Miłość

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miłość
Miłość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Miłość
Audio
Miłość
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gniewnym krokiem opuścił mniejszą jadalnię, pozostawiając skonsternowaną trójkę nad ouiją. Irena – zdumiona przebiegiem wieczoru – zerkała pytająco na Jerzego, a ten patrzał w drzwi, za którymi zniknęły plecy literata.

Anna wyczuła na sobie znajome spojrzenie. W instrukcji stało, że po przywołaniu ducha i rozmowie z nim należy go pożegnać, dziękując za przybycie. Odwołanie nazywano najważniejszym elementem Przywołania. W przeciwnym razie duch mógłby pozostać w pobliżu i wywoływać skutki nieprzyjemne także dla zdrowia.

– Niezgrabnie się potoczyło – wydusiła z siebie. – Pora najwyższa zakończyć nasz seans. Pewnieście znużeni. Dziękujemy ci, duchu. Odejdź w pokoju.

Jarosława znów gdzieś poniosło, zaległa zatem samotnie w małżeńskim łożu, co się jej nierzadko przytrafiało. Nie zamierzała męża denerwować. Skąd mogła wiedzieć, że akurat Jakub się objawi? Prędzej obstawiałaby wujenkę Nastazję, tej bowiem umierało się tutaj długo i w komforcie, tedy powinna z grzeczności choćby zechcieć odświeżyć swoje dobre wspomnienia ze śmierci.

Dom skrzypiał dotkliwiej niż zwykle, a trzeszczący był, odkąd sięgała pamięcią. Lubiła te samotne chwile, to w milczeniu najbardziej kochała Jarosława, przywołując ich poślubną podróż do Kopenhagi, prawie całą przemilczaną, za to głęboką i poruszającą. Wiedziała, że w niewypowiedzeniu ludzie kochający się najbliżej są siebie.

Ach, i jutro dzieciaczki przyjdą na próbę sztuki. Tworzyła ją wieczorami, z pasją wykreślając i wykreślone przywracając. Prezent urodzinowy dla Jarosława. Choć czy nie za gładkie te wersy pożyczone, czy go nie zezłoszczą? No, ale nie jeden Jarosław porywał się na Księgę. Kobiety są nie mniej wrażliwe.

Nie potrafiła zasnąć od burzy myślowej.

Przed świtem zawitał do sypialni Jarosław. Zmarnowany był. Noc pewnie przepędził w nowo powstałej melinie obok straży pożarnej. Donieść na milicję wyższej instancji wypadało, żeby rozegnała pijusów, lecz obecnie Anna nie miała do praworządności głowy.

Jarosław cuchnął miejscowym bimberkiem kartoflanym, a przytulił się do niej, zagrzebując dłonie w jej ciele.

– Tuszka – wyświstał i zachrapał jak zwłoki, chociaż bez niej.

Rankiem na śniadanie Cecylia wypiekła cebulowe bułki, a do tego podała po sadzonym z zieleniną. Jarosław nabrał butelkowego koloru, mimo to starał się gości zabawiać opowieścią o ponuractwie swego zajęcia. Wychodziło na to, że pisarz był jak grabarz, a jego rola ograniczała się do grzebania słów w zdaniach.

– A ja z kolei wielką odczuwałam radość, tak żywą, tak prawdziwą, gdy zdarzało mi się tworzyć. Nie za długo będzie Stratfordczyk w moim opracowaniu wiejskim – dopowiedziała Anna.

– O! – wyrzekła butelka o twarzy zbliżonej do Jarosława.

– Na twoje urodziny pojutrze. Nie pamiętasz, drogi mężu?

Najwyraźniej pamiętał, szczęki mu się zacisnęły, jakby dawał wiarę przesądom, według których każdy kolejny rok wchodzi w człowieka przez usta.

– Ja teatru nie lubię. – Irena postanowiła podzielić się swoimi odczuciami. – Raz byłam w stolicy i do teatru nie poszłam, bo nie lubię usilnie.

– Pewnieś sztukę niewłaściwie dobrała do charakteru – wkroczył w słowo Jerzy, wesoło puściwszy oko do towarzystwa. – Dobre przedstawienie dodaje życiu pieprzu.

– Pewnie z racji wieku pani Irena przedkłada wesołość nad prawdziwy dramat. Przypadłość częsta wśród młodzieży. – Tutaj Anna uczyniła przesadną pauzę i dwoma palcami dotknęła skroni, co było tajnym sygnałem dla męża, że teraz ona zacznie głosić niepoważne opinie. – Na szczęście później wkracza wiek dojrzały, a z nim odmienne priorytety myśli i parytety cielesności.

Irena obrzuciła ją błyskiem niepewnego spojrzenia. Nie wiadomo, co zrozumiała i czy dotarło do niej, że najokrutniej dworował sobie z niej mąż.

