Trucking GirlTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt graficzny okładki i makiety:

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN®

Redaktor prowadzący: Jakub Kuza

Redakcja: Maria Śleszyńska

Korekta: Marzena Kłos, Lilianna Mieszczańska, Katarzyna Szajowska

Zdjęcia: archiwum prywatne Iwony Blecharczyk

Fotografia na okładce: Krzysztof Godawa

Krzysztof Godawa str. 10, 11; Piotr Żurek str. 113; Agnieszka Blecharczyk str. 126; Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta str. 166–167, 247;

Artur Mulak str. 248, 280–281, 318; Truckers Life str. 294

© for the text by Iwona Blecharczyk

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2020

ISBN 978-83-287-1520-2

MUZA SA

00-833 Warszawa

ul. Sienna 73

e-mail: info@muza.com.pl

tel. +48 22 6211775

Dział zamówień: +48 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Warszawa 2020

Wydanie I

Skład i łamanie: Bogna Sosnowska/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN® www.panczakiewicz.pl

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Droga mnie wołała. Gdy raz staniesz się człowiekiem drogi, ona upomni się o ciebie. Możesz walczyć, ale to ona wygra. Diabeł kusi cię dźwiękiem i pięknem ciężarówek, a pierwsza przejażdżka jest nieświadomym zawarciem paktu z nim. Sprzedajesz duszę. On też nigdy nie zapomina o żadnej duszy, którą skusił. Prędzej czy później rzucisz wszystko i dołączysz do konwoju.

Iwona Blecharczyk

Spis treści

ROZRUCH, CZYLI WSTĘP

ROZDZIAŁ 1

NOC CZARNA JAK PIES, A PO NIEJ… ZAWSZE WYCHODZI SŁOŃCE

Śniadanie i do spania

Prędkość 90 pomysłów na godzinę

Zagubiony sen

Co nakręca koła

Dobra faza

Zdewastowani

Wyspana na wysokości

Przypowieść o indykach

Nie, nie jest okej

ROZDZIAŁ 2

BOIDUPA Z PODKARPACIA, CZYLI NIGDY NIE WIESZ, CO Z CIEBIE WYROŚNIE

Ten gen

Siostrzeństwo

Family First

Z motyką na buraki

Szybki serwis

Iwona od Kur

Z górki…

…i pod górkę

Just keep on rollin’, rollin’…

Pragmatyczny bęben

Wyrosłam na przeciwieństwach

ROZDZIAŁ 3

PANI NAUCZYCIELKA, CZYLI JAK DZIĘKI ANTYPASJI ZAŁOŻYŁAM WELON

Nie, to nie ja

Przypowieść o oszczędności

A z Danii nici

Sprawdzian charakteru

Odliczanie: 3, 2, 1…

Start!

Przypowieść o szansie dla każdego

Boczny wiatr

ROZDZIAŁ 4

TRASOWANIE, CZYLI ENERGIA, STRACH I SATYSFAKCJA

Energia miejsc

Wielkie wow, wielkie no

Girls, girls, girls

Czasem pachnie, czasem śmierdzi

Radio nie ma twarzy

Czy te oczy mogą kłamać

Płać i płacz albo się śmiej

Jakoś się kręci

Moje kapcie

Circle check

Moje stopy

Bezpieczeństwo

ROZDZIAŁ 5

HARCOWAŁA IGŁA Z NITKĄ, CZYLI TAKIEJ MNIE NIE ZNACIE!

Iwona Guzikowa

Iwona Strojnisiowa

Iwona Prowokacyjna

Aż wreszcie: księżniczka Podkarpacia!

Przedsiębiorcze dziunie

Materiał i materia

Hipnotyzujący świat

Moja Narnia

A jednak Barbie…

ROZDZIAŁ 6

TRUCKING REBEL GIRL I WSZYSTKO JASNE!

Korona bez tronu

Ktoś musi sprzątnąć

Bang, bang!

