Magia zabijaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andrea skrzyżowała ramiona.

– Nie chodzi konkretnie o Shane’a, mam go gdzieś. Był po prostu ostatnią kroplą przepełniającą czarę goryczy. A wracając. Po przesłuchaniu zaszyłam się z Grendelem w domu i lizałam rany. Ale ileż można gadać z psem? Poza tym Grendel zjada różne rzeczy, które mogą mu zaszkodzić. Na przykład dywaniki albo armaturę. Wyobraź sobie, że wygryzł mi dziurę w kuchennej podłodze. W całkiem gładkiej powierzchni!

– Żadna niespodzianka.

Tylko ona i przeraźliwie wielki, cuchnący pudel, zamknięci w mieszkaniu. Żadnych przyjaciół, gości, żadnego oderwania od przykrych myśli. Siedziała tam sama, pogrążona w nieszczęściu, zbyt dumna, by podzielić jego ciężar z kimś innym. Zachowałabym się tak samo. Tyle że teraz ktoś czekał na mnie w domu, a gdybym spóźniła się więcej niż dwie godziny, przewróciłby miasto do góry nogami, żeby mnie znaleźć. Andrea nie miała nikogo takiego. O Rafaelu nawet się nie zająknęła.

– Miałam w domu książkę o szkoleniu psów – podjęła. – Wyczytałam w niej, że Grendel potrzebuje stymulacji, więc usiłowałam go tresować, ale on chyba jest niedorozwinięty. Wreszcie uznałam, że chciałabyś odzyskać swojego psa, więc przyjechałam. Do tej pory pewnie zdążył pożreć deskę rozdzielczą.

Oby tylko. Bo niewykluczone, że zarzygał też podłogę i nalał na to wszystko. Odchyliłam się na oparcie.

– Co teraz zamierzasz?

Andrea wzruszyła ramionami, nerwowo, wymuszenie.

– Nie wiem. Zakon przyznał mi dożywotnie świadczenia, kazałam im je wsadzić sobie w dupę. Nie zrozum mnie źle, wiem, że na nie zasłużyłam, ale po prostu ich nie chcę.

Też bym nic od nich nie wzięła.

– Odłożyłam trochę, więc nie muszę natychmiast szukać pracy. Może wybiorę się na ryby? W końcu będę musiała zacząć zarabiać, pewnie zaczepię się gdzieś w policji czy coś, ale jeszcze nie teraz. Dokładnie sprawdzają przyszłych pracowników, a ja nie jestem na to gotowa.

– A co byś powiedziała na pracę u mnie?

Andrea wytrzeszczyła oczy.

– Nie mam co prawda klientów i płacę marnie...

Nadal się tylko gapiła. Trudno było stwierdzić, czy w ogóle mnie słyszy.

– A nawet jeśli interes nagle rozkwitnie, i tak nie będę mogła płacić ci tyle, na ile zasługujesz. – Brak reakcji. – Ale jeśli nie masz nic przeciwko siedzeniu ze mną w biurze, piciu oleju silnikowego i paplaniu o niczym, to...

Andrea ukryła twarz w dłoniach.

O, do diabła! Co teraz? Mówić coś? Nic nie mówić?

Zaczęłam mówić lekkim tonem:

– Mam jeszcze jedno biurko. No i jeśli PWKZP pofatyguje się zamknąć mój biznes, mogę potrzebować snajpera, bo sama nie ustrzelę krowy z dziesięciu metrów. W razie szturmu mogłybyśmy przewrócić biurka, zrobić z nich osłony i rzucać granatami...

Ramiona Andrei zadrżały lekko.

Płakała. Niech to szlag.

Siedziałam zdrętwiała, nie wiedząc, co robić.

Andrea nie wydała najmniejszego dźwięku, choć nadal wstrząsało nią łkanie.

Oderwałam tyłek od krzesła i przyniosłam chusteczkę. Andrea wzięła ją ode mnie i przycisnęła do twarzy.

Współczujące gesty pogorszyłyby sprawę. Pragnęła zachować godność – tylko to jej zostało – a ja musiałam jej w tym pomóc, nie utrudniać. Udawałam, że piję kawę, i gapiłam się w kubek. Andrea ocierała łzy, udając, że wcale nie płacze.

