Mężczyzna na dnie

Tekst
Z serii: Czeskie krymi
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: Vraždy v kruhu. Muž na dně

First published in 2014 by Nakladatelství Paseka

Chopinova 4, Praha 2, Česká republika

Redakcja: Marta Mizuro

Korekta: Magdalena Lalak

Projekt okładki: Kasia Michałkiewicz-Hansen

Skład: Mimi Wasilewska

Zdjęcie na skrzydełku: Vladimír Holomek

Copyright © by Iva Procházková, 2014

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Afera, Wrocław 2016

Copyright © for the Polish translation by Julia Różewicz

All rights reserved

ISBN 978-83-941695-1-0

Wydanie I, Wrocław 2016

www.wydawnictwoafera.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

Dziesięć lat później

Trzy dni przed deszczem

Dwa dni przed deszczem

Dzień przed deszczem

Dzień zapowiadanego deszczu

Dwadzieścia cztery godziny później

Przypisy

Obudził go ból brzucha. Jeśli czegoś naprawdę nienawidził, to nocnych wypraw do toalety. Gorszych nawet od jamnika pani Zapletalovej. Bruno zawsze był na smyczy, dało się więc jakoś uniknąć spotkania z jego wyszczerzonymi kłami. Spotkania z toaletą uniknąć się nie dało. Musiał wstać i iść, chociaż była ciemna noc, a w domu czyhało pełno strachów. Za każdym rogiem, za każdymi drzwiami, wszędzie, gdzie nie sięgał jego wzrok.

Wymacał włącznik światła. Zapalił lampkę na stoliku nocnym, wstał i wyszedł na galerię. W domu panowała absolutna cisza. Musiało być bardzo późno. Wyjrzał przez poręcz, zobaczył przepaść schodów i żołądek mu się ścisnął. To był straszny dom. Słyszał wiele razy, jak dorośli wychwalali dom ojca. Mówili, że jest nowoczesny, inteligentny, oryginalny. Dom doskonały. Ale jak dla Marka był za duży. Odczuwał to szczególnie w nocy. Na szczęście, żeby iść siku, nie musiał złazić na parter, na piętrze była łazienka, ale niewielka to pociecha, bo do niej też bał się chodzić. Jego pokój od łazienki dzieliły aż dwa rogi, za którymi coś mogło się czaić.

– Nie bądź baba! Masz prawie sześć lat! Jesienią idziesz do szkoły! – mawiał ojciec. Miał rację. Marek skończył pięć i pół roku, w styczniu były zapisy, we wrześniu idzie do pierwszej klasy. Ale co to miało wspólnego z chodzeniem do toalety? Przecież do szkoły nie będzie chodził ani w nocy, ani sam. Tylko z Niną. Nina miała prawie jedenaście lat i nie bała się niczego. Nawet Bruna. Kiedy na nią szczekał, łapała go za skórę nad karkiem i też zaczynała ujadać. Była duża i odważna. Marek zdecydował, że obudzi siostrę. Mógłby też iść do Yadiry, na pewno poszłaby z nim do toalety, ale bał się, że w sypialni będzie ojciec. Gdyby dowiedział się, że ciągle ma problem z nocnymi wycieczkami do ubikacji, byłby zły. Chciał mieć odważnego syna. Marek bardzo chciał być odważny. Tylko nie wiedział jak. Strach był silniejszy niż chęci.

Nina spała w pokoju obok. Marek otworzył drzwi, cicho podszedł do łóżka, dotknął ramienia siostry, delikatnie nim potrząsnął. Miała lekki sen.

– Co tam?

– Muszę siku. Chodź ze mną – poprosił krótko. Wiedział, że siostra rozumie jego problem. Był jeszcze pędrakiem. Często nazywała go tak w rozmowach z koleżankami, czasem nawet przedrzeźniała go wtedy, wymawiając „l” zamiast „r”, ale nigdy mu to nie przeszkadzało, bo wiedział, że w gruncie rzeczy mówi to z czułością i że zawsze go obroni. Fakt, siostra darła z niego łacha, ale była jego Obeliksem. Zawsze mógł na niej polegać. Teraz też. Bez słowa podniosła kołdrę, wstała i poszła z nim do łazienki. Ani za pierwszym, ani za drugim rogiem nikt się nie czaił.