W poszukiwaniu zagubionego sanitariatu

Przypowieść o wściekłości

Załadowani zajawkami

Walczyć trzeba do skutku

ROZDZIAŁ 7

PAUZA

Legendy parkingowe

Love & Hate

Akcje

Smacznego

New Challenge

ROZRUCH,
CZYLI WSTĘP

Zanim wyruszysz swoją ciężarówką w trasę, powinieneś się upewnić, czy wszystko działa jak trzeba. W Stanach Zjednoczonych opracowano nawet specjalną procedurę, która pomaga kierowcom sprawnie przeprowadzać circle check swoich maszyn. Dla przypadkowej osoby czynności te mogą wyglądać jak taniec godowy kierowcy i pojazdu. Klękasz przed swoim wozem, zapuszczasz sondę i przybierasz jeszcze tysiąc innych póz, żeby dotrzeć do elementów wpływających na niezawodność i bezpieczeństwo. Jeśli są okej, to spokojnie siadasz za kierownicą i ruszasz w drogę. Właśnie tak planowałam rozpocząć rok 2020. To mój dziewiąty rok za kółkiem w roli zawodowego kierowcy i wiązałam z nim wiele nadziei. Wszystko się układało, okoliczności sprzyjały i mogłam liczyć na życzliwych ludzi gotowych zaangażować się w moje przedsięwzięcia.

 

Kto mnie zna, ten wie, że z każdym przejechanym kilometrem w mojej głowie rodzi się nowy pomysł. Mogłabym wyruszyć w trasę z pustą naczepą i załadować ją nowymi projektami, jeszcze zanim dojechałabym do granicy Polski z Czechami. Niektóre z nich dowożę do celu, inne przepadają, a jeszcze inne czekają na rozładunek we właściwej bazie.

Jednak moje plany i pomysły musiały wyhamować, tak jak wyhamowuje ruch na niemieckiej autostradzie: nagle i gwałtownie, przez co łatwo się roztrzaskać. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie miała pasa awaryjnego. Tym pasem awaryjnym jest książka, którą właśnie zaczynacie czytać, a ja mam nadzieję, że dowiozę was aż do końca tej lektury – nie tylko bezpiecznie, ale też szczęśliwie.

Od wielu lat prowadzę swoje kanały w mediach społecznościowych jako Trucking Girl. Mam niezastąpioną publiczność: wspieracie mnie w mojej pracy, a ja dzielę się z wami truckerską codziennością i zwyczajnym życiem. Jesteście ciekawi, jak wygląda rzeczywistość zawodowego kierowcy, i zadajecie mi mnóstwo pytań. Nie na wszystkie byłam w stanie odpowiadać na bieżąco w internecie i nie na wszystkie miałam od razu gotową odpowiedź. Poza tym, kiedy wasza ciekawość dotykała sfery prywatnej, nie byłam gotowa dzielić się bardziej osobistymi wątkami swojej historii. Skoro rzeczywistość stawia znak „stop” przed jednymi moimi projektami, postanowiłam wziąć się za inne – te bardziej czasochłonne i wymagające skupienia. Zdecydowałam, że napiszę książkę.

Pierwszy raz taki pomysł pojawił się już jakiś czas temu, później odezwało się do mnie wydawnictwo, ale wówczas odmówiłam. Szkoda drzew, pomyślałam. Kolejny wydrukowany kawałek internetu? Przecież to bez sensu. Ale ta idea we mnie dojrzewała. Kiedy pojawił się koronawirus, zawodowi kierowcy dostali po tyłku, a ja się przebudziłam: „Zaraz, zaraz, przecież ta książka może być o tym, o co muszę teraz walczyć!”. Wzięłam miesiąc bezpłatnego urlopu w firmie, w której jeżdżę z gabarytami, i zatrudniłam się na ten czas w innej, w której dostałam możliwość przejechania całej Europy ze zwyczajnym zestawem. Ta podróż miała mi przynieść świeże doświadczenie pracy na kontynencie – wszystkie te radości, jak wiosenne słońce i bryza w Hiszpanii, wszystkie obawy, jak strach nocą na francuskim parkingu. Przerwy w trasie poświęcałam głównie na sporządzanie notatek i pisanie, którym zajmowałam się później jeszcze niemal przez całe lato.

