Doktor Dolittle i jego zwierzętaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Doktor Dolittle i jego zwierzęta
Doktor Dolittle i jego zwierzęta
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 37,91  30,33 
Doktor Dolittle i jego zwierzęta
Audio
Doktor Dolittle i jego zwierzęta
Audiobook
Czyta Maurycy Polaski
16  12,32 
Szczegóły
Doktor Dolittle i jego zwierzęta
Audiobook
Czyta Jarosław Boberek
Szczegóły
Doktor Dolittle i jego zwierzęta
Audiobook
Czyta Tadeusz Ross
24,90  19,67 
Szczegóły
Audio
Doktor Dolittle i jego zwierzęta
Audiobook
29,90  21,83 
Szczegóły
Doktor Dolittle i jego zwierzęta
Audiobook
Czyta Monika Kwiatkowska
27,92  22,06 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału:

The Story of Doctor Dolittle


Przekład:

Adam Zabokrzycki

na podstawie wydania angielskiego


Okładka:

Jarosław Żukowski


Ilustracje:

Jacek Skrzydlewski


LEKTURA DLA KLASY II


© Copyright by Siedmioróg


ISBN 978-83-7791-901-9


Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmioróg.pl


Wrocław 2018


Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

ROZDZIAŁ PIERWSZY
PUDDLEBY

Dawno, dawno temu – kiedy nasi dziadkowie byli jeszcze małymi dziećmi – żył sobie doktor, który nazywał się Dolittle – John Dolittle, doktor nauk medycznych, co oznacza, że był to nie byle kto i znał się na swoim fachu, jak chyba nikt inny. Mieszkał w Puddleby nad rzeką Marsh. Wszyscy mieszkańcy miasteczka, starzy i młodzi, znali go doskonale, choćby tylko z widzenia. A ilekroć szedł w dół ulicy w swym cylindrze na głowie, zewsząd dochodziły głosy: „Patrzcie, patrzcie, doktor idzie! Trudno o mądrzejszego człowieka”. I wtedy psy i dzieci ruszały biegiem za nim, tworząc liczny i głośny orszak i nawet kruki krakały z wieży kościelnej, kiwając głowami z uznaniem. Domek na przedmieściu, w którym od zawsze mieszkał, był malusieńki, ale na jego tyłach i froncie znajdował się olbrzymi ogród z szerokim trawnikiem, a pod gałęziami płaczących wierzb stały kamienne ławeczki. Domem zajmowała się jego siostra Sara Dolittle, natomiast ogrodu doglądał doktor osobiście. Uwielbiał on zwierzęta i miał ich u siebie bez liku. Oprócz złotych rybek w stawie na końcu ogrodu, miał również króliki w spiżarni, białe myszki w fortepianie, wiewiórkę w bieliźniarce i jeża w piwnicy. Trzymał także krowę z cielęciem i starego, kulawego konia, który liczył sobie dwadzieścia pięć wiosen, kury i gołębie, dwie owieczki i wiele innych zwierzaków. Ale jego pupilkami były kaczka Dab-Dab, pies Jip, prosiątko Geb-Geb, papuga Polinezja i sowa Tu-Tu.

Siostra doktora stale narzekała na wszystkie te zwierzęta, twierdząc, że strasznie brudzą w domu. Aż pewnego dnia starsza dama cierpiąca na reumatyzm, przyszła na wizytę do doktora i usiadła na jeża, który spał sobie na sofie. Od tamtej pory nigdy już nie umawiała się z doktorem, tylko co sobota jeździła aż do Oxenthorpe, całe dziesięć mil, by w tamtym miasteczku zasięgać porad innego lekarza. Wówczas jego siostra Sara Dolittle przyszła do niego, mówiąc:

– John, jak ty chcesz, żeby chorzy przychodzili do ciebie na wizyty, skoro trzymasz w domu wszystkie te zwierzęta? Ładny mi doktor, u którego w salonie roi się od jeży i myszy! To już czwarty pacjent, którego odstraszyły twoje zwierzęta. Dziedzic Jenkins i pastor twierdzą, że nawet nie podeszliby do naszego domu, choćby od tego zależało ich życie. Z dnia na dzień robimy się biedniejsi. Jeżeli nic tu się nie zmieni, to potracisz najlepszych pacjentów.