Marek opróżniał pęcherz z ulgą i radością. W miarę jak napięcie w podbrzuszu spadało, wracał mu dobry humor. Nina stała w drzwiach, drapała się po plecach i ziewała. Kiedy skończył, zmienili się; ona usiadła na desce, a on stanął w drzwiach.

Cicho wracali przez galerię do swoich pokojów. Nina wciąż ziewała i drapała się po plecach. Coś musiało ją tam bardzo denerwować. Najpierw próbowała dosięgnąć od dołu, potem od góry, przez ramię, ale nie mogła dotrzeć do swędzącego miejsca pomiędzy łopatkami. Marek zaofiarował się, że ją podrapie. Ucieszyła się.

– Trochę niżej, bardziej w lewo! – naprowadzała go szeptem. Kiedy trzymał dłoń na jej plecach, nagle pomyślał, że ją pogilgocze. Gili-gili, jedyna rzecz, w której Marek mógł być górą. Nina miała okropne łaskotki, a Marek znał wrażliwe miejsca na ciele siostry, wystarczyło dotknąć ich koniuszkiem palca i delikatnie przejechać, żeby zwijała się ze śmiechu i piszczała wniebogłosy. W takich chwilach wyjątkowo czuł, że ma przewagę.

Lewą ręką wciąż drapiąc siostrę między łopatkami, uniósł prawą i powoli przeniósł pod pachę. Jeszcze nie dotknął jej skóry, tylko przyszykował palce. Wiedział, że musi trafić między żebra. Nie za głęboko, żeby nie zabolało. Przede wszystkim niespodziewanie. Teraz! Prawa ręka między żebra, lewa szybko pod pachę i jazda! Udało mu się zaskoczyć siostrę. Głośno pisnęła i zaczęła się zwijać. Przycisnęła pachy do ciała i w obronnym geście z całej siły wyrzuciła łokieć w tył. Marek odskoczył. Spodnie od piżamy trochę mu się zsunęły, nogawka wjechała pod stopę, przydepnął ją, potknął się i zatoczył. Puścił siostrę i chciał złapać się poręczy, ale jego ręka trafiła na pustą przestrzeń; stali nad samymi schodami, pod nimi rozpościerały się dwadzieścia dwa żeliwne stopnie; kiedyś je policzył, ojciec kazał je zrobić na miarę, specjalnie do tego doskonałego domu. Marek poczuł uderzenie w ramię, potem w bok, jego kark trzasnął o żeliwną krawędź kolejnego stopnia, co wywołało taki ból, że kolejnych uderzeń już w ogóle nie czuł. Zupełnie bez świadomości upadł na wyłożoną płytkami ceramicznymi podłogę.