Starałam się opowiedzieć i nieco uporządkować te sprawy, które na bieżąco pokazuję w swoich filmach i relacjach. Pozwoliłam sobie też na nieco podróży sentymentalnych, skoro właśnie zamykam swoją pierwszą truckerską dekadę. A nawet odsłoniłam nieco więcej, bo jest tu też trochę niedyskrecji. Zawsze jesteście ciekawi, kim jestem i skąd się wzięłam w tym męskim motoryzacyjnym świecie. Stwierdziłam, że faktycznie to także jest część tej samej opowieści. Tak samo jak moja własna historia, bo przecież nie wzięłam się znikąd i niewątpliwie moje życie osobiste ściśle splata się z przygodą zawodową.

Kiedy dzielę się z wami swoją pasją, mogę liczyć na gorący odzew. To mnie utwierdza w przekonaniu, że misja związana z odczarowaniem wizerunku typowego truckera i pozwolenie ludziom na wgląd w ten tajemniczy świat na szesnastu kołach to coś superciekawego. Wydaje mi się to wręcz niemożliwe, a jednak. Mimo milionów przejechanych kilometrów nie znudziłam się swoją pracą i nadal mogę o niej opowiadać bez końca.

Bardzo się cieszę, że jesteście razem ze mną. Poznacie mnie od nieco innej strony niż dotąd, ale pamiętajcie, żeby nie wysiadać z pędzącej ciężarówki. Nawet jeśli boidupa z Podkarpacia okaże się kimś, kogo nie spodziewaliście się tu spotkać

No dobra, zaczynajmy. Żeby wysiedzieć z kimś w kabinie, trzeba się poznać i polubić. Dlaczego? To proste: gdyby kabinę ciężarówki uznać za mieszkanie – bo przecież pracuje się w niej, gotuje, je i śpi – a jej wyposażenie za meble, to cała ta przestrzeń życiowa będzie mieć zwykle około czterech, w porywach do pięciu metrów kwadratowych. To naprawdę nie są warunki do bycia z kimś, z kim ci nie po drodze.

Długo byłam traktowana jak dziwadło. Kobieta za kierownicą ciężarówki? To tylko wstęp do bardziej rozbudowanego procesu powątpiewania: „Młoda blondynka jako zawodowy kierowca prawdziwej ciężarówki?”. A gdy jeszcze niedowiarek dowiadywał się, że specjalizuję się w gabarytach, czyli w przewozie załadunków tak wielkich, że nie mieszczą się na drodze – to łapał się za głowę i zbierał szczękę z ziemi. Gdy przetrawił już tę niedorzeczną według niego informację, reagował rozmaicie – czasem życzliwie, czasem mniej życzliwie. Rzecz jasna, na te reakcje największy wpływ mają stereotypy.

Życzliwość, z którą się spotykałam i spotykam, najczęściej też zasadza się na dużym uproszczeniu. „Taka ładna dziewczyna, a jeździ ciężarówką!” Na samym początku śmiałam się z tego i traktowałam takie głosy raczej jak komplement. Zakładam, że nikt w ten sposób nie próbuje kwestionować moich kompetencji, a już na pewno nie pozwala sobie na seksizm, bo to naprawdę nie te czasy. Najzwyczajniej w świecie, tak sobie myślę, człowiek doznaje dysonansu poznawczego. Faktycznie, nie znam innej dziewczyny, która jeździ na gabarytach, więc będąc tak chlubnym wyjątkiem, mogę wprawiać ludzi w konfuzję. Ale przyznam, że dobrze mi z tym!

Jest jednak pewna granica, za którą nie znajduję już dobrej woli u komentującego moją płeć. I muszę ją wyraźnie zaznaczyć. Niech no tylko ktoś mi powie: „To nie jest praca dla kobiet” – wścieknę się nie na żarty! Kobiety są tak samo dobrymi kierowcami zawodowymi jak mężczyźni. Nie trzeba tu nikomu niczego udowadniać.

