Czerwone księżniczki PRL-uTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czerwone księżniczki PRL-u
Czerwone księżniczki PRL-u
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,94  47,95 
Czerwone księżniczki PRL-u
Czerwone księżniczki PRL-u
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
29,95  22,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WARSZAWA 2020

Konsultacja: Sylwia Łapka-Gołębiowska

Redakcja: Ewa Popielarz

Korekta: Marta Kozłowska

Skład: Igor Nowaczyk

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: Narodowe Archiwum Cyfrowe,

©Zygmunt Wieczorek/REPORTER, ©Czesław Czapliński/FOTONOVA,

©Zygmunt Januszewski/TVP/PAP, ©Jan Tymiński/PAP, ©tamsindove,

©Olga Popova, ©belchonock, ©Sommai Damrongpanich, ©Janusz Pieńkowski,

©gubernat/123rf.com, ©Jakub,©terex/AdobeStock, Wikimedia Commons

Zdjęcie autorki: © Maciej Zienkiewicz Photography

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2020

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2020

ISBN: 978-83-66503-27-4 (EPUB); 978-83-66503-28-1 (MOBI)


www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

* * *

Wstęp

Rozdział I. Nina Andrycz – towarzyszka królowa

Rozdział II. Zofia Gomułkowa – Jan Chrzciciel z PPR-u

Rozdział III. Paryskie fryzury Stasi

Rozdział IV. Ariadna Gierek – opowieść o księżniczce, która nigdy księżniczką nie była

Rozdział V. Irena Dziedzic – królowa telewizji

Rozdział VI. Mira Zimińska-Sygietyńska – Pani na Mazowszu

Rozdział VII. Damy serca Mieczysława Rakowskiego

Bibliografia

Przypisy

Życie w komunie lekkie nie było,

aparatczykom lepiej się żyło,

ich żony w luksusy opływały,

w kolejkach nigdy stać nie musiały.

Andrycz na scenie królowe grała,

synowa Gierka szpitalem stała,

Gomułkowej przysmakiem kawa była,

Zimińska Mazowsza sławę wyśniła.

Dziedzic w Tele-Echu skrzypce pierwsze

grała, gdy pisano o niej wiersze.

Wiłkomirska wirtuozem była,

gdy komunistę zbałamuciła.

Rakowski wspierał karierę żony,

później teatrem został zwabiony.

Żony genseków dla ludu były

księżniczkami, dla których los miły

się okazał w komunizmu czas zły.

Czy one także żyły tak jak my?

Wstęp

Dzisiaj rodziny osób sprawujących ważne funkcje państwowe, od prezydenta, przez członków rządu, a na posłach kończąc, budzą zainteresowanie opinii publicznej. I nie ma w tym nic złego. Jak słusznie zauważył owiany złą sławą czerwonego księcia Andrzej Jaroszewicz, syn peerelowskiego premiera Piotra Jaroszewicza, każdy, kto w ten czy inny sposób związany jest z władzą, musi liczyć się z tym, że prędzej czy później w centrum zainteresowania znajdzie się także jego rodzina. We współczesnych czasach nikogo nie dziwi, że partnerka polityka ubiegającego się o jakiś urząd jest obecna na wiecach wyborczych czy na spotkaniach z wyborcami – wiadomo wszak, że często to żona zyskuje mu najwięcej zwolenników. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że media szeroko komentują zachowania partnerek prezydentów czy premierów, ich stroje, długość spódnicy, a często nawet zaglądają im do kuchni, interesując się, czy swoją szczupłą, a czasem wręcz przeciwnie – zbyt otyłą sylwetkę zawdzięczają genom, czy diecie. I chociaż dziennikarzom zdarza się nader często niebezpiecznie przekraczać granice prywatności osób, o których piszą, to informacje dotyczące pierwszej damy czy pani premierowej cieszą się zawsze dużym zainteresowaniem czytelników i widzów.

Ale nie zawsze tak to wyglądało. Specyfiką obyczajową życia politycznego państw bloku wschodniego była nieobecność żon przywódców w ich życiu politycznym, tak jakby komunistyczni dygnitarze dla partii poświęcali szczęście osobiste, wybierając celibat, co oczywiście było nieprawdą. Każdy z nich miał żonę, tylko z reguły nigdy nie pokazywali się z nimi publicznie, ich partnerki pozostawały w cieniu, ale pomimo to, a może właśnie z tego powodu, budziły wielką ciekawość szarych obywateli. Tak było i w naszym kraju. Doskonale wiedziano, że ukryte przed wzrokiem wścibskiej gawiedzi małżonki peerelowskich dygnitarzy wiodą życie godne księżniczek, bo małżeństwo z prominentnym członkiem partii zapewniało im luksusy i dobra, o jakich zwykła Polka, udręczona walką o zdobycie najpotrzebniejszych dóbr, nader często niedostępnych na porażającym mizerią socjalistycznym rynku, mogła jedynie pomarzyć.