– Moje przedstawienie robię z dzieciątkami ze wsi i córkami, choć akurat one uczestniczą o tyle o ile. Dla wiejskich dzieci to okazja, żeby zetknąć się z prawdziwą sztuką, nieprawdaż, Jarosławie?

– Anno kochana – włączył się wywołany, spoglądając pusto, stąd nie miała pewności, czy dany przez nią tajny znak zarejestrował – nie wpadłaś aby w galopadę? Oni mają rodzimą sztukę ludową, tak niedocenianą niestety przez ogół, a nieraz poruszającą do głębi.

– Przyznasz jednak, że zasięg tej sztuki ludowej nazwać trzeba lokalnym, zaś Szekspir...

Po śniadaniu Anna poprosiła Jerzego tak bezpośrednio, jak uchodziło bez zawieszenia manier i pozorów, o pomocną dłoń w przygotowaniach do spektaklu. Stosowny projekt według jej wskazówek od ręki skreślił lata temu pewien architekt w drodze do Vilnius nocujący na Stokroci. Zamarzyło jej się wtedy wiejską scenę prowadzić.

Widownia lokowałaby się na werandzie, przed nią należało wznieść scenę, a jeśli nie scenę tudzież jej namiastkę, to drewniany szkielet, niechby ramę chociaż, a na niej zawisłaby kurtyna uszyta z albiońskich spadochronów. A odsłoniwszy się, ukazałaby perspektywę aż po sploty rzeki na granicy żywiołu powietrznego i ziemnego.

Spadochronowe płótno wykazało zaskakującą odporność na czas i czasu historyczne kołowroty: bez wątpienia przeszło przez wojnę z mniejszą liczbą dziur niż ten kraj. Złożyła rok temu wizytę kuzynce w Varsovie i pomimo trwającej odbudowy wojenne pustki ziały nadal po całych kwartałach dzielnic.

Jerzy zapewnił o szczerej chęci niesienia Annie pomocy. Nie wypadało mu odmówić, o czym wiedziała i co wykorzystała bez skrupułów: jakkolwiek by popatrzeć, ani kuropatwy, ani wieczorne spotkanie nie zdarzyły się za darmo.

Naraz Irena wymówiła się mdłościami. Anna, posiadłszy wiedzę ukrytą o jej rzeczywistym stanie, przyznała w duchu, że młoda kobieta olśniewająco zagrała wymówkę. Nie posądziłaby jej nigdy o taką biegłość w mdleniach i nudności nadciąganiach: gałki nieomal się wywracały białkami jak niewprawną ręką prowadzone żaglówki na jeziorze.

Jarosław tymczasem wykręcił się pracą, bez wchodzenia w szczegóły.

Anna i Jerzy pozostali znowu sami, za dnia po raz pierwszy, a Jerzy nie zbrzydł od słonecznego światła. Energicznie zabrał się do szacowania zasobów desek i bali oraz osprzętu stolarskiego, aby wspólnie z Wieśkiem i Kaziem, synem służącego, opracować plan działania na podstawie dawnego projektu.

Robota paliła się im w rękach. Piły, gwoździe, młotki i inne męskie narzędzia władzy nad materią poszły w ruch. Słońce smażyło niemiłosiernie, muchy pobudzając do awiacyjnych wyczynów. W Annie coś jakby przypalało się w środku od skwaru, Jerzy zaś po marynarce zdjął koszulę. Cóż za świetne miał ciało! Takie ozłocone potem i przez nią oglądane mogłoby spokojnie zachwycać turystów na Akropolu. Z deską pod ramię prezentował się niemal jak Doryforos, ów niosący włócznię, doskonały młodzian o nieznacznych jądrach.

Anna przelękła się jądrowym zainteresowaniem, chociaż niczego nieprzystojnego w nim nie znajdowała, albowiem nie zniżyła się w swoim zachwycie poniżej pępka, kontemplując zasadniczo tors z górnymi przyległościami, błyski skóry, refleksy promieni i grę mięśni, a to o jądrach bez omyłki tyczyło się posągu. Tego sprzed tysięcy lat.

Potem skierowała kroki ku malutkiej szwalni, wciśniętej pod schodami za wojennych czasów, gdy pokoje zwalniać szło, aby rozlokować gości w potrzebie będących. Tam właśnie w mozole przerabiała od tygodni stare ubrania na stroje do spektaklu w nadziei uprawdopodobnienia scenicznej ułudy. Obycie Anny z igłą pozostawało w tyle względem obycia z językiem duńskim dla przykładu albo z paryską modą z przedwojnia.

Stary regnis marszczył tkaninę i w krótkich otępieniach nie reagował na wciskanie pedału inaczej niż zgrzytem.

