SońkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sońka
Sońka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 48,90  39,12 
Sońka
Sońka
Audiobook
22,90  16,72 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Sońka

Przypisy

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja: WALDEMAR POPEK

Korekta: HENRYKA SALAWA, MAŁGORZATA WÓJCIK, EWA KOCHANOWICZ

Projekt okładki, stron tytułowych i układ typograficzny: PRZEMYSŁAW DĘBOWSKI, WOJTEK KWIECIEŃ-JANIKOWSKI

Skład i łamanie: manufaktu-ar.com

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

Zdjęcie na okładce: © Juan Facundo Mora Soria / Getty Images

© Copyright by Ignacy Karpowicz

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2014

Autor na napisanie powieści otrzymał stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

ISBN 978-83-08-05633-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dobrym ludziom

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Dawno, dawno temu – tak Sonia zaczynała szczególne zdania, w których nie pojawiały się krowy, kury i świnie, święta, chleb i podatki, sianokosy, wykopki i gradobicia; tak zaczynała zdania, które grzęzły gdzieś w krtani, zatrzymywały się na gładkich, bezzębnych dziąsłach, by ześliznąć się na powrót w ciało: do płuc, serca i kurzu, zbijającego się w kłębki pośród starych, zużytych narządów. Ale niekiedy, po tym „dawno, dawno temu”, niekiedy jednak słowa pokonywały opór, przebijały tkankę mięsa i czasu, wybrzmiewały do końca i dopiero wtedy na powrót zagłębiały się w ciele: przez uszy wędrowały do mózgu, tam szukały miejsca, tam czekały, aż sen rozluźni zdarzenia, aż poluzuje problemy – wtedy, który to już raz, słowa śniły się jako historie, i dobre, i złe, zależy którędy patrzeć, kiedy się obudzić i dokąd nie dotrzeć.

Minęło dziesięć, trzydzieści lub pięćdziesiąt lat, lecz dla Soni od dwudziestu, czterdziestu lub sześćdziesięciu lat to było równie dawne dawno temu. A po tym „dawno” i tamtym „temu”, po nich zawsze odżywał akuratnie ten sam, toczka w toczkę, czas, gdy Sonia, bardzo młoda, nażyła się i naczuła tyle, że potem już ani żyła, ani czuła. Ot, machała wiązką palców, poszły korki, bezpieczniki, tfu!

Człowiek bowiem, zwykła mawiać, nie jest zrobiony z trwałego materiału, składa się z tego, co je: z mleka, mięsa i mąki, z owoców, grzybów, prosfory i soli. O tak, zwłaszcza z soli. To ona nadaje całości jakiś smak, kształt, to ona sprawia, że człowiek się nie psuje, nie gnije, tylko usycha, aż zaczyna przypominać wyleżaną w deszczu i słońcu kość.

Bo jak człowiek, a na pewno wiejska kobieta, za dużo czuje i za szybko żyje, to mu gdzieś coś iskrzy, iskrzy, iskrzy, a potem cała instalacja do niczego się nie nadaje: Pan Bóg, nasz Hospadzi[*][1], nie przyjmuje reklamacji, mimo to nieraz zapomina wysłać majstra, odzianego w chałat i czaszkę, co kosą podcina nogi, ścięgna i więzadła, ażeby jaka taka przejściowa czystość i porządek panowały, nim nadejdzie czystość jasnych kopuł i porządek ostateczny, odbity w studziennych oczach świętych ze złoconych desek, w samym źródle nicości.

Sonia wyciągnęła szpikulec od łańcucha, na którego końcu spokojnie stała łaciata krasula. Krowa przeżuwała trawę i dawała mleko, cieliła się co dwa lata, dostarczała mięsa i skóry, produkowała – co prawda niewielkie, lecz nie do pogardzenia – pieniądze. Produkowała te pieniądze niby mennica państwowa nawet wtedy, gdy spała albo gdy spod ruchliwego ogona strzelał placek rozbryzgnięty niby z testu Rorschacha. Łąka żywiła krowę, krowa, żywiąc miastowych, żywiła Sonię. Tak już ten świat urządzono, że aby jeść mogli jedni, jeść muszą drudzy. Bo jak wszyscy przestaną jeść, mówiła Sonia, to świat wychudnie, a jak świat wychudnie do szczętu, to bobrowe sadło i szeptuchy nie pomogą.

