Magia zmieniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria z Kate Daniels

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Epilog

Podziękowania

Ilona Andrews

Seria o Kate Daniels

Seria o Mercedes Thomson

Karta redakcyjna

Okładka


Seria z Kate Daniels:

1 Magia kąsa

2 Magia parzy

3 Magia uderza

4 Magia krwawi

5 Magia zabija

6 Magia wskrzesza

7 Magia niszczy

8 Magia zmienia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Przemierzałam skąpane nocą ulice Atlanty na oślicy rasy mammoth. Oślica nazywała się Kruszynka, mierzyła ponad dwa metry razem z uszami, a jej czarno-biała sierść pozwalała wierzyć, że kiedyś napadła krowę w ciemnej alejce i ukradła jej ubranie. Natomiast mój poplamiony krwią strój pozwalał wierzyć, że miałam za sobą ciekawy wieczór. Większość wierzchowców obawiałaby się wziąć na grzbiet człowieka w tak zakrwawionych ciuchach, ale Kruszynka nie protestowała. Albo jej to nie ruszało, albo myślała pragmatycznie i wiedziała, kto daje jej marchewki.

Miasto rozpościerało się przede mną, ciche, opuszczone i przesycone mocą, rozwijając swe uliczki niczym kwiat pędy w świetle księżyca. Tej nocy magia przepływała przez Atlantę wartko niby nurt widmowej rzeki – rozlewała się po mrocznych zakamarkach i budziła głodne potwory o długich zębach i świecących ślepiach. Każdy rozsądnie myślący człowiek po zmroku chował się za wzmacnianymi drzwiami. Niestety, rozsądek nigdy nie był moją mocną stroną. Kopyta Kruszynki dźwięcznie stukały o bruk, a nocne cienie obserwowały nas łapczywym wzrokiem. Odwzajemniałam ich spojrzenie. Zabawmy się w najlepszego zabójcę. Mój miecz i ja uwielbiamy tę grę.

Żaden z potworów nie dał się sprowokować. Może ze względu na mnie, a może dlatego, że większość poruszała się równolegle ze mną. Wyczuwały kogoś jeszcze. Ukrywały się z nadzieją, że je ominie.

Dochodziła północ. Miałam za sobą długi dzień. Bolały mnie plecy, moje ciuchy cuchnęły krwią i marzyłam o gorącym prysznicu. Wczoraj upiekłam dwie szarlotki i byłam prawie pewna, że ostał się dla mnie przynajmniej jeden kawałek. Mogłabym zjeść go do herbaty przed snem...

W moim umyśle rozbłysła irytująca iskra magii. Wampir. Wspaniale.

Iskra zabzyczała jak wściekły komar i się przybliżyła. Patogen Immortuus, wirus odpowiedzialny za wampiryzm, zabijał świadomość zarażonych i zamieniał ich w puste skorupy napędzane niepohamowaną żądzą krwi. Pozostawiony sam sobie wampir polował i mordował, a kiedy kończyły mu się ofiary, umierał z głodu. Ten konkretny krwiopijca nie mógł swobodnie siać zniszczenia, gdyż jego jałowy mózg pozostawał w telepatycznym uścisku nekromanty. Nekromanta – albo nawigator, jak zwykliśmy ich nazywać – siedział w odległym pomieszczeniu i kontrolował wampira niczym zdalnie sterowany samochodzik. Nawigator słyszał jego uszami, widział jego oczami, a kiedy przemawiał – przemawiał jego ustami.

Krwiopijca napotkany tak daleko na południe od centrum musiał należeć do Rodu, dziwacznej hybrydy korporacji i placówki badawczej, której personel zajmował się studiowaniem nieumarłych i zarabianiem na boku. Ród unikał mnie jak zarazy. Dwa miesiące temu odkryli, że człowiek odpowiedzialny za powstanie ich organizacji, niemal nieśmiertelny czarownik z boskimi mocami i legendarną magią, przypadkiem był moim ojcem. Mieli delikatny problem z przetrawieniem tej informacji. Więc ten wampir nie przyszedł tu po mnie.

Chociaż... Znałam większość tras patrolowych Rodu, a ten krwiopijca zdecydowanie zboczył z kursu. O co tu chodzi, do diabła?

Nie. Nie mój cyrk, nie moje nieumarłe małpy.

Poczułam, jak wampir skręca i rusza prosto na mnie.

