SamotnośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

HUBERT KLIMKO-DOBRZANIECKI

SAMOTNOŚĆ

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział 1.

Rozdział 2.

Rozdział 3.

Rozdział 4.

Rozdział 5.

Opracowanie redakcyjne: EWA JĘDRZEJCZUK

Korekta: BEATA WYRZYKOWSKA, JAN JAROSZUK

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Fotografia na okładce: © Roy Botterell/Corbis

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Książka ukazuje się jako drugi tom środkowoeuropejskiej serii wydawniczej K4. Co roku grupa wydawców z Czech, Polski, Słowacji i Węgier wybiera nieopublikowaną jeszcze książkę znanego autora z jednego z tych czterech krajów Grupy Wyszehradzkiej, która następnie ukazuje się jednocześnie w oryginale i przekładach na trzy pozostałe języki. Samotność wydały następujące oficyny: Noir sur Blanc (Polska), Větrné mlýny (Czechy), Kalligram (Słowacja) oraz Terra Recognita (Węgry).

Copyright © text by Hubert Klimko-Dobrzaniecki 2015

by arrangement with Agencja Literacka Syndykat Autorów

For the Polish edition

Copyright © 2015, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-566-3

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1.

Kobieta, która sprzedała mi bilet, uśmiechnęła się pod nosem. Nie potrafiłem wyczuć, czy był to uśmiech drwiący, czy raczej wyuczony. Uśmiech, którym obdarowywała każdego. „Miłej zabawy”, powiedziała na koniec. Bilet włożyła do koperty wraz z rozkładem jazdy i darmową wejściówką do muzeum.

W święto Trzech Króli wyruszyłem na dworzec kolejowy. Przez chwilę zastanawiałem się, czy skorzystać z windy, czy też ruchomych schodów. Człowiek zawsze staje przed wyborem, nawet teraz, w tak prostej sytuacji. Na pozór prostej, bo każdy wybór, nawet ten, na pierwszy rzut oka bardzo banalny, ma następstwa, nieprzewidywalne następstwa. Przy wejściu do windy zebrała się spora grupka ludzi. Winda mogła zabrać do ośmiuset kilogramów ładunku, jak kiedyś przeczytałem na drzwiach. Skrupulatnie policzyłem osoby. Z rachunku wychodziło czternaście, sami dorośli. Równie szybko przeprowadziłem analizę ich wagi. Na mój gust każda z nich oscylowała na granicy osiemdziesięciu kilogramów. W pamięci rozwiązałem proste zadanie matematyczne. Jeśli się zdecyduję, to nasza wspólna waga wyniesie prawie tysiąc dwieście kilo. Czy ci ludzie mają pojęcie, że teoretycznie rzecz biorąc, igrają ze śmiercią? A może jestem świadkiem zbiórki czternastu samobójców, ludzi, którzy już wcześniej zdecydowali o swoim losie, umówili się i do wykonania planu wybrali windę kursującą pomiędzy placem Schedifka a pasażem dworca Wiedeń Meidling? Ta koncepcja byłaby nawet do przyjęcia, gdyby nie pojawienie się tureckiej matki z czworgiem małych dzieci, która również dołączyła do korowodu czekających. Będzie dużo więcej niż po ostatnich rachunkach. Winda wjechała na górę. Czekający automatycznie odsunęli się na boki. Policzyłem wychodzących. Windę opuściło tylko sześć osób. Gdy ostatnia z nich wyszła, oszklone pomieszczenie zaczęli zajmować podróżujący. Chłodnym wzrokiem patrzyłem, jak urządzenie zaprojektowane do transportu określonej liczby kilogramów wypełnia się nadprogramowo. Jak zaczyna przypominać puszkę sardynek, które za chwilę, zamiast zjechać, mogą runąć z impetem w dół. Przeszklone drzwi się zamknęły i ktoś próbował przycisnąć guzik. Jego ręka wwiercała się w korytarze tkanin, aż dotarła do połyskującej listwy. Windą raptownie szarpnęło. Najpierw w górę, potem w dół, lecz były to tylko centymetry, i wróciła do pozycji wyjściowej. Ta sama dłoń, tak mi się przynajmniej wydawało, jeszcze raz dotknęła listwy. Sytuacja się powtórzyła, choć tym razem nie tylko windą szarpnęło, ale gdy ponownie powróciła na start, usłyszałem piskliwy dźwięk i drzwi się otworzyły. Mniej więcej połowa ludzi wyszła, a druga połowa zdecydowała się pozostać i jeszcze raz spróbować zjechać. Po chwili zobaczyłem znikające czubki głów i uświadomiłem sobie, że człowiek, owszem, podejmuje wybory. Ma wybór pomiędzy zjeżdżającą skrzynką a zjeżdżającymi schodami, przynajmniej tak mu się wydaje, ale na koniec okazuje się, że i tak ktoś wcześniej określił granice tego wyboru. Jakiś inżynier, jakiś urząd norm, diabli wiedzą, kto i co jeszcze. Jeśli chciałoby się popełnić zbiorowe samobójstwo w takiej windzie, to raczej nie ma szans. Nie w tym kraju przynajmniej. Widząc całe to zajście, doszedłem do wniosku, że nie zjadę windą ani nie skorzystam z ruchomych schodów. Przecież i one mogą się nagle zatrzymać. W wielu wypadkach istnieje jeszcze jedno wyjście. Wybrałem spacer obok przystanku kolejki do Baden, przez most, z którego widać perony i odjeżdżające pociągi, i schodami w dół. Trochę dłużej, ale mimo wszystko do celu.