Sonia, wyciągnąwszy szpikulec i wyczekawszy chwili, gdy oddech przestał boleśnie obijać się o żebra, oparła się ciężko na sękatym kiju, tak jak niegdyś opierała się na widłach – jeszcze ciężej się wtedy opierała, och, jak ciężej, jak okropnie ciężko, jak worek z mięsem – poprawiła chustkę, zacmokała: – Nu, Mućka, paszła[2] – powiedziała do krowy. Łaciata mleczarnia, samobieżna i nabrzmiała w wymionach, spojrzała na Sonię najbrązowszym brązem swoich oczu, na których dnie rosły trawy, przelatywały gzy, a u wodopoju przepływały maleńkie, kolczaste rybki, kaluczki[3]; pożytek z nich tak mały jak one same, lecz małe i nieprzydatne w czas dostatku staje się wielkie i niezbędne w czas głodu i wojny.

Sonia wolniutko ruszyła, nawet nie spojrzała za siebie przez ramię: lewe na zły urok, prawe na odczarowanie, wiedziała bowiem, że krasula zna drogę: wydeptaną wąską ścieżką, opadającą łagodnie aż do stratowanego kopytami brzegu rzeki; tam krowa wypije ze dwa wiadra wody, a babuleńka wyciągnie z kieszeni najtańszego miętusa. Potem pod górę – trzeba przystanąć ze trzy razy, ażeby oddech dogonił człowieka, oddech albowiem, twierdziła Sonia, człowiekowi kroku nie dotrzyma, a jak człowiek za bardzo pędzi, to potrafi swój oddech zgubić, a jak człowiek swój oddech zgubi, to i sam święty Mikołaj Cudotwórca ani święty Mina tego oddechu nie odszukają – a jak piaszczysty pasek wychynie zza krzaków, wtedy już bez nerwacji starczy pozwolić nogom zanieść się do chałupy.

Piaszczystą drogą czasem przemyka samochód na białostockich albo nawet warszawskich numerach, chyłkiem mknie, wzbijając pył niby zasłonę dymną.

I właśnie – jak w bajce, gdy przejeżdżający konno królewicz rozpoznaje w wieśniaczce swoje przeznaczenie, szczęście, dzieci i przekleństwo mezaliansu – przejeżdża pięciusetkonna limuzyna. Przejeżdża, choć koniec końców staje.

Obłe cielsko mercedesa klasy S, opalizujące szaro niby przerośnięty żuk, nieruchomieje. Krasula kicha, przeżuwa trawę zmagazynowaną w którymś z licznych w liczbie cztery żołądków, przestawia kopyta i interesuje się jedynie gzami próbującymi przysiąść na jej nosie. Sonia natomiast wykorzystuje rękę jak daszek, ręka – teraz zrogowaciała, z wrośniętymi drzazgami, odciskami, z historią wielu krzyżyków – pozwala więcej zobaczyć: Tfu, myśli Sonia, prystanuli i buduć scać[4].

Wypróżnianie pęcherza na łonie natury nie zachodzi. Sonia pomyliła się w doborze słów, chociaż nie popełniła błędu w ocenie tego, co nastąpi, Sonia bowiem nie chciała niczego konkretnego powiedzieć; jak po zimie przychodzi wiosna, tak po zatrzymaniu samochodu z warszawską rejestracją przychodzi coś niewłaściwego.

Mercedes znieruchomiał, kurz opadał, z głośników – przednie drzwi, te od strony kierowcy, się rozwarły – buchnęła muzyka i wynurzył się miastowy królewicz. Zamiast: „kocham, szukałem, ogłoszenia dawałem”, zamiast tego zwyczajnie zamknęły się drzwi, a muzyka zgłuchła.

Pył opadał, samochód zamilkł w swoim V8, brzeżkiem drogi szła krasula, za krasulą – nie wiadomo, kto kogo prowadził – Sonia, a za nią chyba nic się nie ciągnęło: co miała, dawno innym ofiarowała, a czego nie miała, tego ani dać, ani ukraść mogła. Po tej samej stronie, na tym samym brzeżku, stał miastowy królewicz z plecaczkiem miast berła a uśmiechem zamiast królestwa. Miał ci on szorty w militarne plamy i nieużyteczne kieszenie, miał koszulkę z krótkim rękawem w kolorze pomarańczowym jak siekacze nutrii, miał sandałki z zamszu jeszcze miększego niż karakułowe futro najprawdziwszej gminnej elegantki, Wiery z Urzędu w Gródku, która raz w tygodniu do Białegostoku jeździła własnym autem imieniem golf, made in Germany, jak koszmar, który Sonia przeżyła, i jeśli auto choć w części było tak wysokiej jakości jak wojna, to wypadało Wierze tylko pozazdrościć – posłuży jej niezawodnie i długo, i nigdy nie opuści jej głowy ni myśli.

No, po prostu, pomyślała zaintrygowana i nieco zdenerwowana Sonia, no, taki ładny ten królewicz, że nic tylko go postawić w dużym pokoju i raz w tygodniu odkurzać z kurzu, a na święta ubierać w złocone falbanki, bufki i dziobaki, palić świeczkę, ze skarpety wyciągnąć ostatni po matce pierścionek i patrzeć, patrzeć, aż do akuratnego napatrzenia się, a potem – spać.