Dom, prysznic, szarlotka. Może jeśli będę powtarzać te słowa jak mantrę, w końcu zamienią się w rzeczywistość.

Dystans między nami się zmniejszył. Dom, prysznic...

Nieumarły zeskoczył z dachu najbliższego dwupiętrowego budynku i wylądował obok mnie. Pod grubą skórą wychudzonej kreatury wyraźnie rysowały się mięśnie, jakby ktoś skonstruował model człowieka z drutu i pokrył go cienką jak papier warstwą gumy.

Cholera.

Wampir rozwarł szczęki i przemówił głosem Ghasteka:

– Trudno cię znaleźć, Kate.

Proszę, proszę. Odwiedził mnie sam szef atlanckiej filii Rodu. Ukłoniłabym się, ale byłam zbyt zmęczona, żeby zsiadać z oślicy, no i miecz na plecach mógłby zawadzać.

– Mieszkam na przedmieściach i prawie co wieczór wracam do domu na noc. Mój firmowy numer figuruje w książce telefonicznej.

Wampir przechylił głowę, naśladując Ghasteka.

– Nadal jeździsz na tym potworze?

– Możesz go zdeptać – poinformowałam Kruszynkę. – Masz moją zgodę.

Kruszynka zignorowała nas oboje i bezczelnie wyminęła wampira. Nieumarły obrócił się sprawnie i zrównał tempo.

– Gdzie twoja... druga połówka?

– W pobliżu. – Curran nigdy nie odchodził zbyt daleko. – A co, martwisz się, że złapie nas na tym romantycznym rendez-vous?

Wampir zamarł.

– Co?

– Spotykasz się ze mną potajemnie w samotnej uliczce w środku nocy...

Gdyby głos Ghasteka mógł ciąć, pokroiłby mnie na plasterki.

– Twoje próby żartowania są wielce niepokojące.

Hi, hi.

– Zapewniam cię, że przychodzę do ciebie tylko i wyłącznie w interesach.

– Jasne, przystojniaczku.

Wampir wybałuszył oczy. Siedzący głęboko w czeluściach Kasyna Ghastek z pewnością dostawał ataku serca z wściekłości.

– Co robisz w mojej okolicy? – zapytałam.

– Technicznie rzecz biorąc, całe miasto jest twoją okolicą – odparł Ghastek.

– Prawda.

Dwa miesiące temu mój ojciec postanowił przeprowadzić pełen dramaturgii rytuał i przejąć Atlantę. Próbowałam go powstrzymać z równą dramaturgią. On wiedział, co robi, ja nie. Przez przypadek przejęłam miasto zamiast niego. Nadal nie byłam do końca pewna, na czym polegało owo przejęcie, ale najwyraźniej oznaczało, że stałam się obrończynią Atlanty i bezpieczeństwo miasta spoczywało teraz na moich barkach. W teorii magia miasta miała mnie karmić i ułatwiać mi zadanie, ale za Chiny nie wiedziałam, jak to działa. Do tej pory nie poczułam żadnej różnicy.

– Słyszałam, że awansowałeś. Nie masz pachołków, którzy mogą załatwiać za ciebie trywialne sprawy?

Wampir łypnął na mnie, wyginając twarz w przerażającym grymasie. Ghastek musiał się skrzywić.

– Myślałam, że będziesz zadowolony – stwierdziłam. – Chciałeś być szefem.

– Tak, ale teraz muszę użerać się z tobą. Zwrócił się do mnie osobiście.

 

Pełen czci ton, jakim to powiedział, świadczył, iż mógł mieć na myśli tylko jedną osobę: Rolanda, czyli mojego ojca.

– Uważa, że możesz mieć opory przed zabiciem mnie, przez wzgląd na to, co razem przeszliśmy – ciągnął Ghastek. – Co daje mi kwalifikacje, by kierować Rodem na twoim terytorium.

Gdybym okazała strach, jaki odczuwam na samą myśl o tym, że mam terytorium, zrujnowałabym swoją reputację Obrończyni Miasta.

– Mam z tobą współpracować. Więc w duchu współpracy informuję cię, że nasze patrole zauważyły dużą grupę ghuli zmierzającą w stronę Atlanty.