– Nie lubisz mnie, paskudniku – przemawiała Anna regularnie do regnisa.

Spojrzała na zaznaczone szpilkami miejsce, w którym powinna kończyć się nogawka. Regnis jedną nogawkę koncertowo podszył, ale u początku drugiej zaciął się podobnie do jąkającego się dziecka. Anna próbowała zdrapać strup z nici, jaki wykwitł brzydko na materiale. Przed wojną tatko w dworze trzymał najmniej jedną szwaczkę, przypomniała sobie beztroskie czasy.

– Pani pozwoli, inaczej trzeba – usłyszała zza pleców.

Ustąpiła Irenie miejsca przy regnisie, ona to bowiem przemówiła, najwyraźniej dając mdłościom wychodne. Żona Jerzego zasiadła, gdzieś postukała, coś podniosła, inne wyplątała, naciągnęła, wybrała kompletnie niepasującą kolorystyką nić i po niedługiej chwili druga nogawka była podszyta.

– Wspaniale, pani Ireno! Doprawdy znakomicie obeszła się pani z regnisem i spodniami!

– Wie pani, ja pracowałam na fabryce lata, to i nauczyłam się to i owo o szyciu. Nie było łatwo, kierownik był straszny szmondak. I miał łapki klejące jak z klejem. Rozumie pani?

Milczały dłuższą chwilę.

– Bez precedensu pomogę w szyciu. Jak coś jeszcze, to ja raz-dwa i z ochotą... Zajęcie chociaż będzie, a nie tak z kąta w róg całe dnie...

Anna zastygła w zawahaniu. Wypada przyjąć pomoc od istoty wypalonej z innej gliny? A gdyby okazała się uczyniona z tej samej materii co ona i ludzie jej stanu, to czy wypadałoby nieodpłatnie skorzystać z niższej pozycji socjalnej dziewczyny i wiążących się z tym faktem umiejętności? A może inaczej jeszcze trzeba spojrzeć na rozważaną kwestię, dodatkowe przecież mogły istnieć okoliczności i imperatywy, niewidoczne na pierwszy rzut oka?

Anna tkwiła w namyśle, Irena wstała i najzwyczajniej przygarnęła ku maszynie stertę ubrań z powbijanymi szpilkami bądź kreskami zaznaczonymi mydełkiem. Intuicyjnie musiała rozumieć znaki porzucone na odzieży. Skrócić, wydłużyć, poszerzyć, zwęzić. Zabrała się z regnisem do pracy, a on jakoś nie kaprysił, zdradnik okropny. Kolory nici dobierała z dezynwolturą, chociaż kto wie? Może tak było właśnie dobrze?

 

Po godzinie z okładem Anna powróciła do szwalni i skonstatowała w zdumieniu, iż prawie wszystkie stroje poddały się przeróbkom.

– Pani Ireno, nie sposób wyrazić, jaką wielką wdzięczność odczuwam i zakłopotanie. Mgnieniem zrobiła pani to, co zajęłoby mi ze dwa dni jak nic! A co pani powie na herbatę z konfiturą? Bardzo by mnie pani ucieszyła, gdyby przyjęła zaproszenie.

Irena wykończyła ostatni mankiet, uprzątnęła paproszki, ścinki tkanin i nici do metalowej skrzynki.

– Herbatę chętnie – odparła. – Polubiłam od niedawna.

Na piętrze mieścił się salonik, odwiedzony raz przez Irenę, gdy mężczyźni zasiedli we własnym gronie do brandy i tytoniu. Jarosław przezwał go wzdychalnią, tutaj bowiem Anna oddawała się wzruszeniom, jakich dostarczyć mogła literatura z całym swym tragizmem, a i poruszającą małością ludzkich losów.

Kobiety zasiadły w fotelach przy niskim orientalnym stoliku. Ze ścian rozciągały się pejzaże, zarówno swojskie, rzekłbyś: Chełmoński, jak i egzotyczne sahary z urokliwymi beduinami na tych ich długonogich pokrakach. Anna trwała w przekonaniu, że wielbłądy musiały być ogromnie niekomfortowe jako środek transportu z racji wysoko umieszczonego punktu ciężkości. Co gorsza – takie słyszała pogłoski – pluły na odległości nieosiągalne dla ludzi. Pluły, choć przecież wcale nie piły wody, albowiem tej na pustyni brakowało!

Anna zakrzątnęła się. Trzymała na górze zmyślny czajniczek z zaparzaczką i podgrzewaczem. Ojciec dawno temu przywiózł z zaoceanicznych wojaży. Kobiety unosiły do ust filiżanki i przełykały kapeczkę, aby je odstawić i po chwili odtworzyć cykl podnoszenia, przełykania i odstawiania, jakby to pory roku przechodziły jedna w drugą, a nie łyczki herbaty.