W podziemnym przejściu pachniało kebabem. W kiosku uwijali się Turcy, pakując do ciepłych bułek kawałki cienko pokrojonego mięsa, warzywa i zadając klientom w kółko to samo pytanie: ostre czy nieostre? O czym myśli człowiek, który po pracy wraca do domu i który wcześniej przez dwanaście godzin zadaje to samo pytanie? Musiałbym kiedyś zapytać, tyle że ja nie lubię pytać. Nie lubię pytać innych, choć sobie samemu nieustannie zadaję pytania, które w większości zostają bez odpowiedzi. Skręciłem w lewo i znalazłem się w holu głównym. Po lewej stronie stał bankomat, przed którym ustawiła się długa kolejka ludzi – w tym momencie myśleli zapewne tylko o kombinacji cyfr i żeby jej nie pomylić. Za bankomatem, za oszklonymi drzwiami, siedziało kilku kasjerów w uniformach Austriackich Kolei Państwowych, czekając na podróżnych, ale tego dnia, w święto Trzech Króli, nie mieli wiele pracy, toteż przez oszklone drzwi obserwowali to, co się za nimi działo. Z tej drugiej strony byłem ja i im się przypatrywałem. Mój pociąg zgodnie z rozkładem miał odjechać za pół godziny. Byli też inni, szybko przechodzili w stronę korytarzy bezpośrednio kierujących na perony. Byli też tacy, którzy zatrzymywali się na chwilę w holu, spoglądając na niebieskie ekrany informujące o odjazdach i przyjazdach, oraz tacy, którzy zapomnieli kupić dzień wcześniej pieczywo. Stali w kolejce w jedynej w tej okolicy piekarni pracującej tego dnia. Odwróciłem się od drzwi i po chwili stałem pod ekranem, tak jak inni, szukając wzrokiem swojego pociągu. Czwarta pozycja na liście odjazdów, planowo, z dopiskiem „pociąg specjalny”. Dłuższe przebywanie w holu wydało mi się uciążliwe, toteż wpadło mi do głowy, że jednak spróbuję, trochę dla zabicia czasu, a trochę dla dreszczyku, sprowokować los. Może ten dzień ułoży się inaczej, niż zaplanowałem, może będzie jednak inaczej, niż zaplanowano to za mnie? I ruszyłem w drogę powrotną, miałem przecież jeszcze dwadzieścia pięć minut. Znalazłem się na pasażu i zacząłem iść w stronę windy. Stałem sam, winda zjechała z placu Schedifka. Nikt z niej nie wysiadł. Byłem jedynym pasażerem. Samotność w końcu nie jest mi obca. Samotność to ja. Przed windą na placu Schedifka nie było nikogo, trochę dalej, obok barierek, niski Hindus handlował gazetami, podszedłem do niego i kupiłem świąteczne wydanie „Standardu”. Rozejrzałem się dookoła, ale oprócz handlarza i mnie wszyscy, którzy jeszcze przed kilkudziesięcioma minutami tłumnie kierowali się w stronę schodów ruchomych i windy, zniknęli. Wszedłem na schody i zjechałem na pasaż. Przy wejściu do holu pojawiło się dwóch jehowitów. Trzymali w rękach swoje gazetki i zapraszali do lepszego świata. Ja trzymałem w dłoni gazetę, która opisywała nasz, nie ich, prawdziwy świat i przez chwilę pomyślałem, że zaproponuję im wymianę. „Standard” za „Strażnicę”. Spojrzałem jednak na zegarek i postanowiłem, że może następnym razem, o ile podobna sytuacja będzie miała miejsce w innym czasie, w innym dniu. Może za rok? Miałem na sobie wełniany