ości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3.

Szymon: wiek 36 lat; waga 77 kg; wzrost 181 cm; oczy głębokie; orientacja seksualna: Lew Tołstoj przełamany Susan Sontag; orientacja światopoglądowa: wyłącznie po godzinach pracy; narodowość: stanu wolnego; stosunek do ofiar Holocaustu: empatyczny.

Na kuchennym stole piętrzą się stosy. Brudnych naczyń do zmycia, fachowych artykułów do przeczytania, płyt DVD do obejrzenia, książek do wyrzucenia lub podarowania, rachunków do zapłacenia, gazetek reklamowych do niczego. Pośród krzywych i chwiejnych wież przedmiotów Szymon wykrawa sobie niewielki kawałek przestrzeni, w sam raz na laptopa. Przegląda pocztę ze skrzynki uczelnianej i prywatnej. Nie ma ochoty nikomu odpowiadać, w końcu sobota, wolno mu być nieczynnym. Wstaje od biurka, nalewa wody do czajnika, szykuje herbatę, zagląda do sypialni (Maja śpi), wraca do komputera.

Loguje się na Facebooku. Liczy, że Ninel coś napisała, jakiś drobiazg, że siedzi w domu, jakiś sprawozdawczy okruch, że kot tęsknił tak, jak ona do kota; cokolwiek, po prostu ślad, odcisk na monitorze, że jest, że o n a jest.

Poznali się w poniedziałek, sześć dni temu, na otwarciu – notabene utrzymanym na bardzo wysokim diapazonie – interdyscyplinarnego festiwalu, miasto Kraków, Smok Wawelski i obwarzanki. Przemawiał minister kultury, po nim trzej notable. Szymon wymknął się z głównej sali do długiego pomieszczenia, zastawionego stołami z jedzeniem. Wbrew oczekiwaniom nie świeciło ono pustkami. Stało się azylem dla matek i ojców oraz ich pociech. Ot, nowy trend, przyjazne państwo, przyjazne konferencje naukowe, przyjaźni ludzie, przymus z Unii Europejskiej. Obecnie wypadało posiadać dziecko do lat trzech i pół i zabierać je wszędzie ze sobą. Wykład o programowaniu neurolingwistycznym uważano za nieudany, jeśli co najmniej jedno maleństwo się nie rozbeczało. Od uczonych slajdów wyżej punktowano naturalne, nieskrępowane kulturową normą karmienie piersią. Trudno już było referować najnowsze ustalenia w prozodii bez kontekstu pediatrii. Cena postępu, akcyza za mądrzejsze społeczeństwo, pomyślał i westchnął.

Przebił się do win. Chwycił dwa kieliszki i wybrał ścianę, o którą zamierzał się opierać przez najbliższy kwadrans. Jeśli mu się poszczęści i nikogo nie spotka, zaparkuje tu na całe przyjęcie, z szybkimi wypadami po kolejne lampki wina.

Podeszła do niego:

– Kopę lat!

Nie wiedział, jak zareagować. On ją oczywiście znał, Ninel Czeczot, żywa historia i – bezdyskusyjnie – z równą mocą teraźniejszość. Ona jego znać nie mogła, nie przynależał do porządku historii, prędzej teraźniejszości, a i to z ociąganiem.

Wyjęła z jego ręki kieliszek, jak gdyby czekał on właśnie na nią. Szymon wydusił wreszcie pierwsze słowo:

– Chyba.

Przyjrzała mu się.

– Przepraszam! Pomyliłam pana ze starym znajomym. To przez nowe okulary, które bardzo niedokładnie współpracują z moją pamięcią.

– Nic nie szkodzi. Ludzie często mnie mylą z kimś, kim nie jestem. O, kurczę! Teraz ja przepraszam! Nie zamierzałem mówić takich pierdół. No, wie pani. Takich, jak z rozmowy kulturalnych, nonszalanckich ludzi. Nienawidzę tego!

Milczał skonsternowany. Nachmurzony.

Ona tymczasem oparła się plecami o ścianę, obok niego: w ten sposób nie patrzyli na siebie, patrzyli przed, na przyjazną atmosferę, na matki, ojców i dzieci do lat trzech i pół. Szymon uświadomił sobie, że konsternacja błyskawicznie znikła, nie czuł nawet skrępowania, tak uparcie milcząc i stojąc.

Uwagę obojga przyciągnął malec, trzyletni albo młodszy. Poruszał się, jak pozostałe dzieci, na dwóch nogach, niekiedy na czworakach. Różniło go coś innego: trzymał buzię otwartą, jak gdyby znalazł się w stanie chronicznego ziewnięcia.

– Nie jestem pruderyjna – stwierdziła Ninel – ale wydaje mi się, że to dziecko ma wszystkie zęby.