– Ale ja zdecydowanie wolę zwierzęta nawet od najlepszych z ludzi – odparł doktor.

– Jesteś żałosny – odparła siostra i wyszła z jego pokoju. I tak, wraz z upływem czasu doktor miał coraz więcej i więcej zwierząt, a pacjentów przybywających na badania było coraz mniej i mniej. Aż w końcu nie został ani jeden – to znaczy ani jeden poza Handlarzem Mięsem dla Kotów, któremu żadne zwierzęta nie robiły różnicy. Ale ten handlarz nie śmierdział groszem, a na dodatek chorował tylko raz do roku – w okolicach Świąt Bożego Narodzenia i wtedy płacił doktorowi sześć pensów za butelkę medykamentu. Sześć pensów na rok to nie było wystarczająco, nawet w tamtych jakże odległych czasach, i nie wiadomo, co mogłoby się wydarzyć, gdyby doktor nie miał w skarbonce nieco pieniędzy odłożonych na czarną godzinę.

No i zwierząt w domu doktora przybywało jak grzybów po deszczu. A wykarmienie takiej czeredy musiało nieźle kosztować. Tak też kupka uskładanych pieniędzy robiła się coraz cieńsza i cieńsza. Gdy była już bardzo mała, doktor sprzedał pianino, a białe myszki zamieszkały w szufladzie od biurka. A gdy pieniądze za instrument były na wyczerpaniu, sprzedał swój niedzielny brązowy garnitur i tak oto stawał się coraz uboższy i uboższy. I teraz, gdy szedł w dół ulicy w swoim cylindrze, ludzie mówili jeden do drugiego: „Patrzcie, patrzcie, doktor idzie! Doktor nauk medycznych! W swoim czasie najbardziej znany lekarz na zachodzie kraju! Przyjrzyjcie mu się uważnie teraz. Jest zupełnie bez grosza, a w pończochach ma same dziury!”.

Ale psy, koty i dzieci nadal biegały za nim przez miasteczko w hałaśliwym orszaku zupełnie tak samo jak wtedy, gdy był jeszcze bogaty.


ROZDZIAŁ DRUGI
JĘZYK ZWIERZĄT

Tak się złożyło pewnego dnia, że Doktor siedział u siebie w kuchni z Handlarzem Mięsem dla Kotów, który zjawił się tym razem z bólem brzucha.

– A może by tak dać sobie spokój z leczeniem ludzi i zostać lekarzem zwierząt – zasugerował Handlarz Mięsem dla Kotów. Papuga Polinezja siedziała akurat w oknie, spoglądając na deszcz i nucąc pod nosem pieśń marynarzy. W pewnym momencie przestała nucić i zaczęła słuchać.

– Widzi pan, doktorze – kontynuował Handlarz Mięsem dla Kotów – pan wie o zwierzętach wszystko. O wiele więcej niż miejscowi weterynarze. Ta książka, którą pan napisał – ta o kotach, ależ to jest wspaniałe! Sam nie potrafię ani czytać, ani pisać… Gdyby nie to, to być może sam napisałbym kilka książek. Ale moja żona Teodozja, ona jest uczoną, co się zowie. I to ona przeczytała mi tę książkę. No cóż, ta książka jest wspaniała – trudno określić ją inaczej – wspaniała. Tyle wiedzy jakby sam pan był kotem. Pan dokładnie czyta w ich myślach. I proszę słuchać: pan mógłby zarobić fortunę, lecząc zwierzęta. Czy pan zdaje sobie z tego sprawę? Chodzi o to, że mógłbym przysyłać panu wszystkie te stare babcie z ich chorymi psami i kotami. A gdyby ich pociechy nie chorowały dostatecznie szybko, mógłbym dodawać coś do mięsa, które im sprzedaję, żeby przyspieszyć niedomagania. Rozumie pan?

– No nie! – zaprotestował natychmiast doktor. – Nie wolno ci tego robić. Tak się nie godzi.