płaszcz z głębokimi kieszeniami, w sam raz na wsunięcie zrolowanej gazety. Świadkowie pożegnali mnie uśmiechem, takim samym uśmiechem, jaki pojawił się na twarzy kobiety, która sprzedała mi bilet na pociąg specjalny. Czy oni rzeczywiście wierzyli w ten lepszy świat, czy tylko wyuczyli ich tego lepszego świata na jednym z kursów? Znowu znalazłem się w holu głównym, ale tym razem się nie zatrzymałem. Poszedłem prosto na czwarty peron, z którego miał odjechać mój pociąg. Teraz zrozumiałem, że wszyscy, którzy zniknęli z windy, ruchomych schodów, przejść i innych miejsc, stali na peronie, na czwartym peronie, czekając na mój pociąg. W tłumie rozpoznałem Turczynkę z dziećmi i innych ludzi z windy. Więc przyszło nam się ponownie spotkać, nawet przyjdzie nam wspólnie podróżować? Wypełniony po brzegi peron buchał śmiechem, szeleścił papierkami, chrupał, mlaskał i spowity był dymem papierosów. Podróżni lekceważyli zakaz palenia. Palących było tylu, że choćby chcieli, to nie mogliby skoncentrować się w tym jednym miejscu, które według inspektorów przeznaczone było dla mniejszości, a według mojej obserwacji jednak dla większości. Ludzie w świątecznym nastroju potrafią wykazać się zdrowym rozsądkiem, toteż nie zauważyłem na ich twarzach ani zażenowania, ani paniki, kiedy porządkowi czy inni mundurowi przechodzili obok, gdy oni, pomimo zakazu, w najlepsze zaciągali się papierosami. Gwar i szeleszczenie w pewnym momencie ucichły. Większość głów skierowała się w stronę niebieskich ekranów, które zgodnie wyświetliły tę samą informację. Pociąg miał dwudziestominutowe opóźnienie. Po chwili usłyszeć było można pomruki niezadowolenia, które przeszły płynnie w głośne narzekania, gdy głos z megafonu potwierdził wyświetloną wiadomość. W tym kraju tak duże opóźnienie graniczyło z jakąś prowokacją, toteż ci, którzy palili i skończyli, zaczęli nerwowo odpalać następne papierosy. Dzieci zaczęły kaszleć, rodzice niepalący krztusić się dymem, ale byli też tacy, którzy zupełnie nie przejmowali się całą tą sytuacją, z radością otwierając butelki piwa i sięgając po piersiówki wypełnione czymś wysokoprocentowym. Wyjąłem z kieszeni gazetę i chciałem zacząć czytać, kiedy mężczyzna z obcym akcentem zapytał mnie, czy zdąży jeszcze do toalety. Bardzo zdziwiło mnie to pytanie, nie bardzo wiedziałem, co na nie odpowiedzieć. Spojrzałem na zegar, potem na nieznajomego, następnie na swój zegarek, potem powtórzyłem jeszcze raz te same czynności i już chciałem mu odpowiedzieć, że chyba tak, choć wcale nie byłem przekonany, że powiem prawdę, kiedy głos z megafonu wybawił mnie z tej okropnej sytuacji. Pociąg zmniejszył opóźnienie i zapowiadano jego rychłe pojawienie się na stacji. Już chyba nie zdążę, powiedział cudzoziemiec i zostawił mnie w spokoju. Pokiwałem głową, ponownie zrolowałem gazetę i wetknąłem ją do kieszeni. Palacze nerwowo kończyli palić, rodzice dyscyplinowali dzieci, nikotynowy dym rozmywał się w powietrzu, a chrupanie i mlaskanie całkowicie ucichło. Wszyscy w wielkim skupieniu czekali.