– Bardzo imponująco zamieszkujecie – Irena przełamała ciszę z determinacją amazonki. – Obficie macie przestrzeni. W tym pokoju cała moja rodzinka by się upchnęła. I jeszcze łóżko do podnajęcia, i pies na dokładkę.

Wtedy Anna przypomniała sobie o Zbyniu.

– Nie rzucił się pani w oczy przypadkiem nieznacznych rozmiarów wilczurek? Ten, cośmy go szukali z rana.

Irena pokręciła przecząco głową, Anna natomiast podjęła po chwili wątek mieszkalny, niegrzecznie byłoby nie odpowiedzieć:

– Istotnie przestrzenie są, lecz od wojny popadają w zaniedbanie pomimo naszych starań. Samo utrzymanie dworu kosztuje tyle, że nic prawie nie pozostaje na remonty inne niż naglące. Basta! Cóż ja gadam! Nie będę pani dręczyć domowymi troskami, którym każda kobieta stawia dzielnie czoło.

– Nie dręczy pani. Nie pani jest dla mnie dręczyciel.

Kobiety zmilkły, podobnie do myszy, nad którą zniżał się jastrząb, zaskoczone momentem nieoczekiwanej bliskości i niefałszu.

– Piękna figurka – z rozpaczliwą szczerością wydusiła z siebie Irena, usiłując przekierować rozmowę na inny tor, a przy tym nie zaprzepaścić prawdziwości tej chwili.

– Dziękuję, bardzo pani łaskawa. Szczególnie ją cenię, została po matce. Pamiątka przywieziona zza oceanu z miasta, z którego wielorybnicy wyruszyli zapolować na Moby Dicka. Dwa wieloryby, matka i osesek, a wszystko z zaoceanicznej porcelany. Czyż nie poruszające i kruche? I jak precyzyjnie wykonane, spojrzy pani. Takie gigantyczne stworzenia, a tutaj da się je ująć w dłoń. Niebywałe. – Anna starała się tego nie okazać, lecz wzruszył ją wybór Ireny: wieloryby to jedyna figurka z licznych bardzo w pomieszczeniu, do której odnosiła się z uczuciem. – A pani podobno przy nadziei? To pierwsze dziecko?

Annę intrygowało, co postanowi Irena: wybierze fałszywą ciążę narzuconą przez Jerzego czy prawdę?

– Jerzy nie bardzo trafił. No, z wiadomością – wyrzuciła z siebie wreszcie.

– Bardzo mi przykro, pani Ireno.

– Nie powinno pani być przykro. Nie pani w tym wina. Sama zadbałam...

Przeszły na ogrody. Jerzy spauzował akurat, gdy słońce stanęło w zenicie, z okrucieństwem odsłaniając całe piękno Stworzenia. W samych szortach ułożył się na pasiastym leżaku nieopodal Jarosława, który – co do niego niepodobne – postanowił zażyć słońca i wystawił bladą niczym kartka papieru skórę do słonecznych objęć. W słomkowym kapeluszu i ciemnych okularach zdawał się pogrążony w lekturze, Anna jednak wiedziała, że Jarosław coś grał, ponieważ bez korekcyjnych szkieł nie był w stanie czytać, a takich na nosie nie miał.

– Pani Ireno, a gdybyśmy i my dołączyły do panów i przyrumieniły nasze bułeczki?

Żona Jerzego nie od razu pojęła żartobliwy sens propozycji gospodyni, a gdy do niej dotarł, odparła, że nie zabrała stosownego stroju. Anna zaoferowała się z kostiumem po którejś z ciotek, niezbyt modnym, lecz nie mniej użytecznym niż te aktualnie sprzedawane, Irena zaś niby zagnane w kąt zwierzę przyjęła propozycję.

Panie odpowiednio do planów kąpieli słonecznej przebrane – Anna w zbędnie wysmuklającej czerni, Irena w pasiastym błękicie, uwydatniającym krągłości – osobiście dotaszczyły sfatygowane leżaki i nadużywając wesołego tonu, dołączyły do panów, nagle milkliwszych i nadąsanych jak dzieci, którym przerwano psotę albo podsłuchano tajemnicę.

– Dawno nie mieliśmy tak upalnego lata. – Anna wachlowała się nieświeżą gazetą codzienną.

– W moim rodzinnym mieście rzadko trafiały się takie dni jak ten. – Młody mężczyzna podjął się trudu zawiązania konwersacji z grzecznością licującą z jego wiekiem.

– A skąd, jeśli wolno wiedzieć, pan pochodzi?

– Z Suvalkai.

– To tam u was pod łąkami i lasami płynie ropa naftowa, prawda?