– To znaczy, ja nie mówię o tym, żeby naprawdę zachorowały… – poprawił się natychmiast Handlarz Mięsem dla Kotów. – Miałem na myśli małe co nieco, żeby wyglądały trochę oklapnięte. Ale tak jak pan mówi, być może faktycznie traktuję zwierzęta niesprawiedliwie. Tak czy owak one niezmiennie zapadają na zdrowiu przekarmiane przez stare babcie. A niech pan rozejrzy się, iluż jest tych wszystkich farmerów wokoło, którzy mają kulawe konie i chrome jagnięta – oni zawsze przyjdą do lecznicy zwierząt. Niech pan zostanie weterynarzem!

Kiedy Handlarz Mięsem dla Kotów sobie poszedł, z parapetu okna sfrunęła na stół papuga Polinezja i rzekła:

– Ten gostek dobrze mówi: powinien pan zostać weterynarzem. Niech pan przestanie zajmować się głupimi ludźmi, skoro nie mają na tyle rozumu, by zobaczyć, że jest pan najlepszym lekarzem na świecie. Niech pan zamiast tego zajmie się zwierzętami – wkrótce wszyscy się o tym dowiedzą. Niech pan zostanie lekarzem zwierząt!

– Och, weterynarzy jest bez liku – odparł John Dolittle, wykładając doniczki na parapet okienny, by postały trochę na deszczu.

– No tak, jest ich dużo – zgodziła się Polinezja. – Ale żaden z nich nie jest wiele wart. Niech pan słucha, doktorze. Coś panu powiem. Czy wiedział pan, że zwierzęta umieją mówić?

– Wiem, że papugi to potrafią – odparł doktor.

– Ale my papugi potrafimy mówić w dwóch językach: ludzkim i ptasim – powiedziała z dumą Polinezja. – Jeżeli powiem: „Polly chce krakersa”, to pan mnie rozumie. Ale proszę posłuchać tego: „Ka-ka oi-ee, fee-fee?”.

– Dobry Boże! – zawołał Doktor. – Co też to znaczy?

– To znaczy: „Czy owsianka jest jeszcze gorąca?”, w ptasim języku.

– Mój Boże! Ty nigdy przecież tak nie mówisz! – zawołał doktor. – Nigdy wcześniej się tak do mnie nie odzywałaś.

– Bo na nic by to się nie zdało – odparła spokojnie Polinezja, otrzepując okruchy krakersa z lewego skrzydła.

– Nic by doktor nie zrozumiał, gdybym próbowała.

– Ale powiedz coś jeszcze – zawołał doktor podekscytowany i pospieszył do szuflady kredensu, wracając z notesem i ołówkiem. – No to dawaj, tylko nie za szybko i ja będę zapisywać. To jest ciekawe… bardzo ciekawe… coś zupełnie nowego. Podaj mi najpierw ptasie abecadło… ale pomalutku.

W taki sposób doktor dowiedział się, że zwierzęta mają własny język i potrafią się między sobą porozumiewać. I przez całe to deszczowe popołudnie Polinezja siedziała w kuchni na stole, dyktując doktorowi słowa, które zapisywał w notesie. Podczas podwieczorku, kiedy wszedł do kuchni pies Jip, papuga rzekła do doktora:

– Widzi doktor, on teraz mówi do pana.

– Dla mnie to wygląda, jak gdyby drapał się w ucho – odrzekł doktor.

– No tak, ale zwierzęta mówiąc, nie zawsze posługują się ustami – powiedziała papuga podniesionym głosem, unosząc brwi. – Potrafią mówić uszami, nogami, ogonami… czym popadnie. Czasami po prostu nie chcą hałasować. Widzi pan teraz, jak on porusza jedną stroną nosa?

– A co to może oznaczać? – spytał doktor.

– To znaczy: „Nie widzicie, że przestało padać?” – wyjaśniła Polinezja. – Zadaje panu pytanie. Psy prawie zawsze posługują się nosem, gdy chcą o coś zapytać.

Po jakimś czasie, z pomocą Polinezji, doktor opanował język zwierząt na tyle biegle, że mógł rozmawiać z nimi bez tłumacza i rozumieć wszystko, co do niego mówią. Wówczas zrezygnował całkowicie z leczenia ludzi. Jak tylko Handlarz Mięsem dla Kotów rozgłosił, że John Dolittle zamierza zostać lekarzem zwierząt, starsze panie zaczęły przyprowadzać do niego swoje ukochane mopsy i pudle, które przejadły się ciastem, a farmerzy przebywali wiele mil, przywożąc chore krowy i owce. Któregoś dnia przyprowadzono do niego konia pociągowego i ten nieborak był bardzo rad, że znalazł się ktoś, kto potrafi mówić w końskim języku.