Tak naprawdę tylko jeden aspekt tej pracy sprawia większą trudność przeciętnej kobiecie niż przeciętnemu mężczyźnie. To sytuacje, które wymagają użycia siły fizycznej. Powszechne wyobrażenie na temat zawodowego kierowcy to mężczyzna w kabinie ciężarówki. Facet siedzi, kręci kółkiem i buja się na swoim pneumatycznym fotelu. Ale już mało kto widzi, jak ten sam facet musi potem na załadunku i rozładunku wykonać kawał ciężkiej fizycznej roboty przy naczepie i zabezpieczaniu towaru, który wiezie. Kobieta musi w takich chwilach dać z siebie nieco więcej niż mężczyzna, ale to nie oznacza, że coś jest dla nas niewykonalne.

Dobra, mam nadzieję, że w ten sposób zabezpieczyliśmy najbardziej ryzykowny ładunek, jaki mógł nam się trafić podczas tej wspólnej przygody.

A teraz ruszajmy!


Ruszamy?


Każdy moment jest dobry na pisanie. Przygotowuję notatki do książki.


Pakuję swoje rzeczy po czterech tygodniach w trasie, żeby zdać posprzątane auto kolejnemu kierowcy. Po tygodniu przerwy wprowadzę się do nowej ciężarówki.


Szczęśliwa po założeniu podwójnych łańcuchów z kolcami na koła w ciągniku.


NOC CZARNA JAK PIES, A PO NIEJ… ZAWSZE WYCHODZI SŁOŃCE

Jest w tym zawodzie coś uzależniającego. Chyba nikt nie wie, co dokładnie. W każdym razie ja nie słyszałam żadnego przekonującego wyjaśnienia.

Zaczynasz jeździć i ciężko o myśl, żeby z tej pracy zrezygnować. Może dlatego, że każdego dnia masz okazję doświadczać świata nieco inaczej. Widzisz, jak się zmienia – wraz z porami roku, z upływem lat, z rozwijającą się kulturą i rozkwitającą albo upadającą gospodarką. A może człowieka nakręca to, co jest pozornie stałe, a co zachwyca za każdym razem tak, że można oniemieć z wrażenia – wschody i zachody słońca, zapach śródziemnomorskiej ziemi, nocne granie świerszczy, wiatr od morza. Myślę, że tych powodów mogą być tysiące, bo już podczas pierwszej trasy dzieje się tak wiele rzeczy, że w człowieku pojawia się apetyt na więcej.

Mam poczucie, że nie straciłam ani chwili ze swojego życia!

Wiem dobrze, że wiele osób temu nie dowierza. Kiedy myślą o pracy zawodowego kierowcy, wyświetla im się w głowie film pełen trudności, z jakimi borykają się osoby wykonujące ten zawód. Nie mówię, że to fikcja, wręcz przeciwnie – wszystko to prawda. Wyjeżdżając w trasę, zostawiasz za sobą dom, nie mając pewności, kiedy wrócisz, ale w przybliżeniu ‒ będzie to nieprędko. Stale dostaję pytania od osób, które zastanawiają się nad tym, w imię czego ponoszę te wszystkie wyrzeczenia. Ja jednak nie czuję, że coś poświęcam; traktuję swój zawód jako całość, wiedząc, że składają się na niego zarówno rzeczy dobre, które kocham, jak i te złe, które mnie złoszczą. Nie mam pracy „od – do”, sztywnych planów, rutyny, domu z ogródkiem i tym podobnych.

Zrozumie to każdy, kto żyje – albo choć raz żył! – swoją pasją.

Wiem, że mało jest profesji, które tak bardzo opanowują życie prywatne jak zawód kierowcy. Jestem z tym całkowicie pogodzona. Z tym że dzień po dniu trzeba zrobić tę samą, ciężką fizyczną robotę, jak na przykład odsuwanie i rozbieranie plandekowych boków naczep, czego kierowcy nie lubią, albo mycie się pod brudnymi prysznicami w obcych, obskurnych miejscach. Wiadomo, że tego nie lubię, ale przyjmuję jako część swojej pracy. Niektóre z tych rzeczy można zmienić, wtedy podejmuję walkę. Rozumiem, w jaki sposób działa rynek transportowy. Współpracuję z ludźmi z biura i widzę, na czym polega ich praca, ich trudności, poznaję od podszewki obowiązki i wyzwania związane z każdą z ról w tej branży. Zdaję sobie też sprawę, że innego modelu funkcjonowania na tym rynku nie będzie.