Bardzo go rozbawiło domniemanie o ilości zębów.

– Tak – zgodził się.

– Nie wiem – kontynuowała – czy to normalne w tym wieku.

– Myśli pani, że jest upośledzone?

– Nie zdziwiłabym się. W końcu to dziecko.

Przegadali prawie całe przyjęcie.

Nie było jej na Facebooku, była na Skypie.

Szym777: Widzę, że jesteś.

Sepulka: Jestem słabo.

Szym777: Podróż cię dobiła?

Sepulka: Nie.

Szym777: Zjedz coś.

Sepulka: Nie.

Zjedz coś, tak mówiła jego matka, jedzenie jako panaceum na wszystkie „nie”. Szymon odchylił się w fotelu, splótł dłonie na karku, raz jeszcze przeczytał od początku krótki czat, raz jeszcze zastanowił się, dlaczego wybrała sobie nick Sepulka. To z Lema, pamiętał. Sepulki służyły do sepulenia. Odgrywały ogromną rolę w kosmicznej cywilizacji, równocześnie pozostając tematem tabu. Przypominały, sprawdził w sieci, murkwie, a kolorystycznie pćmy łagodne.

Szym777: Murkwia?

Sepulka: Nie.

Kot mi się kończy.

Jest mi przykro.

Bardzo.

Szym777: ☹

Szymon dostał chomika, za pacholęcia, i płakał, gdy chomik zmarł. Pochował go w pudełku po ptasim mleczku, zbyt obszernym na pojedyncze ciało; w kartoniku pozostało tyle miejsca, że zmieściłaby się i chomicza małżonka (albo małżonki, gdyby chomik wyznawał wyznanie mahometańskie), i ich potomstwo. Szymon patrzył – a teraz przed ekranem laptopa pamiętał, że patrzył – na skurczoną kulkę futra w jednym z kątów. Pamiętał również, co powiedział, zamykając prawie puste pudełko po ptasim mleczku. Powiedział: stary kawaler. Nie bardzo wiedział, co to znaczy, w końcu liczył sobie z osiem lat, wiedział jednak, podsłuchał bowiem kiedyś rodziców, że stary kawaler to coś przerażająco smutnego. Z intonacji matczynego głosu Szymek wyciągnął taki wniosek. Stary kawaler znaczył mniej więcej: nie ma nadziei.

Szym777: Stary kawaler?

Sepulka: Obawiam się, że tak. Niedługo.

Szym777: Idę na spacer. Spotkamy się na Polach?

Sepulka: Nie.

Szym777: To na razie.

Sepulka: Na.

Źle znosił nie. Nie chciała z nim pójść na spacer. Zbyła go. W istocie rozumiał, że to nieprawda. Ninel nie chciała spacerować, dlatego powiedziała „nie”. Nie istnieje rzeczywistość, w której niechęć do spacerowania kończy się „tak” dla spaceru. Albo inaczej: taka właśnie jest rzeczywistość, natomiast osoby niegodzące się z porządkiem rzeczy, z „nie” pod rękę z „tak”, osoby takie budziły w Szymonie niepokój. Nie wiedział, czy imponuje mu ich odwaga, czy złości egoizm.

Zdołał stłumić niespodziewaną przykrość, stała się ona pospolitym rozczarowaniem. Z rozczarowaniami radził sobie dość dobrze. Sprawnie.

Obszedł mieszkanie. Maja spała, Bruno jeszcze nie wrócił z dwudniowego wypadu z przyjaciółmi, tchórzofretka imieniem Sławoj czekała, aż ktoś ją wypuści z klatki.

Szymon wypuścił Sławoja. Szymon włożył sandały.

Nie lubił lata. Lato go dołowało. Nieznośnie długie dni, godziny i godziny światła z krótką przerwą na nieprecyzyjną ciemność. Zdecydowanie za krótką. Nie należał do gatunków nocnych, nie należał też do dziennych. Jego naturalne środowisko to średnie lub całkowite zachmurzenie i niekorzystny biomet. Wtedy czuł się najlepiej, pracował najwydajniej, wtedy świat rysował się klarownie szarą kreską.

Nie ufał latu. Nie ufał samemu sobie latem. Nie zachowywał należytej staranności, lekceważył procedury, dzięki którym jego relacje z ludźmi były poprawne i bezpieczne, czasem nawet na swój sposób serdeczne. Ostrożność – jej właśnie mu zabrakło z Ninel. Niepełny, zdradziecki letni tydzień, przegadane kwadranse, a on już dał się oczarować, już prawie się zakochał. Mało brakowało.