 

– Wie pan co, doktorze – zauważył koń – ten weterynarz za górą nie ma o niczym zielonego pojęcia. Leczy mnie od sześciu tygodni na włogaciznę. A jedyne czego potrzebuję to okulary. Ślepnę na jedno oko. Nie ma najmniejszego powodu, żeby konie nie nosiły okularów tak samo jak ludzie. Ale ten głupek tam za górą nigdy nawet nie spojrzał na moje oczy. Przez cały czas faszeruje mnie wielkimi pigułkami. Próbowałem mu to powiedzieć, ale on nie rozumie ani słowa w końskim języku. Jedyne czego mi potrzeba to okulary.

– Jasne… jasne – odparł doktor. – Zaraz ci jakieś skombinuję…

– Chciałbym taką parę, jak pan nosi… tylko żeby były zielone. One będą chronić mi oczy przed słońcem, gdy orzę nasze pięćdziesięcioakrowe pole.



– Jasna sprawa – zgodził się doktor. – Będziesz miał zielone.

– Wie pan co, doktorze, kłopot w tym, że wszyscy uważają, iż mogą być weterynarzami po prostu dlatego, gdyż zwierzęta nie narzekają. Tak naprawdę, żeby być dobrym lekarzem zwierząt, potrzeba o wiele mądrzejszego człowieka niż do leczenia ludzi. Synowi mojego farmera wydaje się, że o koniach wie wszystko. Och, żeby mógł go pan zobaczyć… Twarz ma tak nalaną, że wygląda, jakby nie miał oczu… a mózgu ma tyle, ile stonka ziemniaczana. W zeszłym tygodniu próbował nakleić mi plaster gorczycowy.

– I gdzie go przykleił? – spytał doktor.

– No nie… nigdzie nie przykleił – odrzekł koń. – Jedynie próbował. Dostał takiego kopa, że wpadł do kaczego stawu.

– Nieźle, nieźle! – pokręcił głową doktor.

– Ja z zasady jestem bardzo spokojnym stworzeniem – odpowiedział koń. – Do ludzi wykazuję mnóstwo cierpliwości… Nie ma powodów do wielkiego halo. Ale już wspomniany weterynarz, stosujący nie ten środek co trzeba, mocno mnie zdenerwował. A kiedy ten rumianolicy cymbał zaczął przy mnie majstrować, nie mogłem dłużej tego znieść.

– Czy chłopiec bardzo ucierpiał w tej przygodzie? – spytał doktor.

– Nie, nie – odparł koń. – Kopnąłem go we właściwe miejsce. Teraz dogląda go weterynarz. A kiedy będą gotowe moje okulary?

– Będą czekały na ciebie w przyszłym tygodniu – odrzekł doktor. – Przyjdź po nie we wtorek… Będziesz widział, jak za dawnych lat. Do zobaczenia!

No i John Dolittle załatwił parę dużych zielonych okularów i koń pociągowy przestał być ślepy na jedno oko, i zaczął znów widzieć, jak wcześniej.

Wkrótce w okolicach Puddleby widok zwierząt domowych w okularach stał się czymś zupełnie naturalnym, a niewidomy koń przeszedł do historii. Podobnie działo się ze wszystkimi innymi zwierzętami, które przyprowadzano do doktora. Jak tylko orientowały się, że doktor potrafi mówić w ich języku, informowały go, co im dolega i gdzie zlokalizowany jest ból i to, oczywiście, znacznie ułatwiało mu skuteczne leczenie.

Po takiej wizycie zwierzęta wracały do siebie i mówiły braciom i przyjaciołom, że w małym domku z wielkim ogrodem mieszkał doktor, który był lekarzem z prawdziwego zdarzenia.