Trwało to jeszcze chwilę, podczas której obie zakłopotane, z ponurą determinacją udawałyśmy, że nic się nie dzieje. Zaczęłam się bać, że lada moment mój kubek rozpadnie się pod naporem mojego spojrzenia.

Andrea wyczyściła nos.

– Masz w ogóle czym strzelać do tych glin? – zapytała trochę ochryple.

– Na górze jest arsenalik. Gromada zaopatrzyła mnie w jakąś broń i amunicję. Wszystko leży w pudełkach po lewej.

– Tekturowych? – zapytała Andrea ze zgrozą.

– Uhm.

Aż jęknęła.

– Nie znam się na broni palnej. Co innego, gdyby kupili mi miecze. I tu właśnie wkraczasz ty...

Andrea wstała i uściskała mnie. Trwało to ułamek sekundy. Zanim się obejrzałam, biegła już po schodach, ściskając w ręku chusteczkę.

Ta najlepszoprzyjaźń dawała mi nieźle popalić.

Na górze rozległy się stukoty i brzękanie.

W porządku. Nadszedł czas na kolejny punkt programu. Zabrałam z biurka kluczyki Andrei i poszłam wydostać Grendela, zanim pożre cały samochód.

Rozdział 4

Pół godziny później, siedząc przy biurku, dumałam, jaką kwotę wpisać na rachunku dla Ghasteka za schwytanie wampira. Śmierć wampira nie zmieniała faktu, że wcześniej go złapałam. U moich stóp rozciągnął się kudłaty potwór. Grendel. Kiedy go znalazłam, jego sierść stanowiła cuchnącą skorupę kołtunów i psi fryzjer musiał ją po prostu zgolić. Teraz sierść częściowo odrosła i przypominała karakuły, jakie widziałam raz u bogatej klientki Gildii – krótkie, lśniące, czarne kędziory. Śmierdziała też już całkiem znośnie.

Grendel uniósł łeb i liznął mnie po ręku. Sięgnęłam do szuflady i poczęstowałam go ciastkiem owsianym. Wyjął mi je ostrożnie z dłoni, a potem wessał bez gryzienia, jakby od wieków nic nie jadł.

Przy drugim biurku Andrea grzebała w wielkim kartonie, który przytargała z góry.

– W jednym z pomieszczeń jest klatka na loupy – zauważyła.

I to chyba największa na świecie klatka na loupy. Kwadratowa, na dwa i pół metra szeroka i ponad dwa wysoka. Musieli wnieść ją tu w kawałkach i złożyć dopiero na miejscu. Pręty ze stopu stali i srebra były grubości mojego nadgarstka. Każde biuro Gromady wyposażano w klatkę na loupy. Zmiennokształtni lepiej od innych wiedzieli, jak szybko mogą oszaleć. Ponieważ jednak byłam człowiekiem, Jim usiłował określać klatkę różnymi eufemizmami. Uważał, że nazywanie jej po imieniu odstraszyłoby moją klientelę.

– To nie żadna klatka na loupy – powiedziałam. – To cela. Albo izolatka. Albo areszt. Nie wiem w końcu, jaką nazwę Jim uznał za odpowiednio stonowaną.

– Um. Czyli klatka na loupy – podsumowała Andrea i odchrząknęła. – Dotknęłam prętów. Sparzyłam się. Czy to na wypadek kłopotów małżeńskich?

– Czyżby Zakon zwrócił ci poczucie humoru w ramach odprawy?

– Auć. To bolało. – Andrea spoważniała. – Kate...? Jesteś szczęśliwa? Z Curranem?

– Jeśli uda mi się zrobić coś po swojemu.

– A resztę czasu?

– Przez resztę czasu żyję w ciągłym strachu. Boję się, że to się skończy. Że go stracę. Że stracę Julie. Że stracę innych.

– Przeżyłam to. Straciłam wszystkich. Przesrane.

No co ty nie powiesz?

Andrea podniosła czarny pistolet jak zdechłą mysz.

– To Witness 45. Tu, na rękojeści, ma wadę odlewniczą, widzisz? Wystrzelisz, a oparzy ci dłoń. – Pokazała inny. – A to Raven 25. Przestali je produkować we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Nie sądziłam, że jeszcze jakieś są w obiegu. Tani śmieć. Nazywali ją „ruletką sobotniej nocy”. Nie dało się wystrzelić z niej dwadzieścia razy, żeby się nie zacięła. Ta tu wygląda tak, że w ogóle bym jej nie załadowała. Z obawy, że wybuchnie mi w dłoni. A to? Hi-Point znany jako Beemiller.