Miastowy młodzieniec miał imię, czego Sonia się domyślała, miał pozycję, czego już Sonia domyślić nie mogła, miał też najwyraźniej zły humor, od którego niepotrzebnie zmarszczki się wyrzynają, co ich nawet Lancôme z Ireną Eris Doktor nie odczarują. Długo macał się po kieszeniach, zaglądał do plecaczka, jak gdyby gdzieś tam zagubiła się karteczka z poradami i odpowiedziami na wszystkie pytania świata: co robić i jak żyć, czego unikać i z kim unikać, gdzie unikać i za ile, no ale przede wszystkim – gdzie jest pierdolony numer do jebanego assistance. Nie wydobył jednak karteluszka, tylko papierosy w złoconej paczce – kto pali i lata dużo po świecie, ten wie, że z duty-free – zapalił, zaciągnął się i rozkaszlał. – Zdychlina[5] – szepnęła Sonia w ucho krasuli, wstrzymanej w swej samobieżności nad krzakiem i rozmyślającej o naturze gzów.

 

Królewicz wydobył komórkę w bardzo najnowszym modelu, tak piękną i lśniącą, że w sam raz umieścić ją nad carskimi wrotami ikonostasu, aby w największej potrzebie: powódź, wojna, prawica u władzy – zadzwonić do Szefa i się naskarżyć, otworzyć serce i nieograniczony kredyt impulsów: Spasi, Hospadzi, spasi[6]. Lecz ta komórka, choć bardzo piękna i bardzo w sierpniowym słońcu błyszcząca, nie połączyła właściciela z właścicielem podobnego cudeńka po drugiej stronie, gdzieś w prawdziwym jakimś świecie: z kinami, domami towarowymi i pizzą na telefon zero osiemset, połączenie bezpłatne, dowóz też, byle przekroczyć trzydzieści złotych.

Sonia wiedziała, że miastowy zatrzymał się w dziurze, i to dziurze stukrotnej, bo żaden operator tego kawałeczka ziemi nie pokrywał, żaden socjolog mieszkańców w statystykach nie uwzględniał, nawet pop niechętnie swoim daewoo espero zaglądał, a i to tylko po to, żeby poświęcić prędko, pobłogosławić mechanicznie, kopertę do kieszeni wsunąć, i tyle; tyle go widziano, ze trzy do pięciu razy w roku, zależnie od liczby zgonów, bo przecież liczba świąt pozostaje niezmienna.

Tutaj, na końcu niczego, w Królowym Stojle nieopodal metropolitalnej Słuczanki, stały tylko cztery chałupy. W najmniejszej mieszkała Sonia, w dwóch myszy harcowały, jako że gospodarze ułożyli się w trumnach, teraz czasem przybywali miastowi spadkobiercy na weekend, choć raczej nieczęsto i na pewno nie w każdy; szkoda, że nieczęsto, zawsze to jakaś odmiana, jakiś hałas w ciszy, jakieś życie w głuszy; zaś chałupa czwarta to już co innego: nowa, stawiana za panowania Kwaśniewskiego drugiego z pustaków – upiększona plastikowymi oknami, błyskająca szkiełkami stłuczonych butelek, z których poukładano w tynku piękne mozaiki w kwiatki, falki i paskudki; tłuste krasnale stały rządkiem w ogrodzie jak w obozie koncentracyjnym, między grządkami kapusty a cebuli, w myśl zasady, że to co piękne, musi być zdyscyplinowane, a do tego na balkonie gipsowa balustrada, a jeszcze i kolumienki, i ganeczek, i gzymsik – najczystszy barok słuczańsko-kacapski.

Królewicz schował telefon i stał bez ruchu, obrócony plecami do drogi, zaś oczyma do łąk i linii nieodległego lasu. Stał, zaciągając się papierosem, z opaloną twarzą skierowaną ku słońcu, lekko uśmiechnięty. Musi jaki durak, bez struka[7], pomyślała Sonia wskutek uśmiechu miastowego pięknisia, a trzeba dodać od razu, za pamięci, iż zdanie Soni podzielało grono wpływowych krytyków teatralnych, literackich oraz, choć to już osobna historia, kilka osób bliżej zaznajomionych ze złotawym, czy też złociejącym chłopcem.

Zjawiskowa postać nazywała się Igor Grycowski i była najgłośniejszym i najzdolniejszym (tak chcieli jedni), ewentualnie najbardziej pretensjonalnym i pozbawionym wyczucia sceny (tak chcieli drudzy) reżyserem teatralnym młodszego niż starsze pokolenia, a także literatem od powieści bez uchwytnej fabuły. Igor uczynił swe nazwisko i osobę głośnymi lat temu kilka, gdy na deskach Teatru Dramatycznego w Warszawie wyreżyserował sztukę pod tytułem Odruch warunkowy.