– Owszem. Płynie i podtruwa.

– Pan o szkodach dla przyrody prawi?

Jerzy zacisnął usta w grymasie niezadowolenia.

– Szanowna pani, bardziej chodziło mi o skażenie ludzkiej natury chciwością. W porównaniu z tym przyroda wydaje się nietknięta.

– Ach, tak – odparła, aby osunąć się w jedno z zamilknięć, po równo drażniących i niepokojących Jarosława.

– Kochana, czy mogłabyś przestać tak furkotać płachtami gazety? Z pewnością wytrząsnęłaś z niej już wszystkie słowa.

Mąż wypowiedział to półgębkiem i tyle do żony, co do samego siebie, niby próbując nowe zdanie do opowiadania, jednak w rozświetlonej atmosferze nie dało się nie słyszeć poirytowania w zniżonym tonie jego głosu.

– O, przepraszam – odrzekła wytrącona z milczenia. – Nie zdawałam sobie sprawy, żem głośniejsza od owadów. One nie uprzykrzają ci czasu, póki nie gryzą, rzecz jasna.

Każde z nich popadło indywidualnym rytmem w rozleniwienie. Anna doświadczała ciężkości członków i wagi doświadczenia życiowego – tych zdarzeń często niepotrzebnych, humorów niesprawiedliwych i przesadzonych rozpaczy. Jarosław nadal na mnie pogniewany za tego nieszczęśliwego ducha, co przyzwał się wieczorem.

Zdało jej się, że wyrastają z niej korzonki, najpierw penetrujące drewniane nogi leżaka, a następnie sięgające ziemi ruchliwymi języczkami. Te rozedrgane wiaterki przenikały warstwę gruntu w głąb, a im Anna była głębiej ukorzeniona, tym płyciej leżakowała z pozostałymi. W pewnej chwili poczuła obecność kochanych stworzeń: pstrej Tuni, niemądrego Jełopka, lękliwej Kakajki i kompanii pełnej miłych psiaków. Szczekały i popiskiwały tkliwie w jej głowie, choć brakowało Zbynia. Znowu gdzieś zawieruszony, znowu stracony, taki już się urodził: dusza awanturnicza i nieposkromiona, a przy tym wierna i posłuszna.

Bawiła psy, a one ją bawiły: aportowania, piłki i patyki, bójki na niby i kąsania takie, jakie przyjaciele przyjaciołom zadają z przyjaźni, czasem źle dobierając siłę. Nagle Tunia w skowyt uderzyła, a do hałaśliwych się nie zaliczała. Po suczce pozostały zwierzyniec akompaniował do pierwszego niepokoju.

Uległa zmianie rzecz jakaś w podziemnym świecie. Psy tak wyły tylko na śmierć, gdy wyczuwały, że nadchodzi. Skąd u nich te tony rozdzierające? One już nieżywe, obumarłe i dawno robakami stoczone. Jest jakaś śmierć jeszcze po śmierci pierwszej, tej pod gwiazdami i niebem, łzami pożegnanej?

Mrok w podziemiu gęstniał, każde ziarenko żwiru w ołów się obracało, ciążąc do jądra Ziemi albo i całej materii Kosmosu: tego, który Wenus unosi, i tamtego ciemnego, zza Styksu.

Anna nie obawiała się odmian ciemności, ponieważ nazbyt wiele czasu pośród nich spędziła. W szpitalu zdało jej się zrazu, że wzrok postradała, nie rozum. O, nie! Świat widzialny najsampierw tak bardzo spłaszczył się, że stał się karteczką wyrwaną z Księgi Życia i już nie znajdowała w nim ani głębi, ani wymiaru duchowego, a nadto czas ze współczesności wyciekł podobnie, jak skapnęła z dzbana ostatnia kropla.

Anna pogrążyła się w ślepocie i zanikaniu wszystkiego. Jarosław ciągle do niej mówił i dlatego zachowywała wbrew swym chęciom nikły kontakt z powierzchnią rzeczywistości. Pragnęła opaść na dno i spocząć tam w gęstym zimnie na zawsze, mąż wszakże jej nie puszczał. Mówił i mówił, a słowa szumiały tak, jakby głowę zanurzyła w wodzie, rejestrując tylko szum dobiegający z odległej maszyny produkującej faktyczność.

Przez chłody mas wód w końcu jakieś ciepełko przebiło, a następnie więcej i więcej zaburzeń zimna do niej docierało, aż ją Jarosław wyciągnął na powierzchnię na przynęcie słów i ciepła swoich dłoni. Wtedy otworzyła oczy. Powiedziano jej, że trzymała je zamknięte przez trzy miesiące, nie uchylając powiek choćby na jeden raz. Nie uwierzyła w tę brednię. Ciemność widziała ostro i wszędzie.