Ghule oznaczały kłopoty. Infekcja, inkubacja i transformacja przebiegały u nich podobnie jak u wampirów i zmiennokształtnych, ale jak do tej pory nikomu nie udało się ustalić, co tak naprawdę wywoływało przemianę w ghula. Te inteligentne, nadnaturalnie szybkie i agresywne kreatury żywiły się ludzką padliną. W przeciwieństwie do wampirów, które do pewnego stopnia przypominały, ghule zachowywały część swojej dawnej osobowości i zdolności racjonalnego myślenia – szybko domyśliły się, że najlepszym sposobem na zdobycie padliny jest zmasakrowanie garstki ludzi i odczekanie, aż zwłoki zgniją na tyle, by dało się je skonsumować. Ghule przemieszczały się w małych stadach liczących od trzech do pięciu osobników i atakowały niewielkie, odizolowane skupiska ludności.

– Jak dużą? – spytałam.

– Ponad trzydzieści ghuli – odrzekł.

To nie grupa, tylko przeklęta chmara. W życiu nie słyszałam o tak wielkim stadzie ghuli.

– Od której strony idą?

– Od starej autostrady przy Lawrenceville. Masz jakieś pół godziny, zanim wejdą do Northlake. Powodzenia.

Wampir zniknął w mroku nocy.

Jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej Northlake znajdowałoby się pięć minut drogi stąd. Teraz od tej części miasta dzielił mnie labirynt ruin. Naszym światem targały fale magii. Przyszły bez ostrzeżenia kilka dekad temu, wraz z wywołaną przez magię apokalipsą nazywaną Przesunięciem. Kiedy magia zalewała świat, nie oszczędzała nikogo. Tłumiła elektryczność, strącała z nieba samoloty, przewracała wysokie budynki. Rozsadzała asfalt od środka i wypluwała potwory. A potem, jak gdyby nigdy nic, znikała i pozwalała nam znów korzystać z pistoletów i innych gadżetów.

Gdy pierwsza fala magii wywołała katastrofalne zniszczenia, Atlanta się skurczyła. Ludzie szukali bezpieczeństwa w grupie, dlatego większość dzielnic na przedmieściach takich jak Lawrenceville stała opuszczona. Kilka odizolowanych społeczności wciąż zamieszkiwało Tucker, ale ci, którzy się tam osiedlili, wiedzieli, czego się spodziewać po przesiąkniętej magią dziczy, i spokojnie mogliby załatwić stado ghuli. Za to niecałe osiem kilometrów stąd znajdowało się Northlake – gęsto zaludniony obszar naszpikowany podmiejskimi domkami, otoczony płotem wysokim na trzy metry i zwieńczonym drutem kolczastym, wzdłuż którego rozmieszczono wieże obserwacyjne. Strażnicy pewnie poradziliby sobie z kilkoma ghulami, ale nie mieli szans z szybko poruszającym się stadem trzydziestu osobników. Stwory pokonałyby płot w ciągu kilku sekund, wymordowały strażników i zrobiły z dzielnicy rzeźnię.

Wiedziałam, że władze miasta nie pomogą. Zanim znalazłabym działający telefon i przekonała Wydział Kontroli Zjawisk Paranormalnych, że w kierunku Atlanty zmierza horda ghuli, Northlake już dawno zmieniłoby się w nieograniczony bufet.

Wielki ciemny kształt przemknął po dachach i przeskoczył przepaść między dwoma budynkami. Światło gwiazd uchwyciło go na jedną zapierającą dech w piersiach sekundę, rzucając blask na umięśniony tors, cztery potężne łapy i ciemnoszarą grzywę. Poczułam, jak jeżą mi się włoski na karku. Ten kadr wyglądał, jakby sama noc rozwarła szczęki i wypluła prehistoryczną kreaturę, istotę zrodzoną z ludzkiego strachu i głodnych zwierzęcych ryków wybrzmiewających w ciemności. Mignął mi dosłownie przez moment, ale jego obraz zapisał się w mojej pamięci niczym wyryty w kamieniu, a ciało od razu zrozumiało, że on jest drapieżnikiem, a ja ofiarą. Znałam go od trzech lat, lecz ten instynkt nigdy mnie nie opuszczał.

Bestia wylądowała, skręciła na północ i zniknęła w mroku, kierując się ku Northlake.

Zamiast zwiewać gdzie pieprz rośnie jak każdy normalny człowiek, szturchnęłam Kruszynkę, pospieszając ją, póki nie puściła się galopem. Kobieta nie powinna pozwalać swojemu narzeczonemu walczyć z ghulami w pojedynkę. Tak się po prostu nie robi.


