Smoczy pakt

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Smoczy pakt
Smoczy pakt
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Smoczy pakt
Smoczy pakt
Audiobook
Czyta Aleksandra Justa, Emilia Strzelecka
29,99  21,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Surmik

Smoczy pakt

Saga

Smoczy paktZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2003, 2020 Iwona Surmik i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone. ISBN: 9788726771503

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Część piąta:

Przeprawa

Las, przez który posuwała się mała kawalkada jeźdźców, zaczął rzednąć. Bujna trawa, mchy i paprocie ustąpiły rzadkim porostom, potężne dęby i buki zniknęły. Teraz przeważały karłowate jałowce i namrozy, drzewa, których pokryte pyłem korzenie wystawały nad ziemię jakby gotowe do natychmiastowej ucieczki. Pod końskimi kopytami dźwięczała skała, a pośród szumu liści coraz głośniej brzmiał głos toczącej wartko wody Rzeki Czerwonej.

Podróżni – czterech mężczyzn w spłowiałych mundurach, kobieta, której włosy lśniły intensywną czerwienią, i chudy wyrostek – zatrzymali się na skraju wąwozu. Zdumieli się grozą i pięknem widoku, jaki rozpościerał się u ich stóp. Czerwona niczym krew rzeka płynęła w głęboko wydrążonym korycie, pieniąc się wokół skalnych progów. Ściany kanionu pokrywały zielone mchy i płożąca się bylina przywodząca na myśl wydzierganą pracowicie koronkę. Rośliny kołysały się majestatycznie, siejąc krople połyskującej w promieniach słońca wody, Wszystko było otulone zasłoną lekkiej mgły, która unosiła się nad kipielą.

– Woda wygląda jak krew – szepnął Jarik.

– Barwi ją żelazo. W górze rzeki są kopalnie rudy – wyjaśnił Cal. Patrzył nie w dół, lecz na przeciwległy brzeg, za którym zaczynały się Równiny. – Zatrzymamy się tu na noc, przeprawa zajmie nam cały dzień.

– Którędy przejdziemy? – spytał Stevar, wypatrując brodu.

– Przed wodospadem jest podwodny wal. Będziemy musieli zostawić konie, nie dadzą rady zejść na dno wąwozu.

– Mamy iść przez Marth pieszo? – zdziwił się Niedźwiedź.

– Mogłabym... – zaczęła Albana.

– Nie – przerwał jej ostro Calmin. – Dość tych kuglarskich popisów. Masz się zachowywać jak normalny człowiek.

Kobieta odwróciła poczerwieniałą twarz. Nie zamierzała pokazywać, jak głęboko zraniły ją te słowa. Skinęła na Jarika i oboje poszli nazbierać chrustu na ognisko.

Słońce jeszcze nie zaszło, kiedy juki były przepakowane, a w kociołku bulgotała zupa. Tylko Calmin ciągle grzebał w sakwach, zastanawiając się, czy aby spakował wszystko, co może być im potrzebne. Nie mieli ze sobą wiele dobytku, dlatego każda z rzeczy wydawała się niezbędna.

– Skąd wiesz o przeprawie? – spytał go Stevar, dłubiąc w zębach złamaną gałązką.

– Szedłem już tamtędy – mruknął Jeździec. – Mój klan obozował niedaleko Grzbietu Valse. Do dziś pamiętam lanie, jakie sprawił mi Falkalas.

Cień uśmiechu przewinął się przez jego surową twarz na wspomnienie owej szalonej eskapady, ale kiedy Cal napotkał spojrzenie zielonych oczu, sposępniał na nowo. Porzucił tobołki, owinął się derką i ułożył tyłem do ognia. Spędził w siodle prawie cały dzień, lecz nie mógł zasnąć. Słyszał chrapliwy głos Albany, basowe dudnienie spierającego się z nią Niedźwiedzia i chichot Jarika. Ten radosny śmiech chłopca, którym opiekował się tak długo, wzbudził w nim poczucie urazy. Jarik mocno przywiązał się do jego żony, towarzyszył jej nieustannie, spełniał niewypowiedziane życzenia, usługiwał. Towarzystwo Albany dobrze wpłynęło na nieśmiałego wyrostka. Nabrał odwagi, odzywał się częściej, a nawet śmiał się, jak przed chwilą.

Do chłopięcego dyszkantu przyłączyły się głosy braci i Trevora, potem zarechotał Stevar. Jeździec naciągnął derkę na głowę, jakby chciał odgrodzić się od tej wesołości. Wreszcie zasnął ukołysany monotonnym szumem rzeki.