– I powinnam na to jakoś zareagować, tak?

Spojrzała na mnie niedowierzająco.

– To najgorszy złom z tej rupieciarni. Normalnie giwera kosztuje od patyka wzwyż. Ta tutaj góra setkę. Zamek jest zrobiony ze stopu cynku i aluminium.

Patrzyłam na nią pustym wzrokiem.

– Patrz, mogę ją zgiąć gołą ręką!

Widziałam też, jak gięła gołą ręką stalowy pręt, ale uznałam, że to nieodpowiednia chwila na wspominki.

Andrea odłożyła hi-pointa na biurko.

– Mówiłaś, że skąd to masz?

– To chyba jakaś broń z demobilu. Z tego, co zrozumiałam, z konfiskaty.

– Skonfiskowana podczas awantury?

– Tak.

Andrea osunęła się na krześle, niebieskie końcówki jej włosów opadły z rezygnacją.

– Pomyśl, Kate, skoro ktoś napadł na zmiennokształtnego z bronią, a broń ta została mu odebrana, to chyba logiczne, że musiała być beznadziejna, prawda?

– Nie zamierzam się z tobą kłócić. Nie miałam na to wpływu. To wszystko tu było, gdy się wprowadziłam.

Andrea wyjęła z pudła groźnie wyglądającą srebrną broń, a jej oczy zaokrągliły się ze zdumienia. Przyglądała się przez chwilę przedmiotowi, a potem postukała lufą o kant blatu. Rozległ się głuchy dźwięk. Andrea podniosła na mnie zrozpaczony wzrok.

– To plastik...

Rozłożyłam ręce.

Andrea rzuciła zabawkę Grendelowi.

– Masz, pogryź sobie.

Pudel obwąchał atrapę.

Rozległo się stukanie do drzwi.

Grendel zerwał się na równe łapy i zaczął podskakiwać, powarkując.

Uznałam, że PWKZP pofatygował się zamknąć mi biznes. Puk, puk, mamy nakaz i haubicę...

– Proszę!

Drzwi się otworzyły i do biura weszła ruda kobieta z szarą kopertą w ręku. Wysoka, szczupła, o długich kończynach, poruszała się jak szermierz, lekko, ale pewnie. Obserwując ją, miało się wrażenie, że gdyby bił w nią piorun, zrobiłaby unik i przeszyła go ostrzem, zanim uderzyłby w ziemię. Kobieta była ubrana w materiałowe spodnie, golf i kamizelkę z cienkiej skóry. Lewą dłoń skrywała rękawiczka. Stroju dopełniały pas z przytroczonym rapierem oraz buty z wysokimi cholewkami. Znałam ją. Miała na imię Rene i w czasie naszego ostatniego spotkania była szefem ochrony Północnych Rozgrywek, nielegalnego turnieju walk wzbogaconego o udział różnych mrocznych istot nadprzyrodzonych.

Za Rene weszło dwóch mężczyzn. Obaj w kamizelkach taktycznych, nosili przy sobie arsenał, z pomocą którego mogli pokonać skutecznie niewielką armię. Blondyn po prawej szedł sprężystym, miękkim krokiem zdradzającym specjalistę sztuk walki. Jego towarzysz był szczuplejszy, starszy, ciemniejszy, o postawie żołnierza. Na szyi miał małą bliznę o poszarpanych brzegach. Coś musiało zahaczyć go szponem, a mimo to przeżył i odzyskał sprawność.

 

Rene zmierzyła mnie spojrzeniem ciemnoszarych oczu.

– Wybacz, milady – powiedziałam. – Atos, Portos i Aramis właśnie wyszli.

– Udali się wraz z d’Artagnanem do Anglii, aby odzyskać jakieś diamenty – dorzuciła Andrea.

– I jeszcze może wam się wydaje, że jesteście zabawne? – prychnęła Rene.

– Miewamy przebłyski – odparłam. – Leżeć, Grendel.

Rene spojrzała na psa, który na wszelki wypadek, gdyby chciała zrobić coś głupiego, pokazał jej kły, po czym położył się i wrócił do gryzienia broni.

– A to co, u licha?

– Nasz zmutowany pudel obronny.