Zadzwonił telefon. To była ona:

– Głupia sprawa, muszę nagle wyjechać na dwa dni. Wszyscy moi przyjaciele powyjeżdżali, epidemia wyjazdów, pieprzony czerwiec. Kto w ogóle wymyślił czerwiec?! No i pomyślałam sobie, że cię zapytam, czy dałbyś radę zająć się kotem. Raz dziennie nalać wody i rzucić mięsa z masłem. Raz dziennie przez dwa dni. Kuwetę sprzątnę sama, jeśli się brzydzisz. To jak? Mogę cię o to prosić?

– Tak – powiedział, aby zaraz dodać ostrożniejszym tonem: – Chyba tak.

Wpadł do niej po klucze. Zaproponowała herbatę. Nie chciało mu się pić, powiedział jednak: owszem, z przyjemnością i łyżeczką cukru, jeśli to nie kłopot.

Musiała wyczuć jego niepewność, ten stan lekkiego oszołomienia, wyraźną, choć cząstkową nieobecność, jakieś zamknięcie się na coś lub przed kimś. Musiała to wyczuć, ponieważ ciężar prowadzenia rozmowy wzięła na własne barki. (Kot bez pytania usadowił mu się na kolanach. Cuchnął).

Mówiła niskim głosem, tak niskim, że Szymon wątpił, aby potrafiła pisnąć. Na widok myszy czy z bólu. (Nie znał jej preferencji). Zapracowała na swój głos; niepoliczone papierosy, rozmowy do rana – wyobrażał sobie, jak przez lata dochodzi do obecnego tembru, paląc i gadając, całując się i przełykając, z roku na rok ułamek tonu niżej, niżej, aż pewnego dnia – być może – przestanie być słyszalna bez specjalistycznej, fonograficzno-feministycznej aparatury.

Ocknął się, gdy go zapytała, czy słyszy, co ona do niego mówi.

– Słyszę, tylko że bez większego zrozumienia – odpowiedział wprost, ze szczerością, której nadal się wstydził, dowodziła ona bowiem, że socjalizacja w jego przypadku nie do końca się powiodła.

Uśmiechnęła się.

– To bardzo mądre nastawienie do ludzi.

Nie wiedział, czy z niego pokpiwa, czy też mówi serio; na tyle serio, na ile słowa zatrzymują powagę.

– Przepraszam. Nie chciałem zachować się niegrzecznie lub bezpośrednio. Odłączyłem się na trochę.

– Mimo to słyszałeś wszystko?

Skinął głową.

Odchrząknął.

– Prawdopodobnie muszę już iść.

 

Nie zaoponowała, za co podziękował jej w duchu. Oszczędzili sobie rozmówki rodzajowej pod tytułem „Ależ zostań!”.

– Wyślę ci SMS-a, żeby przypomnieć o kocie.

– Wyślij. Dzięki za herbatę.

– Dzięki za kota.

Podali sobie ręce; jak na talerzu. Dziwny zwyczaj, pomyślał, pełen pułapek – można przytrzymać czyjąś dłoń za długo, uścisnąć za mocno, za słabo; można pośliznąć się na własnym lub obcym pocie, wtedy dłoń wymyka się obyczajowi i potrafi ścisnąć same palce albo nadgarstek. Dziwny zwyczaj, powtórzył w myślach, pełen pułapek. Nie zdziwiłbym się, gdyby za sto lat ludzie przestali podawać sobie ręce, dla bezpieczeństwa.

– Czemu matka powiedziała, że nie cho-? – zapytał w progu Bruno.

– Też się cieszę, że wróciłeś, synu – odpowiedział Szymon, zdejmując sandały. – Fajnie było?

– Tata, ja cię nie pytam, jak mi było. Ja cię pytam, czemu matka powiedziała, że nie chodzi. Schlała się wczoraj czy co?

– Pokaleczyła stopy.

– Niniejszym się upaliła w bonusie.

– To była impreza bez narkotyków.

Bruno prychnął, prawdopodobnie z pogardą, i coś wymamrotał pod nosem.

– Co mówisz?

– Nic. Wychodzę. Sławoj nasrał w kuchni. Nara – i już trzasnęły drzwi, a Bruno zniknął.

Nie zdążył wkurzyć się na syna, ponieważ zadzwoniła komórka.

– Nie, mamuś, raczej nie. Maja wbiła sobie szkło w stopę i nie bardzo może chodzić. Co?... Zbiła kieliszek, znaczy talerz... Tak, jestem pewien, to był talerz, nie kieliszek... Dobrze, mamuś, ucałuję, na razie.

– Z kim rozmawiałeś?! – krzyknęła z sypialni Maja. – I przynieś mi e-papierosa, bo się duszę!

Poszedł do kuchni, sprzątnął kupę Sławoja. Ze stołu zgarnął e-papierosa. (Naładowanego, zatem Maja musiała wstać pod nieobecność Szymona).

– Proszę. Poszukać inhalatora? I tak będzie ci zaraz potrzebny – dodał z lekkim sarkazmem.