Obudził się pośród najgłębszych ciemności, przerażony, zlany potem. Po drugiej stronie wygasłego ogniska jęczała śniąca swój koszmar Albana. Długą chwilę zajęło Calowi uświadomienie sobie, że te odgłosy nie należą do jego snu, lecz są rzeczywiste. Już miał wstać, obudzić ją, gdy nagle ucichła. Obrócił się, by widzieć jej posłanie. Leżała spokojnie, z dłońmi zaciśniętymi na sakwach. Na powrót przymknął oczy, ale sen nie przychodził.

Podniósł się wreszcie, odrzucając mokrą od rosy derkę, obszedł obóz, nakrył Jarika i pochylił się nad żoną. Księżyc oświetlił jej twarz, nadał srebrzystego blasku skórze. Przypływ pożądania był tak silny, że prawie odebrał mu oddech. Już wyciągnął dłoń, żeby zerwać z niej koc, wtulić się w miękkie ciało... Powstrzymał się w ostatniej chwili. Wrócił ze złością na swoje posłanie. Od wyjazdu z Celebonu trzymał się od Albany z daleka, lecz wystarczała jedna chwila, spojrzenie, przypadkowy dotyk, żeby rozpalić w nim ogień.

Kobieta jakby nie zauważała jego udręki, choć i ona unikała go wyraźnie. Miał o to żal, tak samo jak był zazdrosny o każdy uśmiech, który ofiarowywała Jarikowi, rozmowy z braćmi, niekończące się sprzeczki ze Stevarem. Sam nieustannie ścigał ją wzrokiem, a kiedy napotykał jej spojrzenie, odwracał się ze złością. Stał się drażliwy, oschły, nie żartował jak dawniej, tylko wydawał rozkazy, poganiając wszystkich i strofując bez ustanku. W chwilach takich jak ta zadawał sobie pytanie, dlaczego z nią nie pomówi, nie przytuli jej albo chociaż nie pociągnie za rudy warkocz, i nie umiał znaleźć odpowiedzi. Może czuł żal, że znów zmieniła jego życie, a może wspomnienie czerwonowłosej dziewczyny, które nosił w sercu, różniło się od postaci z krwi i kości. Gdzieś w zakamarkach duszy tkwił też lęk przed obrazem zwężonych źrenic i rozdętych nozdrzy z lubością wdychających odór śmierci.

Ten widok nawiedzał go w snach, podobnie jak wspomnienie zniekształconych ciał Obdarowanych. W nocnych koszmarach widział rozpadające się truchła, słyszał brzęk monet toczących się po kamiennej podłodze i uwięziony w starożytnych murach jęk niewypowiedzianej męki. Czy jego żona śniła to samo?

Pyzaty miesiąc zniknął, ciemności rozświetlały jedynie zimne ogniki gwiazdozbiorów. Nad Równinami tkała swe sieci Pajęczyca, na prawo od niej nie ustawał w wiecznej pogoni Myśliwy, a trzy małe gwiazdki ułożone w linii prostej tworzyły Strzałę, którą właśnie wypuścił. Tuż nad horyzontem jaśniała słabym jeszcze blaskiem Gwiazda Valsala – Letnia Gwiazda. Gdy zalśni w zenicie, wyznaczy czas letniej równonocy, magicznej pory, kiedy dwie połowy, dzień i noc, połączą się w idealnej harmonii.

Powiał wiatr, na chwilę rozżarzył przysypane popiołem polana, przyniósł ze sobą aromat kwiatów i ziół, przypomniał o czekających rankiem trudach. Calmin westchnął. Następny wieczór miał spędzić na Równinach, w domu. Wcześniej zignorował pytanie Stevara, jednak i on martwił się, jak przebrną przez Marth i, co ważniejsze, jakie przyjęcie zgotują im Jeźdźcy. Jego pobratymcy byli przyjaźni i gościnni, ale nie mieli litości, gdy ktoś zawiódł ich zaufanie.

– Tak jak ja... – szepnął do swoich myśli.

Mimo wszystko wolał ryzykować przeprawę przez Równiny, niż jechać do Bramy Karła. Zbyt dużo było po drodze osad, za wielu kapłanów kręciło się po gościńcach, żeby mogli czuć się bezpiecznie.

Rzeka szumiała monotonnie, uspokajająco, niczym trawy Równin w porannym wietrze. Gdzieś z zakamarków pamięci wyłoniły się słowa piosenki, którą często nuciła matka:

Czy słońce świeci czy deszcz pada,

pędzą stada.

Czy śnieg sypie czy zieleni się trawa,

pędzą stada.

Niech wiatr rozwiewa grzywy,

niech deszcz skórę schładza,

pędzą stada.

Te słowa przyniosły mu ulgę, ukołysały wreszcie do snu.