Zaczęłam jeździć, mając nieco ponad dwadzieścia lat. Bardzo dobrze wspominam ten czas. Myślę nawet, że wykorzystałam go lepiej niż wielu moich rówieśników. Widzę, że niektórzy z nich nie są zadowoleni ze swoich wyborów, które podjęli w tamtym okresie życia. Jedni zarzynali się, studiując na kilku kierunkach naraz, inni starali się pogodzić pracę i studia, ale ostatecznie nie udało im się połączyć tych dwóch ścieżek, jeszcze inni od razu zaczęli tak intensywnie pracować, że natychmiast ich świat się skurczył i teraz są w stanie go otworzyć co najwyżej raz w roku, o ile uda im się wyjechać na wakacje gdzieś dalej. W moim przekonaniu to jest prawdziwy problem – moment, w którym przestajesz być ciekawy świata. Ze mną jest inaczej.

Nakręcają mnie przede wszystkim trzy rzeczy. Pierwsza to chęć podróżowania. Jestem bardzo ciekawa tego, jak wygląda świat. Druga – to moja ukochana Hiszpania. W tym kraju najpierw zakochałam się platonicznie, a kiedy już go poznałam, stałam się jego wierną narzeczoną (kto wie, co będzie dalej, ale czuję, że ten związek ma przyszłość!). Trzecia rzecz, która mnie nakręca, to wyzwania. Kocham pokonywać trudności, a praca na gabarytach za każdym razem stawia przede mną nowe cele do osiągnięcia.

Czy więc te przeciwności, które są wpisane w zawód kierowcy, są aż tak straszne? Według mnie nie, a przynajmniej – nie dla mnie. Nie wypowiadam się za wszystkich, mówię za siebie. Na pewno byłoby inaczej, gdybym założyła rodzinę i miała dzieci. Nawet nie próbuję stawiać się w takim położeniu. Widzę, jak trudno bywa moim kolegom. Ja jednak, póki dzieci nie płaczą mi w domu, nie czuję, żeby praca zmuszała mnie do poświęceń. Zwłaszcza że ja sama jestem podobna do… Włóczykija z Muminków. Kocham rodzinę i przyjaciół – i kocham samotność.

Kierowca, który nie lubi albo nie umie być sam, nigdy nie będzie człowiekiem szczęśliwym. Moja siostra śmieje się, że jestem wysoko funkcjonującym introwertykiem. Ludzie, obserwując mnie, mogą mieć wrażenie, że nieustannie potrzebuję towarzystwa. Ale to nie jest prawda. Gdybym pracowała w typowym zawodzie, każdego dnia wchodziłabym w inter­akcje z szeregiem osób, najczęściej tych samych. Część znajomości mogłaby przerodzić się w koleżeństwo i rozciągnąć też na życie prywatne, część mogłaby być źródłem codziennego cierpienia. Jak to bywa między ludźmi. Tymczasem moje kontakty zawodowe są w bardzo dużej mierze w pełni przypadkowe. Raczej nie trafia się sposobność, żeby pracować z tymi samymi ludźmi. Kogoś poznajesz, kogoś kojarzysz, z kimś zdarzy ci się znowu zrobić coś razem. Ale to nie jest jakieś partnerstwo w pracy, nie ma w tym poczucia, że nasz sukces zależy od tego, jak dobrze się zgramy. W transporcie ważniejsza jest postawa związana z poczuciem osobistej odpowiedzialności za pracę.

 

To mi nie przeszkadza. Nie lubię przywiązywać się do czegokolwiek, nie szukam w życiu powtarzalności. Bardzo cenię wolność. Samotność sprzyja mojemu życiu – planom, pomysłom, niezależności i odpowiedzialności. Dla jednych to wielka trudność, dla mnie ogromna zaleta. Kiedy Muminek przekonywał Włóczykija, że samotność może się podobać tylko przez chwilę, a potem na pewno się znudzi, ten zaprzeczył i powiedział, że niektórzy po prostu lubią samotność. To właśnie jestem ja.


Moje ukochane gabaryty.


