Bank NucingenaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Że jednak ani Desroches, ani du Tillet nie ożenili się z Malwiną – rzekł Finot – wytłumacz nam sekret Ferdynanda?

– Oto cały sekret – rzekł Bixiou. – Zasada ogólna: młoda osoba, która jeden raz dała swój trzewiczek, choćby go odmawiała przez dziesięć lat nie zostaje nigdy żoną tego, który…

– Głupstwo! – przerwał Blondet. – Kocha się także, ponieważ się kochało. Oto sekret: zasada ogólna, nie żeń się nigdy sierżantem, kiedy możesz zostać księciem Gdańska i marszałkiem Francji. Toteż widzicie, jaką partię zrobił du Tillet. Ożenił się z córką hrabiego de Granville14, jedna z najstarszych rodzin francuskiej magistratury.

– Matka Desroches'a miała przyjaciółkę – podjął Bixiou – żonę drogisty, który to drogista wycofał się z interesów z grubą forsą. Ci drogiści mają dzikie pomysły: aby dać swojej córce staranne wychowanie, umieścił ją w pensjonacie!… Ów Matifat spodziewał się dobrze wydać za mąż córkę dzięki dwustu tysiącom franków cieplutką gotóweczką, której nie było czuć drogerią.

– Matifat Floryny?

– No tak! i kolegi Lousteau15, słowem nasz! Ci Matifatowie, straceni wówczas dla nas, przenieśli się na ulicę Cherche-Midi, w dzielnicę najodleglejszą od ulicy des Lombards, gdzie zrobili majątek. Bywałem u tych Matifatów! W czasie moich galer ministerialnych, kiedy byłem zamknięty przez osiem godzin dziennie z dwudziestodwukaratowymi osłami, widziałem oryginałów, którzy mnie przekonali, że cień ma swoje chropawości i że największa płaskość może mieć kanty. Tak, drogi synu, jeden kołtun ma się do drugiego jak Rafael do Natoira. Pani Desroches matka przygotowywała na długą metę to małżeństwo, mimo olbrzymiej przeszkody, jaką stanowił niejaki Cochin, syn wspólnika Matifatów, młody urzędnik w ministerium finansów. W oczach państwa Matifat zawód adwokata przedstawiał, wedle ich wyrażania, gwarancje szczęścia kobiety. Desroches wszedł w plany matki, aby mieć zapewniony odwrót. Zachodził tedy do drogistów na ulicę Cherche-Midi. Aby wam uplastycznić inny rodzaj szczęścia, trzeba by odmalować tę parę kupców, samca i samicę, cieszących się ogródkiem, pięknym parterowym mieszkaniem, zabawiających się przyglądaniem fontannie, cienkiej i długiej jak kłos, która działała ustawicznie i pstrykała z okrągłego kamiennego stolika w basenie o sześciu stopach średnicy. Wstawali o szóstej rano, aby zobaczyć, czy kwiaty w ogródku podrosły, bezczynni a niespokojni, ubierający się po to aby się ubrać, nudzący się w teatrze, wciąż między Paryżem a Luzarches, gdzie mieli domek na wsi. Byłem tam raz na obiedzie. Słuchaj, Blondet, jednego dnia chcieli się mną popisać: wyrżnąłem im historię od dziewiątej wieczór do północy, arabskie awantury! Właśnie wprowadzałem moją dwudziestą dziewiątą osobę (romanse felietonowe okradły mnie!), kiedy stary Matifat, który w charakterze pana domu trzymał się jeszcze, chrapnął jak inni, walcząc ze snem przez kilka minut. Nazajutrz wszyscy komplementowali zakończenie mojej historii. Sosjeta tych łyków to zazwyczaj państwo Cochin, młody Adolf Cochin, pani Desroches, młody Popinot, drogista na dorobku, który im znosił wiadomości z ulicy des Lombards (twój znajomy, Finot!). Pani Matifat, która miała słabość do Sztuki, kupowała litografię, litochromie, kolorowane ryciny, co było najtańszego. Pan Matifat zabawiał się badaniem nowych przedsiębiorstw i ryzykowaniem niewielkich kapitałów dla emocji (Floryna wyleczyła go ze stylu Regence). Jedno słówko wystarczy, aby dać pojęcie o inteligencji Matifata. Poczciwina w ten sposób życzył dobrej nocy swoim bratanicom: „Idź spać, dziewczęta!”. Bał się, powiadał, dotknąć je, mówiąc do nich przez wy. Córka ich to była młoda osoba nieumiejąca się znaleźć, wyglądała na pannę służącą z dobrego domu, grała od siedmiu boleści jakąś sonatę, ładne angielskie pismo, ortografia, słowem, kwiat mieszczańskiej edukacji. Pilno jej było wyjść za mąż, aby opuścić dom rodzicielski, gdzie się nudziła jak oficer marynarki na służbie. Desroches czy młody Cochin, rejent czy gwardzista, fałszywy lord angielski, wszelki mąż był jej dobry. Ponieważ oczywistym było, że nie ma pojęcia o życiu, żal mi jej było, chciałem jej odsłonić jego tajemnice. Ba! Matifatowie wymówili mi dom: łyki i ja nigdy się nie zrozumiemy.