Socjalizm głosił co prawda nośne hasła równości i sprawiedliwości, ale obywatele demoludów szybko się przekonali, że to tylko puste slogany propagandowe doskonale brzmiące na trybunach w ustach mówców. Tymczasem w społeczeństwie byli „równi i równiejsi”. W naszym kraju stało się to widoczne już w pierwszych latach po wojnie, w czasach, kiedy z nadania Kremla rządy objęli komuniści, a ówczesna propaganda piętnowała przedwojenne „rządy panów”, porównując wystawne życie ówczesnych elit z ubóstwem pracującego ludu miast i wsi. Wkrótce okazało się jednak, że partyjni włodarze naszego kraju nie mają żadnych skrupułów, żeby korzystać z przywilejów związanych z najwyższymi stanowiskami w państwie. Podczas gdy przeciętni obywatele borykali się z biedą, ówcześni dygnitarze opływali w luksusy, przy czym owo pojęcie nie było tożsame z tym, co rozumiemy pod nim dzisiaj. Kiedy cała orkiestra symfoniczna złożyła się, by podarować swojemu dyrygentowi Witoldowi Rowickiemu… parę dobrej jakości butów, praktycznie niedostępnych na ówczesnym rynku, dwupokojowe mieszkanie przydzielone partyjnemu dygnitarzowi wydawało się takim samym luksusem, jak dzisiaj piękna willa nad morzem czy w górach. I taka względność utrzymała się praktycznie do końca PRL-u.

Dziś trudno uwierzyć, że oburzenie opinii publicznej wywoływał fakt, iż premier Józef Cyrankiewicz, wygłaszając przemówienia, popija tonik Schweppesa, który obecnie można kupić za niewielkie pieniądze w pierwszym lepszym osiedlowym sklepiku. Wówczas ten napój był dla Polaków zupełnie niedostępny, można go było nabyć jedynie za granicą, oczywiście za dewizy. Poza tym, przy ówczesnym czarnorynkowym kursie dolara, na butelkę tego napoju trzeba było pracować przynajmniej kilka dni, tymczasem partyjni dygnitarze, nie tylko ów tonik, ale także drogie trunki dostawali z przydziału. Za Gierka rozpasanie partyjnych elit sięgnęło zenitu – w drugiej połowie lat siedemdziesiątych sekretarz komitetu wojewódzkiego zarabiał siedemnaście tysięcy złotych, przy czym średnia krajowa wynosiła wówczas pięć tysięcy. W niektórych branżach można było zarobić więcej, na przykład operator dźwigu pracujący na budowie sztandarowej inwestycji epoki Gierka – Huty Katowice, miał pensję w wysokości dwadzieścia tysięcy złotych, ale za te ciężko zarobione pieniądze musiał utrzymać rodzinę i wydać je na zakup potrzebnych artykułów, a dygnitarzy partyjnych to nie dotyczyło. Oni otrzymywali wszystko z przydziału, a więc za darmo: mieli służbowe mieszkania i samochody, oczywiście z szoferem, kawę i dobrej jakości herbatę, słodycze, dobre trunki, do tego mogli do woli korzystać z luksusowych, jak na owe czasy, ośrodków partyjnych. W efekcie praktycznie nie mieli na co wydawać owych „ciężko zarobionych” pieniędzy. Warto nadmienić, iż stypendium doktoranckie wynosiło zaledwie trzy tysiące złotych, a zarabiający fortunę partyjni kacykowie byli ludźmi dość kiepsko wykształconymi. Wysokim ilorazem inteligencji też raczej nie mogli się pochwalić, aczkolwiek od tej reguły bywały wyjątki. Na początku lat siedemdziesiątych na mocy specjalnego rozporządzenia emerytalne uprawnienia partyjnych dygnitarzy rozszerzono na członków ich rodzin. W efekcie powstawała nowa, uprzywilejowana warstwa społeczna.

W 1968 roku, a więc jeszcze za czasów słynącego z iście ascetycznego trybu życia Władysława Gomułki, dzieci ośmiu partyjnych dygnitarzy wysłano na studia na Kubę. Niby nic w tym niezwykłego, ale młodzi ludzie mieli na tej pięknej, tropikalnej wyspie zgłębiać tajniki… leśnictwa tropikalnego. Jak wiadomo, lasy tropikalne nie występują na naszej szerokości geograficznej, był to więc jedynie pretekst umożliwiający dzieciom notabli kilkuletni pobyt w ciepłym kraju.