Leżała na kołdrze. Zaciągnęła się wodną parą z nikotyną.

– Dziękuję. Gdzie byłeś?

– W kuchni.

– Pytam się o wcześniej.

– Na spacerze.

– Trzy godziny? W taki upał?

– Dokładnie. Ja, w odróżnieniu od ciebie, nie mam kaca. Upał mi nie przeszkadza.

– Pojechałeś do zoo?

– Do zoo?

– Albo do twojej matki?

– Co ty wygadujesz?!

– Cuchniesz – wytłumaczyła Maja. – Tylko nie wiem czym. Albo jest to smród zwierzęcia trzymanego w klatce, albo woń domu twojej matki, ten świętoszkowaty, trupi odór.

Zagryzł zęby. Nie znosił, gdy Maja wbijała szpile w teściową, a jego, Szymona, matkę. Swoją drogą, matka Mai nie różniła się bardzo od jego matki. Obie wierzyły w Kościół, dewocję i dewocjonalia, czasem też w Jezusa. Fakt, że religijność Szymonowej matki pogłębiała się z wiekiem, kilka lat temu sięgając dna ortodoksji, łamanej jeśli nie przez świętość, to z pewnością przez beatyfikację, fakt ten w ogóle nie usuwał faktu innego: bardzo matkę kochał.

– Wezmę prysznic – powiedział z zamiarem uniknięcia kłótni.

Skacowana Maja uwielbiała prowokować kłótnie. Szymon nie wiedział dlaczego, wiedział jedynie że. Korekta: prawdopodobnie wcale nie uwielbiała, lecz prowokowała, po prostu, kropka.

– Przepraszam, Szymuś. Źle się czuję. Jak syrenka.

Usiadł na brzegu łóżka, wziął ją za rękę:

– Jaka syrenka?

– Taka z bajki, chyba Andersena. No wiesz, co pokochała księcia tak bardzo, że dla niego wymieniła swój rybi ogon na stopy. I potem każdy krok sprawiał jej niesamowity ból, mimo to chodziła po ziemi z miłości do swego księcia. – Mówiła szybkimi zdaniami, Szymon nie przerywał, zaczynał się bać, że ona znowu odjeżdża w swój świat, w ten straszny, uciążliwy wariant świata zaludnionego widmami w przedrzeźnionych zwierciadłach, kończący się terapią i mocnymi psychotropami. – Tylko czy ja mam księcia, dla którego warto oddać ogon?

Nachylił się, żeby ją pocałować, ona odchyliła głowę i pocałunek wylądował nie tam, dokąd go posłano, lecz niczym zniesiona wiatrem bomba rozbił się o szyję, zgrzytnął i zsunął, nie doprowadzając do żadnej eksplozji, ani grama namiętności, niewypał. Niewybuch. Brak przyzwolenia na przytulenie, dyplomatyczna nota z żądaniem niebliskości.

Pragnął coś powiedzieć. Najlepiej coś, co rozbroiłoby tę sytuację i ten niecelny pocałunek. Nic nie przychodziło mu na myśl. Nie wiedział, który kabel – niebieski (syrenka) czy czerwony (matka) – przeciąć, aby uniknąć zniszczeń.

– Kochanie – rzucił pierwsze słowo, miękko, niby lasso, Maja jednak zachowała czujność i się uchyliła, słowo tedy nie dosięgło jej, nie skrępowało, ot, spadło próżno w piach lub raczej, dostosujmy obrazowanie do warunków krajoznawczych, na kołdrę. Szymon spróbował czegoś innego: – Czy myślisz... – powiedział i urwał, Maja często łapała się na haczyk „czy myślisz...” i dopowiadała ciąg dalszy podług własnego uznania i nastroju. Dziś jednak ów haczyk nie chwycił. „Czy myślisz...” unosiło się w ciszy, dryfowało szyderczo, stopniowo przeobrażając Szymona w głupka, który nie potrafi dokończyć prostego zdania.

Dlaczego, pomyślał ze szczerą rozpaczą, ona nie chce mi pomóc? Dlaczego czegoś nie powie? Dlaczego nie puści mnie wolno?

Wreszcie się zlitowała.

– Idź, weź prysznic. Cuchniesz. Innym ciałem. Kobietą.

To była kotka, nie kobieta, chciał powiedzieć, w porę ugryzł się w język. Wstał i wyszedł. A może kot, nie kotka?

4.

Na szybie pokrytej parą rysujemy dwa kółka dodając uszy, wąsy i ogon. W ten sposób powstaje kot. Można także narysować świerk, kwiat albo człowieka.

Dopóki różnica temperatur po obu stronach szyby utrzymuje się – ludzie, zwierzęta i rośliny istnieją w sposób niebudzący wątpliwości. Istnieją z zewnątrz i od środka.