– Czy on obgryza rewolwer?

– Nieprawdziwy – zastrzegła Andrea.

– No ja myślę – westchnęła Rene. – Nie podejrzewam cię o tak skrajną nieodpowiedzialność.

Starszy mężczyzna pochylił się ku kobiecie.

– Może to jednak nie najlepszy pomysł?

Zbyła go machnięciem ręki.

Blondyn zerknął na biurko Andrei.

– Czy to hi-point?

Andrea spąsowiała.

Usiadłam prosto.

– W czym możemy pomóc Północnym Rozgrywkom?

– Czerwona Gwardia nie współpracuje już z Północnymi Rozgrywkami. – Rene ostrożnie umieściła swe szczupłe ciało na krześle dla klientów. Mężczyźni stanęli za nią. – Po ostatnich wydarzeniach musieliśmy odpowiadać na wiele pytań, wobec czego postanowiliśmy zrezygnować ze świadczenia im usług.

W tłumaczeniu: popsułaś nam zabawę i wypieprzyłaś z roboty.

– Myślałam, że jesteś niezależnym najemnikiem.

Pokręciła głową.

– Od dwunastu lat jestem czerwonogwardzistką.

Dwanaście lat w Czerwonej Gwardii to nie byle co.

– Wobec tego, czym możemy służyć Czerwonej Gwardii?

– Chcielibyśmy was nająć.

Zaraz, proszę?

– Do czego?

Rene splotła dłonie na kolanie.

– Zawieruszył nam się pewien przedmiot i chcemy go odzyskać.

– Wiecie, gdzie znajduje się rzeczony przedmiot?

– Gdybyśmy wiedzieli, nie musielibyśmy was najmować, prawda? – skrzywiła się Rene.

– A więc przedmiot nie zapodział się, tylko został skradziony?

– Owszem.

No właśnie.

– Wszystko, co zostanie powiedziane w tym biurze, pozostanie poufne, aczkolwiek nie jest objęte tajemnicą zawodową, co oznacza, że zostaje pomiędzy nami, dopóki nie będziemy musieli zeznawać przed sądem. Oszczędzicie czasu i sobie, i nam, jeśli wyłożycie kawę na ławę. Potem zdecydujemy, czy bierzemy tę robotę.

Rene otworzyła kopertę i wytrząsnęła zawartość na rękę. Z koperty wysunęła się fotografia. Położyła ją na biurku.

Mężczyzna na zdjęciu wyglądał, jakby przekroczył pięćdziesiątkę. Kręcone brązowe włosy, miejscami posiwiałe, przyjemna twarz, ani ładna, ani brzydka. Głębokie zmarszczki wokół ust. Smutne oczy. Jakby życie go wybebeszyło, a on pozbierał się, jednak bez niektórych fragmentów.

– To Adam Kamen – powiedziała Rene. – Trzydzieści osiem lat, zdolny inżynier, geniusz w dziedzinie teorii magii stosowanej. Zatrudniono nas do jego ochrony. Pracował przy jakimś ważnym projekcie. Finansowanym przez trzech niezależnych inwestorów.

– Jak dobrze? – zapytałam.

– Na tyle, żeby wystarczyło na wynajęcie elitarnej jednostki.

Czyli w grę wchodziła gruba kasa. Elita Czerwonej Gwardii słono sobie liczyła.

– Umieściliśmy Adama w kryjówce na pustkowiu. Teren chroniły podwójne osłony: wewnętrzny krąg wokół samego domu i pracowni oraz szersze zaklęcie obejmujące jakieś tysiąc metrów kwadratowych. Domu pilnował tuzin strażników, trzy zmiany po czterech ludzi. Sama wybrałam najlepszych. Wszyscy dokładnie sprawdzeni, każdy ma za sobą długoletnią służbę i wybitne osiągnięcia. – Rene odchyliła się na oparcie. – Adam zniknął zeszłej nocy, a wraz z nim prototyp wynalazku. Jego nieobecność, jak również okaleczone zwłoki jednego ze strażników, odkryto dzisiaj rano podczas zmiany warty.

W porządku.

– Okaleczone? A dokładniej?

Rene zacisnęła na moment usta.

– Same musicie zobaczyć. Zadanie polega na odnalezieniu Adama oraz urządzenia.

Jasne.

– Które jest priorytetem?