Nic dziwnego, że małżonki partyjnych kacyków były uważane za prawdziwe „czerwone księżniczki”, dla których codziennością są zagraniczne podróże, brylowanie na balach i rautach oraz opływanie w dobra wszelakie, o których przeciętne panie domu mogły jedynie pomarzyć. Największe emocje budziły oczywiście partnerki osób najwyżej postawionych w hierarchii władzy – premierów oraz I sekretarzy Komitetu Centralnego KC PZPR, tym bardziej że kobiety te były praktycznie nieznane opinii publicznej i nawet teraz, dysponując rozmaitymi materiałami źródłowymi i dokumentami z epoki, niewiele da się powiedzieć o niektórych z nich. Zupełnie nieznany jest na przykład życiorys Rozalii Ochab, a właściwie Racheli Singer, bo tak brzmiało panieńskie nazwisko żony I sekretarza KC PZPR Edwarda Ochaba, czy Wandy Kani, małżonki Stanisława Kani stojącego na czele KC w latach 1980–1981. Te dwie kobiety żyły dosłownie w cieniu mężów i opinia publiczna nawet nie wiedziała o ich istnieniu.

 

O wiele więcej możemy za to powiedzieć o Ninie Andrycz i Stanisławie Gierkowej, przy czym pierwsza z wymienionych jako gwiazda warszawskich scen była znana, jeszcze zanim wyszła za premiera Cyrankiewicza, a druga jako pierwsza w historii małżonka szefa PZPR pojawiała się obok niego publicznie i towarzyszyła mu w oficjalnych wizytach zagranicznych. Ale i tak niewiele było o niej wiadomo, nigdy oficjalnie się nie wypowiadała, nie udzielała wywiadów, żadna z gazet nie poświęciła jej osobnego artykułu, a mimo to budziła niezdrową sensację i była tematem wielu plotek. Opowiadano o niej, podobnie jak o jej synowej, Ariadnie, znanej okulistce, rzekomej córce Breżniewa, niestworzone historie: miała mieć w domu złote kurki przy wannie i umywalce w łazience, ściany wyłożone czerwonym marmurem spawanym srebrem, a do fryzjera miała co tydzień latać do Paryża. Oczywiście na koszt państwa.

I właśnie takim „czerwonym księżniczkom”, partnerkom partyjnych dygnitarzy, ale też kobietom uważanym za niebywale wpływowe, jak Irena Dziedzic czy Mira Zimińska-Sygietyńska, poświęcona jest niniejsza publikacja. Czytelnik dowie się, czy rzeczywiście ich życie było usłane różami i czy było im czego zazdrościć.


Nina Andrycz w obiektywie Edwarda Hartwiga

ROZDZIAŁ I

Nina Andrycz

– towarzyszka królowa

Tajemniczy pan „C.”

Dzisiejsi znawcy teatru, oglądając archiwalne nagrania spektaklów, w których występowała Nina Andrycz, często kręcą nosem na warsztat artystyczny sławnej aktorki, zwracając uwagę na jej nienaturalną gestykulację oraz sposób gry drastycznie różny od tego, do czego przyzwyczaili nas współcześni aktorzy. A przecież na Andryczkę, bo takim właśnie uroczym przezwiskiem ochrzcili ją widzowie, dosłownie waliły tłumy. Jej nazwisko na afiszu gwarantowało komplet na widowni, i to nawet wówczas, kiedy lata młodości miała już dawno za sobą. Być może jej fenomen polegał na tym, że była wręcz predystynowana do roli władczyń i królowych, ostatecznie do ról ponętnych, dystyngowanych arystokratek, w rodzaju Izabeli Łęckiej. Zresztą sama aktorka mawiała, iż Bóg nie stworzył jej do roli sierotki Marysi…