Krystyna Miłobędzka

W pociągu zajęła miejsce przy oknie, nie tak brudnym, jak wyryła sobie na tabliczkach uprzedzeń, dosyć jednak nieczystym, ażeby chronić skórę przed wzdragającym dotykiem szyby, nieprzyjemnym gestem nieożywionego, niedoglądniętego świata.

Wbiła wzrok w płachtę gazety. Nie czytała jej po to, żeby czegoś się dowiedzieć. Z góry przecież wiedziała, co napiszą w prawicowej, liberalnej, lewicowej lub innej prasie; stałości poglądów dziennikarzom pozazdrościłby sam Budda, chyba znowu, któryż to raz!, wycofany z głównonurtowego obiegu idei. Każdy pisał i komentował, jak mu linia grała, jak od linijki prosto, żadnych szlaczków czy wahnięć, żadnych parkinsonów, częste alzheimery. Czytała o tym, o czym wiedziała, w ramach profilaktyki alzheimera. Otóż uznała, że sytuacja, w której prasowy artykuł wzbudziłby w niej zainteresowanie albo przyniósł istotnie n o w e informacje, byłaby sytuacją alarmową, albowiem klarownie dowodzącą, iż Ninel zapomina, co wiedziała. Prasa nie zawiodła, tytuły, co do jednego, kubek w kubek, pozwalały się skatalogować pod d; d jak déjà vu. Męczące jak kac, nudne jak ziemniaki z wody.

Wysiadła na Dworcu Centralnym, wsiadła w 175, korki rozładowała zapadająca noc. Po dwudziestu minutach szybkiej jazdy i niespiesznego marszu wstukała kod domofonu i otworzyła drzwi do swojego mieszkania.

Wypełniała ją w połowie radość z dobrze spełnionego obowiązku. Pozostała część, druga połowa Ninel pozostawała pusta, jeśli nie liczyć śladowych ilości oparów – miłości, skrępowania, złości, ulgi, tych wszystkich drobinek, które unoszą się nawet wtedy, gdy żaden aparat detekcyjny nie jest w stanie wykryć ich obecności.

Na dwa dni Ninel zamieniła się w przykładną córkę. Odwiedziła matkę, odebrała ją ze szpitala, zainstalowała w jej mieszkaniu. Rozmawiały o literaturze i sanatoryjnym sznycie. Matka bagatelizowała hospitalizację, w moim wieku to tylko nieco rzadsze, mówiła, niż wizyty w toalecie, pospolite badania, ot co!, natomiast Ninel nie odpowiadała matce: nie mów tak, mamo. Zgrany duet, w obu znaczeniach. (Ninel wolała trio z czasów, gdy żył ojciec).

Nie zawsze udawała się Ninel sztuka wejścia w funkcję córki. Tym razem rozwiązała funkcję córki bezbłędnie, dwa dni i ani jednego poważniejszego błędu! Dlatego teraz odczuwała zasłużoną satysfakcję, nieczęstą po wizytach w rodzinnym domu, na swój sposób odświętną.

– Gdzie mój Bury? Kici kici.

Pod swoją nieobecność przyjęła od Szymona dwa raporty o stanie kociego zdrowia. (Je, rusza się, miauczy – głosił pierwszy; Zrobił kupę obok kuwety. Mam się martwić? – brzmiał drugi).

– Mrrrr – zamruczała w jego języku, po buremu.

Zajrzała do kuchni; lubił siedzieć na małym telewizorze, nie siedział.

W łazience kupa w wannie, w sypialni pusto.

W pokoju dziennym pojawiły się ciemne linie, o nieregularnej grubości, tracące raz po raz ciągłość. Linie rysowały się esowato na jasnych klepkach parkietu, wskakiwały na stół i krzesła, biegły biurkiem, także wskroś klawiatury, książek, korespondencji. Zbijały się w motek na górnej części obudowy kremowego monitora. Ciągnęły ścianą równolegle do oparcia kanapy. Zasupłane, objęły w posiadanie cały fotel.

W pierwszej chwili nie rozumiała, co widzi. Klisza pokoju złapanego w sieć, tak brzmiała początkowa interpretacja, proteza, na której jej umysł musiał się opierać dopóty, dopóki poprawniejszy obraz nie wyprze tego poprzedniego.

Drugie skojarzenie, intuicja łączyła linie z Burym; proste skojarzenie – kot i włóczka.

Przyklękła i dotknęła palcem niezrozumiałego wzoru. Bardzo zagęszczona ciecz, roztarła ją opuszkami, rdzawy kolor, kłaczek futra. Już wiedziała, stuprocentowa pewność lekko zmiękczona nadzieją na pomyłkę. Na żart w makabrycznym stylu.