Po premierze rozpętała się sucha, jak to na łamach prasy, burza: a im dłużej grzmiały grzmoty, trzaski, spięcia i przeżarte nienawiścią komentarze, tym głośniejszy stawał się Odruch warunkowy i sam Grycowski reżyser. A potem już zjazd z górki, choć pod, poooszło! opera, libretto, Paryż i Nowy Jork. Kolejne sztuki w liczbie trzy oraz powieści w liczbie zero ugruntowały pozycję relatywnie młodszego niż starsi artysty także na polu międzyludzkim oraz przede wszystkim finansowym.

Królewicz, opuściwszy klimatyzowane wnętrze mercedesa, czekał najprawdopodobniej na coś niezwykłego jak manna, na przykład na zasięg, choć kreseczkę jedną, proszę, panie Boże! daj mi, daj! gdyż ani drgnął, kiedy krasula i Sonia zbliżyły się doń na odległość nieznaczną, wręcz domagającą się wymiany zdań, choćby jakiegoś: dzień dobry, jak dojść mogę do lub dojechać albo gdzie jest najbliższe miejsce z zasięgiem. Królewicz, wylądowawszy niezupełnie tam, gdzie zamierzył, i niezupełnie z tym, z kim zamierzył, wpadł najwyraźniej w jakiś miejski zachwyt nad widokami. Coś mu się boleśnie przypominało. Krajobraz wyglądał jak krajobraz, wszystko wyglądało, jak wyglądało, łąka i drzewa, mimo to cała ta przyroda, rzeka i niebo, droga i bociany, cała ta przyroda zawierała w sobie jakąś groźbę. Usiłował rozstrzygnąć, czy to groźba z przeszłości, czy może na przyszłość. Wreszcie machnął ręką, dał sobie siana, zrobił bip na pilocie, zamykając auto. Odwrócił się niespodziewanie i z gwałtownością, krowę niemal płosząc, choć ta do płochliwych się nie zaliczała, i spojrzał w twarz Soni.

I aż oniemiał, a wargi, ta górna i bardziej okazała dolna, ułożyły się w „o”, twarz Soni bowiem to jest twarz naprawdę, takich twarzy życie już nie lepi, takich twarzy się nie widuje. Bo twarz Soni zstąpiła z ikony: brązowa, czerstwa, popękana, bez znaczenia i kłamstwa, ale też mocna, z jaśniejszymi liniami zmarszczek, a zmarszczek ma chyba pierdylion, mieliby chirurdzy plastyczni zajęcie: polerowanie, naciąganie, przycinanie, wystarczyłoby im niepotrzebnej skóry na przynajmniej trzy nowe twarze. Bo twarz Soni to twarz po prostu: widać, że coś przeżyła, widać, że coś marzyła, nade wszystko jednak ta twarz służy do tego, do czego ją Haspodź powołał: do słuchania, patrzenia, jedzenia, do mycia, całowania, wąchania, do czkania, płakania, siąkania.

Igor Grycowski z wargami w „o” skamieniał, niby bajkowy królewicz pojął w ułamku sekundy, iż stoi przed nim istota, na którą czekał całe życie, i nie idzie nam o krasulę, skądinąd dorodną i wcale kusząco trzepoczącą długimi rzęsami, nie do końca idzie nam nawet o Sonię, a bynajmniej nie o taką Sonię, jaką Sońka na co dzień była. Idzie o Sonię nową, nieodkrytą i zapomnianą, Sonię ekscytującą, której obecność wyczuł i wypatrzył Igor Grycowski, gdy niebieskie oko staruszki na nim, choć skroś Igora, spoczęło: najpierw z lekką obawą i niechęcią, a zaraz – przetarło się jak niebo i zblakło, rozbieliło i błysnęło.

– Dobry dzień – przemówiła babuszka – szto stałaso?[8] – dodała, bo przecież i jej nieraz przytrafiało się niezaplanowane, bo i ją nieraz porzucano, łamano, kopano, świat nie zmienia się ot tak, ot nagle, a nawet jeśli zmienia się ot tak i ot nagle, to na pewno przecież nie na lepsze.

– Dzień dobry – odpowiedział Igor, chcąc zachować się na poziomie i z odpowiednim, miastowo-polskojęzycznym szykiem. – Samochód się popsuł niespodziewanie, a nie mogę się donikąd dodzwonić. – Po czym dodał, nie wiedzieć czemu z zakłopotaniem: – Niemiecki. On jest stamtąd – wskazał ręką między auto a niebo.