O takim, a nie innym doborze ról zadecydowały niewątpliwie warunki fizyczne bohaterki naszej opowieści, dla której matka natura okazała się wyjątkowo łaskawa. Andrycz była bowiem wysoką blondynką o klasycznej urodzie i nienagannej figurze modelki, którą zresztą zachowała niemal do końca swych dni, o nienagannych manierach, wyniesionych oczywiście z domu, i świetnej dykcji. Triumfy święciła jeszcze przed wojną, ale i później, kiedy do naszej ojczyzny wkroczył wprowadzony przemocą socjalizm ze swoją próbą przekształcenia wszelakiej sztuki w narzędzie służące ideologii, czego wyrazem był socrealizm i będące jego płodem produkcyjniaki, zalewające ówczesne księgarnie i królujące na scenach teatralnych. Widzowie chcieli widzieć ją właśnie wówczas w roli księżniczek, wspaniałych dam z minionej epoki i niezwyciężonych władczyń. A przecież wykreowane przez nią postaci bardzo różniły się od wzorca kobiety lansowanego z uporem godnym lepszej sprawy przez artystów tworzących w duchu socrealizmu: dobrze zbudowanej robotnicy, o masywnych ramionach godnych kanadyjskiego drwala, lub dziewczyny kierującej traktorem na polu i sławiącej dobrodziejstwa nowego ustroju. Obywatele Polski Ludowej, zmęczeni wszechobecną szarzyzną, w zjawiskowo pięknej aktorce widzieli zapewne egzotycznego ptaka lub przybysza z innego, może niekoniecznie szczęśliwszego i lepszego, ale z pewnością bogatszego, barwniejszego i ciekawszego świata. „W tiulach, koronkach, gorsetach, z długimi rzęsami i kreskami podkreślającymi zagadkowy wyraz skośnych oczu, bohaterki grane przez Andrycz były piękne, bajkowe i nierealne. Wydekoltowane królowe Andrycz były antidotum na postępujące zniekształcenie kobiety”[1] – twierdzi jeden z biografów bohaterki naszej opowieści. Co więcej, ludzie przychodzący na spektakle nie godzili się na żadne obraźliwe słowa wypowiadane pod adresem swojej idolki, nawet jeżeli wynikało to z konwencji czy tekstu prezentowanej na scenie sztuki. Przekonała się o tym, grając chociażby Izabelę Łęcką w scenicznej adaptacji Lalki Bolesława Prusa. „Kiedy na dużej scenie Mariusz Dmochowski ryknął na mnie «Ty, suko», do teatru napłynęły listy z protestami. «Nie suka, tylko dama i królowa, mamy dosyć chamstwa na ulicy, w tramwajach i autobusach i wypraszamy sobie podobne rzeczy na scenie». Po tygodniu reżyser zmiękł: «Głos ludu, głos boży, wykreślamy sukę»”[2] – opowiadała po latach. Życzeniu publiczności stało się zadość i Andrycz można było oglądać na scenie wyłącznie w rolach, do których, w opinii jej wielbicieli, jak również jej samej, była predysponowana. Jej późniejsi biografowie obliczyli, że w swojej bogatej i długiej scenicznej karierze dane jej było wcielić się w role aż dwudziestu dziewięciu władczyń, przy czym palmę pierwszeństwa dzierży tu niewątpliwie najsłynniejsza egipska królowa – Kleopatra, którą grała aż sto pięćdziesiąt razy. Poza tym widzowie mogli oglądać ją w rolach Balladyny, Lady Makbet, Katarzyny Wielkiej, Maryny Mniszech, trojańskiej księżniczki Kasandry, królowej Szkotów Marii Stuart czy wreszcie Elżbiety I Tudor.

Jej niezwykła, wręcz zjawiskowa uroda sprawiała, że nigdy nie narzekała na brak powodzenia u mężczyzn, ale ona zawsze powtarzała, iż jej prawdziwą miłością jest teatr i stawiała kandydatom na narzeczonych bardzo wyśrubowane wymagania. „Byłam feministką od początku życia i każdemu mężczyźnie, który raczył się we mnie zakochać, mówiłam: «słuchaj, ja mam na pierwszym miejscu pracę. Jeżeli chcesz być moim towarzyszem, partnerem, proszę cię bardzo, ale pamiętaj, ja teatru nie rzucę». Musieli się na to godzić, a jeśli się nie zgodzili, to nic z tego nie wychodziło”[3].