– Wyszła za generała Gouraud – rzekł Finot.

– W czterdzieści osiem godzin Godfryd de Beaudenord, ex-dyplomata, przejrzał Matifatów i ich czarną intrygę – ciągnął Bixiou. – Przypadkowo Rastignac znajdował się u lekkomyślnej baronowej, gwarząc przy kominku, gdy Godfryd składał swój raport Malwinie. Rastignac został do drugiej w nocy; i powiadają, że on jest egoista! Beaudenord wyszedł, skoro baronowa poszła spać. „Drogie dziecko” rzekł Rastignac do Malwiny ojcowskim i dobrodusznym tonem, kiedy zostali sami: „pamiętaj, że biedny chłopiec upadający ze snu pił herbatę, aby doczekać drugiej w nocy i móc ci powiedzieć uroczyście: »Idź za mąż«. Nie wybredzaj, nie grzeb się w swoich uczuciach, nie myśl o nikczemnych rachubach ludzi, którzy są jedną nogą tu, a drugą u Matifata, nie zastanawiaj się nad niczym: idź za mąż! Dla młodej panny wyjść za mąż to znaczy nałożyć mężczyźnie zobowiązanie, że jej stworzy życie, szczęśliwe lub mniej szczęśliwe, ale w którym kwestia materialna jest zapewniona. Znam świat: młode dziewczyny, mamusie i babcie, grają wszystkie komedię, mydląc oczy uczuciem, gdy chodzi o małżeństwo. Nikt nie myśli o niczym innym jak tylko o partii. Kiedy córka dobrze wyszła za mąż, matka mówi, że zrobiła świetny interes”. I Rastignac rozwinął jej swoją teorię małżeństwa, które wedle niego jest stowarzyszeniem handlowym stworzonym po to, aby dźwigać życie. „Nie pytam cię o twój sekret, rzekł w końcu do Malwiny, znam go. Mężczyźni wszystko sobie mówią między sobą, tak jak i wy, kiedy się znajdziecie w swoim pokoiku. Otóż, moja ostatnia rada jest: »Idź za mąż«. Jeżeli nie usłuchasz, pamiętaj, że ja cię tu błagałem dziś wieczór, abyś wyszła za mąż!”

Rastignac mówił z akcentem, który nakazywał już nie uwagę, ale poważne zastanowienie. Naleganie jego mogło dać Malwinie do myślenia. Słowa jego tak głęboko zapadły w jej inteligencję, gdzie właśnie Rastignac chciał trafić, że jeszcze nazajutrz myślała o tym, nadaremnie szukając przyczyn tej przestrogi.

– Nie widzę w tych wszystkich szmermelach, które nam puszczasz, nic, co by miało związek z początkami fortuny Rastignaka. Bierzesz nas za Matifatów pomnożonych przez sześć butelek szampana – wykrzyknął Couture.

– Już jesteśmy – wykrzyknął Bixiou. – Szliście z biegiem wszystkich strumyczków, które stworzyły owych czterdzieści tysięcy franków renty, dziś budzących tyle zazdrości! Rastignac trzymał w tej chwili nitkę wszystkich tych egzystencji.

– Desroches, Matifat, Beaudenord, d'Aldriggerowie, d'Aiglemont.

– I stu innych!… – rzekł Bixiou.

– No! A to jak? – wykrzyknął Finot. – Wiem wiele rzeczy, a nie widzę klucza tej zagadki.