Siedział na parapecie. Nigdy tam nie siadał.

Wzięła go na ręce. Nie zaprotestował.

Zastanawiała się, gdzie Burego położyć. Nie chciała kłaść go na rozwleczonych po pokoju niciach. Poszła do kuchni. Wydawała się czysta.

Weterynarz dawał Buremu najwyżej dwa miesiące – mijał trzeci – ze wskazaniem na eutanazję, tak napisał w karcie. Nowotwór, guzy. Możliwości są następujące: guz wypchnie gałki oczne, kot umrze; guz zatka drogi oddechowe, kot się udusi. Nie dałaby głowy, czy weterynarz nie przedstawił kilku jeszcze scenariuszy, włącznie z tym, który wypełniał się na jej oczach, na stole.

Spróbowała zetrzeć krew z pyszczka, po którego bokach zwisały dwie długie nitki z paciorkami skrzepów, oklapnięte i śliskie niczym wąsy wyłowionego suma. Musiałaby je urwać, inaczej nie dawały się usunąć, uciekłyby jej spomiędzy palców.

Zwymiotował burą miazgą. Odruchowo odwróciła głowę, nie w geście obrzydzenia, lecz nieuświadomionego protestu: nie chciała patrzeć na cierpienie kochanej istoty; istoty, z którą spędziła aż osiemnaście lat. Po sekundzie – interwał między odruchem a rzeczywistością – znowu patrzyła na swego kota.

Spojrzała na krwawą papkę: głównie skrzepy, także kawałeczki surowego mięsa, kłaczki futra, pewnie też masło (w ostatnich miesiącach żywił się głównie masłem i surową piersią z kurczaka). To było tak, zracjonalizowała sobie, guz pękł do przełyku, wylała się krew i ropa, Bury je połykał, potem wymiotował. Krwotok nie ustał, dowód został wypluty na blat stołu chwilę temu.

Zaraz musi zająć się Burym, co za paskudny dzień! Jeszcze chwilę temu tak była z siebie jako córki zadowolona! Zadzwonił Szymon z pytaniem o kota, czy w porządku. Opowiedziała mu. Zapytał, czy chce, żeby pojechał z nią (z nami!, skarciła go w myślach) do weterynarza. Nie namyślając się, przyjęła ofertę. Rozłączyła się. Odłożyła komórkę. Kurwa.

Niemal od razu pożałowała, że się zgodziła. Zakłuła ją wściekłość; to bardzo nieeleganckie, pomyślała z furią, zaoferować pomoc potrzebującej osobie. Ów właściwie nieznany mi młody człowiek wykorzystał moją słabość i bezradność i bezczelnie zaofiarował wsparcie, a ja, idiotka, się zgodziłam.

Skierowała złość przeciwko Szymonowi, ponieważ okazał się pierwszą zdrową osobą, jaka nawinęła się jej pod rękę. Naprawdę była jednak zła na siebie, zła Ninel, zła. I na swoją matkę, zła matka, tyle razy hospitalizowana i nadal żywa. Pogłaskała Burego. Stracił tyle krwi, że nie miał siły zareagować.

Starła blat do czysta. Z lodówki wyjęła pół kostki masła, podsunęła kotu pod pyszczek. Liznął dwa razy. Doceniła, że nadal starał się ją zadowalać; dobry Bury. Gdyby mężczyźni byli tacy jak ten kot, chętniej by ich dotykała.

Wszystko przygotowała zawczasu, adres całodobowej lecznicy, numer telefonu, miękki koc do pojemnika transportowego, gotówkę w kopercie z napisem: Koniec kota.

Szymon przybył, taksówka czeka, powiedział, wziął delikatnie pojemnik z Burym. Ona usiadła obok kierowcy, on z tyłu, z kotem.

 

Dotarli na miejsce.

Bury dostał zastrzyk.

Wzięła go na ręce. Mruczał. Zwymiotował na pożegnanie krwawą resztką. I już go nie było. Popłakała się.

Szymon nie znalazł odwagi, żeby ją przytulić. Położył tylko dłoń na jej ramieniu w płochliwym geście wyrażającym współczucie. Ninel wolałaby otrzymać gest wsparcia, nie współczucia, znalazła się wszakże w okolicznościach, w których nie pozwolono jej wybierać.

Nie płakała długo. Burego już nie ma. Poza tym z całą siłą uderzył ją schematyczny i krzywdzący obraz, martwa poniekąd natura: samotna kobieta, jej kot i ktoś za plecami.

Kulturalny oraz kosztowny weterynarz złożył kondolencje, zapytał, czy Ninel życzy sobie zabrać ciało.

– Nie. Jeżeli istnieje taka możliwość, proszę je skremować.

– A prochy?

