3 książki za 35 oszczędź od 50%
Za darmo

Sekrety księżnej de Cadignan

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Obie kobiety spojrzały sobie w oczy, śmiejąc się, i ujęły się za ręce z przyjaznym uściskiem. Niewątpliwie musiały je łączyć ważne sekrety, nie pierwszy to był mężczyzna i nie pierwsza usługa między nimi; aby bowiem między kobietami stworzyć szczerą i trwałą przyjaźń, trzeba, aby ją pieczętowały jakie małe zbrodeńki. Kiedy dwie przyjaciółki mogą się zabić wzajem i każda widzi zatruty sztylet w ręku drugiej, wówczas przedstawiają wzruszający widok harmonii, która mąci się aż w chwili, gdy jedna z nich przez nieuwagę wypuści broń.

Zaczem w tydzień później odbył się u margrabiny wieczór w małym kółku, w jednym z dni zachowanych dla najbliższych, w które nikt nie zjawia się bez ustnego zaproszenia i podczas których drzwi są zamknięte. Zaproszonych było pięć osób: Emil Blondet i hrabina de Montcornet, Daniel d'Arthez, Rastignac i księżna de Cadignan. Licząc panią domu, było tyluż mężczyzn co kobiet.

Nigdy traf nie pozwolił sobie na bardziej wyszukane przygotowania niż w tym spotkaniu d'Artheza i pani de Cadignan. Księżna uchodzi dziś jeszcze za jedną z największych mistrzyń tualety, co dla kobiet jest pierwszą ze sztuk. Włożyła suknię z niebieskiego aksamitu z powłóczystymi białymi rękawami, z tiulowym lekko marszczonym kołnierzem. Niebieski szlak sięgał na cztery palce poniżej szyi i pokrywał ramiona, jak na niektórych portretach Rafaela. Pokojówka upięła kilka białych kwiatów pomiędzy kaskadami blond włosów: jeden z wdzięków, którym księżna zawdzięcza swą sławę. To pewna, iż Diana nie wyglądała ani na dwadzieścia pięć lat. Cztery lata samotności i spoczynku wróciły blask jej cerze. Czyż nie bywają zresztą chwile, w których chęć podobania się daje kobietom jakąś nową piękność? Jeżeli gwałtowne wzruszenia mogą przyciemnić białe tony u sangwiników lub melancholików, pozielenić twarze limfatyczne, czyliż pragnienie, radość, nadzieja nie mogą mieć daru rozjaśnienia cery, ozłocenia spojrzeń żywszym blaskiem, okraszenia piękności niby światłem pięknego poranka? Słynna białość księżnej przybrała odcień dojrzalszy, który dawał jej wyraz dostojeństwa. W tym momencie życia, kiedy przeszła przez tyle prób, tyle poważnych myśli, czoło jej, marzące i wyniosłe, cudownie się godziło z błękitnym, spokojnym i majestatycznym spojrzeniem. Najbieglejszy fizjognomista nie wyczytałby śladu rachuby ani decyzji pod tą niesłychaną delikatnością rysów. Bywają twarze kobiece, które spokojem swoim i subtelnością oszukują wiedzę i mylą obserwację; trzeba by je śledzić podczas gry namiętności, co jest trudne; lub też po ukończonej grze, co nie zda się na nic: wówczas kobieta jest stara i już się nie maskuje. Księżna jest jedną z tych nieprzeniknionych kobiet, może się zrobić, czym chce: pusta, dziecinna, rozpaczliwie niewinna lub też subtelna, poważna, głęboka wręcz niepokojąco. Przybyła do margrabiny w charakterze słodkiej i prostej kobiety, znającej życie jedynie przez swoje zawody, w charakterze kobiety pełnej duszy; spotwarzonej, ale dźwigającej to z rezygnacją, niby umęczony anioł. Przybyła wcześnie, aby zawczasu upozować się na kozetce, przy kominku, w pobliżu pani d'Espard, tak jak chciała, aby ją widziano, w pozie, której sztuka kryje się pod uroczą naturalnością, jednej z tych póz ułożonych, wyszukanych, uwydatniających piękną wężową linię, która zaczyna się u stopy, wstępuje wdzięcznie do bioder i wiedzie się poprzez czarujące okrągłości aż do ramion, wydając spojrzeniom cały profil ciała. Kobieta naga byłaby mniej niebezpieczna niż w spódnicy tak umiejętnie rozłożonej, która wszystko pokrywa i wszystko uwydatnia zarazem. Przez wyrafinowanie, na które wiele kobiet nie byłoby wpadło, Diana, ku wielkiemu zdumieniu margrabiny, przyszła w towarzystwie młodego de Maufrigneuse. Po chwili zastanowienia pani d'Espard uścisnęła rękę księżnej porozumiewawczo.