– Blondet opowiedział wam z grubsza pierwsze dwie likwidacje Nucingena, oto trzecia ze szczegółami – podjął Bixiou. – Od czasu pokoju w roku 1815 Nucingen zrozumiał to, co my rozumiemy dopiero dziś: że pieniądz jest potęgą jedynie wówczas, kiedy się znajduje w ogromnym skupieniu. Zazdrościł tajemnie Rotszyldom. Miał pięć milionów, chciał mieć dziesięć! Z dziesięcioma milionami wiedział, że potrafi zrobić trzydzieści, a z pięcioma miałby tylko piętnaście. Postanowił tedy przeprowadzić trzecią likwidację! Ten wielki człowiek umyślił spłacić wierzycieli fikcyjnymi walorami, zatrzymując ich pieniądze. Na giełdzie tego rodzaju koncepcja nie przedstawia się w tak matematycznej formie. Podobna likwidacja polega na tym, aby dać za dukata ciasteczko dużym dzieciom, które, podobnie jak dawniej małe dzieci, wolą ciasteczko od dukata, nie wiedząc, że za dukata mogłyby mieć dwieście ciasteczek.

– Co ty tam wyplatasz, Bixiou – wykrzyknął Couture – ależ nie ma uczciwszej rzeczy pod słońcem; nie ma dziś tygodnia, aby nie częstowano publiczności ciasteczkami, żądając w zamian dukata. Ale czy kto zmusza publiczność, aby dawała pieniądze? Czy nie może się oświecić?

– Wolałbyś, aby istniał przymus brania akcji? – rzekł Blondet.

– Nie – wtrącił Finot – gdzieżby był wówczas talent?

– Nieźle, jak na Finota – rzekł Bixiou.

– Gdzie on ściągnął ten koncept? – spytał Couture.

– Słowem – podjął Bixiou – Nucingen miał dwa razy to szczęście, że dał niechcący ciasteczka, które okazały się warte więcej niż ich cena. To nieszczęśliwe szczęście gryzło go. Podobne szczęście może zabić człowieka. Czekał od dziesięciu lat sposobności, aby się już nie pomylić, aby stworzyć walory, które by się zdawały coś warte, a które…

– Ależ – rzekł Couture – przy takim komentowaniu spraw finansowych żaden handel nie byłby możliwy. Niejeden uczciwy bankier nakłonił, z aprobatą uczciwego rządu, najsprytniejszych giełdziarzy, aby wzięli papiery, które w swoim czasie miały spaść na łeb. Widzieliście lepsze rzeczy! Czyż nie wypuszczono, wciąż z wiedzą i poparciem rządu, walorów dla spłacenia procentów od pewnych akcji, aby utrzymać ich kurs i móc się ich pozbyć? Te operacje są mniej lub więcej analogiczne z likwidacją à la Nucingen.

– Na małą skalę – rzekł Blondet – interes taki może się wydać dziwny; ale na wielką skalę, to są wysokie finanse. Są akty samowoli, które są zbrodnią między jednostkami, a które stają się niczym, kiedy się rozciągną na jakąkolwiek zbiorowość, tak jak kropla kwasu pruskiego staje się niewinna w wiadrze wody. Zabijesz człowieka, zgilotynują cię. Ale w imię jakichkolwiek przekonań zabij pięciuset ludzi, uszanują zbrodnię polityczną. Weźmiesz pięć tysięcy franków z mojego biurka, pójdziesz na galery. Ale z pieprzykiem nadziei zysku, zręcznie wsuniętym w paszcze tysiąca giełdziarzy, zmuś ich do wzięcia papierów jakiejś tam zbankrutowanej republiki lub monarchii, wypuszczonych, jak mówi Couture, po to, aby zapłacić procenty od tych samych papierów, nikt nie może się skarżyć. Oto istotne zasady złotego wieku, w którym żyjemy!

 