***

Ścieżka była tak wąska, że można było po niej iść tylko bokiem, szorując ciałem po skale. Rośliny, do tej pory malowniczo ubarwiające krajobraz, teraz utrudniały wędrówkę. Wiotkie łodygi nie dawały oparcia rękom, a nasiąkły wodą mech sprawiał, że buty ślizgały się na ledwo widocznej dróżce.

Pierwszy szedł Calmin. Ostrożnie stawiał stopy, zastygał w bezruchu, gdy drobne kamyki staczały się w dół miniaturową lawiną. Za nim posuwali się bracia, Stevar, Jarik i Trevor – blady, spocony, drżący. Ostatnia szła nawykła do górskich wędrówek Albana. Mimo że wyruszyli o pierwszym brzasku, a teraz słońce stało prawie w zenicie, dno kanionu ciągle wydawało się równie odległe. Tylko rzeka szumiała coraz bardziej ogłuszająco, a wodny pył przemoczył odzienie. Wreszcie dróżka zrobiła się szersza i wszyscy przystanęli, zapatrzeni na krwistoczerwoną rzekę, która burzyła się u ich stóp.

Ścieżka kończyła się płaskim skalnym występem. Zatrzymali się na nim zadyszani, obolali, z rękami krwawiącymi od otarć i siniaków. Trevor usiadł oparty o kamień i rozkoszując się jej twardym dotykiem, starał się uspokoić skręcony w supeł żołądek.

Cal mówił coś, wskazując na rzekę, ale słowa zagłuszył szum wodospadu. Nachylił się więc i wrzasnął wprost do ucha Stevara:

– Pójdę pierwszy i wezmę linę!

Niedźwiedź uniósł rękę, jakby miał się popukać w czoło, lecz spojrzał w górę, na ścieżynę, którą przyszli, i tylko westchnął. Odwiązał linę, którą był opasany, i podał koniec przyjacielowi. Cal ściągnął buty, wepchnął je do tłumoka niesionego na plecach, przewiązał się sznurem i stąpając ostrożnie po kamieniach, wszedł do wody. Była przeraźliwie zimna, a wartki nurt prawie podciął mu nogi. Balansował chwilę, nim odzyskał równowagę i ruszył w stronę przeciwległego brzegu. Jego towarzysze z zapartym tchem obserwowali, jak brnie naprzód zanurzony do pasa, a Stevar popuszczał łagodnie linę, uważając, by nie ściągnąć go z wału.

 

Droga musiała być łatwiejsza, niż wydawało się patrzącym z brzegu, bo po niedługim czasie Jeździec stanął bezpiecznie na bliźniaczej skalnej platformie po drugiej stronie. Widzieli, jak siada na kamieniach i rozciera stopy, a potem raczy się gorzałką, by rozgrzać skostniałe ciało, pobudzić krew. Wstał wreszcie i zamachał rękami na znak, że jest gotów.

Stevar wskazał na Jarika i Briana. Obaj wzorem Cala zzuli buty i trzymając się sznura, weszli do rzeki. Po nich przyszła kolej na Dougha i Albanę. Wreszcie na brzegu pozostał tylko Stevar i Trevor.

Niedźwiedź ponaglił kompana ruchem głowy, ale Trevor zamachał odmownie rękami.

– Idź – wrzasnął Stevarowi do ucha. – Jesteś zmęczony, ja potrzymam linę.

Nie sposób się było spierać pośród ogłuszającego łoskotu, od którego bolała głowa i szumiało w uszach. Niedźwiedź skinął głową, załadował sobie na grzbiet resztę tobołków i ruszył w kipiel.

Podwodny wał był na tyle szeroki, żeby swobodnie stawiać stopy i przeprawa byłaby całkiem łatwa, gdyby nie to, że wartki prąd zbijał z nóg, a woda była mętna i lodowato zimna. Kiedy dobrnął do brzegu, wydawało mu się, że zamiast nóg ma dwa pozbawione czucia kloce.

Teraz Trevor opasał się śliskim, nasiąkniętym wodą sznurem i zanurzył się w rzece. Wołał iść ostatni, bo bardziej od innych odczuł skutki morderczego marszu. Bał się wysokości i wędrówka skalną drożyną wyczerpała jego siły. Teraz szedł powoli, uważając, by nie stracić równowagi. Przebrnął już niemal połowę drogi, kiedy nagle pośliznął się na kamieniach. Zamachał gwałtownie rękami, a opasująca go lina naprężyła się niebezpiecznie. Nie dostrzegł kłody, która pędziła wraz z nurtem. Chwiał się jeszcze, kiedy kawał drewna, prawie niewidoczny wśród czerwonych fal, zbił go z nóg. Spadł z Grzbietu Valse wprost w kipiel, nim stłoczeni na brzegu towarzysze zdążyli zrozumieć, co się stało.