– Rozumiem cię! Dając przełknąć d'Arthezowi wszystkie trudności od pierwszego razu, nie będziesz zmuszona pokonywać ich później.

Hrabina de Montcornet przyszła z Blondetem. Rastignac przyprowadził d'Artheza. Księżna nie przyjęła sławnego człowieka żadnym z owych komplementów, jakimi zasypują go ludzie pospolici; ale rozwinęła dlań względy nacechowane wdziękiem i szacunkiem, będące wyraźnie ostatnim kresem jej łaski. Zdawała się szczęśliwa, iż widzi tego wielkiego człowieka, i rada, iż go szukała. Osoby pełne smaku, jak księżna, odznaczają się zwłaszcza sposobem słuchania, pełną powagi i wdzięku uprzejmością. Kiedy sławny człowiek mówił, przybierała uważną pozę, pochlebniejszą niż najlepiej dobrane komplementy. Margrabina dopełniła prezentacji bez emfazy i z prostotą. Przy obiedzie posadzono d'Artheza obok księżnej, która, daleka od przesadnej wstrzemięźliwości, na jaką silą się wytwornisie, jadła z doskonałym apetytem i starała się we wszystkim okazać kobietą prostą, bez pretensji. Między jednym a drugim daniem skorzystała z chwili, gdy rozmowa stała się ogólną, aby nawiązać z d'Arthezem parę słów na osobności.

– Przyjemność, jaką znalazłam w spotkaniu z panem – rzekła – zdwaja się chęcią dowiedzenia się czegoś o nieszczęśliwym przyjacielu pana, poległym za sprawę inną niż nasza, ale wobec którego zaciągnęłam wielkie zobowiązania, bez możności podzięki i wypłacenia się. Książę de Cadignan podzielał mój żal. Wiem, że pan byłeś jednym z najlepszych przyjaciół biednego chłopca. Nie zadziwi tedy pana, że pragnęłabym wiedzieć wszystko, co mógłbyś mi powiedzieć o tym, który ci jest tak drogi. Jestem przywiązana do wygnanej rodziny i uchodzę za monarchistkę; ale to nie znaczy, abym była z liczby tych, którzy myślą, iż niepodobna jest być równocześnie republikaninem i szlachetnym człowiekiem. Monarchia i republika to jedyne dwie formy rządu, które nie dławią wzniosłych uczuć.

– Michał Chrestien był aniołem – odparł Daniel wzruszonym głosem. Nie znam wśród bohaterów starożytności człowieka, który by był odeń wyższy. Niech pani nie uważa go za jednego z owych ciasnych republikanów, którzy by chcieli przywrócić Konwent i miłe procedery Komitetu Ratunku Publicznego; nie, Michał marzył o Federacji Szwajcarskiej zastosowanej do całej Europy. Przyznajmy to między nami: po wspaniałym rządzie jednego człowieka, który, jak sądzę, najbardziej odpowiada naszemu krajowi, system Michała jest zniesieniem wojny w starym świecie i jego odbudowaniem na podstawach innych niż zasady podboju, z których wywiódł się niegdyś ustrój feudalny. Republikanie byli z tego tytułu ludźmi najbardziej bliskimi jego idei: oto, czemu użyczył mi ramienia w lipcu i pod Saint Merry. Mimo że krańcowo sprzecznych przekonań, pozostaliśmy w ścisłej zażyłości.

– To najpiękniejsza pochwała obu charakterów – rzekła nieśmiało pani de Cadignan.

– W czterech ostatnich latach życia – odparł Daniel – mnie jednemu zwierzył się z miłości do pani, a zwierzenie to zacieśniło bardzo już silne więzy braterskiej przyjaźni.

