki.

– Witaj na Równinach, Albano da Fen – odezwał się, ignorując powitanie. – Starszy klanu Kevat...

Ukryty w krzakach Benektus, rozpoznawszy Albanę, mało nie wraził sobie gałęzi do oka, a gdy dotarły do niego słowa wodza, nie wytrzymał i wygramolił się z kryjówki.

– Albana da Fen? Co to znaczy, u licha?

Calmin, Niedźwiedź, Brian i Dough ze zdumieniem patrzyli na Wielkiego Koniuszego Królestwa wyłażącego z zarośli, z patykami w siwych włosach i ubraniem pobrudzonym trawą. Valdal syknął ze złością, Albana roześmiała się chrapliwie.

– Witaj, przyjacielu. Dlaczego siedzisz w tych chaszczach? Nabawiłeś się reumatyzmu i leczysz go pokrzywą?

– Żarty się ciebie trzymają, kobieto – parsknął koniuszy i uściskał ją serdecznie. – Skąd się wzięłaś na Równinach? Zostałaś żoną Jeźdźca?

– To wy się znacie? – spytali równocześnie Cal, Brian, Valdal, Stevar i Dough.

– A jakże – potwierdził radośnie Benektus. – Valdalu, stoi przed tobą najlepsza uzdrowicielka w Imeskarii. Możesz jej zaufać, ręczę za to. Ale pozostałych nie znam – zastrzegł się szybko.

– To mój mąż Calmin z klanu Fen, Stevar, Brian, Dough i Jarik. Ten Jeździec to Halim z klanu Jingu – przedstawiła swych towarzyszy Albana.

Benektus po raz kolejny przetarł zdumione oczy.

– Calmin Fen, Stevar... – powtórzył słabo. – Ależ ja właśnie przyjechałem... Jesteś jego żoną?! Jak? Kiedy?

Wódz spoglądał oszołomiony na zielonooką kobietę, na ściskającego ją Benektusa, na równie zdziwionego Cala. Nagle poczuł się bardzo niepewnie.

– Chodźmy stąd – mruknął w końcu. – Musimy porozmawiać.

– Racja, racja – poparł go koniuszy. – Kręcą się tu różne męty, ehm, kapłani...

Stojące na uboczu namioty były obszerne i wygodne. Valdal przez parę chwil, które zajęło im przejście do obozu, miał czas, żeby przemyśleć sytuację.

– Najpilniejszy jest teraz ratunek przed zarazą, która zabija moich ludzi. Reszta może poczekać – oświadczył stanowczo, kiedy wszyscy usadowili się już na miękkich skórach. – Starszy klanu Kevat mówił, że potrafisz uleczyć chorych. Czy to prawda, Albano da Fen?

– Tłumaczyłam już Malasowi – westchnęła kobieta. – To nie zaraza zabija Jeźdźców, lecz ziarno, z którego pieką chleb. Popatrzcie.

Pokazała nasiona, które przywiozła z wioski Jingu, a młody Halim opowiedział o zaślubinach i uczcie, która zakończyła się tak fatalnie, o pomocy udzielonej im przez rudowłosą uzdrowicielkę.

– Trzeba natychmiast sprawdzić wszystkie worki z ziarnem i mąką, które są w obozie. – Wódz zerwał się i szybko wydał polecenie wartownikom. – I niech nikt nie waży się jeść chleba, póki nie zezwolę! – krzyknął jeszcze za znikającymi w ciemnościach sylwetkami.

W namiocie na chwilę zapadło milczenie. Przerwał je Calmin.

– Czy klan Fen przybył?

– Tak, wszyscy już są. Chcesz się z nimi spotkać?

– Z matką.

– Tylko z matką? – zdziwił się wódz. – Nie chcesz rozmawiać z rodzeństwem, z Falkalasem?

Twarz Cala skurczyła się jak pod wpływem bólu. Trwało to tylko moment, ale nie uszło niczyjej uwagi.

– Nie – powiedział. – Wołałbym, żeby jak najmniej osób wiedziało o naszym pobycie tutaj.

– Mądra decyzja, Albana nie powinna się pokazywać – pochwalił Benektus ze swego kąta. – I tak nie pojmuję, jakim sposobem Sajron zezwolił ci na przyjazd. – Pociągnął ją za rudy warkocz. – Jak go przekonałaś?

Zanim kobieta zdążyła odpowiedzieć, wrócili wartownicy, taszcząc worki z nasionami. Albana szybko je sprawdziła.

– Wyrzućcie to świństwo – mruknęła i obficie strzyknęła śliną, otarła usta. – Wszystkie są zatrute. Nie podoba mi się to.

– Nie myślisz chyba... – zaczął koniuszy, poczochrał ręką włosy i zamilkł, jakby przestraszył się własnych myśli. – Nie, nikt, nawet on, nie posunąłby się tak daleko... chociaż... – Zawahał się i dodał po chwili: – Chociaż, kto wie, co mogło się wykluć w głowie szaleńca. Później zjawiliby się kapłani i zaraza ustąpiłaby... chwalmy Boga o Wielu Obliczach i jego Najwyższego Kapłana... Koniecznie muszę porozmawiać z Sajronem.

– Czas zwołać Radę – zdecydował milczący dotąd Valdal. – Możecie być spokojni, nikt nie będzie was tu niepokoił, wartownicy tego dopilnują. Dziękuję, Albano da Fen, Jeźdźcy mają wobec ciebie ogromny dług.

Wyszedł, za nim po chwili wahania wymknął się Halim i w namiocie znów zapadło milczenie. Każdy miał tyle pytań i wątpliwości, że nikt nie wiedział, od czego zacząć. Albana siedziała z opuszczoną głową, unikając spojrzenia Benektusa. Nie miała pojęcia, w jaki sposób przekazać mu wieść o śmierci Sajrona. Koniuszy zastanawiał się, jak rozpocząć rozmowę o Jastrzębiu, żeby nie zbyto go byle wykrętem. Uprzedził go Cal.

– Zdaje się, że miałeś do mnie i Stevara jakąś sprawę, panie – przerwał ciszę. – Mów w czym rzecz, zostali sami swoi.

– Tak, no cóż – westchnął koniuszy. – Przejrzałem listy żołnierzy, którzy wyruszyli z Loenu na Rubieże, i stąd wasze imiona nie są mi obce. Szukam Jastrzębia, chcę z nim pomówić.

– Jaki masz do niego interes? – spytał Stevar.

– Wybacz, to sprawa pomiędzy mną a Jastrzębiem, nikim innym.

– Przykro mi – powiedział sucho Calmin – ale Jastrząb nie żyje, a jego oddział się rozpadł.