Ujrzałam przed sobą opuszczoną przestrzeń Lawrenceville. Droga przecinała niskie wzgórze, ściany kamieni podtrzymywały zbocze z obu stron. Zatrzymałam się u jego stóp, w miejscu, gdzie skarpa przechodziła w rozległe, całkowicie płaskie pole. Właściwie mogłam stanąć gdziekolwiek.

Powoli rozciągnęłam szyję. Przywiązałam Kruszynkę do drzewa kilometr wcześniej. Normalnie ghule by się nią nie zainteresowały, ale pachniała mną i jakiś stwór mógłby próbować rozerwać oślicę na strzępy z czystej złośliwości.

Księżyc wyłonił się zza chmur i oświetlił pola. Nocne niebo wisiało niemożliwie wysoko, a gwiazdy lśniły jak diamenty na tle jego lodowatej głębi. Czułam chłodną bryzę, która szarpała mój warkocz i ubranie. Był początek marca – wczesna wiosna przyszła nagle i przyniosła ze sobą ciepło, ale w nocy zima wciąż obnażała swoje kły.

Kiedy ostatni raz zapuszczałam się tak daleko, byłam Małżonką – Damą Alfa Gromady, największej grupy zmiennokształtnych na Południu. Te dni miałam już za sobą, a trudno pokonać trzydzieści ghuli bez wsparcia. Na szczęście dla mnie, wciąż dysponowałam najlepszym wsparciem w mieście.

Kiedy przejęłam Atlantę, magia stworzyła granicę. Czułam ją piętnaście metrów przed sobą – niewidzialną linię demarkacyjną. Powinnam była przyjść zbadać granicę wcześniej, ale pochłaniały mnie próby odseparowania się od Gromady, ogarnianie nowego domu i tyranie do upadłego, bo nasze oszczędności musiały się kiedyś skończyć. Jednak udawanie, że przejęcie nigdy się nie wydarzyło, nie przyniosło mi nic dobrego.

Coś poruszyło się w oddali. Skupiłam wzrok. Horyzont lekko falował. Po chwili fale zmieniły się w pojedyncze kształty, nadciągające w moją stronę dziwnymi, szybkimi susami. Stwory podpierały się na rękach jak goryle, ale nie biegły do końca na czterech łapach.

Rany. Sporo tych ghuli.

Czas na przedstawienie. Sięgnęłam za plecy i wyciągnęłam Królową z pochwy. Matowa, niemal biała klinga zalśniła w blasku księżyca. Ostra jak brzytwa broń jednosieczna stanowiła krzyżówkę prostego miecza z tradycyjną szablą, a delikatnie zakrzywione ostrze sprawiało, że idealnie nadawała się zarówno do cięcia, jak i do pchnięć. Królowa była szybka, lekka i giętka, i właśnie czekał ją niezły trening.

Zniekształcone kreatury nadal nadchodziły. Mieć świadomość, że zbliża się do ciebie trzydzieści ghuli, to jedno. Zobaczyć na własne oczy, jak pędzą w twoją stronę, to co innego. Iskra instynktownego strachu przeszyła mnie, wyostrzając mój wzrok, i rozpłynęła się, ustępując miejsca skupionemu spokojowi.

W odpowiedzi cienkie strużki pary uniosły się z klingi Królowej. Obróciłam miecz w ręku, rozgrzewając nadgarstek.

Horda zmniejszała dystans. Jakim cudem ciągle pakowałam się w takie rzeczy?

Wyszłam im naprzeciw, celując mieczem w dół. W kontaktach towarzyskich nie radziłam sobie wybitnie, ale zastraszać potrafiłam.

Stwory mnie zauważyły. Pierwszy szereg zwolnił, ale ostatnie rzędy wciąż biegły z pełną prędkością. Masa ghuli zbiła się jak fala uderzająca o skałę i wreszcie zahamowała z piskiem tuż przed granicą. Stanęliśmy – ja po jednej stronie magicznej bariery, ghule po drugiej.

Były szczupłe i umięśnione. Miały nieproporcjonalnie potężne ręce i długie, łopatowate dłonie o palcach zwieńczonych krótkimi, zakrzywionymi pazurami. Kościste wypustki, coś na kształt niedużych guzkowatych rogów, przebijały ich skórę w losowych miejscach na plecach i ramionach. Rogi były mechanizmem obronnym. Gdy ktoś próbował wyciągnąć ghula z jego nory, klinowały się w ziemi. Nawet wilkołak o nadludzkiej sile miałby problem z wyrwaniem stwora z gruntu. Widywałam rogi długie na dziesięć centymetrów, ale większość wypustków zdobiąca ciała tłumu przede mną nie wyrosła wyżej niż na dwa. Skóra na torsach, szyjach i twarzach ghuli miała ciemnoszary odcień, widywany zazwyczaj w kamuflażu wojskowym, na tułowiach dało się dostrzec małe błotnistobrązowe plamki. Gdyby nie bladożółty blask tęczówek, kreatury całkowicie wtopiłyby się w krajobraz.