Trzymający linę Dough napiął mięśnie, gdy poczuł gwałtowne szarpnięcie. Brian i Stevar pomogli mu ją utrzymać, a Cal wychylił się niebezpiecznie, usiłując poprzez unoszącą się nad wodospadem mgłę dojrzeć Trevora.

Sznur poluzował się na chwilę. Mężczyźni pociągnęli go z całych sił i przewrócili się na skały. W rękach pozostał im przetarty strzęp. Calmin oprzytomniał. Był już w wodzie, kiedy poczuł na rękawie drobną dłoń Jarika. Chłopak miał oczy pełne łez.

– Nie żyje – powiedział.

Ciche słowa nie przedarły się przez łoskot rzeki. Nie musiały. Cal zrozumiał. Odwrócił się i spojrzał na toń. Kłoda, która powaliła Trevora, tańczyła w wodnym wirze, odbijając się od kamieni. Brian i Dough opuścili smętnie głowy. Stevar bezmyślnie wpatrywał się w kawałek liny, którą wciąż trzymał w poranionych dłoniach.

– Musimy iść! – wrzasnął Jeździec. – Niedługo się ściemni.

Droga w górę stanowiła nieprzerwane pasmo udręki. W zapadającym zmroku trudno było właściwie ocenić odległości i odróżnić skalne kształty. Bez przerwy ktoś się potykał, kamienie usuwały się im spod stóp. Zziajani, mokrzy od potu, z bolącymi mięśniami i otartymi stopami stanęli wreszcie na pokrytej nocną rosą trawie Równin Marth. Sił starczyło im ledwo na to, by trochę oddalić się od krawędzi przepaści. Potem usiedli ciężko. Nie rozbili obozu, nie wystawili wart. Zasnęli tam, gdzie siedli, kamiennym snem śmiertelnie zmęczonych ludzi.

***

Cal obudził się nagle, czując zimne ostrze na gardle. Otworzył oczy i ujrzał nad sobą nadnaturalnie wysoką postać Jeźdźca Równin. Poranny wiatr rozwiewał mu długie, związane na czubku głowy włosy, kolorowe ubranie przypominało strój jarmarcznego błazna. Calmin zerknął w stronę swoich towarzyszy. Obok każdego czaiły się groźne sylwetki.

– Kim jesteście i czego szukacie na Równinach? – spytał groźnie Jeździec.

– Czy obyczaje zmieniły się tu tak bardzo, że gości wita się mieczem? – odpowiedział pytaniem Calmin, patrząc wprost w czarne oczy pobratymca.

– Jeśli ktoś zakrada się jak złodziej, traktowany jest jak złodziej – warknął Jeździec. – Coście za jedni?

Fen zdecydowanie odsunął ostrze i wstał.

– Jestem Calmin, syn Dalali z klanu Fen. Kobieta jest moją żoną, pozostali to przyjaciele.

– Nie wyglądasz jak Jeździec. – Pytający rozciągnął usta w niemiłym uśmiechu. Z pogardą patrzył na poszarpany przy wspinaczce kaftan, przekrwione oczy, poranione dłonie. – Gdzie twoje stada, namioty? Nawet jeśli kiedyś byłeś Jeźdźcem, już nim nie jesteś.

Calmin zbladł.

– Nie tobie mnie sądzić – wycedził. – Wytłumaczę się przed wodzem i Radą, nie przed tobą, pastuchu.

Jeździec znów przyłożył mu miecz do gardła, przecinając skórę. Strużka krwi pociekła Calowi za koszulę. Albana poruszyła się niespokojnie.

– Wystarczy, Balal.

Niemłody mężczyzna – o włosach oprószonych siwizną – stanął obok Jeźdźca. Miał wzrost karła, zbyt długi tułów i pałąkowate nogi. Mimo nikczemnej postury miał silny, nawykły do wydawania rozkazów głos. Wojownik nazwany Balalem niechętnie opuścił oręż, lecz wściekłe spojrzenie zapowiadało, że to nie koniec zwady.

– Jestem Malas, starszy klanu Kevat. Nie odmówię ci prawa wstępu na Równiny, Calminie z klanu Fen. Co do twoich towarzyszy...

Obrzucił uważnym spojrzeniem lśniące w porannym słońcu włosy Albany i haftowany na żołnierskich kaftanach wizerunek jastrzębia.

– Ręczę za nich – powiedział stanowczo Calmin.

Starszy skinął głową.

– Gotujcie się do drogi, niedaleko stąd jest nasz obóz. Wierę, że masz powody, by wracać do domu taką drogą. Nie moja rzecz o tym sądzić, ale broń musicie oddać w nasze ręce.