– Moi pracodawcy chcą odzyskać oczywiście jedno i drugie. Oficjalnie priorytetem jest urządzenie, mnie osobiście zależy bardziej na Adamie.

Ktoś, kto zajmuje się ochroną osobistą, zawsze będzie poczuwał się do chronienia osoby. Rene wynajęto do pilnowania Kamena i traktowała to z zaangażowaniem.

Kobieta zaplotła długie palce na kolanie.

– Aktualnie, poza strażnikami i nami, o sprawie wiedzą cztery osoby. Trzy to inwestorzy, czwarta mój bezpośredni przełożony. Podstawową kwestią w tym zadaniu jest dyskrecja. Przeciek wyrządziłby katastrofalne szkody reputacji Czerwonej Gwardii.

Cudnie. Trzeba znaleźć człowieka, nie robiąc przy tym hałasu. A moja ulubiona metoda działania polegała na określeniu zainteresowanych stron, a następnie narobieniu takiego hałasu, że winny wreszcie tracił cierpliwość i usiłował mnie uciszyć.

– W tej sprawie trzeba działać niezwykle dyskretnie – powtórzyła Rene, wpatrując się we mnie bacznie.

– Potrafimy działać dyskretnie, jak najbardziej – zapewniłam ją.

– Dyskrecja to nasze drugie imię – dodała Andrea.

Nie wiedzieć czemu, Rene nie wyglądała na przekonaną.

Przysunęłam sobie notes i pióro.

– Jakiego rodzaju to urządzenie?

– Nie zostaliśmy wprowadzeni w szczegóły przedsięwzięcia. Z tego, co wiem, urządzenie nie przeszło żadnej udanej próby.

No dobrze.

– Potrzebuję pełnych danych o wynalazcy wraz z adresami, informacjami o rodzinie i osobach powiązanych.

– Nazywa się Adam Kamen, trzydzieści osiem lat, wdowiec. Żona chorowała na cukrzycę i wymagała regularnych dializ. W końcu choroba ją pokonała. Adam ciężko przeżył jej śmierć. Jego praca jest jakoś związana z tamtymi wydarzeniami, ale nie wiem jak. Mówi bez akcentu, nie wydawał się religijny, nie wygłaszał radykalnych poglądów politycznych.

– Jak długo przebywał pod waszą ochroną? – Andrea robiła swoje notatki.

– Dziewięćdziesiąt sześć dni. W tym czasie nikt go nie odwiedzał. Poza tym nie wiem nic. Nie znamy jego adresu, nie posiadamy informacji o krewnych, wrogach ani przyjaciołach. – Rene podała mi kartkę. – To ostatni rysunek jego urządzenia.

Ustrojstwo składało się z metalowego cylindra mniej więcej metrowej wysokości i około trzydziestocentymetrowej średnicy. Szary metal pokrywały dziwne wzory, niektóre jasne, prawie białe, inne żółtawe, lśniące znajomo, złote, a jeszcze inne w różnych odcieniach srebra i błękitu. Zawijasy zachodziły na siebie, a niektóre były tak skomplikowane, że naniesienie ich musiało trwać całe godziny i wymagało użycia narzędzi jubilerskich.

Podniosłam wzrok na Rene.

– Ten cylinder to żelazo?

– Iryd. Gryzmoły są ze złota, platyny, kobaltu i ołowiu. Naszpikował to połową tablicy Mendelejewa.

Hmm, wszystko metale, wszystkie rzadkie, wszystkie kosztowne i bardzo podatne na zaklinanie. Z wyjątkiem ołowiu, który jest obojętny na magię. Odbija się od niego jak suchy groch od ściany. Po co budować magiczne urządzenie i dodawać do niego ołów?

– Domyślasz się, do czego to miało służyć?

Rene potrząsnęła przecząco głową.

– A może masz choć cień podejrzenia, kto mógłby chcieć wynalazcę albo urządzenie? – spróbowała Andrea.

– Nie.

Postukałam piórem w notes.

– Możesz dać nam nazwiska inwestorów?

– Nie.

Andrea zmarszczyła brwi.

– Nie, bo nie wiesz, kim są, czy nie, bo nam nie powiesz?

– Jedno i drugie.

– Rene, czyli chcesz, żebyśmy odszukały sama–nie–wiesz–kogo, znalazły sama–nie–wiesz–co dla sama–nie–wiesz–kogo.