– Puszczenie w ruch tak wielkiej maszynerii – podjął Bixiou – wymagało wielkiej ilości marionetek. Przede wszystkim firma Nucingen świadomie i rozmyślnie wpakowała swoich pięć milionów w jakiś interes w Ameryce, którego zyski były obliczone w ten sposób, aby wpłynęły za późno. Wypruła się z rozmysłem. Wszelka likwidacja musi być umotywowana. Firma posiadała w prywatnych kapitałach i w wypuszczonych walorach około sześciu milionów. Między prywatnymi kapitałami znajdowało się trzysta tysięcy baronowej d'Aldrigger, czterysta tysięcy Beaudenorda, milion d'Aiglemontów, trzysta tysięcy Matifatów, pół miliona Karola Grandet, męża panny d'Aubrion, etc. Stwarzając sam akcyjne przedsiębiorstwo, którego akcjami zamierzał spłacić wierzycieli w drodze mniej lub więcej sprytnych manipulacji, Nucingen mógłby się wydać podejrzany, wziął się tedy zręcznie do rzeczy: kazał stworzyć komu innemu… tę machinę przeznaczoną na to, aby odegrała rolę Missisipi z systemu Lawa. Właściwością Nucingena jest, iż zaprzęga najsprytniejszych ludzi z całej giełdy do swoich planów, nie uświadamiając ich. Nucingen puścił tedy w obecności du Tilleta piramidalną, wspaniałą myśl: stworzyć przedsiębiorstwo akcyjne, skupiając kapitał dość duży, aby móc dawać akcjonariuszom duże dywidendy w pierwszym okresie. Kombinacja ta poczęta pierwszy raz w chwili, gdy kapitały dudków były w obfitości, musiała wywołać zwyżkę na akcje, a tym samym zysk dla bankiera, który je wypuszcza. Pamiętajcie, że to się dzieje w roku 1826. Mimo że uderzony tą myślą, równie płodną jak bystrą, du Tillet pomyślał oczywiście, iż jeśli przedsięwzięcie się nie uda, będą z tego nieprzyjemności. Toteż poddał myśl, aby wysunąć na front jakiegoś widomego dyrektora tej machiny. Znacie dziś sekret banku Claparona16, założonego przez du Tilleta, jeden z jego najpiękniejszych wynalazków!…

– Tak – rzekł Blondet – odpowiedzialny wydawca finansowy, agent prowokator, kozioł ofiarny; ale dziś jesteśmy sprytniejsi, piszemy: Zwracać się do administracji takiej a takiej… ulica taka, numer taki, gdzie publiczność zastaje urzędników w zielonych kaszkietach, powabnych jak szpicle.

– Nucingen poparł dom Karola Claparon całym swoim kredytem – podjął Bixiou. – Można było rzucić bez obawy na rynek milion papierów Claparona. Du Tillet zaproponował tedy, aby wysunąć na front bank Claparona. Przyjęto. W roku 1825 akcjonariusze nie byli zepsuci względami finansistów. Kapitał obrotowy był nieznany! Dyrektorzy nie zobowiązywali się nie wypuszczać swoich akcji uprzywilejowanych, nie deponowali nic w banku państwa, nie gwarantowali nic. Nie raczono wyjaśniać interesu, oznajmiano po prostu akcjonariuszom, że łaskawie nie żąda się od nich więcej niż tysiąc, niż pięćset, a nawet dwieście pięćdziesiąt franków! Nie ogłaszano, że to doświadczenie in aere publico będzie trwało tylko siedem lat, pięć lat lub nawet trzy lata i że tym samym wynik niedługo się okaże. To było dziecięctwo sztuki! Nie wspomagano się nawet tymi olbrzymimi anonsami, które pobudzają wyobraźnię, żądając pieniędzy od wszystkich…

– To się zdarza, kiedy nikt ich nie chce dać – rzekł Couture.

– Wreszcie, w tego rodzaju przedsięwzięciach nie istniała konkurencja – odparł Bixiou. – Fabrykanci masy papierowej, drukowanych perkalików, przerabiacze cynku, teatry, dzienniki, nie rzucały się jak sfora psów na ledwie zipiących akcjonariuszów. Piękne interesy akcyjne, jak powiada Couture, tak naiwnie ogłaszane, wspierane orzeczeniami biegłych (książęta nauki!) załatwiało się wstydliwie w ciszy i mroku giełdy. Pijawki giełdowe wykonywały, w finansowej transkrypcji, arię o potwarzy z Cyrulika Sewilskiego. Intonowali piano piano, zaczynając od lekkich plotek o doskonałości interesu, szeptanych z ucha do ucha. Operowali pacjenta, akcjonariusza, jedynie w domu, na giełdzie, ewentualnie w salonie, owym tak zręcznie stworzonym rozgłosem, który rósł aż do tutti czterocyfrowego udziału…

– Ale, mimo że jesteśmy tu między sobą i możemy wszystko mówić, ja i tak wracam do mojego – rzekł Couture.

– Pan jest złotnikiem, panie Josse17? – rzekł Finot.