Od tamtej pory ilekroć jakieś zwierzę miało problemy ze zdrowiem, nie tylko konie, krowy i psy, ale także niepozorni mieszkańcy pól, jak badylarki, szczury wodne, borsuki i nietoperze, natychmiast przychodziły do jego domu na peryferiach, tak że jego wielki ogród był prawie zawsze pełen zwierząt próbujących dostać się do niego na wizytę. Tak wiele ich przychodziło, że kazał zrobić sobie różne drzwi dla różnych zwierząt. Nad drzwiami frontowymi kazał napisać – KONIE, nad bocznymi – KROWY, a nad kuchennymi – OWCE. Każdy gatunek miał odrębne drzwi, nawet myszy dostawały się przez specjalny tunel prowadzący do piwnicy, gdzie czekały posłusznie ustawione w szeregu aż przyjdzie do nich doktor. I w ten sposób z biegiem czasu każdy kto żyw w promieniu wielu kilometrów wiedział, kim jest John Dolittle, doktor medycyny. A ptaki, które odlatywały zimą do innych krajów, opowiadały tamtejszym zwierzętom o cudownym doktorze z Puddleby nad rzeką Marsh, który rozumie ich język i pomaga im w ich kłopotach. Takim sposobem John Dolittle zdobył wśród zwierząt na całym świecie sławę i stał się tam bardziej znany niż nawet wśród mieszkańców południowo-zachodniej Anglii.

Doktor był teraz szczęśliwy jak nigdy i bardzo odpowiadało mu jego nowe życie. Pewnego popołudnia, kiedy był zajęty prowadzeniem księgowości, Polinezja, jak niemal zawsze, siedziała cichutko na oknie, patrząc na liście rozwiewane przez wiatr. W którymś momencie wybuchnęła głośnym śmiechem.

– O co chodzi, Polinezjo? – spytał doktor, podnosząc głowę znad księgi rachunkowej.

– Pomyślałam właśnie… – powiedziała papuga, nie przerywając wyglądania przez okno.

– O czym pomyślałaś?

– Pomyślałam o ludziach – odrzekła Polinezja. – Strasznie działają mi na nerwy. Wydaje im się, że są tacy wspaniali. Świat już trwa tysiące lat, nieprawdaż? I jedyna rzecz, jakiej ludzie nauczyli się rozumieć w języku zwierząt to ta, że jak pies macha ogonem, to jest zadowolony. Paradne, prawda? Pan jest pierwszym człowiekiem na świecie, który mówi tak jak my. Och, czasami ludzie okropnie działają mi na nerwy. A jakie miny stroją, mówiąc o „głupawych zwierzętach”. „Głupawe”! Oho! Proszę sobie wyobrazić, że znałam kiedyś arę żółtoskrzydłą, która potrafiła powiedzieć „Dzień dobry!” na siedem różnych sposobów bez otwierania dzioba choćby tylko raz. Potrafiła mówić we wszystkich językach, w tym po grecku. Kupił ją stary profesor z siwą brodą. Ale ona u niego nie została. Twierdziła, że stary człowiek nie mówi poprawnie po grecku i ona nie mogła słuchać, jak on, ucząc, kaleczy ten piękny język. Często się zastanawiam, co mogło się z nią stać. Ten ptak orientował się lepiej w geografii, niż kiedykolwiek będą znali ją ludzie.

– Ludzie, a niech to! Przypuszczam, że jeżeli ludzie nauczą się latać jak jakiś wróbel czy makolągwa, to opowieściom o nowych odkryciach nie będzie końca! Jesteś starym, mądrym ptakiem – powiedział doktor. – Ile ty właściwie masz lat? O ile mi wiadomo, to papugi i słonie żyją czasami bardzo, bardzo długo.

– Tak do końca to nie jestem pewna mojego wieku – odparła Polinezja. – Albo sto osiemdziesiąt trzy albo sto osiemdziesiąt dwa lata. Ale wiem na pewno, że kiedy tu po raz pierwszy przybyłam z Afryki, to król Karol II nadal ukrywał się w tym dębie, ponieważ go widziałam. Wyglądał na nieźle przestraszonego.


ROZDZIAŁ TRZECI
DALSZE KŁOPOTY Z PIENIĘDZMI

Niebawem doktor zaczął zarabiać pieniądze na nowo i jego siostra Sara kupiła sobie nową suknię, i była na powrót szczęśliwa. Wśród pacjentów doktora Dolittle trafiały się zwierzęta, które były tak chore, że musiały przebywać w jego domu przez tydzień. A kiedy już dochodziły do siebie, to z reguły wypoczywały na krzesłach rozstawionych na trawniku.