 

Czarny parowóz majestatycznie wjechał na peron. Tłum ludzi, zamiast wsiadać do wagonu, ruszył z aparatami w stronę buchającej parą ogromnej maszyny. Palacz i maszynista pozowali z okienek do zdjęć, a potem znaleźli się wśród rozbawionych pasażerów. W czarnych czapkach o połyskujących daszkach, szarych kombinezonach wzorowanych na czasach imperialnych, z chustkami owiniętymi wokół szyi ustawiali się do fotografii niczym panienki w konkursie piękności. Między podróżnymi przechadzał się kierownik pociągu i dwóch konduktorów, również wystylizowanych, w pięknych mundurach ze stójkami, do których przyszyte były jakieś złote dystynkcje. Kierownik pociągu miał nawet prawdziwe wąsy podkręcane na wzór solonych precli, które chętnie kupuję w Merkurze. Skład miał kilkanaście wagonów różnych klas i różnej maści, toteż bardziej przypominał zbieraninę wozów cyrkowych niż porządny pociąg z czasów panowania Jego Wysokości. Część wagonów była zupełnie nowa, węgierskiej produkcji, choć udawała stare. Część była rzeczywiście odrestaurowaną dumą naszych kolei, znowu inne pochodziły z końca lat sześćdziesiątych – dokładnie pamiętałem. Pomiędzy parowozem a pierwszym wagonem doczepiony był współczesny elektrowóz. Pewnie z powodów bezpieczeństwa, gdyby stara lokomotywa gdzieś po drodze wysiadła. Miałem wrażenie, że muszę dać znak, że muszę pierwszy wsiąść do wagonu, bo jeśli tego nie zrobię, to ten pociąg nigdy nie odjedzie, a ludzie pozostaną na wieki na peronie, fotografując maszynę i tych kilku bardzo z siebie dumnych przebierańców. I zrobiłem ten pierwszy krok, choć z natury nie należę do ludzi wybiegających przed szereg. Kobiety... Z tego, co pamiętam, tylko moja matka wychodziła z inicjatywą. Reszta? Reszta czekała. Kończyło się jeszcze szybciej, niż zaczynało. Greta, Petra, Renate... Z natury czekam, aż ktoś inny wykona pierwszy ruch. Nawet przy takiej błahostce jak wejście do pociągu. W tym również ustępuję innym. Tyle że dziś nikt nie chciał wykonać tego pierwszego kroku, a mnie się już zupełnie nie chciało stać, przyglądać się i dalej stać. Odnalazłem swój wagon pierwszej klasy. Był z tych węgierskich, nowy, ale postarzany. Dosyć klaustrofobiczny, z czterema siedzeniami w przedziale. Obite fioletowym aksamitem, przypominały raczej dawne foteliki kinowe niż coś wyszukanego z cesarskich czasów. Usiadłem przy oknie, zajmując miejsce w kierunku jazdy. Nie cierpię podróżować inaczej, co zaznaczyłem, kupując bilet. Może dlatego tamta kobieta uśmiechnęła się pod nosem? Teraz byłem zupełnie sam, choć za oknem kłębiły się tłumy ludzi, którzy nie kwapili się do zajęcia swoich miejsc. W sumie mogłoby tak pozostać do końca. Mógłbym nadal sam siedzieć w tym przedziale. Mógłbym być sam w całym wagonie, a nawet w całym pociągu. I gdyby była taka możliwość, pociąg sam, lokomotywa bez palacza i maszynisty, mógłby ruszyć. Nie miałbym nic przeciwko temu, bo samotność to stan, który oswoiłem, do którego się przyzwyczaiłem i który bywa przez niektórych wręcz pożądany, choć nie jest i nie będzie im nigdy dany. Ja ją mam. Samotność jest moja. I dobrze nam razem? Nie wiem do końca, ale tak się stało. Z takich czy innych względów jesteśmy razem. Chyba ją nawet polubiłem, bo jej akurat nie sposób o to zapytać, ale jeśli jest i mnie nie opuszcza, to chyba jest nam razem dobrze. Taki paradoks. Życie w samotności jest do przyjęcia, jeśli o samotności myśli się jak o osobie... Pociąg przez te występy, to stanie, fotografowanie się, fotografowanie tego, do czego należałoby wejść, zwiększył opóźnienie do trzydziestu minut. Przeczytałem na ekranie, bo wisiał niedaleko mojego okna. I nikt, ale to nikt, nie był tym przejęty czy nawet lekko zmartwiony. Jeszcze kilka dobrych minut delektowałem się samotnością, gdy usłyszałem gwizdek i już prawie uwierzyłem w to, że ruszamy bez tej rozkrzyczanej gawiedzi, kiedy zdałem sobie sprawę, że dźwięk gwizdka dał znak do wsiadania, a nie do odjazdu. W