Bezradność, szczerość i uroda – dodajmy, iż obiektywnie nieprzesadna ani po oczach bijąca – młodzieńca ujęły Sonię tak szczególnie, że spontanicznie zaprosiła go na świeże mleko i wskazała kijem: najpierw na krowie wymiona, potem na dach chałupy, a w domyśle gdzieś pomiędzy jednym a drugim – na emaliowany kubek z koniecznym czarniawym obtłuczeniem. Królewicz skinął głową: – Chętnie, dziękuję. – Przepuścił Mućkę i kuśtykającą Sonię, przydeptał sandałkiem niedopałek. Poczłapał w stronę zagrody, zatopiony w narastającym zdumieniu.

Bramka ledwie trzymała się na przerdzewiałych zawiasach, skoślawiona i zarośnięta mchem: jak w obejściu siostry Baby-Jagi, siostry turpistki, co usunęła ładne i nowe poza zasięg swego wzroku. Igor powiódł oczyma po ubogim podwórku, po niebieskich kastrulach[9] na sztachetach, garnkach szczerzących dziury w zmroczonych od sadzy i cienkich od ognia dnach, po rozgdakanej gromadce pstrych kur, wyliniałym kocie śpiącym u progu, po kijach, miotłach, widłach i grabiach. Przekraczając bramkę, wkraczając w domenę Soni, Igor uzbroił się w magiczną różdżkę, by – na próbę, najpierw we własnym umyśle – odmienić los gospodyni.

I machnął różdżką: słońce wygasło, na widowni ucichły szmery, zaraz premiera, punktowy reflektor wydobywa z mroku zgarbioną postać. – Dawno, dawno temu – mówi Sonia, a zgromadzeni poddają się jej głosowi, wpatrują się w jej twarz, historia Soni wyrzuca ich poza nawias czasu, a potem owacja na stojąco (Igor trusio staje obok aktorki staruszki, głowę pochyla ku czubkom swoich butów ze skromnością nieco zbyt fotogeniczną); przynajmniej kwadrans trwają oklaski, damy mdleją, kawalerowie nie wstydzą się łez w oku i na policzku wypielęgnowanym. Sukces.

Mućka przestępuje z kopyta na kopyto w stronę obory, Igor siada na ławeczce, Sonia musi podścielić, wydoić krowę, odcedzić mleko, zlać do bańki, bańkę wytoczyć przed dom, na ławkę, skąd zabiorą ją mleczarze, dlatego z wdzięcznością patrzy na klapniętego grzecznie jak królicze uszy chłopca: a jednak on nie tylko ładny, także myślący, myśli sobie. Sonia bardzo się cieszy, nie rozumie, skąd się to nagłe cieszenie wzięło, a trzeba powiedzieć, że takiego cieszenia się Sonia nie czuła od dawna, od bardzo dawna.

A kiedy Sonia, jeszcze przed debiutem na deskach sceny, odgrywa jedyną dobrze opanowaną rolę: krząta się w oborze, wygrywa białe fugi mleka na ściankach wiadra, stęka i przyjacielsko klnie zwierzę (Mućka, nastupisa, bladzina)[10], wtedy Igor skupia się na sobie, a konkretnie: na swoich pustkach, których różdżką magiczną nie udało się jak dotąd zamienić w szczęśliwą rodzinę, w markowe wartości, w wysokiej jakości standardy moralne ani w pewność, że po śmierci jest jakieś życie.

Bo po pierwsze, Igor Grycowski cierpi, i to głęboko jak jaskinia i szeroko jak ocean, w końcu ego ma ogromne. Gdyby chciał popełnić samobójstwo, mógłby na to ego wejść i skoczyć z niego. Bo po drugie, nie widzi jednego sensu. Cierpi na twórczą impotencję lub też tę drugą – immanencję. Nie widzi sensu w świecie, nie widzi w życiu celu, mimo aplikacji środków pomocowych: narkotyków, pornografii, literatury filozoficznej.

Nagle jakiś drobiazg, wspomnienie, okruszek, śmieć: uśmiecha się, wyjmuje z paczki kolejnego papierosa.

Sonia, obrobiwszy się, stanęła w drzwiach, ściągnęła kalosze. – Paczakajcie – powiedziała, nim weszła do domu. Do stóp Igora przytulił się pies, stary i posiwiały; łasił się, śmierdział, na zniszczonej skórzanej obroży świeciły metalowe, stylizowane na gotyk litery. Z niejakim trudem, z obrzydzeniem do psa i pcheł, do bakterii i zarazków, także psiej starości, Igor złożył słowo: Borbus.

– Borbus – wymówił cicho, pies zaś podniósł na niego oczy, bursztynowe, niemal miodowe, z zatopionymi w żywicy tęczówki wspomnieniami odległej przeszłości.