On jeden, pani, kochał panią tak, jak pani powinna być kochaną. Ileż razy mokłem na deszczu, biegnąc wraz z nim za pani powozem aż do pałacu, idąc w szybkości o lepsze z końmi, aby utrzymać się na tej samej linii i móc panią widzieć i podziwiać.

– Ależ, panie – rzekła księżna – czym ja się wypłacę…

– Czemuż Michała nie ma tutaj! – Odparł Daniel z akcentem melancholii.

– Nie byłby mnie może długo kochał – rzekła księżna, potrząsając głową ruchem pełnym smutku. – Republikanie są jeszcze bardziej absolutni w swoich ideach niż my absolutyści, którzy grzeszymy pobłażaniem. Marzył pewnie o mnie jako o istocie doskonałej, byłby doznał okrutnych rozczarowań. Nas, kobiety, ściga tyleż oszczerstw, ile wy ich musicie znieść w życiu literackim, a my nie możemy się bronić ani sławą, ani dziełami. Stajemy się dla ludzi nie tym, czym jesteśmy, ale czym świat nas zrobi. Nieznana kobieta, która jest we mnie, zginęłaby niebawem jego oczom pod fałszywym portretem kobiety urojonej, która jest prawdziwą dla świata. Uznałby mnie niegodną szlachetnych uczuć, jakie miał dla mnie, niezdolną go zrozumieć.

Tu księżna potrząsnęła głową, poruszając prześlicznym gestem piękne blond pukle. Ile rozpaczliwego zwątpienia, ukrytych bólów wyrażała w tej chwili, tego nie da się wymówić. Daniel zrozumiał wszystko; popatrzył na nią z żywym wzruszeniem.

– Mimo to w dniu, w którym go ujrzałam, na długo po buncie lipcowym – podjęła – byłam już skłonna ulec pragnieniu, jakie mnie parło, aby go ująć za rękę, aby mu ją uścisnąć w obliczu całego świata, pod perystylem włoskiego teatru, podając mu wiązankę kwiatów, które miałam w ręku. Pomyślałam, że ten objaw wdzięczności źle by zrozumiano, jak tyle innych szlachetnych rzeczy, które uchodzą dziś za szaleństwa pani de Maufrigneuse i których nigdy nie będę mogła wytłumaczyć, jedynie bowiem mój syn i Bóg będą mnie znali kiedykolwiek.

Słowa te, wyszeptane do ucha słuchacza w ten sposób, aby uszły świadomości biesiadników i z akcentem godnym najświetniejszej aktorki, miały iść prosto do serca: jakoż sięgnęły w samą głąb serca d'Artheza. Nie chodziło tu o sławnego pisarza, ta kobieta starała się usprawiedliwić w obliczu zmarłego! Mogli ją spotwarzać, chciała wiedzieć, czy nic nie skalało jej w oczach tego, który ją kochał. Czy umarł, unosząc wszystkie iluzje?

– Michał – odparł d'Arthez – był jednym z ludzi, którzy kochają bez zastrzeżeń i którzy, jeśli wybiorą źle, mogą cierpieć, ale nigdy wyrzec się tej, którą wybrali.

– I kochał mnie w ten sposób?… – Wykrzyknęła z wyrazem egzaltacji i rozmarzenia.

– Tak, pani.

– Byłam tedy jego szczęściem?

– Cztery lata.

– Niepodobna kobiecie dowiedzieć się takiej rzeczy bez uczucia radosnej dumy – rzekła, obracając słodką i szlachetną twarz ku d'Arthezowi ruchem pełnym wstydliwego pomieszania.

Jednym z najbardziej umiejętnych manewrów tych komediantek jest powściągać wyraz i gesty, kiedy słowa są zbyt wymowne, a kazać mówić oczom, kiedy mowa jest powściągliwa. Te misterne dysonanse, wsunięte w melodię fałszywego lub prawdziwego uczucia, wywierają nieprzeparty urok.

 

– Nieprawdaż – rzekła, zniżając jeszcze głos i upewniwszy się, iż uczyniła wrażenie – nieprawdaż, że to znaczy spełnić swój los, jeśli się dało szczęście i bez zbrodni wielkiemu człowiekowi?