Rene wzruszyła ramionami.

– Dam wam pełny dostęp do jego laboratorium, domu oraz ciała strażnika. Możecie przesłuchiwać wszystkich ochroniarzy i zapewniam wam ich pełną współpracę. Dam wam hasło i uprzedzę dowódcę, że przyjedziecie. Dane inwestorów są zgodnie z umową poufne. Jeśli zechcą, sami się przed wami ujawnią, ale nie możemy ich do tego zmusić, mamy związane ręce. Jeśli chodzi o Adama, zostaliśmy zatrudnieni do ochrony jego osoby oraz pracy, a nie do robienia wywiadu rodzinnego.

– Słyszałam, że Czerwona Gwardia standardowo sprawdza każdą ochranianą osobę.

– Bo tak jest.

– To czemu nie tym razem?

– Ponieważ klient dał nam wagon pieniędzy. – Rene uśmiechnęła się drapieżnie, odsłaniając zęby. W jej oczach mignął błysk zaniepokojenia. – Nie jesteśmy detektywami, tylko ochroniarzami. Potrzebujemy profesjonalnej pomocy, aby rozwiązać ten problem. Zwrócenie się z tym do Gildii Najemników nie wchodzi w rachubę; nie wiedzą, co to dyskrecja. Zakon także odpada. Nie chcę, żeby wtykali paluchy w moją miskę, a tym bardziej próbowali przejąć sprawę. Zostaje nam prywatna firma. Ciebie znam, widziałam cię w akcji i wiem, że zrobisz to taniej niż inni, bo jesteś pod ścianą. Otworzyłaś interes miesiąc temu i jeszcze nie miałaś klienta. Potrzebujesz dużej sprawy, żeby znów zaistnieć na mapie, inaczej wypadniesz z interesu. Jeśli ci się uda, Czerwona Gwardia udzieli ci wsparcia w ramach publicity. – Rene kiwnęła na faceta po lewej. Kiedy podał jej niewielki woreczek, otworzyła go. Z wnętrza uśmiechał się do mnie plik banknotów.

– Dziesięć kawałków teraz plus dziesięć na wydatki za Adama i-lub urządzenie. Dwadzieścia, jeśli pan Kamen wróci do nas żywy i bez śmiertelnych ran.

Dwadzieścia kawałków i rekomendacja od najlepszych goryli w mieście albo zbijanie bąków i sączenie oleju silnikowego. Niech no pomyślę...

Rene nie spuszczała ze mnie wzroku. I znów dostrzegłam ten przebłysk napięcia. Tym razem byłam czujna, podchwyciłam go – strach. Kobieta zarządzająca ochroną Północnych Rozgrywek bała się jak diabli i z całych sił usiłowała to ukryć.

Spojrzałam na stojących za nią mężczyzn.

– Możemy pogadać na osobności?

Skinęła ręką i dwunogie zbrojownie ulotniły się.

Pochyliłam się ku Rene.

– W mieście jest parę świetnych agencji detektywistycznych, które byłyby więcej niż szczęśliwe, mogąc wziąć od was zlecenie za dwadzieścia tysięcy. Pinkertonowie, John Bishop, Annamarie i jej Biała Magnolia, każdy wziąłby od was kasę z pocałowaniem ręki. A ty siedzisz tutaj.

Rene skrzyżowała ramiona na piersiach.

– Starasz się mnie odwieść od zatrudnienia was? Dziwaczna strategia prowadzenia biznesu.

– Nic podobnego. Po prostu stwierdzam fakt. Obie wiemy, że moja reputacja jest aktualnie gówno warta, bo Ted Moynohan rozgłosił wszem wobec, że byłam kamieniem w trybach jego wielkiego planu.

Andrea zacisnęła szczęki.

– Moynohan dużo gada – stwierdziła Rene. – Zawalił, a nikt nie lubi nieudaczników.

– Nie posiadam oficjalnego przeszkolenia detektywistycznego, a moje résumé jest marne. Chodzi o to, że gdybym straciła cenną rzecz i od jej odzyskania zależała moja dalsza kariera, sama bym siebie nie zatrudniła. Prędzej Andreę, bo ma i odpowiednie przeszkolenie, i doświadczenie. Potrafi za pomocą trygonometrii określić wzrost napastnika na podstawie wzoru rozprysku krwi, a ja nawet nie wiem dokładnie, co to jest trygonometria. Przyjście do nas ze względu na umiejętności Andrei miałoby sens, tyle że dopóki nie przekroczyłaś progu tego biura, nie miałaś pojęcia, że ona tu pracuje. Mnie widziałaś w akcji tylko na Arenie.