A nierzadko bywało i tak, że nawet już zupełnie wyleczone nie kwapiły się, by stamtąd odejść. Tak bardzo lubiły doktora i pobyt w jego domu. A on, jak to on, nie miał serca, by odmawiać, gdy prosiły, by pozwolił im zostać u niego. I w ten właśnie sposób liczba jego ulubieńców stale rosła. Pewnego wieczora, gdy siedział sobie na murku w ogrodzie, popalając fajkę, przyszedł do niego włoski kataryniarz z małpką na sznurku. Doktor zauważył natychmiast, że obroża na szyi zwierzęcia była za ciasna, a sama małpka jest brudna i nieszczęśliwa. Niewiele myśląc, doktor zabrał Włochowi małpkę, dał mu szylinga i kazał iść precz. Kataryniarz bardzo się zirytował i zaczął krzyczeć, że nie odda małpki. Ale doktor powiedział mu, że jeżeli grzecznie nie odejdzie, to dostanie w nos. John Dolittle był silnym mężczyzną, choć nie był zbyt wysoki. Rad nierad, kataryniarz poszedł w swoją stronę, mamrocząc przekleństwa pod nosem, a małpka została u doktora, bardzo sobie chwaląc nowy dom. Pozostali domownicy nazywali ją Czi-Czi, która to nazwa pospolita oznacza w języku małp „imbir”. Przy innej okazji, kiedy to w Puddleby zawitał cyrk, cierpiący na ból zęba krokodyl zbiegł pod osłoną nocy i zawitał w ogrodzie doktora. Doktor rozmawiał z nim w języku krokodyli, zabrał go do domu i wyleczył mu ząb. Ale kiedy krokodyl zobaczył, jaki to miły dom, z odrębnymi pomieszczeniami dla poszczególnych gatunków zwierząt, on także zapragnął mieszkać u doktora. Spytał, czy mógłby spać w stawie z rybkami na końcu ogrodu, jeżeli obieca, że nie będzie zjadać jego mieszkańców. Kiedy u doktora zjawili się pracownicy cyrku, by zabrać krokodyla z powrotem, gad tak się rozjuszył, że niewiele myśląc, czmychnęli, gdzie pieprz rośnie. Ale dla wszystkich domowników krokodyl był zawsze łagodny jak baranek. Niemniej, teraz wszystkie starsze damy bały się przysyłać swoje pieski salonowe do doktora Dolittle z powodu nowego lokatora, a farmerzy nie przyjmowali do wiadomości, że krokodyl nie pożre ich owieczek i chorych cieląt, które przyprowadzili na leczenie. Zatem doktor udał się do krokodyla i powiedział mu, że musi on wrócić do cyrku. Ale gad zaczął wylewać ogromne krokodyle łzy i błagał doktora, by pozwolił mu zostać, że ten nie miał sumienia go wyrzucić. Wtedy siostra Johna Dolittle Sara przyszła do niego i rzekła:

– John, musisz pozbyć się tego potwora. Przecież to z jego powodu farmerzy i starsze panie boją się przyprowadzać do ciebie swoje zwierzęta… I to w momencie, gdy zaczynaliśmy odbijać się od dna. Teraz to już na pewno zostaniemy zrujnowani. To jest ta kropla, która przepełnia kielich. Nie będę już dłużej gosposią w twym domu, jeżeli nie pozbędziesz się tego aligatora.

– Ależ to nie jest aligator – zaprotestował doktor. – To jest krokodyl.

– Nic mnie nie obchodzi, jak ty to nazywasz – rzuciła siostra. – To naprawdę jest średnio przyjemne znaleźć coś takiego pod łóżkiem. Nie chcę tego już dłużej mieć w domu.

– Ale on mi przysiągł, że nikogo nie ugryzie. On nie cierpi cyrku, a ja nie mam pieniędzy, by wysłać go do Afryki, która jest jego domem. On nikomu nie wadzi, a poza tym jest bardzo dobrze wychowany. Mogłabyś przestać już zrzędzić.

– Powtarzam ci, że dłużej nie zniosę tego gada w domu – Sara była nieugięta. – On pożera linoleum. Jeżeli nie pozbędziesz się krokodyla w tej chwili, to wyniosę się stąd i wyjdę za mąż!