– Finot zawsze pozostanie klasykiem, konstytucjonalistą i piernikiem – rzekł Blondet.

– Tak, jestem złotnikiem – odparł Couture – za którego skazano niedawno Ceriseta w policji poprawczej. Utrzymuję, że nowa metoda jest nieskończenie mniej zdradziecka, uczciwsza, mniej mordercza niż dawna. Reklama pozwala na zastanowienie się i zbadanie. Jeżeli jakiś akcjonariusz wdepnie, przyszedł z dobrej woli, nie sprzedano mu kota w worku. Przemysł…

– Hurra! mamy Przemysł! – wykrzyknął Bixiou.

– Przemysł na tym zyskuje – rzekł Couture, nie zwracając uwagi na przerywania. – Wszelki rząd, który się miesza do handlu i nie zostawia mu swobody, popełnia kosztowne głupstwo: dochodzi do cen maksymalnych lub do monopolu. Wedle mnie nic nie ma zgodniejszego z zasadami wolności handlu niż towarzystwa akcyjne! Mieszać się do nich znaczy chcieć odpowiadać za kapitał i zyski, co jest głupstwem! W każdym interesie zyski są w proporcji do ryzyka! Co obchodzi państwo, w jaki sposób uzyskuje się krążenie pieniądza, byle był w ciągłym ruchu! Co znaczy, kto jest bogaty, kto biedny, byle była zawsze ta sama ilość bogatych płacących podatki? Zresztą, oto już dwadzieścia lat, jak towarzystwa akcyjne, spółki komandytowe, premie wszelkiego rodzaju prosperują w kraju najbardziej handlowym pod słońcem, w Anglii, gdzie wszystko się dyskutuje, gdzie Izby wysiadują tysiąc lub tysiąc dwieście praw na jednej sesji i gdzie nigdy żaden członek parlamentu nie podniósł się, aby przemawiać przeciw metodzie…

– Leczniczej dla pełnych kas. Kuracja owocowa: figa.

– Policzmy? – rzekł Couture rozpłomieniony. – Masz dziesięć tysięcy franków i bierzesz dziesięć akcji, każda po tysiąc, w dziesięciu rozmaitych przedsiębiorstwach. Okradają cię dziewięć razy… (Tak nie jest! publiczność jest sprytniejsza niż ktokolwiek w świecie! Ale przypuśćmy) …jeden jedyny interes udaje się! (Przypadkiem! – Zgoda! – Ktoś musiał się pomylić! – Dobrze, róbcie kawały!) Otóż, poniter na tyle mądry, aby tak podzielić swoje stawki, trafia na wspaniałą lokatę, jak ci, którzy wzięli akcje kopalni Worszyńskich. Panowie, przyznajmy między sobą, że ci, co krzyczą, to hipokryci, wściekli, że nie mają ani pomysłu do jakiegoś interesu, ani środków do puszczenia go w ruch, ani zręczności do wyzyskania go. Niedługo będziemy czekali na dowód. Maluczko, a ujrzycie arystokrację, dwór, ministeriałów rzucających się zwartą kolumną w Spekulację, wysuwających palce drapieżniejsze i pomysły bardziej krętackie od naszych, a bez naszego talentu. Co za głowy trzeba, aby uruchomić interes w epoce, w której chciwość akcjonariusza równa jest chciwości wynalazcy. Co za potężnym magnetyzerem musi być człowiek, który stwarza takiego Claparona, który znajduje nowe sposoby? Czy wiecie, jaki morał tego wszystkiego? Nasza epoka nie jest więcej warta od nas! Żyjemy w epoce, w której nikt nie troszczy się o wartość rzeczy, jeśli można na niej zarobić, odprzedając ją sąsiadowi; a odprzedaje się ją sąsiadowi, ponieważ chciwość akcjonariusza, który wierzy w zysk, równa jest chciwości założyciela, który go ofiarowuje!

– Wspaniały, wspaniały jest Couture! – rzekł Bixiou do Blondeta – on zażąda, aby mu stawiano pomniki jako dobroczyńcy ludzkości.

– Trzeba by go doprowadzić do konkluzji, że pieniądze głupich są, z boskiego prawa, ojcowizną ludzi z talentem – rzekł Blondet.