Chciała uciec do swojego pokoju przed łaskotkami Marka, kiedy nagle usłyszała jego krzyk. Nie był głośny, ale zmusił ją, by się odwróciła. Zobaczyła, jak ciało brata leci w dół, niczym walizka, która wypadła komuś z dłoni. Uderzał o kolejne i kolejne schodki, po całym domu niosło się złowrogie dudnienie żeliwa. Nina popędziła za nim. Biegnąc, mocno ściskała poręcz, nie tyle ze strachu, że spotka ją to, co Marka, ile z powodu dziwnego skurczu, nad którym nie potrafiła zapanować. Dopadł jej ciało i umysł, wykrzywił twarz w straszliwym grymasie i spalił mózg. Patrzyła na nieruchome ciało brata, widziała krew, która wypływała nie wiadomo skąd i wiła się po jasnych płytkach. Nie czuła nic. Jakby obserwowała własne ruchy, stojąc obok siebie. Zeskoczyła z ostatniego schodka, ukucnęła, wzięła w dłonie twarz Marka, spojrzała na nią. Jego źrenice nie poruszały się, miał dziurę w głowie. Raczej nacięcie. Wąskie, najwyraźniej jednak głębokie. To z niego leciała krew. I z boku ciała. Żywa i tętniąca, barwiła mu górę od piżamy na jasnoczerwono. Krew brata wciąż żyła, on sam już nie. Nina zorientowała się nie tylko po jego skamieniałym wzroku, lecz zwyczajnie to poczuła. Przekazał jej to bez słów. Ich dusze jakby rozmawiały ze sobą. Mówił, żeby poszła na górę, że już mu nie pomoże. Że nikt nie jest w stanie mu pomóc. Mówił, że jest mu przykro z powodu tego, co zrobił. Odpowiedziała mu, że to jej wina, nie powinna była tak mocno walić go łokciem. To nie twoja wina, przecież masz łaskotki, odpowiedział, a Nina musiała przyznać mu rację, to prawda, kiedy ktoś mnie łaskocze, nie panuję nad sobą. Idź na górę, radził jej, zamknij drzwi, połóż się do łóżka i udawaj, że śpisz. Lepiej, żeby nikt cię tu nie znalazł. Nieważne, co powiesz, i tak pomyślą, że się bronisz. Bo ty żyjesz, a ja nie. A ja już nie mogę powiedzieć, jak było naprawdę. Leć!

Nina ułożyła głowę brata na płytkach i mocno wspierając się o poręcz, energicznie ruszyła w górę. Dwadzieścia dwa stopnie, liczyła. Spieszyła się, ale musiała uważać, żeby nie narobić hałasu. W domu panowała cisza, widocznie upadek brata nie obudził dorosłych, albo dopiero się zbierali, żeby wyjść z sypialni. Kiedy była na górze, odwróciła się. Ciało Marka wydawało się bardzo małe, nogi i ręce oglądane z tej wysokości były nienaturalnie krótkie. Pędraku ty, powiedziała bez słów. Mój Obeliksie, odpowiedział, gdy już zamykała drzwi do swojego pokoju. Spojrzała w lustro. Miała krew na falbance koszuli nocnej. Zdjęła ją, zwinęła i schowała pod szafkę. Przebrała się w czystą. Weszła do łóżka. Coś cię boli?, spytała brata. Nie, zapewnił ją, zupełnie nic mnie nie boli. Licz barany.

Naciągnęła kołdrę na głowę i wcisnęła ręce między kolana, żeby tak bardzo się nie trzęsły. Brata nic nie bolało. Zupełnie nic. Nie mogła mu pomóc. Zacisnęła oczy i wyobraziła sobie wzniesiony nad ruchliwą ulicą mostek, który pokonywała codziennie, idąc do szkoły. Przechodziły po nim barany. Zaczęła liczyć: jeden baran, drugi, trzeci…

 

Dom stał na końcu ślepej uliczki, za nim rozciągały się dzikie błonia. Skraj łąk, gdzie za dnia dzieciaki trenowały na torze BMX, a w nocy zjechana niemal na pył, pełna wybrzuszeń ścieżka bielała w ciemności, przypominał jej zatokę Bacuranao i tamtejszą linię wydm. Szumiało tu nawet. Nie był to jednak szum morskich fal, lecz kołysanych przez świeży wiosenny wiaterek sosen. Bacuranao była jedną z najpiękniejszych plaż w okolicy Hawany, jakie Yadira znała. Gdy była nastolatką, spędzała na niej długie godziny. Kładła się na białym piasku, grzała w promieniach słońca, zamykała oczy i wyobrażała sobie inny świat. Świat pełen sklepów i pięknych, wygodnych domów. Świat bez więziennych murów, za którymi ludzie znikali na długie lata. Świat za oceanem. Teraz, kiedy zamykała oczy, wyobrażała sobie Hawanę. Ulicę, przy której mieszkała przez dwadzieścia jeden lat.