W bajkach zwierzęta nie są po prostu zwierzętami, są istotami trochę niższymi od ludzi, a jednocześnie znacznie bardziej od nich klarownymi w swoich poczynaniach. Pies położył się na grzbiecie, teraz Igor zauważył, że Borbus jest suką.

Jestem Borbus, dwunasta suka o tym imieniu w linii prostej od Borbusa Pierwszego, zwanego Aryjskim, od ogromnego owczarka niemieckiego, który uratował mojej pani trzy razy życie. Raz odpędził wilki podchodzące nocą pod okna, raz wywęszył jamę z kartoflami, raz odwrócił uwagę żołnierzy – przeznaczone Soni kule zabiły Borbusa Pierwszego, mego ojca, a teraz ja, Borbus Dwunasta, zwana Ostatnią, opiekuję się moją panią, Sonią Białą. Nie miałam szczeniąt i mój ród wygasa, tak jak wygasa ród Soni, ona też nie ma już szczeniąt, zgaśniemy jednocześnie, mówię to ja, Borbus Dwunasta i Ostatnia; a anieli zstąpią i pokłonią jasne głowy przed moją panią, a ja wstąpię z nią między piaski niczego i będę ujadać na cześć nieobecnego Ojca. Alleluja. Hau, hau.

Igor poczuł zawrót głowy. Nie jadł dziś obiadu, a na śniadanie tylko suplement diety w postaci dwóch kresek kokainy o niewątpliwie niskiej wartości kalorycznej i takiejże czystości. Powieka przysłoniła sucze oko, już nie bursztynowe, tylko jaskrawożółte, jak świeża jajecznica, jak kaczeńce i wstążki na procesyjnych chorągwiach. Jestem w bajce, pomyślał, w bajce o życiu. W innej konwencji życie jest nie do zniesienia. Może jednak zostanę uratowany, albo choć solidnie przeredagowany?

Nim został uratowany, a później stracony, innego przecież końca nie będzie, żar z papierosa sparzył go w palce, pies poderwał się na łapy, zamerdał smętnie i poczłapał w stronę budy. Sonia pojawiła się w drzwiach.

– Chadzi na małako, chadzi[11] – powiedziała.

Igor powstał z ławki. Przed progiem zdjął zamszowe sandałki – tak bardzo nie na miejscu, takie miękkie, z ceną wyższą niż roczna renta. Zdał sobie sprawę, że od wielu już lat nie posiada znajomych, których odwiedza się boso; za dużo wszyscy zarabiają. Gołą stopą wkroczył do ciemnej, chłodnej sieni, pachnącej sfermentowanym mlekiem, słoniną i cebulą, sianem, kiszoną kapustą i dymem, potem, mydlinami i zbożem. Za kolejnym progiem kuchnia: malowany na niebiesko kredens, prosty stół, sterana cerata w kwiatki, dwa krzesła, wielki kaflowy piec z leżajką[12], niski stolik z wiadrem wody, pomalowane olejnym brązem deski podłogi, w prawym kącie ikona, na pobielonych ścianach dwie makatki w języku dla Soni półobcym i w istocie obojętnym: „Świeża woda zdrowia doda” i „Jak gospodyni ugotuje, to wszystkim smakuje”.

 

– Pani nie ma kanalizacji? – zapytał.

– Pa szto? – odpowiedziała. – Żeby mi chałupa zgniła od zlewu w kuchni? Żeby spać pod jednym dachem z własną kupą?

Gdy Igor przekraczał próg kuchni, Sonia zerknęła na niespodziewanego gościa i zrozumiała w błękitnym, jaskrawym jak czerwień gila olśnieniu, że tego gościa wypatrywała od wielu lat, od bardzo dawna, od końca wojny, który okazał się końcem jej życia. Wojna ją zniszczyła, lecz jej nie złamała. Zrozumiała, że patrzy nie na królewicza, tylko na anioła śmierci; że będzie mogła opowiedzieć swoją historię, wystawić swoje uczynki na zważenie. Zrozumiała, że z ostatnim słowem zgaśnie w niej słabe, pełgające światełko – i rozmawiali długo w noc, a potem nie żyli długo, długo i nareszcie szczęśliwie; poza pamięcią. Sonia zrozumiała, że dlatego tak bardzo się ucieszyła; dlatego że zstąpił w jej progi anioł najprawdziwszy, a nie wyżebrany w cerkwi, sam źródłosłów anioła, posłaniec, malak, wieść kończąca.

Wskazała na krzesło, królewicz zasiadł bez słowa, a ona, szczęśliwa, nalała mleka do emaliowanego kubka, na stole postawiła ahłatki, smażone rano mączne placki, pyszki, z kredensu wyciągnęła swój największy skarb, zarezerwowany dla najważniejszych gości, takich jak baciuszka[13] albo Bóg: metalowe pudełko z czekoladkami.