– Czyż nie napisał tego pani?

– Tak, ale chciałam być zupełnie pewna; niech mi pan bowiem wierzy, iż, stawiając mnie tak wysoko, nie omylił się.

Kobiety umieją dawać swym słowom osobliwą uroczystość; udzielają im jakiejś wibracji, która rozszerza znaczenie myśli i użycza im głębi; jeżeli później oczarowany słuchacz nie zdaje sobie sprawy z tego, co mówiły, cel jest w zupełności osiągnięty, co jest właściwością wymowy. Gdyby księżna nosiła diadem Francji, czoło jej nie byłoby bardziej majestatyczne niż w tej chwili pod pięknym diademem upiętych wysoko i strojnych białym kwieciem włosów. Ta kobieta zdawała się kroczyć po falach potwarzy jak Zbawiciel po nurtach jeziora, owinięta w całun tej miłości niby anioł w swoje nimby. Nie było w tym nic, co by trąciło intencją ani też chęcią stworzenia sobie piedestału: było to spokojne i proste. Żywy człowiek nie mógłby nigdy oddać księżnej usług, jakie wyciskała z tego nieboszczyka. D'Arthez, samotny pracownik, któremu praktyki świata były obce i którego Myśl otoczyła opiekuńczymi zasłonami, dał się omamić akcentowi i słowom księżnej. Był pod urokiem wytwornego objęcia, podziwiał tę doskonałą piękność, dojrzałą przez nieszczęście, wypoczętą w zaciszu; zachwycało go to tak rzadkie połączenie subtelnego umysłu i pięknej duszy. Słowem, zamarzył o spadku po Michale Chrestien. Początkiem tej namiętności była, jak u większości głębokich pracowników, myśl. Widząc księżnę, studiując kształt jej głowy, tak słodką harmonię rysów, kibić, stopy, delikatnie wyrzeźbione ręce, oglądając to wszystko bardziej z bliska niż wówczas, kiedy towarzyszył przyjacielowi w szalonych pościgach, zauważył zdumiewający fenomen drugiego wzroku moralnego, jaki człowiek podniecony miłością znajduje w samym sobie. Z jakąż jasnością Michał Chrestien czytał w tym sercu, w tej duszy, rozświeconej ogniami miłości! I ona również odgadła tę duszę! Bez wątpienia Michał byłby szczęśliwy. Toteż księżna zyskała w oczach d'Artheza wielki urok, aureolę poezji. Podczas obiadu pisarz przypomniał sobie rozpaczliwe zwierzenia fedaralisty, jego nadzieje, kiedy sądził, iż jest kochanym; piękne poematy, jakie dyktuje prawdziwe uczucie… Nie wiedząc o tym, Daniel miał skorzystać z tych przygotowań, będących dziełem przypadku. Rzadkim jest, aby mężczyzna przeszedł bez wyrzutów od roli powiernika do roli rywala, d'Arthez zaś mógł to uczynić bez zbrodni. W jednej chwili ujrzał olbrzymie różnice pomiędzy kobietą z towarzystwa, tym kwiatem wielkiego świata, a kobietą pospolitą, którą znał wszelako tylko z jednej próbki; uczuł się tedy sięgnięty w najbardziej dostępnych, najtkliwszych strunach duszy i umysłu. Popychany naiwną gwałtownością swych pragnień ku tej kobiecie uczuł równocześnie bariery, jakie świat, formy i, powiedzmy, majestat księżnej stawiał między nimi dwojgiem. Toteż dla człowieka przywykłego nie szanować tej, którą kochał, było w tym coś osobliwie drażniącego; była ponęta tym bardziej potężna, ile że zmuszony był połykać ją i dławić w sobie potajemnie. Rozmowa, która wytrwała przy Michale Chrestien aż do deseru, była zarówno dla Daniela, jak dla księżnej cudownym pozorem, aby mówić po cichu: miłość, sympatia, harmonia dusz; dla niej, aby się pozować na kobietę zapoznaną, spotwarzoną; dla niego, aby wleźć obiema nogami w pantofle zmarłego. Być może ten naiwny człowiek pochwycił się na tym, iż w tej chwili mniej żałował przyjaciela! W chwili gdy cuda deseru zabłysły na stole, przy blasku kandelabrów, pod osłoną bukietów naturalnego kwiecia, które rozdzielały biesiadników świetnym żywopłotem, bogato ubarwionym owocami i cukrami, księżna uznała za właściwe zakończyć ten ciąg zwierzeń uroczym słówkiem przy akompaniamencie bardziej jeszcze uroczego spojrzenia, wyrażając subtelnie tę myśl, iż Daniel i Michał były to dwie bratnie dusze. D'Arthez rzucił się w wir ogólnej rozmowy, wnosząc w nią radość dziecka i godne uczniaka zadowolenie z siebie. Księżna przyjęła z zupełną prostotą ramię pisarza, aby przejść do buduaru. Mijając salon, szła wolno; kiedy się zaś znalazła w pewnym oddalaniu od margrabiny, którą prowadził Blondet, zatrzymała d'Artheza.