– Tęsknisz? – zapytał Kamil. Yadira skinęła głową, chociaż tęsknota to nie było właściwie słowo. Po prostu brakowało jej Hawany. Od samego początku, od chwili kiedy wylądowała na lotnisku Praga-Růzyně i weszła do terminalu, gdzie krople praskiego deszczu ściekały po szybach, a za nimi czekało na nią nieznane miasto, od pierwszych już kroków na tej – nawet jeszcze nie czeskiej, ale przechodniej – ziemi, brakowało jej Hawany.

– Mamy jechać w lato, na wakacje.

– Latem – poprawił ją. Umówili się, że będzie poprawiał Yadirę, żeby nie utrwalała błędów. Chciała mówić perfekt po czesku. Wiedziała, że już teraz, po trzech latach, mówi dużo lepiej niż jej rodaczki, które mieszkały w Czechach od dziesiątek lat. Miała talent do języków. I cel. Chciała studiować prawo. Kamil studiował biologię. Był rok młodszy od Yadiry, dobrze się rozumieli. Mogła swobodnie porozmawiać z nim o wszystkim, co jej ciążyło. O szarej praskiej zimie, która ziębiła do szpiku kości i wypełniała Yadirę poczuciem beznadziei. O twarzach, z których trudno było wykraść uśmiech. O tym, że wszyscy wciąż dokądś pędzili. Nikt nie miał czasu zatrzymać się na pogawędkę, para chismear un poco. Może i nawet znaleźliby czas, ale nie wiedzieli, o czym rozmawiać z Yadirą. Pewnie rozmawiali, ale gdzie indziej, z kimś innym. Przy ulicy, gdzie mieszkała, nikt się do niej nie odzywał. Nawet w przedszkolu, do którego codziennie odprowadzała Marka, kontakt z innymi matkami ograniczał się do „dzień dobry”. Na początku myślała, że jej nie akceptują. Z powodu obcego akcentu, bo jest inna, nie stąd. Z czasem zrozumiała, że zdawkowa komunikacja między ludźmi to w tym kraju norma.

– I co, mąż zgodził się w końcu na te twoje studia? – zapytał Kamil.

– Nigdy mi nie zabraniał studiować. Boi się tylko, że nie będę miała czasu dla dzieci – wyjaśniła. Nie mówiła o tym głośno, ale wiedziała, że Radim ożenił się z nią przede wszystkim po to, żeby opiekowała się dziećmi. Kiedy owdowiał, nie potrafił połączyć ojcostwa z prowadzeniem firmy. Już wtedy, gdy zobaczyła go po raz pierwszy, w twierdzy La Cabana, czuła, że jego wzrok jej nie podziwia, tylko bada. Oprowadzała wycieczkę, Radim słuchał jej wykładu, podczas którego zręcznie unikała wszelkich wzmianek o niedawnej przeszłości El Morro, kiedy to grube mury więziły wrogów socjalizmu, między innymi jej wuja Alberto. Zamiast o tym, opowiadała o zdobywaniu twierdzy przez Anglików, o genialnym projekcie Antonellego, dokładnie tak, jak ją nauczono na kursie dla przewodników. Przez cały czas czuła na sobie wzrok Radima. Nie oceniał jej figury ani twarzy, patrzył inaczej, jakby chciał wiedzieć, co się za nimi skrywa. Nie była zaskoczona, gdy po zwiedzaniu podszedł do niej i zapytał, czy zgodziłaby się wieczorem oprowadzić go po mieście en privado. Zgodziła się, prywatne oprowadzanie po mieście to zawsze jakiś dodatkowy pieniądz. Rzecz jasna, często wiązało się z innymi oczekiwaniami, aún más privadas, ale od tego Yadirze zawsze udawało się wykręcić. Z uśmiechem wyjaśniała cudzoziemcom, że ma narzeczonego. Wcześniej to była prawda, potem już nie. Jej związek z Carlosem – na jej gust zbyt namiętny i niepewny – rozpadł się, teraz była wolna i mogła robić, co chce. A prostytuować się nie chciała. Chodziła czasem z turystami na kieliszek wina lub potańczyć, ale zawsze żegnała się w recepcji hotelu. Z Radimem też. Ale on nie odpuścił, odezwał się ponownie.