krótkim czasie ludzie poznikali z peronu, za to przedziały zaczęły pękać w szwach. Również w moim zasiadł komplet, oprócz mnie jeszcze dwie starsze kobiety i mężczyzna w średnim wieku o twarzy opóźnionego umysłowo sprzedawcy hamburgerów. Blisko miejsca, gdzie mieszkam, jest restauracja McDonald’s. Wchodzę do niej czasami po kawę na wynos i idę z nią nad jezioro. Za kontuarem stoi pięciu takich jak on. Zrobotyzowanych, w niemodnych okularach, przepoconych, z opadłą dolną szczęką, tępym wzrokiem wpatrzonych w klientów. Usłyszałem drugi gwizdek, a po nim ostry syk. Pociąg ruszył powoli. W tym samym momencie starsze panie wyjęły ze swoich torebek kanapki. Odwinęły je z papieru i wpakowały do ust. Synchroniczne jedzenie kanapek. Kto wie, może kiedyś zrobią z tego dyscyplinę olimpijską? Gdy skończyły, również prawie jednocześnie, wydobyły z torebek półlitrowe butelki wody mineralnej. Dlaczego ludzie, zaraz po tym, jak wsiądą do pociągu, robią się głodni? Jedna z pań, ta siedząca obok mężczyzny, szturchnęła go w ramię, zapraszając zapewne tym samym do jedzenia. Pokręcił głową i patrzył tak samo jak ci z McDonald’sa w lustro, które wisiało pomiędzy zagłówkami a półką. Kobiety zaczęły rozmawiać i chyba obgadywały nowego księdza od augustianów, tak, to był ten nowy w klasztorze, z pewnością augustianin, bo wspominały o mszach ze święceniem róż. Kiedyś idąc na wystawę, udaną zresztą, prac van Gogha w Albertinie, minąłem grupę ludzi kierujących się do kościoła Augustianów, który stoi w sąsiedztwie. Rozmawiali między sobą o różach i że święta Rita od spraw beznadziejnych wszystko załatwia. Fenomen wiary zawsze mnie zadziwiał. Nie mogę pojąć tych bzdur. Patronka od spraw beznadziejnych, dobre sobie. Jeśli coś jest beznadziejne, to znaczy, że nadziei nie ma, ale nie, okazuje się, że i w beznadziei jest nadzieja. Jakaś święta, która może załatwić to, czego nie da się załatwić. Wszystko się zgadzało, rozmawiały o nowym zakonniku, który w ich odczuciu był gejem, i nie mówiły o tym z jakimś oburzeniem czy litością, ale z rozbawieniem. Przysłuchiwałem im się dalej z uwagą. Sam nie lubię rozmawiać z innymi, robię to tylko w razie potrzeby lub kiedy nie mam innego wyjścia. Z zasłyszanej rozmowy wynikało, że nowy ksiądz, nim został duchownym, pracował jako florysta, co w pewnym stopniu mogłoby uzasadnić ich tezę, że jest homoseksualistą, choć nie do końca. Poznałem kilku mężczyzn parających się typowo damskimi pracami, mimo to nie ciągnęło ich do tej samej płci. W pewnym momencie, znowu prawie jednocześnie, wybuchnęły gromkim śmiechem, uświadomiwszy sobie, że nowy zakonnik zaraz po mszy wychodzi przed drzwi kościoła i każdemu podaje dłoń na pożegnanie, przy okazji puszczając głośne bąki. Cóż, nic śmiesznego moim zdaniem, raczej smutne, zwykła dysfunkcja przewodu pokarmowego lub stres. Kiedy opanowały śmiech, zaczęły mi się uważnie przyglądać. Jakoś im chyba nie pasowałem do towarzystwa. Nie śmiałem się i nie włączałem w dyskusję. Poczułem się bardzo nieswojo, na szczęście pociąg zatrzymał się na stacji Gloggnitz i wszyscy zaczęli się zbierać do wyjścia. Wyjąłem z kieszeni bilet wraz z rozkładem jazdy, z którego wynikało, że czeka nas półgodzinna przerwa w podróży. Żeby nie kusić losu i nie być w niedalekiej przyszłości przepytanym przez starsze panie, postanowiłem zmienić przedział, ale po dokładnym zwiedzeniu pociągu okazało się, że wszystkie miejsca były zarezerwowane i zajęte, również te w drugiej klasie, na które byłem skłonny się zamienić, jeśli tylko byłyby wolne. Ludzie znowu poszli do przodu, podziwiając staroświecki cud techniki. Też przez chwilę stałem między nimi, a po kilku minutach, kiedy dym z papierosów stał się nieznośny, a zaczadzone dzieci zaczęły wariować, przeszedłem na sam koniec pociągu. Tam czekała mnie niespodzianka. Ostatni wagon był repliką tych dawnych, alpejskich, z miejscami na narty i sanki, i z dwiema ławeczkami, których zdaje się