– Gdzieś rozsypać – rzuciła ostrym tonem. Po czym natychmiast dodała gwoli usprawiedliwienia: – Niech pan zrozumie, kot, który był moim przyjacielem, żył, a to ciało nie ma z moim kotem nic wspólnego. Dlatego nie interesuje mnie, co się z nim stanie.

Weterynarz skinął głową.

– Jeszcze jedna kwestia... Muszę zadać pani bardzo w tej sytuacji krępujące pytanie...

– Tak?

– A więc, no... Bardzo przepraszam, to idiotyczne, lecz: paragon czy faktura?

Uśmiechnęła się mimo woli, jak gdyby nagle wyzwolonym tikiem. Nigdy wcześniej nie przyszło jej do głowy, że śmierci można podzielić według dowodu uiszczenia opłaty.

– Paragon.

Życzył im spokojnej nocy.

Przed drugą w nocy była z powrotem. Na żałobę wybrała kuchnię. (Na wizytę w pokoju dziennym za wcześnie). Umyła twarz w kuchennym zlewie. Zapaliła papierosa. Uznała, że wyjątkowo pozwoli sobie na szklaneczkę whisky.

Alkohol parzył wnętrze ust. Nie usuwał zmęczenia, za to pozwalał ostrzej spojrzeć na sprawy do załatwienia; praktyczne sprawy, pragmatyczne decyzje. Pozwalał zaplanować, krok po kroku, kolejne czynności. Gdy Ninel opracowała w szczegółach plan działania, okazało się, że wypiła trzy szklaneczki, wypaliła tuzin papierosów i potrzebuje snu.

Wyciągnęła wtyczkę archaicznego stacjonarnego telefonu na korytarzu, wyłączyła komórkę i z ulgą położyła się do łóżka. Pościel cuchnęła. W ostatnich miesiącach zmieniała ją nawet dwa razy w tygodniu, jednak żadne środki czystości, żadne zapachowe atrybuty zaawansowanej cywilizacji nie usuwały na dłużej niż kilka godzin woni starego kota i rozkładu. Bury gnił od środka i śmierdział na zewnątrz. Gdy lizał Ninel szorstkim językiem po nosie, wstrzymywała oddech. Gdy zasypiał na poduszce tuż obok jej głowy, musiała przywoływać się do porządku, powtarzać proste zdania z elementarza: To jest kot, a to jest smród. Kot śmierdzi, ponieważ gnije. Z powodu smrodu nie wolno nikogo odtrącać.

Powtarzała zdania z małej książki o przyzwoitości i współżyciu tak długo, aż powonienie akceptowało to, co wcześniej zaakceptował umysł – smród oznacza dokładnie tyle, że śmierdzi, nic więcej, nic. Pomimo dobrze ugruntowanego stanowiska etycznego miewała z zapachem kłopot, szczególnie w wąskim pasie granicznym rozdzielającym sen od jawy. To właśnie tam, ze sparaliżowanym już rozumem, a jeszcze bez znieczulenia, jakie przynosi marzenie senne, nabierała głębokiego przekonania, że leży na wielkim jak materac pobojowisku, pośród zwłok, pokotem. Że cierpliwie czeka na swoją kolej, na ekshumację. Że jest trupem wskutek pomyłki. (Ludzkie okrucieństwo jest chyba pomyłką?) Albo – z umysłem poniżej lustra jawy, w coraz bardziej przypadkowej toni, w której unosiły się akcydentalne zdarzenia i przedmioty, dowolnie łączliwe – myliła ekshumację z ekscytacją. Słyszała wspaniałe brzęczenie tysięcy skrzydeł, kręciło jej się w głowie od nagłych zmian kierunku, od rozbłysków światła na fasetowych oczach, od eksplozji fetoru, który przestawał być zapachem, przemieniał się w stan – najbardziej pożądany, wywołujący euforię stan.

Nim ostatecznie traciła władzę nad porządkiem samej siebie i spójnością wydarzeń, stawała się jedną z tysięcy much, unoszących się roznamiętnioną chmurą nad gnijącymi ciałami. Tylko wtedy czuła, na krok przed zdaniem własnej osoby rojeniom sennym, że jest prawdziwym członkiem prawdziwej wspólnoty. Na jawie miewała ze zbiorową identyfikacją ogromne problemy, chociaż zapach przecież nie znikał; stłumiony rozmaitymi aromatyzerami – etyką, dogmatami, poprawnością polityczną, bezrefleksyjnością – nadal bił i przenikał wszystko.

Wstała dobrze po południu. O dziwo, wyspana i pełna energii. Pomyślała, że zaparzy herbatę. Herbata mogła jednak zetrzeć tę dobrą kondycję, dlatego Ninel po prostu przystąpiła do realizacji planu opracowanego godziny temu.