– Chcę zostać prawnikiem, jak mój wujek. Bardzo go szanowałam – wyznała Kamilowi. Dokończył papierosa (chociaż dawno skończył osiemnaście lat, palił w tajemnicy przed rodzicami), powoli zawracali. Zastanawiała się, dlaczego właściwie chodzą na te błonia. Przecież równie dobrze mogłaby pogadać z Kamilem przed drzwiami ich domu. Bez problemu mogłaby go zresztą zaprosić do środka – nie mieli nic do ukrycia. Byli sąsiadami, nic poza tym. Rozmawiali, śmiali się. Kamil nigdy nie mówił nie mam czasu. Nie pędził jak reszta. Przypominał Yadirze jej kolegów z Hawany. Może właśnie dlatego lubiła chodzić z nim w miejsce, które przypominało jej Bacuranao.

– Twój wujek nie żyje?

– Zmarł cztery lata temu. Był jeszcze na naszym weselu. Tańczył salsę jak młodziak. – Uśmiechnęła się. – Trochę się upił.

Pobrali się z Radimem w Hawanie, huczne wesele, zeszła się cała jej rodzina. Wśród ogólnej euforii Radim wydawał się spięty, Yadira miała wrażenie, że wciąż ją obserwuje, bada. Jakby chciał ją spytać, czy naprawdę zdoła zatroszczyć się o dwoje dzieci. Miała niecałe dwadzieścia jeden lat. Radim był piętnaście lat starszy.

– Jeśli choć trochę go kochasz, jedź z nim – radził przed ślubem wuj Alberto. – Tutaj nie czeka cię nic dobrego.

– Wuj był więźniem politycznym. Krytykował prawo. Właściwie… – jak zwykle kiedy brakowało jej słowa po czesku, powiedziała je po hiszpańsku: – Constitución.

– Krytykował konstytucję? Dlatego Fidel go zamknął?

– Tak. Zamknął go. I wypuścił. Potem wuj już nic nie krytykował. Już był grzeczny. Ustraszony.

– Zastraszony – poprawił ją Kamil. – Albo wystraszony.

– Wystraszony i zastraszony – odparła. Zdążyli już dojść do furtki. Na ulicy było cicho, w niemal wszystkich domach pogaszone światła. Radim jeszcze nie wrócił. Gdy dzwoniła do niego po kolacji, odpowiadał zdawkowo, najwyraźniej mu przeszkodziła. Znów do późnej nocy siedział w firmie. Yadira nie pamiętała, kiedy ostatnio jedli razem kolację. Kiedy się ostatnio kochali. Kończył duży projekt, zamówienie publiczne, mówił, że musi dotrzymać terminu, inaczej zapłaci ogromną karę. Właśnie w takie samotne wieczory, gdy dzieci już spały, Yadira tęskniła najbardziej. Za Hawaną. Za swoją liczną rodziną. Za przyjaciółmi. Tutaj rozmawiał z nią tylko jeden człowiek. Tym ważniejsze były dla niej chwile spędzone z Kamilem. Dodawały jej sił. Wystarczyło zamienić kilka zdań, trochę się pośmiać, na moment wyobrazić sobie, że na Břevnowie szumi ocean.

– Dobranoc – powiedziała. – Do zobaczenia.

Przytulili się. Ciepło, po przyjacielsku. Czasami zastanawiała się, czy on ma do niej równie koleżeński stosunek, jak ona do niego. Czy przypadkiem nie liczy na coś więcej. Był nieśmiały, raczej by się nie przyznał, przecież nawet rodzicom bał się powiedzieć, że pali.

– Miłych snów – pożegnał się. Przeszedł przez jezdnię i skręcił przy domu pani Zapletalovej w ulicę, przy której mieszkał z rodzicami. Yadira zamknęła furtkę, ruszyła dróżką do głównych drzwi. Latarnia ogrodowa oświetlała bok domu. Yadira w duchu nazywała go palacio. Miodowo-złoty pałac z dużymi oknami i holem, w którym bez problemu mieściło się pięćdziesiąt osób. Pałac marzeń Radima, wzniesiony według jego projektu. Imponująca budowla – znalazła się nawet w katalogu architektury współczesnej. Yadirze dom się podobał, a zarazem budził w niej coś na kształt wyrzutów sumienia.