nie obejmowała rezerwacja. Miałem na sobie płaszcz, więc już nie potrzebowałem wracać do przedziału. Zostałem w alpejskim wagonie sam, tak jak lubię najbardziej. Kierownik pociągu zagwizdał, ludzie ponownie wsiedli do swoich wagonów, ale nikt, zupełnie nikt nie wszedł do mojego. Byłem szczęśliwy. Teraz, sam, samiuteńki, mogłem bez wysłuchiwania cudzych historii, nie będąc zmuszanym do wypowiedzenia się na jakiś ważki czy też idiotyczny temat, podziwiać przez okno te cudne krajobrazy, które za chwilę miały się pojawić. Kiedy wjechaliśmy do pierwszego, długiego tunelu, poczułem w wagonie ten charakterystyczny zapach pary zmieszanej z sadzą. Dokładnie tak pachniały wagony, do których wsiadaliśmy dawno temu, żeby pojechać na narty. Przypomniało mi się dzieciństwo, jakkolwiek by patrzeć, całkiem szczęśliwe, a jeśli już nie szczęśliwe, to przynajmniej normalne. Matka, ojciec, brat, który od wielu lat nie utrzymuje ze mną kontaktów. Może uczciwiej byłoby powiedzieć, że to ja od wielu lat nie utrzymuję z nim kontaktów, odkąd wyprowadził się do Belgii, ponieważ doszedł do wniosku, że jest Żydem, że ojciec z matką ukrywali przed nim ten fakt. Jaki fakt? Ojciec z matką byli rodowitymi Austriakami, nie ma żadnych dowodów na ich żydostwo. Ale brat miał inną koncepcję, toteż pewnego dnia przeszedł na judaizm i ożenił się z prawdziwą Żydówką, i o ile jego żydostwo jest wymyślone, o tyle żydostwo jego dwóch córek już nie. Tak więc mój brat jest teraz żydowskim Belgiem o austriackim pochodzeniu, ma żydowską żonę o żydowskim pochodzeniu i dwie córki, które Żydówkami są, choć nie wszystko stracone. Nikt nie powiedział, że córki nie zrobią kiedyś wolty i nie przejdą na buddyzm, katolicyzm czy bahaizm, wyrzekną się tego całego izraelskiego cyrku. Pociąg wyjechał z tunelu, a do wagonu wszedł kierownik w tym pięknym mundurze, z dystynkcjami, z podkręcanym wąsem i równie staromodnym kasownikiem zwisającym na czerwonym sznurku z jego dłoni. Poprosił o bilet. Skasował, a potem lekko zdziwiony, poinformował mnie, jakbym nie wiedział, że mam bilet pierwszej klasy i miejscówkę. Zapytałem, czy mógłbym dalej podróżować właśnie w tym wagonie, tym bez miejscówek. Odparł, że oczywiście, choć nadal nie rozumiał, dlaczego zamieniłem wygodny fotel obity aksamitem na drewnianą ławkę, pozbawiając się przy okazji towarzystwa. Pociąg wjechał do następnego tunelu, tym razem krótszego. Wyraźnie zwalniał, piął się w górę i wił krętym duktem kolejowym w taki sposób, że kiedy otworzyłem okno i drobinki sadzy spoczęły na moim nosie, zobaczyłem lokomotywę i resztę składu. Po lewej stronie góry wyrastały strzeliste szczyty, a w dole, na wstążkach asfaltowych dróg poruszały się kolorowe punkciki. Ruch tego dnia był niewielki. Przy nasypach, zaraz przed i za tunelami, można było zauważyć ludzi z aparatami fotograficznymi. Niektórzy z nich, wyposażeni w amatorskie, małe, srebrne pudełeczka, uśmiechali się i machali przyjaźnie, a inni, ci uzbrojeni w długie obiektywy, w aparaty jak ciężkie karabiny maszynowe przykręcone do statywów, przypominali żołnierzy ostrzeliwujących jednostkę pancerną. Moja intymność skończyła się jednak szybciej, niż przypuszczałem. Zdawałem sobie sprawę, że na końcowej stacji będę musiał wysiąść i wmieszać się w tłum, pójść do muzeum, a potem coś zjeść i wrócić. Ale liczyłem, że przynajmniej wagon, w którym podróżowałem, pozostanie do końca trasy pusty. Niestety, po chwili pojawili się w nim amatorzy fotografowania. Chmara amatorów i nie tylko z aparatami fotograficznymi, ale i z kamerami. Nawet mnie nie zauważyli. Może moja postać całkowicie upodobniła się do otoczenia. Może moja skóra stała się tak brązowa jak ławka, na której siedziałem? Stałem się ludzkim odpowiednikiem kameleona? Zaczęli otwierać okna, wystawiać przez nie głowy, a kiedy zauważyli coś ciekawego, cykali zdjęcie, kiedy zaś pociąg wjeżdżał do następnego tunelu, pośpiesznie zamykali okna. Między