A obecnie pozwalała się wciągać piaskom pomroki, tak boleśnie znajomym i dawno niewizytowanym. Oćma szarzała na skraju jej percepcji i Anna zdecydowała ku temu pojaśnieniu zmierzać, a im bliżej niego, tym wyraźniejsza okazywała się faktura tego błędu w ciemnicy.

Przypomniała sobie tę marynarkę znoszoną, która w ostatnim akcie wisiała nazbyt obszerna na ciele jeszcze mocniej znoszonym niż ona sama. Twarz by jeszcze przydało się ujrzeć dla pewności: w tej sferze każda rzecz fałszować umiała drugą, a rozwaga stawała się warunkiem przetrwania.

Istota ruszyła, po czym znieruchomiała, jak gdyby czekając, aż Anna uda się jej śladem, zauważmy, że niewidocznym i któż wie nad jakimi wewnętrznymi przepaściami się rozciągającym. Zatrzymując się raz po raz i podejmując wędrówkę, dotarli do zarysu pokoju z ciemniejącym łóżkiem i biureczkiem.

Byt w znoszonej marynarce zatrzymał się, przez co dystans pomiędzy bohaterami tej sceny uległ skróceniu, pomimo to o żadnej bliskości nie mogło być mowy. Anna pozostała odległa, różnica zaś między tym, co czuła przed chwilą, a tym, co uczuła teraz, sprowadzała się do tego, że owe powidoki postaci i pokoju nasycały się szczegółami, rozmazanymi i chmurnymi jak wszystko tutaj. Proces postrzegania w tej podziemnej krainie przypominał wywoływanie zdjęć, z tą różnicą, że obraz, zamiast jaśnieć – ciemniał i dopiero ciemniejąc, uchylał skrawka tajemnicy.

Istota wyjęła szufladę z biureczka, następnie kopertę z kieszeni marynarki i dodatkowe przedmioty niewielkie, tak dokładnie nieostre i chwiejne w kształtach, iż zidentyfikować się nijak nie pozwalały. Anna przyglądała się, jak aktor tego przedstawienia przykleja kopertę pod blatem, skończywszy zaś mocowanie, wsuwa szufladę na miejsce. Coś zostało ukryte – pomyślała i wtedy sylwetka obróciła się w jej stronę, jak gdyby czekała chwili, aż Anna tę myśl w głowie sformułuje.

Twarzy nie dostrzegała: obrys, zalążek najwyżej oblicza albo jego grób. Wiedziała, na kogo patrzy, patrząc w tę pustkę, a była ona niczym, powstawszy z czegoś. Nic na świecie nie ginie, nawet gdy umiera. Nic.

Piękno uobecnia się także w pustce, lecz nie każdy je dostrzega. Kogo nie przejmuje piękno, ten nie zdoła być dobry, a kto nie jest dobry, ten ucieknie przed prawdą.

Czego chcesz? Dlaczego mnie tu przywiodłeś?

Nagle obcy znalazł się przy niej i gdy już wyciągał widmową dłoń, rozbłysnęła iskierka z ogniska pośrodku tego, co zgrubnie uważała za jego głowę. Ognik powiększał się. Anna miała wrażenie uchylania drzwiczek od piecyka pod płytą: z każdą chwilą rozpalone coś rosło przejmująco w żarze. Wyciągająca się ręka męskiego nicośćliwego bytu zajęła się promieniami i ogniem, i nawet gorąc Anna poczuła. A potem uderzenie w policzek – czy to możliwe? – jedno i drugie; i głosy jakieś albo prawdopodobniej głos jeden, kobiecy.

– Pani Anno! – zabrzmiało na czarnym tle z płomiennym centrum – pani Anno, do nas! Do nas!

Otworzyła oczy wprost w kulę słoneczną. Kobiece wargi, pełne koloru, zapytywały, czy wszystko w porządku, i nawoływały do jakichś „nas”, a Anna chciałaby powiedzieć, że jest chora i nie chce iść do szkoły. „Chcę” i „nie chcę” – dziwaczne okucie, obejmujące i ograniczające ludzkie życie.

– Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że coś pani odeszła na leżaku, to więc dobudzam w ten sposób, pani Anno. Z niepokoju. A panowie poszli nad rzekę bobry oglądać.

 

Anna stopniowo, mrugnięcie po mrugnięciu, oswajała się z tym jasnym miejscem, opuszczonym prawdopodobnie na rzecz tamtego ciemnego. Trudno, pomyślała, przetrwałam tam, nie zginę i tutaj.

– O matko, co z pani skórą! – wykrzyknęła kobieca istota.

W rzeczy samej skóra, zwłaszcza na ramionach i kolanach, nabrała niezdrowego koloru i faktury jakby z odmrożenia.