Żaden nie wyglądał na słabego, okaleczonego ani wygłodzonego. Los mi nie sprzyjał. Musiałam wymyślić strategię – i to szybko.

Ghule obserwowały mnie dziwnie skośnymi oczami. Wewnętrzne kąciki opadały znacznie niżej niż zewnętrzne.

Czekałam. Gdy tylko człowiek się odzywa, staje się mniej onieśmielający, a ja zamierzałam onieśmielać. Jako istoty rozumne, ghule potrafiły odczuwać strach. Potrzebowałam nawet najmniejszej odrobiny przewagi, na jaką mogłam liczyć.

Wielki ghul utorował sobie drogę na przód stada. Dobrze odżywiony, muskularny osobnik nachylił się nade mną. Gdyby się wyprostował, mierzyłby ponad dwa metry. Ważył co najmniej sto kilogramów – same mięśnie i ostre pazury. Brązowe ślady na jego plecach były niemal niedostrzegalne. Zamiast nich w oczy rzucały się jasno- i ciemnoszare paski biegnące wzdłuż boków stwora.

Ghul zakołysał się na piętach. Kiedy jego twarz dotknęła granicy, odsunął się i na mnie spojrzał. Nie wiedział, co wyczuwa, ale zdawał sobie sprawę, że granica jest w jakiś sposób ze mną związana.

Niektóre ghule zajmowały się zbieraniem padliny. Nie robiły nikomu krzywdy i czasem nawet zatrudniano je zarobkowo. Żyliśmy w niebezpiecznym świecie. Ciała często lądowały pod gruzami lub kończyły zbyt zmasakrowane, by rodzina mogła zidentyfikować zwłoki. Zbiorowe groby stanowiły przepis na katastrofę. Ludzkie ciała wydzielały magię nawet po śmierci i nie dało się stwierdzić, co następna fala magii zrobi z grupową mogiłą. Najczęściej szczątki poddawano kremacji, ale czasami władze miasta najmowały ghule do posprzątania całego bałaganu. Tak było szybciej i taniej.

Mogłam się założyć, że ta horda nie zaliczała się do licencjonowanych zbieraczy, ale musiałam mieć absolutną pewność.

Ghul nadal się na mnie gapił. Posłałam mu swój najlepszy psychotyczny uśmiech.

Zamrugał żółtawymi ślepiami, naprężył mięśnie jak pies szykujący się do skoku i powoli, z premedytacją rozciągnął usta w szerokim uśmiechu. O tak, pokaż mi swoje wielkie zębiska, chłoptasiu.

Przednią część szczęki ghula zdobił rząd grubych, ostrych kłów. Trzonowce przypominały raczej ostrza o pofałdowanych krawędziach.

Mam cię.

Rozwarł usta szerzej i odezwał się szorstkim, chrapliwym tonem:

– Kim jesteś?

– Zawróć w tej chwili, a daruję ci życie.

Zamknął paszczę. Widocznie nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Kate Daniels, królowa niespodzianek. Spokojnie, dopiero się rozkręcam.

– Jesteśmy licencjonowaną ekipą sprzątającą – oznajmił.

– Nie.

Pół kilometra za ghulami pole przeciął ciemny kształt, tak cichy, że przez sekundę zdawało mi się, iż go sobie wyobraziłam. Mój umysł nie mógł pojąć, w jaki sposób tak ogromna istota mogła poruszać się tak bezszelestnie. Cześć, kochanie.

Stwory go nie zauważyły. Były uwarunkowane, by zwracać uwagę na ludzkie mięso. Stojąc naprzeciwko nich, stanowiłam łatwy, przyjemny cel.

Przywódca obrócił się lekko, ukazując tatuaż na lewym ramieniu: „Kolumbia, K. Płd. 014”. Lokalizacja i numer licencji. Myślał, że urodziłam się wczoraj.

– Jesteśmy pokojowo nastawioną grupą – upierał się.

– Jasne. Przyszliście tylko pożyczyć szklankę cukru i zaprosić ludzi do waszego kościoła.