błyskawicznymi sesjami zdjęciowymi równie błyskawicznie wyjmowali z kieszeni swoje piersiówki, pociągali po łyku i dalej oczekiwali na jakąś górkę czy imponujący wiadukt, którym będzie można się pochwalić po powrocie do domu, wrzuciwszy w pamięć komputera. Pociąg zbliżał się do stacji Semmering, ale według planu nie miał się na niej zatrzymać. Zimy w tym roku wcale nie było, i choć reklamowali tę wycieczkę jako nostalgiczną zimową podróż parowozem i na zdjęciach w folderze wszystko było czarno na białym, czyli czarna lokomotywa na tle ośnieżonych górskich zboczy, w rzeczywistości była to wiosenna wycieczka, bo czarna lokomotywa ciągnęła wagony wśród zielonych stoków. Chociaż jechaliśmy parę ładnych setek metrów ponad poziomem morza, nigdzie nie leżał śnieg. Było tak ciepło, że nawet armatki śnieżne się poddały, a trasy narciarskie, zwykle o tej porze roku okupowane przez miłośników białego szaleństwa, świeciły pustkami. Zadziwiająco wyglądały te pasy wyciętych lasów, które powinny bielić się jak rozsypana mąka. Zamiast tego, błyszcząc żywą zielenią, wprowadzały kompletny zamęt. Gdzieniegdzie widać było, że ten czy tamten właściciel kawałka łąki chciał zmusić pękatą maszynę do walki z naturą, ale efekty tej walki były marne, toteż sztuczny śnieg przypominał szarą breję. W pewnym momencie ludzie z aparatami nie zamknęli okien, a pociąg nagle wjechał do następnego tunelu. Poczułem momentalnie, że całe powietrze zniknęło bezpowrotnie i że za moment wszyscy się zaczadzimy. Wszystkim, to znaczy im, dobrze było w tym zaczadzonym wagonie, bo żaden z amatorów cykania nie pofatygował się, żeby zamknąć okna. Zresztą to już nie miało najmniejszego sensu. Po wyjeździe z tunelu trzeba było pozbyć się czadu. Ale ci z aparatami i kamerami, widząc, że siedzimy we mgle, kaszląc, postanowili wycofać się jak najszybciej. Nie pozostawili mi wielkiego wyboru, ruszyłem razem z nimi, bo pociąg zbliżał się do następnego tunelu. Wtedy nie wiedziałem, że będzie to ostatni tunel przed stacją docelową. Wróciłem do swojego przedziału, lecz moje miejsce zajęła jedna z pań. Kiedy chciała wstać, ruchem ręki dałem jej do zrozumienia, że usiądę na jej miejscu. Zapytała, co dobrego dają w restauracyjnym, myśląc zapewne, że cały ten czas przesiedziałem właśnie tam. Nie chciało mi się tłumaczyć, gdzie byłem, więc skłamałem, odpowiadając, że w restauracyjnym dają to, co zawsze. To, co zawsze, mogło oznaczać piwo, kawę, herbatę, parówki z bułką i musztardą oraz torciki. Starsza pani pokiwała tylko głową i rzuciła od niechcenia, że dobrze, iż zabrała swoje kanapki. I na tym ta krótka rozmowa się skończyła. Mężczyzna z opadłą dolną szczęką trwał nadal w pozycji wyjściowej, to znaczy takiej, w jakiej go zapamiętałem, kiedy opuszczałem przedział dwie godziny wcześniej. Pewności nigdy nie ma, ale byłem prawie pewien, że któraś z pań, najprawdopodobniej jego matka, zabrała kretyna, owoc swojej miłości czy też nienawiści, na dotleniającą wycieczkę. Pewnie wierzyła, że go jakoś rozrusza, lecz nawet taka wycieczka nie dawała zamierzonych efektów. I po to się ludzie mnożą, żeby potem pakować pieniądze w posągowe postacie wpatrzone w jeden punkt? Matki nie żyją wiecznie, kiedyś odchodzą, a nim umrą, załatwiają takim jak on miejsce w państwowej albo prywatnej instytucji zajmującej się zaspokajaniem ich podstawowych potrzeb już do końca. Zresztą tacy jak on mają wyłącznie podstawowe potrzeby, pomyślałem, ponownie patrząc na niego. Był we mnie jakiś żal do tego świata, ale żal uświadomiony. Cały dramat polegał właśnie na świadomości, na mojej świadomości, jej świadomości i jego nieświadomości. W skrócie rzecz ujmując, z żalem muszę stwierdzić, że ten oto kretyn był na pozycji wygranej. Myślenie boli, choć część ludzi uważa, że nie. Ponieważ był to pociąg, który tylko udawał stary pociąg, nie dano nam do końca poczuć się retro. W przedziale znajdował się głośnik oraz wszystkie inne przyciski, które