– Przyłoży się śmietany i zniknie – powiedziała.

Wstała z leżaka i skierowała się do kuchni, gdzie zażądała śmietany, a z powodu jej braku obłożyła piekące ciało kwaśnym mlekiem. Ulga przyszła natychmiast wraz z zapachem. Woń drażniła jej nozdrza, tedy z ulgą pozbyła się po kwadransie opatrunku. Nasunęła na siebie suknię, a na nią skierowała kilka mgiełek perfum. Ledwie zakończyła bieżące czynności, a już dosłyszała zapowiedź nowych zajęć, dziecięcy chór głosów przybliżał się spomiędzy alei nasadzonej białodrzewami. Dziatwa nadciągała punktualnie, co wydawało się dziwne, zważywszy, że we wsi trzymano tylko dwa zegarki, ten u sołtysa i ten od szalonej Agnieszki, do niczego innego niepotrzebne tylko do kontaktu ze światem zewnętrznym, a i tak miała wątpliwości, czy je nakręcano.

– Weronko – od niej Anna rozpoczęła reżyserowanie niewielkich aktorów – postanowiłam, że w sztuce nie będziesz musiała nic mówić, ponieważ przypadnie ci rola zasadniczo milcząca, a mianowicie zagrasz lwa! Potężnego lwa! Cieszysz się, prawda?

Weronka powściągliwie okazywała radość, na granicy z rozpaczą i rozczarowaniem, wzbierającymi w wielkich oczach. Pani ze dworu mówiła, że trzeba cieszyć się z nowej roli, więc czynić cieszenie się starała z całą mocą swych sześciu lat, tylko że Weronce nie szło to gładko, ale po grudzie.

– Złociutka, będziesz ryczeć do woli, gdy nadejdzie twoja kolej – uspokajała ją Anna, ale Weronka już się rozryczała przedwcześnie, choć na sposób mniej lwi, a bardziej dziecięcy. – No, spokojnie, maleńka. Wszystko w najlepszym porządku. Nie chcesz być lwem?

– Chcę – odpowiedziała. – I powiem, że jutro nie będziemy tacy jak dziś, się wczoraj naumiałam.

Anna zdumiała się i wzruszyła. Pacholę opanowało otwierające sztukę zdanie, więc może nie wszystko stracone?

– A więc rozpoczniesz przedstawienie i dodatkowo będziesz lwem. Czy będzie ci wygodnie, Weronko?

Dziewczynka zamyśliła się nad bliskimi perspektywami kariery scenicznej, po czym skinęła głową na tak.

– Moi kochani, wszyscy mają teksty? To zacznijmy próbę. Tutaj jutro będzie prawdziwa kurtyna. Widzicie? Panowie już się postarali. Prawie mamy okno sceny. A gdzie moje córeczki?

WERONKA

Jutro nie będziemy tacy jak dziś.

Dobrze powiedziałam, prawda?

ANNA

Bardzo dobrze. Pięknie prawie.

Lecz opowieść tę na jawie

Snuć musimy.

WERONKA

Zatem niech wejdzie tu pan Kloc.

Kloc.

KOSTEK

Dostojni państwo, zdziwi was to widowisko,

Lecz dziwcie się spokojnie dalej: prawda sama

Wszystko wyjaśni całkiem jasno. To chłopisko –

ANNA

Antek, już wchodzisz!

KOSTEK

To Piram, a to Tyzbe, taka więcej dama.

ANNA

Jolu, musisz być na scenie w tym momencie!

Światło Księżyca dodaje scenie serce!

KOSTEK

Ten gość, wapnem i gliną trochę utytłany –

ANTEK

Suknia mnie pije w kroku.

Czemu w kroku, a nie w boku?

Poprawić ją mogę, nie?

WŁADEK

Nikogo nie utytłaliśmy. To chyba źle?

Bez tytłania spektakl nie wyjdzie wcale.

ANNA

Utytłamy jutro.

Dziś na sucho próbujemy.

KOSTEK

To Ściana podła, którą kochankowie tkliwi

Rozdzieleni, przez szparkę wzmiankowanej Ściany

Będą szeptać po cichu, co niech nas nie dziwi.

WŁADEK

Ja nie chcę być Ścianą.

Po namyśle rezygnuję.

Niezbyt dobrze z tak pionową rolą się czuję.

ANNA

Dobrze, Ścianą będzie Kazia.

Najposłuszniejsza z córek moich.

Kaziu, jesteś Ścianą, zrozumiano?

Musisz twarzą nadać wapnu miano.

KAZIA

Mamo, a gdzie Światło Księżyca?

Czyż Jola nie miała srebrno zakwitać?

To przy niej młodzi lubili zejść się, siąść na grób i siedzieć.