Cal, choć na pozór spokojny, w duchu przeklinał swego pecha. Malas, jako starszy, brał udział w wyborze kandydatów na wodza, obserwował ich zmagania i był świadkiem haniebnej porażki klanu Fen. Teraz potraktował go jak wyrzutka, banitę, z którego nie można spuścić oczu.

Choć policzki poczerwieniały mu od nabiegłej krwi, odrzucił do tyłu warkocz i wyprostował się dumnie. Słyszał za plecami ciężki oddech Stevara, widział wpatrzone w siebie oczy Briana i Dougha.

Daj tylko znak, wodzu, zdawali się mówić.

Jeźdźcy wyczuli napięcie i sprężyli ciała w oczekiwaniu na atak.

Calmin odetchnął głęboko. Nie chciał wszczynać zwady, zwracać się przeciwko pobratymcom. Odpasał miecz, zdjął z pleców łuk i rzucił go pod nogi starszemu.

– Możesz przechować naszą broń – powiedział. – Odbierzemy ją, kiedy nadejdzie stosowna chwila.

Żołnierze niechętnie złożyli oręż, otaczający ich wojownicy opuścili miecze. Napięcie zelżało.

Jeźdźcy podzielili się na dwie grupy. Jedna oddaliła się poza skalny nawis i niewidoczna zaległa w trawie, druga, pod wodzą Malasa, dosiadła koni i wzięła na siodło braci i Jarika. Calowi i Albanie dostał się wspólny wierzchowiec, Stevar jechał sam.

Usłany odłamkami skał teren wkrótce ustąpił miejsca równinie. Harmonii krajobrazu nie burzyły zarośla, nie widać było drzew tylko morze traw kołyszących się z szelestem w lekkich podmuchach wiatru. Pomiędzy źdźbłami rozkwitały stokrotki, maki i chabry tworzące barwne mozaiki na tle soczystej zieleni. W powietrzu, niczym obłok, unosił się biały puch dmuchawców.

Albana chłonęła te obrazy całą swoją istotą. Oszałamiały ją kolory, z lubością wdychała aromat ziół i kwiatów, nasłuchiwała szumu traw i brzęczenia niezliczonej masy owadów krążących pomiędzy pąkami. Krzyknęła z zachwytu, kiedy w powietrze uniósł się rój barwnych motyli, a słońce wydobyło pomarańczowo-złote refleksy z delikatnych skrzydeł. Piękno wokół wyciszyło jej lęki, ukoiło żal po śmierci Trevora i gniew, który ogarnął ją nad urwiskiem, pobudziło zmysły. Czuła siłę otaczających ją męskich ramion, ciepły oddech na szyi, bicie serca. Wtuliła się mocniej w objęcia Cala, odwróciła twarz, żeby podzielić się z nim radością.

– Nie kręć się – warknął Jeździec. – Przyniesiesz mi wstyd, jeśli spadniesz.

Pełen złości ton męża stłumił radość, przypomniał urazę. Czy ten pochmurny mężczyzna to rzeczywiście jej małżonek, o którym marzyła nocami? Gdzie podziały się zachwyt i czułość, z jaką patrzył na nią przed laty? Czy miał do niej żal, że tak gwałtownie odmieniła jego życie, zburzyła obraz świata, do jakiego przywykł? Nie umiała zdobyć się na szczerą rozmowę, nie przywykła do dzielenia się myślami ani do okazywania uczuć, więc dusiła w sobie gorycz i wątpliwości, które ogarniały ją za każdym razem, kiedy napotykała jego spojrzenie. A skoro nie znajdowała akceptacji w oczach Calmina, szukała jej u pozostałych towarzyszy podróży. Jarik ofiarował jej swoje przywiązanie bez żadnych warunków, bez wątpliwości. Bracia, początkowo podejrzliwi, oswoili się z jej obecnością i zaaprobowali jako towarzyszkę podróży, dogadywała się nawet ze Stevarem, choć wiedli ze sobą nieustanne sprzeczki. Tylko Cal pozostawał daleki i obcy, jak w tej chwili.

Pogrążona w myślach nie zważała na upływ czasu, przestała dostrzegać niezwykłą urodę pejzażu. Wróciła do rzeczywistości, dopiero gdy usłyszała śpiewny okrzyk Malasa. Stał w strzemionach i wskazywał grupę namiotów zagubionych pośród morza traw.

Obóz klanu Kevat był niewielki. Obszerne jurty z wyprawionych końskich skór ustawiono w okrąg. Jego środek wyznaczało najbardziej okazałe domostwo, na którego czubku powiewały haftowane proporce. Po zdeptanej trawie kręciły się kobiety zajęte codziennymi sprawami, a gromada nagich dzieci goniła łaciatego psa. Na widok zbliżającej się kawalkady wszyscy porzucili swe zajęcia i zebrali się na placu.