– Dobrze wybrałaś – powiedziała z uznaniem matka, gdy przyjechała w odwiedziny. Jakby Yadira wyszła za dom. Prawda była inna. Wyszła za człowieka, który oferował jej spokojne życie. Nie pobrali się z wielkiej miłość, tylko z rozsądku. Oboje.

Znalazła klucz, otworzyła drzwi. W przedpokoju paliło się światło, tak jak kiedy wychodziła, wszędzie pachniało ciastem bananowym, które wcześniej upiekła i zostawiła w kuchni do ostygnięcia. Nina i Marek uwielbiali ciasto bananowe. Zapewniali Yadirę, że jeśli cała Kuba jest taka jak to ciasto, natychmiast chcą tam zamieszkać.

– Nie jest taka jak ciasto – mówiła wtedy. – Pod pewnymi względami Kuba jest wspaniała, magníficia, pod pewnymi horrible. – Podczas rozmów z dziećmi często wplatała w wypowiedź słowa hiszpańskie. Podobało im się to. Nina miała szczególną smykałkę do hiszpańskiego, potrafiła powtarzać po Yadirze całe zdania, w ogóle nie musiała pytać, co oznaczają, sama to wyczuwała. Al combate corred ba-yameses, wykrzykiwała z wojowniczą miną.

Zegar w przedpokoju wskazywał wpół do dwunastej. Yadira postanowiła zajrzeć do dzieci, potem zrobi sobie herbatę i chwilę się pouczy. Może doczeka się Radima. Może usiądą na chwilę razem, napiją się wina, porozmawiają, jak kiedyś. Może znów będzie dla niej czuły.

Włożyła domowe sandałki i weszła do holu. Tu też paliło się światło, dochodziło aż do galerii. Yadira zauważyła, że drzwi do pokoju Marka są otwarte. Pewnie poszedł do toalety, pomyślała. A potem go zobaczyła. Leżał pod schodami w kałuży krwi. Yadira krzyknęła. Podbiegła, dotknęła jego dłoni. Była ciepła. Na pewno żyje. Na próżno jednak próbowała wyczuć puls. Nie mógł się zabić, to niemożliwe! Zadarła głowę, nadzieja zaczęła topnieć. Strasznie, strasznie wysoko. Chwyciła telefon i już wybierając numer na pogotowie, pomyślała, że będzie musiała skłamać. Nie może się przyznać, że wyszła z domu. Chociaż oddaliła się tylko na parę minut, to był niewybaczalny błąd. Irresponsabilidad. Nie może się przyznać.

Radim nie był pewien, jak do tego doszło. Poszedł do automatu po kawę, spotkał tam Anetę. Zdziwił się, że jeszcze siedzi w firmie. Powiedziała, że kończy deklaracje za bieżący miesiąc. Chwilę rozmawiali z kubkami w dłoniach. O firmie, rzecz jasna, nic innego ich nie łączyło. Aneta zapytała, czy nie ma jeszcze u siebie jakichś faktur, które mogłaby wrzucić w koszty, obiecał, że sprawdzi. Kiedy tylko wszedł do biura, zabrał się do przerwanej pracy i zapomniał o fakturach. W końcu sama po nie przyszła. Zaczął grzebać w szufladzie, do której zwykle je wkładał, miał tam straszliwy chaos. Aneta pomagała mu oddzielić potrzebne papiery od śmieci. Żartował z siebie, wstydził się za ten bałagan. Odpowiedziała, że nie trzeba znać się na wszystkim, a on akurat nie zna się na księgowości, za to ma inne talenty. Wyraził powątpiewanie co do swoich rzekomych „innych talentów”. Przeżywał kryzys twórczy, mimo którego musiał szybko pracować, bo gonił go czas, wszystko przekładało się na ciągłe podenerwowanie. Aneta położyła mu rękę na ramieniu i uspokoiła, że w firmie wszystko chodzi jak w zegarku. Studio projektowe kwitnie, mają coraz więcej zleceń i spokojnie mogą zatrudnić więcej osób. Nagle Radim zdał sobie sprawę, że Aneta ma rację. Jego firma się zmieniła, tylko on nie zmienił swojego sposobu myślenia. Wciąż myślał wąskotorowo.