– Panowie – odparł Couture – śmiejmy się tutaj, aby sobie wynagrodzić powagę, jaką zachowamy gdzie indziej, kiedy będziemy słuchali czcigodnych głupstw uświęconych przez klecone na kolanie prawa.

– Ma rację. Co za czas, panowie – rzekł Blondet – epoka, w której, skoro tylko błyśnie ogień inteligencji, gaszą go natychmiast, stosując okolicznościowe prawo. Prawodawcy, prawie wszystko przybysze z prowincji, gdzie poznawali świat z dzienników, dławią wówczas ogień w machinie. Kiedy maszyna trzaśnie, wówczas nastaje płacz i zgrzytanie zębów! Epoka, w której sporządza się jedynie prawa fiskalne i karne! Chcecie usłyszeć wielkie słowo tego, co się dzieje? Nie ma już religii w państwie!

– Ha! – rzekł Bixiou – brawo, Blondet! położyłeś palec na ranie Francji, na fiskalizmie, który odjął naszemu krajowi więcej zdobyczy niż wszystkie nieszczęścia wojny. W ministerium, gdzie przebyłem siedem lat kaźni, skuty z kołtunami, był jeden urzędnik, człowiek z głową, który postanowił odmienić cały system finansów… ha! ha! ładnieśmy go wysiudali. Francja byłaby zbyt szczęśliwa, zaczęłaby się znów bawić w zdobywanie Europy, działaliśmy tedy w sprawie pokoju narodów: zabiłem tego Rabourdina karykaturą!

– Kiedy powiadam religia, nie rozumiem pod tym kazania wiejskiego proboszcza, rozumiem to słowo jako polityk – podjął Blondet.

– Wytłumacz się – rzekł Finot.

– Chętnie – odparł Blondet. – Wiele mówiono o sprawie lyońskiej, o republice bombardowanej na ulicach, ale nikt nie powiedział prawdy. Republika chwyciła się rozruchów, jak powstaniec chwyta strzelbę. Istotna prawda, którą wam powiem, jest zabawna i głęboka. Handel Lyonu, jest to handel bez duszy; nie wykona ani łokcia jedwabiu inaczej niż na zamówienie i z zabezpieczeniem zapłaty. Kiedy zamówienia się urwą, robotnik umiera z głodu, zarabia ledwie tyle, aby wyżyć ze swej pracy, galernicy szczęśliwsi są od niego. Po rewolucji lipcowej nędza doszła do tego, że Kanuty wywiesiły sztandar: Chleba lub śmierć! Jedną z owych proklamacji, które rząd powinien by przestudiować, a spowodowała ją drożyzna życia w Lyonie. Lyon chce budować teatry i stać się stolicą, stąd szalone akcyzy. Republikanie zwęszyli ten bunt z powodu chleba i zorganizowali Kanutów, którzy się bili w podwójnym charakterze. Lyon miał swoje trzy dni, ale wszystko wróciło do porządku, a Kanut do swojej nory. Kanut, uczciwy aż dotąd, oddający w materii jedwab, który mu ważono w paczkach, posłał uczciwość w diabły, widząc, że fabrykanci go wyzyskują, i zaczął smarować palce oliwą: oddaje wagę za wagę, ale sprzedaje jedwab obciążony oliwą, i jedwabny handel francuski zapaskudził się materią tłuszczoną, co mogło spowodować zgubę Lyonu i całej gałęzi francuskiego przemysłu. Fabrykanci i rząd, zamiast usunąć przyczynę złego, zrobili jak pewni lekarze, stłumili zło za pomocą gwałtownych środków. Trzeba było posłać do Lyonu człowieka z głową, jednego z owych ludzi, których mieni się niemoralnymi, jakiegoś księdza Terray; ale widziano tylko stronę wojskową! Rozruchy wprowadziły tedy towar neapolitański po czterdzieści su łokieć. Te jedwabie neapolitańskie sprzedają się dzisiaj – i jak! – a fabrykanci wynaleźli zapewne jakiś sposób kontroli. Ten system fabrykacji na krótką metę musiał wzróść w kraju, gdzie taki Ryszard Lenoir, jeden z największych obywateli, jakich miała Francja, zrujnował się na tym, iż dawał pracę sześciu tysiącom robotników bez zamówienia, żywił ich i trafił na ministrów dość tępych, aby mu dać upaść w rewolucji, jaką rok 1814 wywołał w cenie tkanin. Oto jedyny wypadek, w którym kupiec wart jest pomnika. I ot, ten człowiek jest dzisiaj przedmiotem subskrypcji bez subskrybujących, podczas gdy dano milion dzieciom generała Foy. Lyon jest konsekwentny: zna Francję, wyzuta jest z poczucia religijnego. Historia Ryszarda Lenoir to jeden z owych błędów, o których Fouché mawiał, że gorsze są od zbrodni.