Jeźdźcy wjechali do obozu. Tarmosili czupryny wieszających się im na strzemionach dzieci, uśmiechali się do kobiet.

– Co to za gości nam sprowadziłeś? – spytał jeden ze zgromadzonych mężczyzn, rzucając kose spojrzenie na obcych.

Malas machnął ręką.

– Dużo by opowiadać. Zdrożeniśmy i konie trzeba oporządzić. Camala, jeść! – krzyknął.

Niska, pulchna kobieta z dzieckiem wspartym na biodrze uśmiechnęła się na powitanie. Starszy zsiadł z konia, odebrał jej dziecko i przytulił małą twarzyczkę do swej szorstkiej skóry. Niemowlę zamrugało w zdziwieniu niebieskimi oczkami, a kiedy ojciec uniósł je wysoko w górę, uśmiechnęło się radośnie, pokazując bezzębne dziąsła.

– To mój najmłodszy, Jedal – pochwalił się. – Te dwa basałyki to Lival i Tekales. A gdzie Milla? Pokaż się, mój kwiatuszku.

Trzyletnia może dziewczynka wychyliła się z namiotu i podbiegła do ojca. Malas podniósł ją na drugiej ręce i cmoknął w policzek. Córka obdarzyła go w zamian gorącym uściskiem i zaszczebiotała coś do ucha.

Camala tymczasem przygotowała poczęstunek. Do drewnianych czarek nalała kobylego mleka, podzieliła wysuszony ser.

– Siądźcie, posilcie się – zaprosiła.

Stevar tylko na to czekał. Rozsiadł się na trawie i jednym haustem wypił mleko, a potem wepchnął do ust gomółkę sera. Nim reszta się usadowiła, poprosił o dokładkę.

Albana przycupnęła obok Camali i obserwowała starszego. Zdawało się, że całą uwagę poświęca dzieciom – słuchał świergotu córki, pokrzykiwań synów, gaworzenia śliniącego się Jedala. W niczym nie przypominał groźnego wojownika znad Grzbietu Valse. Camala zachowywała się z większą rezerwą, ale w jej czarnych, wesołych oczach błyszczała ciekawość. Pozostali Jeźdźcy trzymali się z daleka. Patrzyli nieufnie na spłowiałe w słońcu żołnierskie kaftany, niechlujny zarost i potargany warkocz Calmina i na nią. Wyprostowała się, odgarnęła włosy z czoła i odpowiedziała im śmiałym spojrzeniem.

Cal z posępną miną żuł ser i popijał mleko. Znajome smaki i aromaty, towarzystwo hałaśliwych dzieci, ciekawskich kobiet i nieufnych mężczyzn sprawiało, że czuł się fatalnie. Był wśród swoich, a jednak obcy. Balal miał rację, kiedy wytknął mu, że nie jest Jeźdźcem; nie należał już do tego świata, nie dla niego była nieustająca wędrówka za stadami i spokojne wieczory w cieniu namiotów.

Do końca posiłku siedział w milczeniu, zastanawiając się, co Malas zamierza z nimi zrobić. Ale starszy nie spieszył się z podjęciem decyzji. Kiedy zjadł, odprawił żonę i dzieci, a potem wskazał na haftowanego ptaka.

– Co to za znak? – spytał bezceremonialnie.

Cal ożywił się. Zaczął opowiadać o życiu w oddziale, o walce, którą toczyli na Rubieżach. Ważył każde słowo, by nie zdradzić za dużo. Zachowujący dystans Jeźdźcy wpierw zbliżyli się nieznacznie, a potem rozsiedli kołem i przysłuchiwali opowieści. Widać miano Jastrzębia i jego wyczyny nie były im obce, bo potakiwali głowami, dopytywali się o szczegóły.

– Więc powiadasz, że Jastrząb zginął – mruknął Malas, kiedy Calmin umilkł – a ty wróciłeś na Równiny i żonę ze sobą przywiodłeś. Prawda, czas już wielki, żebyś własne stada prowadził...

 

– Nie zostanę w Marth – przerwał mu Cal. – Jedziemy na zachód, spieszno nam bardzo, dlatego przeprawiliśmy się przez Grzbiet Valse, zamiast jechać do Bramy Karła.

– Nie zostaniesz... – zawiesił głos Malas. Zmrużonymi oczami patrzył na wyblakłe znaki po kapitańskich skrzydłach, na rudy warkocz kobiety. – Nie moja to rzecz, ale ty z wodzem i Radą chciałeś się rozmówić, więc pojedziemy razem.

– Wielki czynisz nam zaszczyt, starszy – mruknął z ironią Calmin – tyle że nasze konie zostały za rzeką.