I po weekendzie. Pakuję się do ciężarówki na kolejny tydzień w trasie.


Gdzieś w Hiszpanii. Samotność w drodze.

Śniadanie i do spania

Od lat prowadzę nocny tryb życia. Kto latał samolotem przez różne strefy czasowe, zwłaszcza trasami międzykontynentalnymi, może sobie wyobrazić stan permanentnego jet lagu. Wsiadasz na pokład w Nowym Jorku, wysiadasz w Warszawie. I zaliczasz całkowity zgon, bo twojemu organizmowi wszystko się miesza. Biorytm człowieka nie jest żadnym rytmem, tylko sieczką.

To faktycznie jest problem, z którym trzeba się zmierzyć. Organizm zawodowego kierowcy może całkiem zwariować, bo jego rytm dnia jest postawiony na głowie. Przytoczony poniżej kultowy monolog z filmu Stanisława Barei Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz pasuje do tego zawodu jak do żadnego innego:

Za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony, bo golę się wieczorem, śniadanie jadam na kolację, więc tylko wstaję i wychodzę. (…) …i jestem w domu. To znaczy w robocie. I jest za piętnaście siódma. To jeszcze mam kwadrans. To jeszcze sobie obiad jem w bufecie. To po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu i góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się, jem śniadanie i idę spać.

Kierowca bardzo często śpi za dnia, funkcjonuje nocą. Ale nie samo odwrócenie rytmu jest najtrudniejsze, tylko to, że nie ma w tym żadnej regularności. Być może ‒ i paradoksal­­nie ‒ największa powtarzalność występuje w pracy na gabarytach. Tam musisz zmieścić trasę między godziną 22.00 a 6.00. I tak to wygląda przez dwa, trzy dni, a czasem przez dwa, trzy tygodnie. Może się zdarzyć, że kierowca już łapie ten rytm, a wtedy… przychodzi fajrant. Jedziesz na weekend do domu i musisz się znowu przestawić na tryb dzienny, jeśli chcesz normalnie funkcjonować ze swoją rodziną czy przyjaciółmi. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież nie ma problemu, bo skoro wiadomo, że trasa ma być zrobiona nocą, to cały pozostały czas można sobie dowolnie zagospodarować i zaplanować porządny sen. Ale to wcale nie jest możliwe, bo musisz też ogarnąć załadunek i rozładunek, a te najczęściej odbywają się nie w porę, czyli w okolicach południa. W efekcie sen, który dany jest ci tylko za dnia, przerywają konieczne pobudki. Bo kiedy naturalnie stajesz się senny, to akurat masz załadunek albo rozładunek, w czasie którego pracujesz fizycznie na powietrzu, więc siłą rzeczy się rozbudzasz. Potem przychodzi szansa na sen w ramach dziewięciogodzinnej przerwy przed nocną jazdą, ale ty za nic nie możesz zasnąć. Męczysz się i wiercisz, aż przychodzi godzina dwudziesta i wtedy w końcu smacznie zasypiasz. Nie minie chwila i albo budzik, albo ktoś z ekipy budzi cię, bo już czas. Nie ma wyjścia, musisz zacząć pracę.

To jest w ogóle duża uciążliwość, że funkcjonujesz niezgodnie ze swoimi potrzebami, tylko według potrzeb innych. Transport musi się dostosować do oczekiwań praco­dawcy i klienta, ale w drugą stronę to już nie działa: nikt nie ma w zwyczaju dostosowywać się do transportu. Praca musi być zrobiona i nie ma dla kierowcy taryfy ulgowej. Dojechałeś cztery godziny później przez wypadek na autostradzie ‒ okej, ale rozładunek musi się odbyć natychmiast. Złapał cię okres albo parszywy ból głowy ‒ nie ma przebacz, towar musi dotrzeć jeszcze tego samego dnia. Hasło „kierowca niedysponowany” nie istnieje. Czy jest dzień, czy noc ‒ musisz pracować.

Ale jest też druga strona medalu.


Czasem nawet krótka drzemka pomaga się zresetować.


Betonowe słupy, które przez kilka tygodni woziłam do centrum Lipska. Były potrzebne do budowy hotelu.