– Za dużo na siebie bierzesz – powiedziała Aneta. – Jeśli zatrudnisz więcej ludzi, będą mogli robić za ciebie nudne projekty, a ty skupisz się na tych najciekawszych, które cię kręcą. – Wtedy miała już obie ręce na jego ramionach, a Radim nagle zorientował się, że obejmuje ją w talii. Jej obecność uspokajała go, a zarazem podniecała. Przypomniał sobie, że kiedy przyjmował Anetę do pracy, wybrał ją zamiast innej dziewczyny po ekonomiku, która miała większe doświadczenie, ale za to krótsze i brzydsze nogi. Wygląd zewnętrzny zawsze był dla niego niezwykle ważny. I w przypadku budynków, i w przypadku kobiet. Nie wystarczyło, że są funkcjonalne, musiały być przyjemne dla oka. Wstał i zamknął drzwi.

Dotąd używał swojego biura wyłącznie do pracy, nie miał kanapy, musieli improwizować. Może właśnie dlatego seks przyniósł mu tyle satysfakcji. Nic nie było przygotowane, zaplanowane, pełen spontan. Także chwile „po” przebiegały tak, jak lubił. Aneta w milczeniu wciągnęła spódnicę, wzięła z biurka potrzebne faktury, pocałowała Radima w policzek i wyszła. Nie chciała z nim rozmawiać. Przez moment zastanawiał się, czy nie powinien jednak pójść do niej i jakoś skomentować całej sytuacji, ale koniec końców stwierdził, że byłoby z tego więcej szkody niż pożytku.

Znów pogrążył się w pracy. Jakieś pół godziny później zadzwonił telefon. Zerknął na wyświetlacz: Yadira. Zdenerwował się. Przecież już dzwoniła, po kolacji. Dała mu do telefonu Marka i Ninę, pytał, jak się czują, co dzisiaj robili. Marek opowiadał, że ząb mu się rusza, Nina o jakiejś walce o terytorium z Brunem, psem sąsiadki. Potem dzieci oddały telefon Yadirze. Pytała Radima, kiedy wróci. Odpowiedział, że za jakieś trzy godziny. Że postara się być jak najwcześniej, ale nie obiecuje. Gdy się rozłączali, wyczuwał jej rozczarowanie. Potrzebowała więcej uwagi. Chciała, żeby spędzali razem więcej czasu. Nie potrafił jej tego dać. W jego życiu praca zawsze była na pierwszym miejscu. Powiedział o tym otwarcie już Lízie, swojej pierwszej żonie. Líza bardzo chciała mieć dzieci, Radim nie miał nic przeciwko, ale uzgodnili warunki: nigdy nie będzie zaangażowanym tatusiem, który siedzi w domu z dziećmi. Ma pracę, dzięki której może zarobić na godne życie swojej rodziny. Ale musi mieć na tę pracę czas i święty spokój. Líza to rozumiała i rozsądnie się przystosowała. Yadira była inna. Miał wrażenie, że ta dziewczyna realizuje się dopiero poprzez kontakt z otoczeniem. W domu, na Kubie wiecznie otaczał ją krąg znajomych, krewnych, bez przerwy o czymś rozmawiali, dyskutowali. Bez przerwy wymieniali poglądy. Tu była skazana na siebie. Uważał, że to nic złego. Miała dwadzieścia cztery lata, Radim w tym wieku już bardzo dobrze wiedział, czego chce i uparcie dążył do celu. Wydawało mu się, że Yadira też wie, czego chce. Dlatego za niego wyszła. Był jej paszportem i promesą dewizową w jednym.