Długo, bo aż do trzydziestego piątego roku życia była singielką, pielęgnującą w sercu wspomnienie o swojej pierwszej, największej miłości, którą był jej wykładowca ze szkoły teatralnej. Żaden z mężczyzn nie był godzien tego, by zastąpić go u jej boku, do czasu, kiedy w grudniu 1946 roku los postawił na jej drodze Józefa Cyrankiewicza. Trzeba przyznać, że okoliczności ich poznania były bardzo romantyczne, a przyszły mąż bohaterki wiedział, co zrobić, aby zwrócić na siebie uwagę pięknej i podziwianej przez wielu aktorki. A zachwycił się nią niemal od razu, gdy tylko weszła na scenę, jak zwykle nienagannie prezentując się w kostiumie Dorymeny, żony starosty Gdyralskiego (w tej roli wystąpił Dariusz Strychalski), w sztuce Wojciecha Bogusławskiego Szkoła obmowy, której premiera odbyła się 20 grudnia 1946 roku na deskach Teatru Polskiego w Warszawie i która była grana siedemdziesiąt sześć razy. Cyrankiewicz nie miał jednak śmiałości, aby pójść za kulisy teatru i przedstawić się podziwianej przez siebie aktorce. Kilka dni po premierze do jej garderoby przyniesiono piękne róże z karteczką, na której widniały inicjały J.C. Zaintrygowana kobieta długo się zastanawiała, kim jest tajemniczy ofiarodawca, gdyż nikt z jej bliższych ani dalszych znajomych nie miał takich inicjałów, ale z czasem zapomniała o tym incydencie – kwiaty trafiły do jej mieszkania, a dołączona do nich karteczka zawieruszyła się gdzieś pośród niezliczonych kosmetyków, szczotek i grzebieni na toaletce w jej garderobie. Ale tajemniczy wielbiciel nie dawał za wygraną, przypominając o swoim istnieniu w następnym miesiącu. Wówczas, jak wspominała Andrycz: „Szkołę obmowy oglądali jacyś goście zagraniczni. Przy tej okazji podano mi już na scenę przepiękne herbaciane róże. Byłam przekonana, że od cudzoziemców. Gdy otworzyłam kopertę, znów zobaczyłam litery «J.C.». Tym razem schowałam karteczkę”[4].

Zagadki anonimowego wielbiciela nie udawało jej się rozwikłać aż do marca 1947 roku, kiedy grała rolę Kasandry w Orestei Ajschylosa, zbierając zresztą bardzo dobre recenzje. Po jednym z przedstawień znowu przyniesiono piękny bukiet róż, opatrzony karteczką ze wspomnianymi inicjałami. Tym razem zaintrygowana aktorka wzięła sprawy w swoje ręce i postanowiła nie tylko poznać tożsamość swojego tajemniczego wielbiciela, ale także jego samego. Pomógł jej w tym znajomy, który wiedział, kto regularnie zasypuje Andrycz bukietami róż – Zbigniew Minzer. On też przedstawił jej Józefa Cyrankiewicza, który zrobił na kobiecie wręcz piorunujące wrażenie. Domyślać się można, że większość czytelniczek czytających te słowa robi wielkie oczy ze zdziwienia, zastanawiając się, co też mogło zachwycić kobietę tej klasy w mężczyźnie pokroju premiera, który zasłynął w czerwcu 1956 roku obietnicą obcinania rąk każdemu, kto będzie miał czelność podnieść je na władzę. Tym bardziej że, oglądając zdjęcia dostępne w Internecie bądź publikowane w książkach poświęconych historii PRL-u czy w archiwalnej Kronice filmowej, trudno go uznać za ideał męskiej urody. Ale wspomniane fotografie i filmy powstały w późniejszym okresie, kiedy Cyrankiewicz stał na czele komunistycznego rządu, a stresy i związane z tym nadużywanie alkoholu negatywnie wpłynęły na jego wygląd, zmieniając go, jak to trafnie określiła Andrycz, w „galaretę”. Kiedy ją poznał, nie był jeszcze premierem ani nawet komunistą, lecz socjalistą, działającym w strukturach PPS-u, partii, z której wywodził się przecież sam Józef Piłsudski. I był przystojnym mężczyzną o intrygującej urodzie. Jak przyznała aktorka, Cyrankiewicz w jej oczach miał „bajeczną, hollywoodzką urodę. Oka nie można było od niego oderwać”[5]. Nie zrażała jej także łysa głowa przyszłego premiera, co więcej, uważała, iż jej ogolenie jedynie uwypukliło piękno jego fizjonomii, ponieważ, jak zapewniała, ten „zabieg rozjaśniał regularne rysy twarzy, wydobywając z niejako marmurowego tła żywe, ciemne oczy i zmysłowe usta”[6].

Po latach, mówiąc o swoim mężu, wspominała, że w pierwszych latach ich wspólnego życia nie przypominał on w niczym owej „galarety”, w którą z czasem się zamienił. Był za to ponoć podobny do popularnego hollywoodzkiego aktora Yula Brynnera, słynącego z ról twardych mężczyzn, równie łatwo walczących z różnej maści zbirami, jak zdobywających względy pięknych dam.

Jednak kiedy po raz pierwszy wzięła do ręki bukiet róż ofiarowany jej przez tajemniczego wielbiciela, nawet jej przez myśl nie przeszło, że ich ofiarodawca stanie się wkrótce bardzo ważny w jej życiu i że za jego sprawą będzie miała okazję nie tylko zaistnieć na salonach politycznych, ale też poznać wielkich ówczesnego świata, począwszy od Stalina, a na królu Kambodży skończywszy. Ale nawet blichtr wielkiego świata, mąż-premier i polityka nie wygrały w jej sercu z największą pasją – teatrem, ani nie zniszczyły cechującej ją od dziecka wielkiej niezależności i wewnętrznej siły.