Kupiła bombonierkę trzy lata temu, w kształcie czerwonego serca, z pięknym, złotym napisem: E. Wedel. Wcześniej przyglądała się temu pudełku chyba pół roku, było tak cudowne, tak drogie i nieosiągalne. Patrzyła na nie i wyobrażała sobie, że kiedyś czerwone serce znajdzie miejsce u niej w kredensie, na szydełkowanej serwetce, obok zębów. Marzyła o nim, śniło jej się po nocach, ślina ciekła na poduszkę – aż pewnego dnia poprosiła o czekoladki. Sklepowa, córka Irki z Mieleszek, zdębiała: – Wy, Sońka, zdureli[14] – powiedziała. – Może i zgłupiałam – zgodziła się Sońka – mam jednak już swoje lata, mnie wolno, papiery mam rentowe od dóktorów, a tobie wstyd.

Sonia zdarła folię z serca, by serce otworzyć: najpierw to czerwone ze złotym napisem i czekoladkami, a później to suche jak żołądź i nieme jak łabędź, spomiędzy żeber i bez podpisu twórców. Sonia matkę pamiętała tyle, co wykolone oko. Zmarło się matce w połogu, a był to czas, kiedy kobiece ciało nie odpoczywało; tak jak pola rodzić co rok musiało; z jajeczka bożego wzrastał nowy człowiek, wydostawał się na świat i najczęściej chwilę potem pozwalał zabrać do Nieba, o ile pop ochrzcił, a Boh przyjął; z nimi nigdy nie wiadomo, pazerni jeden z drugim. A przed wojną to samochodów nie mieli, a teraz to trzeba też paliwo im opłacać dodatkowo. Przed wojną Isus Chrystos był i tańszy, i dostępniejszy, no i baciuszki środek transportu żarł trawę, a trawa rosła za darmo.

Igor rysował stopą kółka na wielobarwnym, szydełkiem zrobionym szmatniku[15], wypił łyk mleka, które przypominało to z kartonów jedynie kolorem, bo smak jakiś dziwny miało, smak i zapach ciepłego zwierzęcia, a nie sterylnych ciągów produkcyjnych. Sięgnął po czekoladkę z zielonkawą kruszonką na wierzchu, pewnie pistacje, pomyślał.

– Patom razpalu u pieczy[16] – powiedziała Sonia i zasiadła naprzeciw gościa.

– Potem, w piecu – skorygował ją Igor w miastowym prawdziwym języku. Igor bowiem skrzętnie ukrywał swoje dzieciństwo, zamalował je, konsekwentnie się go wstydził, skrupulatnie zapomniał, wyparł i pogrzebał. Dzieciństwo, które przepędził z dziadkami na nieodległej wsi. Nazywano ją i po dziś dzień nazywają Wysranka, bo tam, gdzie pradziadowie i dziadowie mieszkali, kończył się świat, pewnie nie świat w ogóle, są końce świata z palmami, z górami lodu, z piaskiem pustyni, lecz ten mały kawałek podlaskiego świata właśnie tam znalazł swój kres: na linii sosen i ostatniej chałupy, jeszcze sprzed generała Sławoja, który podniósł poziom higieny za pomocą ukazu o obowiązkach każdej dupy.

Otóż generał Sławoj uznał, że w odrodzonej Rzeczypospolitej także dupa ma swoje niezbywalne i wolnosiedzące prawa: do nich należało prawo spokojnego srania w wolnostojącym, skleconym z desek domku – w świątyni kupy, zwanej sławojką. Jednakże przed ukazem ludzie szli między drzewa na granicy wsi, właśnie w Wysrance, hołdując zasadzie, że dupa ciągnie do cienia, jak wilk ciągnie do lasu; i uwaga pod nogi!

?/od nowej strony?/

– Smaczne placki – powiedział z pełnymi ustami królewicz. Sonia uśmiechnęła się w odpowiedzi, a uśmiech miała kompletny, albowiem zęby z kredensu zawędrowały na właściwe miejsce. – Jestem Igor – powiedział, nie wspomniał jednak o swoim królestwie, o Warszawie i deskach sceny, o szklanych wieżach i narąbanych chemią oraz alko księżniczkach, o widzach i pustce dotkliwszej nad przytyki recenzentów.

Jestem Igor, mam na koncie to i tamto, z nagrodami takimi i owakimi włącznie, nie licząc nominacji, które też przecież się liczą, tu nie, tam – tak. Jestem Igor, wielbiciele dają mi numery telefonów, a przeciwnicy kpią i spiskują za plecami, a noce są długie i rozjarzone łuną miejskich świateł. Jestem Igor, niczego tak naprawdę nie dokonałem, wszystko jest popiół, popiół jest wszystkim, jest wszędzie, w płucach i na nosie, pod powiekami i w ustach, drapie w gardle jak papierosowy dym, i tak już będzie do końca: starczy dmuchnąć w kupkę i nawet the endu nie będzie.