Zaczęła od najtrudniejszego punktu – salonu. Z góry na dół, brzmiał plan, jak z płatka, obiecywał. Nasamprzód sczerniała smuga nad kanapą; Bury często wskakiwał na oparcie i szedł do samego końca, trąc pyszczkiem o ścianę. Ostatniego dnia również tak postąpił. Krew nie dawała się zmyć, nie ustępowała, wżarła się w tynk, rozmazała. Ninel pożałowała, że odmalowując dwa lata temu mieszkanie, nie zdecydowała się na droższą, za to zmywalną farbę. Teraz – w konsekwencji oszczędności lub prędzej, śmierci kota, oszczędności nie miały tu nic do rzeczy – posiadała rozmyty, brudnoszary pas, szpecący cały pokój. Patrzyła na plamę, próbując wykonać sztuczkę, która wielekroć ratowała jej przyjaźnie, znajomości i inne, bardziej oficjalne relacje. Sztuczka polegała na polubieniu tego, czego się nie lubiło. (Z mężami udawała się na długie lata). Po kilku minutach poddała się; nie ma takiej siły, wyższej, niższej ani odśrodkowej, która zmusiłaby Ninel do polubienia tej krwawej szarfy.

Nie da się polubić, trzeba zasłonić. Przypomniała sobie, że chyba zostało po remoncie pół puszki farby. Korekta planów, aktualnie z dołu do góry: nim sięgnie po farbę, musi zetrzeć rysunek skrzepów i kresek z podłogi, żeby nie utytłać całego mieszkania w resztkach Burego.

Klepki nie sprawiły trudności, mop i woda z płynem przywróciły parkietowi swoistą jednorodność i nudę, jakie cechują każde przyzwoite tło dla stóp i wzroku.

Zapobiegliwie odsunęła kanapę od ściany. Farbę znalazła w szafce pod zlewem, pędzel nieobecny, zgubiony. Musiała pójść do sklepu. Poszła.

Zamalowawszy ślad, cofnęła się o dwa kroki, aby ocenić efekt. Nie przypadł jej do gustu. Gdyby poszukać porównania, powiedziałoby się: rana, na którą ktoś nalepił plaster z rysunkiem blizny; może za szybko wszystko?

Rozważała dostępne działania i zasłaniające przedmioty, aż wpadła na to, że pod łóżkiem kurzył się rulon z pięknym kilimem, prezentem ślubnym od dziadka, spakowanym skrupulatnie i wepchniętym pod łóżko po pierwszym rozwodzie. Najwyraźniej już czas ponownie zawiesić go na ścianie, uznała.

Wyciągnęła rulon, zdarła grubą folię, uzbrajając tym samym naftalinową bombę. Ostry zapach zakręcił w nosie. Przeciągnęła kilim do pokoju, rozłożyła na podłodze. Nie mieścił się, więc przesunęła stół i krzesła; zmierzyła długość boków. Ołówkiem zaznaczyła na ścianie miejsca, w które należało wbić gwoździe. Wspięła się na krzesło i wbiła pierwszy gwóźdź, i się poddała. Krew odpłynęła jej z rąk i głowy. Po gwoździu dziennie, postanowiła, nie więcej.

Pokój chwilowo nie nadawał się do zamieszkania: przesunięte meble, płachty gazet na podłodze, domyślnie chroniące przed zachlapaniem farbą, mrowie innych przedmiotów, zmaterializowanych znikąd lub zowąd. Nie zdawała sobie sprawy, że jest zdolna do nabałaganienia na taką skalę, i to podczas porządków.

Poczuła frustrację, złość na własną indolencję lub raczej – koniec końców każdy krok zaplanowała zadowalająco – na efekt swego działania.

Ten pokój nie jest mi niezbędny, pouczyła się, potrzebuję tylko dostępu do komputera. Sprzątnęła biurko, starła krew z książek, zabrudzone papiery i korespondencję wyrzuciła do kosza, nie sprawdzając, czy nie zawieruszył się tam jakiś ważny list. (Jeżeli ktoś ma do mnie interes, napisze ponownie, w najgorszym razie z odsetkami).

Poczuła się usatysfakcjonowana na tyle, aby zwekslować obowiązki na przyjemności. Wzięła bardzo długą kąpiel. Spuszczała ochłodzoną wodę i dopuszczała gorącej. Nie myślała o niczym. Posiadała ciało i to posiadane ciało wydawało się równie zadowolone z właścicielki, jak właścicielka z niego, czyli, uściślając, nie do końca. W wodnej parze, zaparowanych kafelkach, wilgotnym powietrzu coś takiego jak osobowość, osobność, ja, jaźń, te wszystkie psychopatologie i nawyki umysłowe udawało się ignorować lub też: udawało się ich nie dosłyszeć w ten sam sposób, w jaki nie dosłyszy się ambarasującego pytania.