Pytana w jednym z ostatnich wywiadów przez dziennikarkę o to, po kim odziedziczyła tak silne poczucie niezależności i chęć samodzielności, aktorka odpowiadała, że owych, tak szokujących i wręcz feministycznych poglądów nie wyniosła bynajmniej z domu. Jak sama podkreślała, jej matka była „typową kobietą XIX-wieczną, uważała małżeństwo za rzecz niezbędną i świętą. Ja od dziecka kształciłam się w szkołach koedukacyjnych i bardzo szybko zorientowałam się, że ze wszystkich przedmiotów oprócz matematyki jestem lepsza od moich kolegów. Te wyniki pozbawiły mnie poczucia nierówności. Kiedy więc mama mówiła o przeznaczeniu kobiety i o tym, że przede wszystkim powinnam dobrze wyjść za mąż, myślałam w duchu: «Co ona bredzi, ta poczciwa mama?»”[7]. Niewątpliwie jednak swojej „poczciwej” matce i wychowaniu w szacunku do tradycyjnych wartości Nina Andrycz zawdzięczała nienaganne maniery, dobrą edukację i znajomość savoir-vivre’u, co jej się przydało nie tylko na scenie, ale także kiedy reprezentowała nasz kraj jako żona premiera i de facto nieoficjalna pierwsza dama.

Panienka z Kresów

Nina przyszła na świat 11 listopada 1912 roku w Brześciu Litewskim, przy czym taka data urodzin widnieje w jej biogramach stosunkowo od niedawna, wcześniej był to rok 1915. Na krótko przed śmiercią Andrycz przyznała się bowiem, iż w czasie okupacji, idąc za radą swojej matki, zmieniła datę urodzenia, nieco się odmładzając. Zdaniem jej mamy taki zabieg miał zapewnić dziewczynie lepsze zamążpójście; jak wiadomo – na rynku matrymonialnym zbyt zaawansowany wiek utrudniał pannie znalezienie męża, zwłaszcza tego z zasobnym portfelem. Rodzicielka dopięła swego i pociągnąwszy za odpowiednie sznurki, załatwiła swojej córce nową kenkartę, z „podrasowaną” datą urodzin. Sama aktorka nie widziała w tym nic złego. Jak wyjaśniała w jednym z wywiadów: „Okrutna, straszna wojna zabrała urodziwym ludziom młodość, najlepsze lata życia. A kobiety mojego pokolenia miały aż dwie światowe wojny po drodze. Płonęły domy, archiwa, dokumenty […]. W czasach zamętu ujmowały sobie lat kobiety i mężczyźni, zwykłe kobiety i największe aktorki. Od Marleny Dietrich, której to na dobre wyszło, po Ćwiklińską, która najpierw odjęła sobie 12 lat, potem dodała dziesięć. Dlaczego? Bo miały taką okazję. Nie tłumaczę się. Pokazuję, że jestem w towarzystwie doborowym”[8]. Mimo wszystko jednak zażyczyła sobie, żeby na jej nagrobku widniała prawdziwa data jej przyjścia na świat. I tak się stało.

 

Przyszła gwiazda polskiej sceny ponoć była wyjątkowo płaczliwym dzieckiem i, jak to określiła ona sama, „wiecznie się darła”. Jej matka, zmęczona wiecznie marudzącą dwulatką, postanowiła zapewnić sobie chwilę wytchnienia, przyjmując w 1917 roku od zamożnych krewnych zaproszenie do Kijowa. Pech chciał, że kiedy tylko obie dotarły na miejsce, w imperium Romanowów wybuchła rewolucja i mała Nina wraz z matką i babcią, która również zjechała do Kijowa, utknęła w domu owych krewnych na kolejne dziesięć lat. Na domiar złego rodzina, która udzieliła im gościny, z dnia na dzień straciła cały majątek, a jej członkowie z bogaczy przeistoczyli się w istnych nędzarzy. Na szczęście dla wszystkich matka Niny znała biegle aż trzy języki i znalazła pracę w jednym z urzędów, powstałych w nowym „oszalałym państwie” – jak bohaterka naszej opowieści określała bolszewicką Rosję – dzięki czemu mogła nie tylko wykarmić swoją córkę, ale także wesprzeć finansowo własną matkę i zubożałych krewnych. Kiedy chodziła do pracy, małą Niną zajmowała się oczywiście babcia, która uważała, że mimo ciężkich czasów nie można zapominać ani o kulturze, ani o sztuce, dlatego prowadzała dziewczynkę do teatru i opery, nawet jeżeli z głodu burczało im obu w brzuchu; zresztą ówczesne władze, nie mogąc wykarmić mieszkańców, na osłodę wręczały im abonamenty do teatru i opery. I to właśnie wówczas Nina łyknęła teatralnego bakcyla, którego nigdy nie zdołała się pozbyć. Pierwsze teatralne przedstawienie, które miała okazję oglądać, zrobiło na niej tak silne wrażenie, że aż dostała gorączki.