 

Nie odebrał telefonu. Kiedy był na Kubie, na misji gospodarczej, z której koniec końców nie wynikły żadne interesy dla jego firmy, i zobaczył Yadirę po raz pierwszy, wydawało mu się, że widzi w jej twarzy pewne podobieństwo do twarzy Lízy, szczególnie płaskie czoło, cechujące osoby pragmatyczne. I rzeczywiście, Yadira była oszczędna i miała wrodzone zamiłowanie do porządku, ale w przeciwieństwie do Lízy była też ambitna. Chciała studiować prawo. Uważał, że to niezbyt rozsądne. Sugerował jej, żeby lepiej zrobiła magisterium z hiszpańskiego i angielskiego, poradziłaby sobie bez trudu i nie musiałaby poświęcać tyle czasu na naukę, ale wuj Alberto, jej wielki autorytet, był swego czasu znanym na Kubie prawnikiem i Yadira uparła się, że pójdzie w jego ślady. Zawzięcie trzymała się swojego planu. Kto wie, może w marzeniach drukowała już wizytówki: mec. Yadira Beranová. W Hawanie nie przyjęli jej na studia, więc to tutaj próbowała coś udowodnić. Pytanie komu?

Znów odezwał się telefon. Tym razem SMS. Zadzwoń! Radim lekko się zaniepokoił. Yadira ewidentnie miała problem, którego nie umiała rozwiązać sama. Wybrał numer, rozważając, co się mogło stać. Może znowu alarm. W zeszłym tygodniu sam się włączył, wcześnie rano, Radim był jeszcze w domu i szybko udało mu się usunąć usterkę. Ale jeżeli system zaczął wyć teraz, o północy, a Yadira nie wiedziała, jak go wyłączyć, mogła wpaść w panikę.

– Coś się stało? – zapytał, kiedy tylko odebrała.

– Marek…– Z tonu jej głosu zrozumiał, że nie chodzi o alarm ani podobną błahostkę. Zorientował się też po tym, jak oddychała. Zdawało mu się, że szlocha.

– Co Marek?

– Spadł…

Płakała. Teraz był już tego pewien.

– Skąd spadł?

Wiedział, wiedział, nim odpowiedziała. Jego syn spadł z galerii. Szedł do toalety, jak zwykle się bał, może nawet biegł, żeby szybciej mieć za sobą znienawidzoną drogę, w panice potknął się i…

– Zzze… ze… schodów – szlochała Yadira. A potem powiedziała to, co od początku przeczuwał: – Marek… nie żyje.

Zdrętwiał, poczuł, że na całym ciele wyskakuje mu gęsia skórka. Ciało zareagowało na wiadomość szybciej niż rozum. Dopiero po chwili zrozumiał, że do tragedii doszło w chwili, kiedy zastanawiał się, czy ma wziąć Anetę na biurku, czy na podłodze. Na drugim końcu telefonu Yadira zupełnie przestała tłumić szloch. Płakała głośno i rozpaczliwie.

– Pogotowie już jedzie i…

– Zaraz będę – powiedział. Szybko wyszedł z biura, pobiegł do windy. Wiedział, że wszystko, co właśnie robi, i wszystko, co zrobi w najbliższym czasie, robi nie w porę. Pośpiech, by jak najszybciej dotrzeć do domu, stracił sens. Powinien być w domu godzinę temu. Powinien siedzieć z żoną w swoim wygodnym domu, rozmawiać z nią, o czym by tylko chciała, powinien zaprowadzić swojego syna do ubikacji, albo przynajmniej wypędzić z kątów wszystkie duchy, których się bał, powinien być ze swoją rodziną. Popełnił błąd, którego nie naprawi już żaden pośpiech. Dopadły go tak silne wyrzuty sumienia, że poczuł fizyczny ból. Jego intensywność po chwili trochę osłabła, ale nie zniknął. Radim wiedział, że od tego momentu ból będzie jego nieodłączną częścią.