– Naszych stad starczy dla ciebie i twoich towarzyszy – oznajmił Malas. Wstał, dając znak, że to koniec rozmowy, ale większość Jeźdźców została, ciekawa nowin ze świata.

Albana odeszła z koła rozdyskutowanych mężczyzn i przystanęła w cieniu jurty. Camala odsunęła derkę zasłaniającą wejście i gestem zaprosiła ją do środka. Z wnętrza bił zapach skór, potu i ziół. Dach był otwarty, a rozgrzane słońcem powietrze powiększało zaduch. Derki w kolorze żółci, czerwieni i brązu oddzielały dwa obszerne pomieszczenia. Jedno stanowiło przedsionek i spiżarnię jednocześnie, drugie sypialnię, wspólną dla małżonków i dzieci.

– Ty i twój mąż będziecie naszymi gośćmi – powiedziała Camala. – Rozgość się, rozpakuj sakwy.

Resztę popołudnia Albana spędziła w towarzystwie żony starszego. Doiła klacze, obierała dziką marchew i cebulę, pilnowała dzieci i nosiła wodę z płynącego niedaleko strumienia. Kiedy została na chwilę sama, z ulgą zanurzyła się w chłodnej wodzie. Wyprała swoje rzeczy i nie czekając, aż wyschną, nałożyła mokre ubranie. Na widok sztywnego, ociekającego wodą odzienia Camala załamała ręce.

– Nie godzi się, żeby kobieta Jeźdźca wyglądała niczym włóczęga – powiedziała i wyciągnęła z tobołka swój odświętny strój.

Albana z zachwytem pogładziła koszulę z delikatnego płótna, przeciągnęła palcem po żółto-brązowym hafcie układającym się w geometryczny klanowy wzór. Zrzuciła odzież i przebrała się szybko. Rękawy koszuli sięgały jej ledwo do łokci, obszyta zajęczym futrem kamizela kończyła się na wysokości pasa i była tak obszerna, że Albana mogłaby się nią owinąć kilka razy, spódnica była za krótka, a spodnie, które tutejsze kobiety nosiły pod wysoko rozciętymi spódnicami, opadły jej z bioder i zwinęły się wokół kostek. Na ten widok Camala nie mogła powstrzymać śmiechu.

– Wystarczy sama spódnica i koszula – powiedziała, ocierając łzy z kącików oczu. – Usiądź, pomogę ci spleść włosy.

Uczesała niesforne rude loki, splotła je w dwa gładkie warkocze, ozdobiła paciorkami i wstążkami.

– Wyglądasz jak oblubienica, która czeka na swego wybranka – zacmokała zadowolona ze swojego dzieła. – Idź, pokaż się mężowi.

Albana nagle poczuła się niepewnie i zaczerwieniła mocno, ale Camala pociągnęła ją za ręką i wypchnęła z namiotu.

Na jej widok Brian gwizdnął, Stevar wybuchnął krótkim, nerwowym chichotem, a Jarik zaklaskał w ręce. Zakłopotana kobieta podniosła wzrok. Pomiędzy siedzącymi przed domostwem mężczyznami nie było Calmina.

– Starszy zaprosił Cala na polowanie – wyjaśnił Dough.

Albana westchnęła rozczarowana.

***

Cal niechętnie przyjął zaproszenie Malasa. Bał się, że starszy będzie go wypytywał, dociekał, dlaczego porzucił Równiny, ale Jeździec milczał. Jechał przodem, ostrym kłusem, pozostawiając za sobą wąski szlak zdeptanej trawy. Popołudniowe słońce grzało mocno, wydobywało słodkie zapachy z rozkwitających kwiatów, dmuchawcowy puch osiadał na włosach i ubraniach, drażnił nos.

Po latach przebywania w ciasnym, dusznym mieście, a potem na zalesionych Rubieżach Calmin wreszcie mógł nacieszyć się widokiem otwartej przestrzeni. Spiął konia i ruszył galopem. Wypoczęty wierzchowiec niósł go lekko, bez wysiłku prześlizgiwał się pomiędzy wysokimi źdźbłami. Przez chwilę Cal poczuł się niebotycznie szczęśliwy. Opuściły go wszystkie wątpliwości i złe myśli. Liczyło się tylko błękitne niebo, falująca trawa, zapach końskiego potu i wiatr igrający we włosach. Gdzieś z daleka dobiegł go okrzyk Malasa. Calmin przyhamował konia i zawrócił w stronę starszego.

– Jeździsz jak szaleniec – zaśmiał się Malas. – Ale uważaj, tu niedaleko ziemia zryta jest przez świstaki. Łatwo o wypadek.