– W porządku – zgodził się doktor. – No to wyprowadzaj się i wychodź za mąż. Nie mogę przecież stać ci na drodze. To rzekłszy, złapał swój kapelusz i wybiegł do ogrodu. Sara więc spakowała swoje rzeczy i wyniosła się z domu, zostawiając doktora samego ze swoją menażerią.

I zanim się obejrzał, był już biedniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Z tymi wszystkimi gardłami do wykarmienia i domem, którym trzeba się zajmować, i bez drugiej pary rąk do cerowania, bez przychodu pieniędzy by zapłacić rzeźnikowi – sprawy przybrały nieprzyjemny obrót. Ale doktor nic sobie z tego nie robił. „Pieniądze to prawdziwe utrapienie – zwykł mawiać. – Żyłoby się znacznie lepiej, gdyby nigdy nie zostały wynalezione. Jakie znaczenie mają pieniądze, jeżeli jesteśmy faktycznie szczęśliwi?”.

Ale wkrótce same zwierzęta zaczęły widzieć problemy. I pewnego wieczora, kiedy doktor drzemał w swym fotelu przed ogniem w kuchni, zaczęły między sobą rozmawiać szeptem. I sowa Tu-Tu, która była biegła w arytmetyce, wyliczyła, że pieniędzy starczy jeszcze tylko na tydzień i to jeżeli wszystkie zwierzęta ograniczą się do jednego wyłącznie posiłku dziennie. Po czym oświadczyła:

– Myślę, że my wszyscy powinniśmy wziąć na siebie prace domowe. Przynajmniej na tyle musimy się zdobyć. W końcu to dlatego, że staruszek poświęca się dla nas, a teraz jest biedny i samotny.

A zatem ustalono, że małpka Czi-Czi ma zajmować się gotowaniem i cerowaniem, pies Jip będzie zamiatać podłogi, kaczka odkurzać i słać łóżka, sowa Tu-Tu prowadzić księgowość, a świnia zajmować się ogrodem. Natomiast papuga Polinezja, jako najstarsza, została gospodynią i jej podlegało pranie. Rzecz jasna początkowo wszystkie zwierzęta miały problemy z wykonywaniem nowych obowiązków, to znaczy wszystkie poza Czi-Czi, która z racji posiadania rąk potrafiła pracować tak jak ludzie. Ale wkrótce wszyscy przywykli do nowych ról i zaczęli traktować jako świetną zabawę obserwowanie psa Jipa zamiatającego podłogę ogonem, do którego przywiązana była szmata tworząca zmyślną miotłę. Niebawem zwierzęta nauczyły się tak dobrze wykonywać swoje prace, że aż doktor powiedział, iż jego dom nigdy wcześniej nie był tak czysty i zadbany. Z tego względu sprawy przybrały korzystniejszy obrót, ale przecież bez pieniędzy trudno było sobie radzić na dłuższą metę. Na początek zwierzęta otworzyły przed furtką do ogrodu stoiska z warzywami i kwiatami i sprzedawały rzodkiewkę i róże przechodniom mijającym dom. Ale choć to i tak nie starczało na płacenie rachunków, doktor nie wydawał się zmartwiony. Kiedy papuga przyszła do jego gabinetu z wiadomością, że właściciel sklepu rybnego nie da im więcej ryb, odpowiedział:

 

– Spokojna głowa. Dopóki kury się niosą i krowa daje mleko, możemy robić omlety i leguminę z twarożku. A w ogrodzie jest póki co mnóstwo warzyw. Pani Zima ma jeszcze kawał drogi. Nie ma co na siłę się zamartwiać. Od martwienia się mieliśmy Sarę. Ciągle się czegoś bała na zapas. Ciekawe, jak teraz sobie radzi… W sumie to bardzo sensowna kobieta…

Co prawda, to prawda. Ale śnieg tego roku spadł wcześniej niż zazwyczaj. Chociaż stary kulawy koń przyciągnął z lasu poza miastem mnóstwo drewna, żeby można było rozpalić wielki ogień w kuchni, większość warzyw w ogródku zmarzła, a reszta znalazła się pod grubą warstwą śniegu i wielu zwierzętom zaczął doskwierać dotkliwy głód.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?