– Wtrącasz się w oficjalne miejskie sprawy. To dyskryminacja.

Ciemny kształt wskoczył na drogę i pomknął w naszą stronę. Musiałam kupić mu trochę czasu, żeby zdążył zbliżyć się na tyle, by zaatakować.

Spojrzałam na przywódcę hordy.

– Wiesz, co sprawia, że ghule są wyjątkowe? Wasza zdolność adaptacji nie ma sobie równych. Potraficie przystosować ciało do otoczenia szybciej niż dziewięćdziesiąt dziewięć procent organizmów występujących w naturze.

Mój ulubiony potwór skradał się na wielkich łapach.

Uniosłam miecz i oparłam matowe ostrze na ramieniu. Cienkie strużki pary kłębiły się wokół klingi Królowej – broń wyczuwała kłopoty i rwała się do walki.

 

– Powiem ci, co widzę. Zmieniłeś kolor z brązowego na szary, bo już nie musisz zlewać się z ziemią. Po paskach wnioskuję, że spędzasz dużo czasu, poruszając się po lesie. Masz krótkie rogi, bo przestałeś chować się w swojej norze.

Ghule przesunęły się bliżej. Ich oczy zalśniły. Nie podobał im się kierunek, w jakim zmierzała ta rozmowa.

– Twoje pazury nie są długie i proste, przystosowane do kopania. Są ostre i zakrzywione, idealne do rwania mięsa.

Ghule obnażyły zęby. Wiedziałam, że zaraz się na mnie rzucą. Musiałam je zagadywać.

– Twoje piękne kły też się zmieniły. Nie są wąskie i pofałdowane, ale mocne, grube i ostre. Takich zębów potrzebują stwory, by przytrzymać w paszczy wyrywającą się ofiarę. A twój tatuażyk zdezaktualizował się dwa lata temu. Teraz wszystkie licencjonowane ghule w Kolumbii pod numerem licencji mają wytatuowany rok.

Stwory stały w absolutnej ciszy. Ich oczy skupiały się na mnie niczym dziesiątki maleńkich księżyców. Jeszcze kilka sekund...

– Zabij ją – rzucił jeden z nich. – Musimy się spieszyć.

– Zabij ją. On czeka – dodał drugi.

– Zabij ją. Zabij ją.

W ich głosach brzmiała desperacja. Działo się coś dziwnego.

– Kto czeka? – zapytałam.

– Zamknij się! – warknął przywódca.

Nachyliłam się do przodu i prześwidrowałam go wzrokiem.

– Zaokrągliłeś się. Napadasz na wioski i tyjesz, bo obżerasz się ofiarami. Dałam ci szansę, by odejść. Teraz już za późno. Zapamiętaj ten moment. Popatrz na gwiazdy. Odetchnij chłodnym powietrzem. To twoja ostatnia noc. To twoje ostatnie oddechy. Zabiję was wszystkich.

Obnażył zęby w kpiącym uśmiechu, porzucając pozory.

– A gdzie twoja armia?

Przyciągnęłam do siebie magię. Wiedziałam, że to zaboli. Zawsze boli.

– To największa zaleta lwołaków: nie potrzeba armii. Wystarczy jeden.

Ghul wykrzywił twarz.

– Nie jesteś lwołakiem, kupo mięsa.

– Ja nie. – Wskazałam brodą za nich. – Ale on tak.

Przywódca hordy się obrócił.

Z ciemności patrzyła na niego para złotych oczu. Ogromna bestia rozwarła pysk i ryknęła. Zanim go poznałam, nigdy nie słyszałam prawdziwego lwiego ryku. Brzmiał jak grzmot. Ogłuszający, drapieżny, mrożący krew w żyłach grzmot, który przerywał łączność między logiką a neuronami. Był tak potężny, że na jego dźwięk wzdrygały się setki zmiennokształtnych. Skowyt wilka w środku nocy sprawiał, że włoski jeżyły się na karku, ale ryk lwa przeszywał ciało i duszę i kazał przeciwnikowi zastygnąć w bezruchu.

Ghule zatrzymały się jak zaklęte.

Otwarłam usta i wycedziłam słowo mocy:

– Osanda. – Na kolana.