– Nie chcę być niedostępną dla przyjaciela tego nieszczęśliwego – rzekła – mimo że wzięłam sobie jako zasadę nie przyjmować nikogo, pan jeden na świecie będziesz miał wstęp do mego domu. Niech pan tego nie uważa za łaskę. Łaska może istnieć jedynie dla obcych, a ja mam wrażenie, że jesteśmy starymi przyjaciółmi: chcę widzieć w panu brata Michała.

D'Arthez mógł jedynie przycisnąć ramię księżnej, nie znalazł odpowiedzi. Skoro podano kawę, Diana de Cadignan zawinęła się zalotnym ruchem w szal i powstała. Blondet i Rastignac byli zbyt wytrawnymi politykami i światowcami, aby podnieść jakikolwiek mieszczański wykrzyknik i chcieć zatrzymywać księżnę; ale pani d'Espard posadziła z powrotem przyjaciółkę, biorąc ją za rękę i szepcąc do ucha: „Zaczekaj aż ludzie zjedzą obiad, powóz jeszcze nie gotów”. I dała znak pokojowcowi, który odnosił tacę. Pani de Montcornet odgadła, że księżna i pani d'Espard mają sobie coś do powiedzenia i pociągnęła d'Artheza, Rastignaka i Blondeta, zabawiając ich fajerwerkiem paradoksalnej wymowy, w której paryżanki tak celują.

– I cóż! – Rzekła margrabina do Diany – jak ci się wydaje?

– Ależ to przemiłe dziecko, prosto z powijaków. Doprawdy, i tym razem będzie jak zawsze, tryumf bez walki.

– To rozpaczliwe – rzekła pani d'Espard – ale jest rada.

– Jak to?

– Pozwól mi zostać swą rywalką.

– Jak chcesz – odparła księżna – ja już jestem zdecydowana. Geniusz to sprawa mózgu: nie wiem, jak na tym wychodzi serce, pomówimy o tym później.

Słysząc te ostatnie słowa niepodobne do odcyfrowania, pani d'Espard przeszła do ogólnej rozmowy i nie zdawała się ani zraniona tym jak chcesz, ani ciekawa dowiedzieć się, do czego to spotkanie doprowadzi. Księżna przetrwała jaką godzinę na kozetce koło ognia, w owej niedbałej i pełnej zadumy postawie, jaką Guerin dał swojej Dydonie. Słuchała z uwagą; od czasu do czasu spoglądała na Daniela, nie ukrywając podziwu, ujętego zresztą w dyskretne karby. Wysunęła się, skoro powóz zajechał, wymieniwszy uścisk z margrabiną i skinienie głowy z panią de Montcornet.