Gdzie zaszlachtowałam masę istot, a krew lała się strumieniami.

Rene patrzyła na mnie z kamienną miną.

– Tak więc?

– Nie przyszłaś tu, bo potrzebujesz detektywa. Chcesz płatnego zabójcy. Co powiesz, żebyśmy zagrały w otwarte karty? Po co jestem ci potrzebna?

Zapadła pełna napięcia cisza. Minęła sekunda. Druga.

– Nie wiem, co konstruował Adam – odezwała się wreszcie Rene. Mówiła prawie szeptem. – Wiem tylko, że gdy powiadomiłam mojego przełożonego o zniknięciu i jego, i machiny, ten złapał za słuchawkę, kazał żonie zapakować dzieci i najniezbędniejsze rzeczy, wyjechać z Północnej Karoliny i nie wracać, dopóki się z nimi nie skontaktuje.

– Kazał rodzinie opuścić miasto? – zdumiała się Andrea.

Rene przytaknęła.

– Mój brat jest przykuty do łóżka, nie można go przenosić. Nie mogę wywieźć go z miasta. Jestem tu uwiązana. – Pochyliła się nad biurkiem z ponurą miną. – Ty, Daniels, troszczysz się o przyjaciół. Na tyle, żeby nadziać się dla nich na miecz. Masz wiele do stracenia, a jeśli ogarnie cię wystarczająco silny niepokój, włączysz do akcji Gromadę. Ja nie dysponuję taką siłą. Odszukaj Adama i jego urządzenie, zanim złodziej je włączy i zrobi coś, czego obie będziemy gorzko żałować.

 

Kiedy drzwi za Rene się zamknęły, Andrea wstała zza biurka i podeszła do wąskiego okna. Przez chwilę obserwowała Rene i jej przybocznych idących do samochodu.

– Pracuję tu od dwóch godzin, a już mamy klienta i robotę z piekła rodem.

Wyjęłam z worka pięć tysięcy, a kiedy Andrea odeszła od okna, wręczyłam jej sakwę z resztą pieniędzy.

– A to na co?

– Na pukawki.

Andrea przesunęła palcem po krawędzi zwitka dwudziestodolarówek.

– Super. Potrzebujemy też amunicji.

– Nie wydawała ci się wystraszona? – zapytałam.

– To zimna suka – skrzywiła się Andrea. – I umie świetnie maskować emocje. Ale ja od dziecka uczyłam się czytać z twarzy, kiedy nadejdzie cios. No i jestem drapieżnikiem. Wychwytuję strach, bo to oznacza ofiarę. Rene jest kłębkiem nerwów. Prawdopodobnie pożałujemy, że wzięłyśmy to zlecenie.

– Dobra, wobec tego weźmiemy to drugie. Ach, czekaj. Przecież nie ma innego.

– Cięty dowcip, panno Daniels. Czy też może: pani Curran?

Zaśmiała się, kiedy spiorunowałam ją wzrokiem.

Położyłam swój plecak na biurku, otworzyłam i sprawdziłam zawartość. Trupy miały irytujący zwyczaj rozkładania się. Wiedziałam, że im szybciej dotrzemy na miejsce zbrodni, tym lepiej.

Andrea sprawdziła swoje uzbrojenie.

– Czyli że Ted naopowiadał wszystkim, że popsułaś mu występ?

– Coś w ten deseń.

– Pewnego dnia go zabiję, wiesz?

Przyjrzałam się Andrei. Była absolutnie poważna. Zabijając Teda, ściągnęłaby na siebie piekło i szatanów. Koniec końców był szefem atlanckiej delegatury Zakonu. Każdy rycerz w kraju polowałby na nas do utraty tchu. Oczywiście Andrea miała tego świadomość.

– Mnie on rybka. – Zabrałam plecak z biurka. – Gotowa?

– Urodziłam się gotowa. Gdzie tak w ogóle jest ta pracownia?

Zerknęłam na kartkę zostawioną przez Rene.

– W Sibley.

Andrea zaklęła siarczyście.