Ta przeraźliwa bestia zwie się Lwa imieniem.

WERONKA

To ja jestem Lew, prawda?

Czy ryczeć mogę?

Czy znajdę dla emocji drogę?

ANNA

Rycz, złociutka, bo zaraz Tyzbe –

ANTEK

Jam jest Tyzbe.

A suknia w kroku nie boku nadal mnie pije,

Jakby gryzały me ciało żmije.

ANNA

Na schadzkę omackiem

Przyszedłszy, tak się zlękła strasznym przerażeniem,

Że uciekła, na szczęście nie padając plackiem.

Gdy zmyka, aż się kurzy, gubi płaszcz, a paszcza

Lwa rwie płaszcz krwawą mordą.

WERONKA

Jestem Lwem. Rrraaa!!!

Czy mogę kopnąć Ścianę?

KAZIA

Nawet nie próbuj kopać mnie.

Zobaczysz wtedy, co w Ścianie jest podłe.

KOSTEK

Za to zjawia się Piram.

JOLA

I Światło Księżyca.

Ono najbardziej widzów zachwyca.

Na nie widzowie czekają,

Gdyż samą historię dobrze przecież znają.

KOSTEK

Za to zjawia się Piram, widzi zwłoki płaszcza.

W boleści bierze brzeszczot i, zbrzydzon bezbrzeżnie,

Wpuszcza brzeszczot na przestrzał w brzuch przy żebrze, byle

Nie chybić serca.

WERONKA

Czy ja teraz umieram, w sztuce znaczy?

ANNA

Nie.

Nigdy bym dziecku konać nie kazała.

Odpocznij przed kolejnym lwim rykiem, droga mała.

WERONKA

Ryczeć teraz mogę, bo umiem.

Ryczę często cała.

KAZIA

W tej smętnej krotochwili stoi napisane,

Że ja, niejaki Dzióbek, mam przedstawiać Ścianę,

A jako taka, mam ja życzenie jedyne,

Byście dostrzegli we mnie dziurkę czy szczelinę.

KOSTEK

To przez tę szparkę w niej, jak już dobrze wiecie,

Młodzi z sobą szeptali w kółko i w sekrecie.

Ta glina, kamień, murarska zaprawa –

KAZIA

Znaczą, że jestem Ścianą, i skończona sprawa.

A stąd dotąd mam szparę i ujrzycie, jak –

KOSTEK

Kochankowie w nią szepczą wte, wewte i wspak.

WERONKA

Czyli ryczeć już mogę, o tak!?

JOLA

Wymowniejszego przepierzenia w życiu nie słyszałam.

Piram tymczasem do Ściany się przysuwa...

KOSTEK

Jam teraz jest Piram,

Ku Ścianie się zsuwam.

A ty, o Ściano, Ściano, ty najczulszy murze

Dzielący naszych rodów grunta – ty mnie ucz,

Ściano niezastąpiona, jak w twej słodkiej dziurze

Zmieścić spojrzenie dwojga rozkochanych ócz.

KAZIA

Dziwnie się czuję, gdy o szparze prawią,

Lęk mój jedyny – czy mnie od wyburzenia wybawią.

KOSTEK

Dzięki, uprzejma Ściano, Jowisz ci poszczęści!

Lecz co widzę? Nie widzę Tyzbe ani w części –

ANTEK

Nadal w nie boku kroku mnie pije suknia okrutna,

Och, gdybym mogła przysiąść do płótna

A z niego cuda wygodne uczynić.

KOSTEK

Nie mówiąc o całości. Podła Ściano, przez

Którą nie widzę mej lubej, podłaś ty jak pies!

ANNA

„Podłaś ty jak pies” to sygnał dla Tyzbe.

Ma wejść z drugiej strony.

Kontrakt miłosny pomiędzy nimi ustalony.

WERONKA

Czy mogłabym zaryczeć?

Lwem jestem przecie,

Choć z wyglądu takie pospolite dziecię.

ANTEK

O, Ściano, ileż razy słyszałaś me skargi

Na to, że rozdzielałaś mnie z moim junakiem!

Całowała twe tynki wiśnia mojej wargi,

Tynki z wapna, z gdzieniegdzie zaplątanym kłakiem.

KAZIA

Jam ci teksturą, jam też fakturą.

Przeze mnie wszystko może się zdarzyć,

Może też zniknąć, może się schować,

Nikt nie chce takiej historii marnować.

ANNA

Julcia tu wchodzi,

Choć roli nie ma.

Ale dla wszystkich

Jest to poema.

ANTEK

To ty, Piramie, skarbie mój ponury?

KOSTEK

Tak, to ja, Tyzbe, smętna ma oblubienico!

KAZIA

Rymu w tym nie ma.