Słowa mocy wywodziły się z dawno zapomnianej epoki. Ich starożytnej sile podporządkowywała się sama magia. Niewielu ludzi wiedziało o słowach mocy, a jeszcze mniej potrafiło ich używać, ponieważ żeby nauczyć się słowa mocy, należało je przyswoić. Uczynić je własnym albo umrzeć. Znałam kilka takich słów, o wiele więcej niż ktokolwiek, kogo spotkałam na swojej drodze, lecz nawet za użycie jednego płaciłam wysoką cenę. Mój ojciec władał językiem mocy płynnie i bezkarnie. Słowa go nie raniły, ale ja zawsze ponosiłam konsekwencje.

Magia wyrwała ze mnie strumieniem. Przygotowałam się na znajome szarpnięcie bólu. Moc uderzyła mnie rykoszetem, rozdzierając wnętrzności, ale tym razem coś musiało ją osłabić, bo nie odczułam tej samej palącej agonii co zwykle.

Moc grzmotnęła w skamieniałe ze strachu ghule. Łokcie i kolana chrupnęły w harmonii i stwory opadły na asfalt. Kupiłam sobie przynajmniej dziesięć sekund. Gdyby fala magii była silniejsza, połamałabym im kości.

Zamachnęłam się mieczem. Królowa dotknęła kościstej szyi ghula, przecinając chrząstkę i grubą skórę jak nóż masło. Zanim martwe ciało zdążyło runąć na ziemię, pchnęłam ostrze w pierś drugiego ghula. Poczułam, jak koniuszek Królowej przebija twardą kulkę serca stwora.

Skóra lwa zafalowała i bestia poderwała się na tylne łapy. Kości rozciągnęły się, a zmieniony szkielet oplotły potężne mięśnie. Wystarczyła sekunda, by nowy potwór rzucił się do przodu, koszmarna mieszanka lwa i człowieka, mierząca ponad dwa metry wzrostu, złożona z przykrytych szarym futrem stalowych mięśni i potwornych, zakrzywionych pazurów. Ghul skoczył na lwołaka, ten zaś złapał stwora za gardło i potrząsnął nim, jakby wyżymał mokry ręcznik. Przerażający trzask rozniósł się echem po nocnym pustkowiu. Ciało ghula zwiotczało.

Przecięłam trzeciego potwora na pół i poderżnęłam gardło czwartemu.

Reszta przebudziła się z letargu. Horda ruszyła prosto na nas. Lwia bestia wzięła zamach i wypatroszyła kreaturę jednym precyzyjnym cięciem. Bebechy wylały się na drogę. Gorzki smród krwi w połączeniu z charakterystycznym kwaśnym fetorem rozdartego jelita paliły moje nozdrza.

Poczułam, jak pazury rozpruwają moje ubranie i drążą piekące linie wzdłuż pleców. Chcecie się zabawić? Proszę bardzo. I tak potrzebuję treningu.

Puszczona w ruch Królowa otoczyła mnie ostrą jak brzytwa ścianą. Miecz ciął, siekał i przeszywał, rozrywając stwory i sycząc, gdy spływająca po ostrzu krew ghuli gotowała się od jego magii. Manewrowałam między kreaturami, uskakując przed pazurami i blokując kły. Oberwałam kolejny palący cios w plecy. Ghul złapał za mój but, a ja wyrwałam stopę i rozdeptałam mu czaszkę. Znajomy żar rozlał się po moim ciele, mięśnie stały się giętkie i elastyczne. Zobaczyłam wszystko wyraźniej. Czas się rozciągnął. Ghule nacierały, lecz je uprzedzałam. Machały pazurami, jednak moje ostrze dosięgało je pierwsze. Delektowałam się każdą sekundą walki, każdą kroplą krwi, każdą próbą oporu, gdy ostrze Królowej spotykało cel.

Tak mnie wychowano, tak mnie wyszkolono. Bez względu na wszystko byłam zabójczynią. Wiedziałam, że to moje przeznaczenie, i nie szukałam wymówek.

Następny potwór stanął przede mną, a ja przekroiłam go klasycznym cięciem z góry. Runął na ziemię. Nikt nie zajął jego miejsca. Obróciłam się na palcach w poszukiwaniu przeciwnika. Po lewej lwołak odrzucił zmasakrowane ciało na bok i popatrzył w moim kierunku. Między nami leżał jeden samotny ghul.

– Żyje – warknął lew.

Już o tym pomyślałam, kochanie. Przekonajmy się, kim jest ten tajemniczy „on”. Ruszyłam w kierunku stwora.