Z czasów rewolucji, która przecież przetoczyła się przez miasto, Andrycz właściwie zapamiętała tylko krew na śniegu, pamiątkę po przeprowadzanych na głównym miejskim placu egzekucjach, oraz fakt, że Kijów przechodził dosłownie z rąk do rąk – raz był we władaniu bolszewików, by wkrótce przejść w ręce białych. Zapamiętała też strach, jaki codziennie towarzyszył jej samej oraz jej matce, i wrażenie, jakie zrobił na niej smak napoleonki, którą cudem udało się jej kupić na targu w Kijowie. „Jedząc, zaczęłam płakać z zachwytu, że coś takiego, graniczącego z poezją, może w ogóle istnieć na świecie”[9] – mówiła w jednym z wywiadów.

W przerwach między wizytami w teatrze i operze mała Nina musiała chodzić do szkoły. Oczywiście była to szkoła z rosyjskim jako językiem wykładowym, gdzie szybko zwróciła uwagę swoimi zdolnościami recytatorskimi, dostrzegając jednocześnie, iż daje jej to władzę nad innymi dziećmi. „Mówiąc wiersze, zdałam sobie sprawę, że mam pewną władzę nad rówieśnikami, że nikt się nie wierci, nie gwiżdże, że mnie słuchają. Pomyślałam, że jestem niezwykłą istotą i że trzeba wyciągnąć z tego wnioski. Zauważyłam też, że jak występowałam, to byłam lepiej traktowana, dostawałam lepszy «pajok» na drugie śniadanie. Nie chcę naginać faktów, ale wiem, że już wtedy zrozumiałam, że będę aktorką”[10]. Szkoła, recytacje wierszy czy wizyty w operze i teatrze nie wypełniały jej całego czasu, ponieważ z woli matki zapisała się jeszcze na potajemne lekcje religii. Był to niemały akt heroizmu – zarówno rodzice dziecka posyłanego na lekcje religii, jak i uczący je ksiądz ryzykowali życiem, wszak w materialistycznej ideologii bolszewików nie było miejsca ani dla Boga, ani dla jego wyznawców, o kapłanach nie wspominając, a cerkwie i kościoły katolickie były masowo przerabiane na magazyny czy inne tego typu obiekty, zdaniem władz znacznie bardziej przydatne dla społeczeństwa. Ponieważ Nina lubiła chodzić do kościoła, ktoś doniósł o tym odpowiednim urzędom i jej matka musiała stanąć przed obliczem jakiegoś politruka, jak nazywano oficera politycznego w Armii Czerwonej. Na zarzut funkcjonariusza, że jej córka chodzi do kościoła i wygląda na to, iż jest wierząca, pani Andrycz odpowiedziała, że też nad tym ubolewa, ale nie może nic na to poradzić, bowiem mała Nina „taka się już urodziła”. I wówczas politruk postanowił osobiście wybić z głowy dziecka owe fanaberie i zabobony, przeprowadzając z Niną pouczające rozmowy. „To były piękne rozmowy, miałam chyba osiem lat. Powiedziałam, że wiem, że Pan Bóg istnieje, bo ja to czuję. Nic mi nie mogli zrobić, bo byłam za mała”[11] – wspominała aktorka, już jako sędziwa osoba.

Tymczasem ojciec Niny, który wówczas przebywał w odrodzonej Polsce, robił, co mógł, by sprowadzić rodzinę do kraju. Wspierał go w tym jego brat Czesław Andrycz, pracownik MSZ, i właśnie dzięki jego pomocy Nina i jej matka mogły przyjechać do Polski, a konkretnie do Brześcia nad Bugiem, gdzie czekał na nie Andrycz oraz, należący do matki naszej bohaterki, domek z ogrodem.