można znaleźć we współczesnych pociągach. Coś zatrzeszczało w głośniku, a potem dobiegł z niego głos kierownika, który oznajmił, że za kilka minut będziemy na miejscu. Kierownik przypomniał również, że będziemy mieli cztery godziny na zwiedzanie muzeum kolejnictwa i miasteczka i że pociąg odjedzie do Wiednia punktualnie. Z góry przewidział brak niespodzianek? Ludzie ponownie wysypali się na peron, po czym jak stado owiec ruszyli kierowani czerwonymi strzałkami w stronę muzeum. Też byłem owcą powodowaną chęcią obejrzenia starych parowozów, wagonów, choć chciałem w tym wszystkim uczestniczyć sam, bez tłumu, zbędnych świadków. Tak, to był zbiór ogromnych przedmiotów upamiętniających wspaniałą przeszłość tego kraju. W samym centrum ogromnego hangaru znajdowała się ogromna lokomotywa, która kiedyś stała na stacji niedaleko tego miejsca i która ciągnęła wagony wypełnione bogatymi wiedeńczykami do naszej riwiery, do Triestu, do Abacji. Abacja... Nigdy jej już chyba nie zapomnę, choć kiedyś bardzo chciałem. Chcieć zapomnieć... Nie da się, nie dało się, przynajmniej w moim przypadku. Może inni potrafią. Nie ja. Dlatego jestem tu dzisiaj, dlatego wsiadłem do tego pociągu, dlatego wmieszałem się w tłumy przypadkowych ludzi. „Masz wielkiego jak lokomotywa”. „Jesteś długi jak pociąg”. „Sapiesz niczym parowóz”. „Obijaj się o moje zderzaki”. „Gwizdnij mnie”. „Nie bądź takim semaforem”. „Wjedź mi w tunel”. „Turkocz”. „Po szynach, po szynach. Do celu. Stacja końcowa. Wysiadaj”. „Na dzisiaj przedziały zamykamy”. Zwariowana była na punkcie pociągów. Udzieliło mi się. To było zaraźliwe i, jak się okazało, nieuleczalne, bo próbowałem się leczyć, lecz bezskutecznie. Włoskie napisy na ścianach, dwujęzyczne właściwie. Niemieckie i włoskie. Trupie główki ze skrzyżowanymi piszczelami. Żaden faszystowski znak, tylko zakaz wejścia. Małe lokomotywy, kolejki wąskotorowe postawione na kilkunastu metrach szyn. Wajchy, którymi można poruszać, zapach kawy, bo i wagon restauracyjny był w tym muzeum, śmiechy dzieci, dziadkowie, babcie, matki, ojcowie, ciotki, wujkowie, zagraniczni turyści, modele kolejek, mapy tras, ekrany telewizyjne migające reklamami, gry komputerowe, symulacje, objaśnienia, zakazy, nakazy i... krzyk. Straszliwy krzyk. Przeraźliwy kobiecy głos. A potem cisza. Zupełna. Ludzie zamarli na moment. Zamienili się w figury woskowe. I znowu ten głos wołający o pomoc. A potem powtarzające się: „Bruno! Bruno! Bruno!”. Ktoś mnie woła? To niemożliwe. Kobiecy głos tragicznie intonuje moje imię? Tutaj, w muzeum kolejnictwa? Ale jej głos miał inną barwę. To nie jest jej głos; ten nawołuje innego Brunona, to nie ja, to nie mnie. „Bruno, nie! Na pomoc!” Ludzie ocknęli się z letargu. Biegną, ktoś krzyczy, jakiś mężczyzna. „Wezwijcie pogotowie! Wezwijcie pogotowie! Szybko!” I ja ruszyłem w stronę głosu, po krótkiej przerwie ponownie wołającego moje imię. I stoję tam, oczom nie wierzę. Na posadzce, obok największej lokomotywy, leży bez życia, z roztrzaskaną głową, Bruno. Bruno z mojego przedziału. Po chwili słychać sygnał karetki. Starsza pani próbuje coś mu podłożyć pod głowę. Płacze, a on zakrwawiony, jeszcze przed chwilą niedający oznak życia, zaczyna się głośno śmiać. Ludzie wykrzykują przez siebie, żeby go nie ruszała, żeby poczekała na pogotowie, bo już tu jest. Bruno, mój imiennik. Kretyn, który spadł ze starej lokomotywy, śmieje się dalej. Więc nie tylko potrafi przeglądać się w lustrze, ale i śmiać się potrafi? A może się śmieje tylko, gdy go coś boli? Może tacy jak on jednak mają świadomość, tylko odwrotnie działającą? Sanitariusze już są z noszami. Lekarz próbuje mu zadawać jakieś pytania, lecz Bruno nadal się śmieje. Szczęśliwy, z rozwalonym łbem spoczywającym na udach matki przypomina Chrystusa zdjętego z krzyża z włoskich widokówek dla pielgrzymów. I tutaj też są głośniki. A głos z głośników prosi nas wszystkich o opuszczenie muzeum. Policja też jest już na miejscu.