Do końca wieczoru nie było mowy o księżnej. Skorzystano z niezwykłego podniecenia d'Artheza, który rozwinął skarby swego umysłu. Niewątpliwie miał w Rastignaku i Blondecie partnerów pierwszorzędnej siły, i jako subtelność dowcipu, i jako rozciągłość inteligencji. Co do kobiet, obie te panie liczą się od dawna między najświetniejsze zjawiska „towarzystwa”. Było to więc niby wytchnienie w oazie, szczęście rzadkie i wysoko cenione przez te osoby, zwyczajnie wydane na pastwę krępującego wzroku świata, salonów i polityki. Istnieją jednostki, mające ten przywilej, iż są między ludźmi niby dobroczynne gwiazdy, których blask oświeca umysły, promienie ogrzewają serca. D'Arthez był jedną z tych pięknych dusz. Pisarz, który wzbije się do tej wyżyny, przyzwyczaja się wszystko ogarniać myślą i zapomina niekiedy, że nie wszystko trzeba mówić; niepodobieństwem mu jest zachować powściągliwość ludzi, którzy żyją w świecie ustawicznie; ale, ponieważ wybryki jego zawsze naznaczone są piętnem oryginalności, nikt na nie nie wyrzeka. Ta zaprawa tak rzadka u ludzi talentu, ta pełna prostoty młodość, która czyni d'Artheza tak szlachetnie oryginalnym, sprawiły, iż wieczór spłynął jak rozkoszna chwila. Daniel wyszedł z baronem de Rastignac, który, odprowadzając go do domu, zaczął oczywiście mówić o księżnej, pytając, jak mu się wydała.

– Michał miał słuszność, że ją kochał – odparł d'Arthez – to niezwykła kobieta.

– Bardzo niezwykła – odparł drwiąco Rastignac. – Po twoim akcencie widzę, że już ją kochasz; złożysz jej wizytę, nim trzy dni upłyną, a jestem nadto starym paryskim wyjadaczem, aby nie wiedzieć, co z tego wyniknie. Otóż, drogi Danielu, błagam, wystrzegaj się najmniejszego splątania interesów. Kochaj księżnę, jeśli ci serce dyktuje, ale myśl o swoim mieniu. Nigdy nie wzięła ani nie żądała dwóch groszy od nikogo w świecie, zanadto jest na to d'Uxelles i Cadignan; ale, wedle tego, co wiem, poza własnym majątkiem, który był bardzo znaczny, pękło przez nią kilka milionów. Jak? Dlaczego? Jakim cudem? Nikt nie wie, ona sama nie wie. Widziałem ją, jak trzynaście lat temu połknęła w półtora roku fortunę przemiłego chłopca oraz starego rejenta.

– Trzynaście lat temu! – Rzekł d'Arthez – ileż tedy ona ma lat?

– Nie widziałeś – odparł, śmiejąc się Rastignac – przy stole jej syna, Jerzego de Maufrigneuse, dziewiętnastoletniego młodzieńca? Otóż, dziewiętnaście a siedemnaście czynią…

– Trzydzieści sześć – wykrzyknął pisarz zdumiony – ja jej dawałem dwadzieścia lat.

– Przyjmie je – odparł Rastignac – zresztą, bądź bez obawy; zawsze będzie miała dwadzieścia lat dla ciebie. Wejdziesz w świat, co się zowie fantastyczny. Dobranoc, jesteś u siebie – rzekł baron, widząc, iż powóz wjeżdża w ulicę de Bellefond, gdzie mieszkał d'Arthez w ładnym domku będącym jego własnością – zobaczymy się w tym tygodniu u panny des Touches.