Mam drogie mieszkanie, w mieszkaniu antyki, a na antykach ani śladu kurzu, dzięki Ukraince, która przelatuje wszystko co tydzień ścierką, i jestem jedynym nieprzelecianym przez nią obiektem fizycznym w moim mieszkaniu.

Jestem Sonia, moja suka, Borbus Dwunasta i Ostatnia, zwie mnie Białą, dla siwych włosów, tej resztki, co wetkana jest w kanwę czaszki. Mam krowę Mućkę, psa, trochę kur i kota Jozika, nie mam bliskich, nie mam majątku, nie mam nic, nic to jednak nie szkodzi, bo przecież niczego ze sobą nie będę mogła zabrać w ostatnią podróż: ni Mućki, ni Borbusa, ni Jozika; na co mi inne, skoro tego, co mam, nie wezmę ze sobą?

Właśnie tak mogliby przemówić do siebie po raz pierwszy – Igor znad placków, Sonia z ostrożnie wybraną czekoladką w kościstych palcach; pierwsza wersja została później przepisana wiele razy, bo niewypowiedziane słowa nie przestają być słowami, a niewysrane gówno gównem. Taka jest natura wszechrzeczy.

˙

Sierpień czterdziestego pierwszego, milion z hakiem lat temu, jak gdyby przed Potopem, dawno, dawno temu. Byłam młoda, miałam dwóch braci, starszych ode mnie, Witka i Janka, miałam całe życie przed sobą, spracowane ręce, małe radości, skryte uczucia, lubiłam zwijać język w tutkę, a włosy w warkocz zaplatać. Nawet ojca nie potrafiłam tak do korzenia nienawidzić. – Dzicia lubi jak duszu, a trasi jak hruszu[17] – mówili, zanim zaczynali bić, wolałam jednak, żeby mnie bili, niż kochali, w końcu bicie znieść łatwiej od kochania ze strony własnego ojca, zwłaszcza gdy kocha, odkąd tylko zakwitłam. Ojciec czaili się na mnie od małego. Zabiłaś moją żonkę, teraz odpokutuj, mówili. A ja przecież matki nigdy bym nie skrzywdziła! Ja jej nawet nie znałam!

Takiego sierpnia nawet najstarsi nie pamiętali, wszystko rosło ciężkie, dorodne, wydawało się, że temu rośnięciu nie postawiono granicy, jakby dobry Bóg postanowił przeskalować świat, postanowił, że od tamtego sierpnia wszystko będzie większe. No i było, nawet ja sama zaczynałam bujać w obłokach, tak niebo się ugięło pod ciężarem gwiazd, że opierało się o chustkę, co ją na głowie miałam związaną na karku albo pod brodą. Tamtego sierpnia słońce prawie nie zachodziło, rzeka prawie nie płynęła, więcej w niej było ryb i raków niźli wody. Pszczoły wracały na łapkach do uli, po piachu i trawie, objuczone pyłkiem tak, że nijak wzlecieć nie potrafiły. Kury znosiły kopy jaj, a każde z dwoma żółtkami i pisklakiem. Żarna chodziły gładko i lekko, tłuste od gorąca. Żyto i kartofle w trzy dni fermentowały, a upijały w kwadrans.

Tak łatwo nigdy wcześniej nam się nie żyło: ani w Prusach, ani w carskiej czy sowieckiej Rosji, ani w jaśniepańskiej Polsce, oznajmiali staryki. Wiedzieliśmy, że teraz jesteśmy poddanymi Hitlera Adolfa, tak niosła plotka, że Adolf Hitler jest złem wcielonym, jest złem, bo nienawidzi nas i naszych sąsiadów, chociaż równocześnie w ogóle nic o nas nie wie, nam to jednak nie przeszkadzało, nowa wojna bowiem obeszła szerokim łukiem nasze wsie. A był to czas wielu wojen, z których żadna nie była naszą. Palaki biły się z Niemcami i Ruskimi, teraz Ruscy z Niemcami, nas jednak niezbyt to dotykało, bo my nie ichnie, my niczyje, my samoswoje, może dalej, w Białymstoku, ale nie tutaj, może trochę w Gródku, ale nie w Królowym Stojle. Koniec świata ma do siebie to, że wojna dociera tam rzadko, najczęściej w formie obszarpanych uciekinierów, koślawych pogłosek i przetaczającego się po horyzoncie grzmotu; jeśli jednak już dociera, to w przerażającej postaci. Dopiero później mieliśmy tego doświadczyć.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?