Dalej pojechali razem, już wolniej, pozwalając, żeby zwierzęta same wybierały drogę. Wreszcie pomiędzy trawą pojawiły się skalne okruchy i połacie nagiej ziemi. Zsiedli, wbili w glebę ostro zakończone paliki, które Jeźdźcy zawsze wozili przy siodłach, przywiązali do nich konie i ruszyli pieszo. Każdy miał na plecach łuk i pełen kołczan, a w rękach wabik z końskiego włosia.

Calmin był podniecony jak dziecko, które dorośli pierwszy raz zabierają na łowy. Czuł, że Malas zaprosił go nie bez przyczyny, że poddaje go jakiejś ocenie, ale to dodatkowo zwiększało jego ekscytację. Położył na ziemi łuk i przysiadł ukryty za niewielkim wzniesieniem. Obok zaległ starszy.

Kiedy oddechy myśliwych się wyrównały, a spłoszone ich przyjazdem ptaki podjęły swoje bezszelestne łowy, Malas wychylił się zza pagórka i potrząsnął wabikiem. Przywiązane do krótkiej tyczki włosie zakołysało się niespokojnie. Z ukrytej pomiędzy kamieniami norki wychylił się bystry pyszczek ozdobiony długimi wąsami. Czarne ślepka patrzyły uważnie, ruchliwy nos wietrzył czujnie. I choć instynkt podpowiadał, że nie wszystko jest tak, jak być powinno, to ciekawość przeważyła. Po chwili żółtobrunatny świstak wychynął z nory i zastygł w bezruchu, nie odrywając oczu od podrygującego włosia. Calmin strzelił. Zwierzę zadrgało, tłuste ciało zwinęło się w kłębek i wreszcie legło nieruchomo, ale myśliwi pozostali na swoich miejscach. Teraz Cal potrząsał wabikiem. Z innej norki, oddalonej o kilkanaście kroków od ich kryjówki, wyjrzał kolejny jej mieszkaniec. Nim Malas wycelował, Cal odrzucił tyczkę i napiął łuk. Znowu trafił i wyczytał niechętny podziw w oczach starszego. Zanim świstaki ostatecznie zniknęły w swoich podziemnych domostwach, upolowali jeszcze trzy sztuki. Wracali do obozu zadowoleni, myśląc o tłustej, sytej wieczerzy, którą dane im będzie spożyć.

Słońce zachodziło powoli, niebo rozkwitło czerwienią i fioletem, a potem pociemniało do granatu. Niewidoczna w dzień tarcza księżyca zalśniła srebrnym blaskiem. Jeźdźcy z daleka dostrzegli obozowe ogniska i pogonili wierzchowce.

Ogień rozpalany na końskim nawozie tlił się leniwie, przygotowana za dnia zupa grzała się w kociołkach. Myśliwi zostawili swój łup i podążyli do strumienia, żeby się obmyć.

Kiedy Malas wrócił do obozu, grudy tłuszczu już warzyły się razem z zupą. Zapach smażonego mięsa mieszał się z aromatem ziół. Jeźdźcy posiadali wokół ognisk, dzieci zaglądały do kociołków, podskubywały surowe jeszcze porcje.

Przed jednym z namiotów odezwała się cicho piszczałka. Po chwili do samotnego głosu dołączyły następne. Któraś z młodszych kobiet wstała i zaczęła tańczyć. Jedna po drugiej włączały się kolejne. Ustawiły się kołem i przytupując, przesuwały zgodnym ruchem raz w jedną, raz w drugą stronę. Mężczyźni zaklaskali do rytmu. Camala położyła mężowi na kolanach niemowlaka, pociągnęła za sobą Albanę i obie dołączyły do kręgu.

Albana tańczyła swój pierwszy taniec w życiu. W Ostatniej Twierdzy zawsze stała z boku, ale tutaj, w towarzystwie tych rozbawionych kobiet, nie czuła zwykłego skrępowania. Poddała się władzy piskliwej, drażniącej muzyki, pozwoliła, by porwał ją wybijany stopami rytm. Świadomość tego, że obserwują ją męskie oczy, przydała jej ruchom miękkości i zmysłowości. Włosy rozplotły się i spłynęły na ramiona lśniącą falą. Rozcięta spódnica ukazywała długie, szczupłe nogi.

Calmin, który jakiś czas zamarudził przy strumieniu, wrócił do obozu zwabiony dźwiękiem fujarek. Stanął poza kręgiem ognia i przypatrywał się tańczącym kobietom. Widok Albany niemal odebrał mu dech. Wirowała wokół ognia, jakby była jego częścią, płomieniem. Jej włosy połyskiwały ogniście, spódnica w czerwone i żółte pasy falowała wokół nóg, ciało poruszało się sprężyście i miękko zarazem. Zamknął oczy, ale nawet pod zaciśniętymi powiekami widział ten obraz.