W niewoli Melpomeny

Wraz z przyjazdem do Polski skończyły się dla Niny ciężkie czasy, a reszta dzieciństwa i wczesna młodość upłynęły przyszłej królowej scen polskich w dobrobycie – ciastka nie były dla niej już niedostępnym rarytasem. Kiedy chodziła do gimnazjum, postanowiła zostać aktorką. O swoich planach opowiedziała rodzicom, ale oni nie byli tym zachwyceni. Zwłaszcza matka stawiała stanowcze veto i nic dziwnego, bowiem w tych czasach istniały co prawda wielkie gwiazdy sceny, podziwiane i kochane przez tłumy, ale zawód aktorki, podobnie jak i tancerki baletowej, cieszył się niezbyt dobrą opinią. Wielu uważało je wręcz… za prostytutki. Pani Andrycz nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo zdeterminowana i uparta jest jej córka, która po zdaniu matury co prawda wyjechała do Wilna, by na tamtejszym uniwersytecie studiować prawo, ale studiów nie skończyła. Wciąż marzyła się jej scena, lecz przecież nie mogła powiedzieć rodzicom, zwłaszcza mamie, że rzuca studia, by uczyć się aktorstwa, dlatego wyjechała do Warszawy i zapisała się na uniwersytet. Tym razem jej wybór padł na historię, ale i ten kierunek okazał się pomyłką, skoro ostatecznie zmieniła go na filozofię i psychologię. Tam, wśród luminarzy intelektu, na czele z profesorami Władysławem Tatarkiewiczem i Władysławem Witwickim, czuła się jak ryba w wodzie. Jednak miłość do sceny nie dawała o sobie zapomnieć, dlatego stanęła do egzaminu przed komisją Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej, placówki utworzonej w 1932 roku z inicjatywy Aleksandra Zelwerowicza i Leona Schillera. „Bardzo się denerwowałam – wspominała po latach swój egzamin do wymarzonej szkoły. – Czułam, że mam predyspozycje, ale byłam prowincjuszką. Na egzaminy przyjechałam źle ubrana, fatalnie uczesana. Sweterek miałam spięty agrafką, bo podczas podróży urwał się guzik. Zobaczyłam tłum pięknych, bardzo zadbanych dziewcząt. Zawstydziłam się zgrzebności. Egzaminy zdałam jednak celująco. Komisja jednomyślnie uznała, że mam dobre warunki i tylko muszę pozbyć się wschodniego zaśpiewu. Dla kresowej dziewczyny było to bardzo trudne. W końcu jednak przetworzyłam melodyjność głosu w atut i wizytówkę”[12]. Uszczęśliwiona dziewczyna nie miała jednak zamiaru rezygnować z zajęć na Uniwersytecie Warszawskim i podjęła się studiowania na dwóch kierunkach i dwóch różnych uczelniach. Czas pokazał, że był to trud ponad jej siły. Nic dziwnego, skoro rano szła na uniwersytet, gdzie miała zajęcia do drugiej po południu, a potem biegła do Instytutu, gdzie zajęcia trwały do godziny dziesiątej wieczorem, a przecież jeszcze musiała się uczyć. W efekcie spała po kilka godzin na dobę. Jej organizm odmówił w końcu posłuszeństwa i dziewczyna zemdlała podczas jednej z prób, wywołując niekłamane przerażenie zarówno wśród kolegów, jak i wykładowców. Sprawą zainteresował się sam Zelwerowicz, który dowiedziawszy się o „podwójnym życiu” swojej studentki, dał jej wybór: nauka albo sztuka. Dla bohaterki naszej opowieści decyzja była oczywista – zrezygnowała ze studiów na uniwersytecie.

Jak się okazuje, nie tylko miłość do sceny sprawiła, że wybór Niny padł na kontynuowanie nauki w Instytucie. Poznała tam człowieka, który, jak uparcie twierdziła do końca swych dni, był miłością jej życia. Starszy od niej aż o dziewiętnaście lat, blondwłosy i niebieskooki, uznany aktor Aleksander Węgierko był wykładowcą w jej szkole i to właśnie on skradł serce naszej bohaterki. Problemem jednak nie był ani jego wiek, ani fakt, że był jej nauczycielem, ale stan cywilny ukochanego Niny, mężczyzna był bowiem żonaty. Co prawda miał poważne problemy z dochowaniem wierności poślubionej przed Bogiem i ludźmi małżonce, ale nie oznacza to, że był gotów ją porzucić. Zofia Węgierko doskonale zdawała sobie z tego sprawę i chociaż przymykała oczy na jego zdrady, czujnie przyglądała się każdej kobiecie, która pojawiała się w jego życiu, pilnując, by żadna z nich na poważnie nie zagroziła trwałości jej małżeństwa. A ponieważ pracowała w teatrze jako plastyk i scenograf, tym łatwiej było jej mieć baczenie na swojego niewiernego małżonka.