Ghul zadrżał, zerknął w lewo, spojrzał w prawo, na lwołaka, a potem na mnie. Właśnie tak. Wpadłeś w pułapkę i już nigdzie się nie wybierasz. Gdyby próbował uciec, bez problemu byśmy go dogonili.

Ghul zerwał się z ziemi i poderżnął sobie gardło. Trysnęła krew. Potwór zabulgotał i osunął się na asfalt. Światło życia w jego oczach zgasło.

To było coś.

Lew otworzył paszczę i przemówił ludzkim głosem o idealnej dykcji:

– Cześć, dziecinko.

– Cześć, kochanie. – Wyciągnęłam z kieszeni szmatkę i ostrożnie wytarłam ostrze Królowej.

Curran podszedł bliżej, objął mnie i przyciągnął do siebie. Oparłam się o jego twardy, umięśniony tors. Spojrzeliśmy na drogę usianą ciałami.

Adrenalina powoli opadała. Kolory płowiały. Obrażenia odzywały się jedno po drugim: poorane plecy, obite biodro, stłuczony bark. Czułam, że jutro obudzę się z pięknymi siniakami.

Przetrwaliśmy kolejną walkę. Mogliśmy wrócić do domu i żyć dalej.

– O co tu, do cholery, chodziło? – spytał Curran.

– Nie mam pojęcia. Zazwyczaj nie zbierają się w duże grupy. Największe odnotowane stado dzikich ghuli liczyło siedmiu osobników i zostało uznane za ewenement. Ghule lubią samotność, są terytorialne. Łączą się w grupki dla bezpieczeństwa, ale na te potwory wyraźnie ktoś czekał. Myślisz, że Ghastek jest w to zamieszany?

Skrzywił się.

– To nie w jego stylu. Ghastek działa tylko wtedy, kiedy może coś na tym zyskać. Wysyłanie nas, żebyśmy zabili ghule, w żaden sposób mu nie pomaga. Wie, co potrafimy. Musiał wiedzieć, że bez problemu je pokonamy.

Curran miał rację. Ghastek zdawał sobie sprawę, że rozprawimy się z tymi stworami. I raczej nie wykorzystywałby nas, żebyśmy odwalali za niego brudną robotę. Mimo wielu wad Ghastek był wybitnym nawigatorem i szefem Panów Umarłych, który uwielbiał swoją pracę. Gdyby chciał pozbyć się ghuli, poćwiartowałby je na kawałeczki z pomocą kilku wampirów albo wykorzystałby tę okazję jako ćwiczenie dla swoich czeladników.

– To nie ma najmniejszego sensu – stwierdziłam, przyciągając do siebie swoją krew. Maleńkie kropelki wzbiły się i poszybowały nad asfaltem, formując u mych stóp niewielką kałużę. Zamroziłam ją, a potem nadepnęłam. Roztrzaskała się i zmieniła w sypki proszek. Płyny ustrojowe zachowywały magię nawet po oddzieleniu od ciała. Odkąd pamiętam, musiałam strzec swojej krwi, bo gdyby ją przebadano, wskazałaby na mojego ojca. Wcześniej paliłam za sobą wszelkie ślady, ale teraz krew mnie słuchała. Nie umiałam stwierdzić, czy to czyniło mnie lepszym wojownikiem, czy jeszcze gorszym potworem. – Wydawały się zdesperowane. Zdeterminowane, jakby miały jakiś cel.

– Rozwiążemy tę zagadkę – zapewnił mnie Curran. – Dochodzi północ. Proponuję wrócić do domu, wziąć prysznic i położyć się do łóżka.

– Brzmi jak plan.

– Hej, zostało jeszcze trochę szarlotki? – spytał.

– Myślę, że tak.

– Wspaniale. Wracajmy do domu, dziecinko.

Nasz dom. Nadal nie mogłam w to uwierzyć, nawet po tylu miesiącach wspólnego życia – Curran nigdzie się nie wybierał. Gdybym została zaatakowana, zabiłby napastnika. Gdybym potrzebowała pomocy, przyszedłby z odsieczą. Kochał mnie, a ja kochałam jego. Już nie byłam samotna.

Zmierzaliśmy w kierunku Kruszynki, kiedy Curran nagle się odezwał:

– Przystojniaczku?

– Nie mogłam się powstrzymać. Ghastek ma w tyłku kij długości mopa. Widziałeś minę tego wampira? Wyglądał, jakby miał zatwardzenie.

Zaśmiał się, a potem znaleźliśmy oślicę i ruszyliśmy do domu.