D'Arthez pozwolił miłości wniknąć w serce bez najmniejszego oporu, brnął w adoracji bez krytyki, w absolutnym podziwie. Księżna, ta piękna istota, jedna z najniezwyklejszych kreacji potwornego Paryża, gdzie wszystko tak w dobrym, jak w złym jest możebne, stała się – mimo iż słowo to straszliwie spospolitowano w naszych smutnych czasach – marzonym aniołem. Aby dobrze zrozumieć nagłe przeobrażenie znakomitego autora, trzeba by wiedzieć, ile niewinności zostawia w sercu samotność i ustawiczna praca, ile pragnień i fantazji rozwija miłość sprowadzona do prymitywnej potrzeby i która – dzięki lichocie swego przedmiotu – stała się ciężarem; ile budzi żalów i rodzi boskich uczuć w najwyższych regionach duszy. D'Arthez był w istocie dzieckiem, studentem, jak to księżna natychmiast odgadła instynktem. Prawie takież samo olśnienie spełniło się w pięknej Dianie. Spotkała tedy wreszcie owego niepospolitego człowieka, którego wszystkie kobiety pragną, choćby tylko po to, aby z nim igrać; tę potęgę, której godzą się poddać, choćby tylko po to, aby mieć przyjemność ujarzmienia jej; znalazła wreszcie blask inteligencji złączony z naiwnością serca, ze świeżością uczucia; a wreszcie, niesłychanym szczęściem, wszystkie te bogactwa kryły się w formie, która była Dianie sympatyczna. D'Arthez wydał się jej piękny; może był nim w istocie. Mimo iż doszedł do pełni lat męskich, trzydziestu ośmiu lat, zachował, dzięki wstrzemięźliwemu i skromnemu życiu, puszek młodości; zarazem, jak wszyscy ludzie pracujący przy biurku, jak mężowie stanu, osiągnął przyzwoitą tuszę. Za młodu przedstawiał pewne podobieństwo z Bonapartem, gdy był generałem. Podobieństwo to trwało jeszcze o tyle, o ile człowiek z czarnymi oczami, gęstym i ciemnym włosem może być podobny do tego monarchy o niebieskich oczach i włosach kasztanowatych: ale błysk żarliwej i szlachetnej ambicji palący się niegdyś w oczach d'Artheza złagodniał poniekąd pod wpływem powodzeń. Myśli, którymi czoło jego było brzemienne, rozkwitły, zapadłe linie twarzy wypełniły się. Dobrobyt rozlewał złotawe odcienie tam, gdzie w młodości nędza znaczyła się żółtymi tonami temperamentu, napinającego siły, aby podtrzymać miażdżące i ustawiczne walki. Jeżeli przyjrzycie się bacznie postaciom starożytnych filozofów, ujrzycie, iż zboczenia od doskonałego typu twarzy ludzkiej, jakim każda fizjognomia zawdzięcza swoją oryginalność, łagodzą się u nich nawykiem medytacji, spokojem nieodzownym dla pracy ducha. Najbardziej nieregularne, wymęczone twarze, jak np. Sokratesa, nabierają z upływem czasu niemal boskiej pogody. Ze szlachetną prostotą, jaka zdobiła jego imperatorską głowę, d'Arthez łączył wyraz naiwności, naturalność dziecka i wzruszającą dobrotliwość. Nie miał owej zawsze nasiąkłej fałszem grzeczności, jaką najlepiej wychowane i najmilsze osoby podrabiają zbywające im często przymioty, zostawiając ranę w sercu tych, których zdołają oszukać. Mógł chybić pewnym prawidłom świata wskutek nawyku do samotności; ale nie raziło to nikogo. Ten pieprzyk dzikości dodawał jeszcze wdzięku wylaniu właściwemu ludziom niepospolitym, którzy umieją zostawić swą wyższość w domu, aby się znaleźć na poziomie otoczenia i, na sposób Henryka IV, użyczać swego grzbietu dzieciom a inteligencji głupcom.

Wracając do domu, księżna tak samo nie dysputowała z sobą, jak d'Arthez nie bronił się urokowi, który ona nań rzuciła. Wszystko spełniło się w niej i dla niej: kochała swoją wiedzą i swoją nieświadomością. Jeżeli pytała samą siebie, to tylko o to, czy zasługuje na tak wielkie szczęście i co mogła uczynić niebu, iż jej zsyła podobnego anioła. Chciała być godną tej miłości, utrwalić ją, przyswoić ją sobie na zawsze i zakończyć słodko życie ładnej kobiety w raju, który widziała przed sobą. O oporze, o tym, aby się drożyć, kokietować, nawet nie myślała. Myślała o bardzo czymś innym! Zrozumiała wyższość genialnych ludzi, odgadła, iż nie poddają wybranej kobiety zwyczajnym prawom. Toteż w błyskawicznym rzucie oka, właściwym tym wielkim umysłom kobiecym, przyrzekła sobie ulec za pierwszym pragnieniem. Wedle pojęć, jakie stworzyła sobie, od pierwszego widzenia, o charakterze d'Artheza, odgadywała, iż to pragnienie nie wypowie się tak wcześnie i że będzie miała czas uczynić się tym, czym chciała, czym powinna być w oczach szczytnego kochanka.