 

– Jeżeli w sposobie, w jaki przedstawiamy interes – podjął Couture, wracając do punktu, w którym mu przerwano – jest odcień szarlatanerii, słowo, które stało się hańbiące, coś pośredniego między uczciwym a nieuczciwym, bo pytam się, gdzie się zaczyna, gdzie się kończy szarlataneria, co to jest szarlataneria? Powiedzcie mi z łaski swojej, kto nie jest szarlatanem? No? trochę dobrej wiary, najrzadszej ingrediencji społecznej? Handel, który by polegał na tym, aby chodzić w nocy po to, co się sprzedaje w dzień, byłby nonsensem. Lada handlarz zapałek ma instynkt gromadzenia. Skupić towar, oto myśl sklepikarza z ulicy Saint-Denis, rzekomo najcnotliwszego, tak jak spekulanta rzekomo najbezwstydniejszego. Kiedy magazyny są pełne, trzeba sprzedać. Aby sprzedać, trzeba podgrzać klienta, stąd szyld w średnich wiekach, a dziś prospekt! Między przywoływaniem klientów a zmuszaniem ich, aby weszli, aby kupowali, nie widzę różnicy ani na włos! Może się zdarzyć, musi się zdarzyć, zdarza się często, że kupcom dostanie się towar zbrakowany, bo sprzedający oszukuje bez ustanku kupującego. I cóż, zapytajcie najuczciwszych ludzi w Paryżu, najszanowniejszych kupców?… wszyscy wam opowiedzą z tryumfem sztuczki, jakie wynaleźli, aby się pozbyć towaru, który im sprzedano w złym stanie. Słynna firma Minard zaczęła od tego rodzaju sprzedaży. Ulica Saint-Denis sprzedaje wam tylko suknie z tłuszczonego jedwabiu, nie może inaczej. Najuczciwszy kupiec powie wam z najcnotliwszą miną zdanie mieszczące w sobie najbezwstydniejszą nieuczciwość: Człowiek radzi sobie, jak może. Blondet przedstawił wam zajścia lyońskie w ich przyczynach i skutkach, ja zilustruję moją teorię anegdotą. Pewien robotnik wełniany, ambitny i przywalony dziećmi przez nazbyt kochaną żonę, uwierzył w Republikę. Ten zuch kupuje czerwoną wełnę i fabrykuje owe trykotowe czapeczki, które mogliście oglądać na głowach wszystkich uliczników paryskich, dowiecie się zaraz czemu. Republika jest pobita. Po historii w Saint-Merri czapeczki były skazane na marynatę. Kiedy robotnik znajdzie się w domu z żoną, dziećmi i dziesięcioma tysiącami czerwonych wełnianych czapeczek, których nie chce żaden kapelusznik, przechodzi mu przez głowę tyleż myśli, ile ich może przejść bankierowi mającemu dziesięć tysięcy wątpliwych akcji do ulokowania. Wiecie, co zrobił robotnik, ten Law podmiejski, ten Nucingen czapeczek? Poszedł pogadać z dandysem szynkownianym, jednym z owych cwaniaków, będących rozpaczą policji na balikach podmiejskich. Poprosił go, aby odegrał rolę amerykańskiego kapitana okrętu, skupującego wybrakowany towar dla kolonii i aby zażądał dziesięciu tysięcy czerwonych wełnianych czapeczek u bogatego kapelusznika, który miał je jeszcze na wystawie. Kapelusznik zwęszył interes z Ameryką, pędzi do robotnika i chwyta za gotówkę czapeczki. Rozumiecie: ani śladu kapitana amerykańskiego, ale za to dużo czapeczek. Kwestionować wolność handlu z przyczyny takich psikusów to tyle, co kwestionować sądy pod pozorem, że są zbrodnie, które uchodzą kary, lub obwiniać społeczeństwo, że jest źle urządzone z przyczyny nieszczęść, które wydaje! Zestawcie czapeczki i ulicę Saint-Denis z akcjami i giełdą, i wyciągnijcie wniosek!

14du Tillet ożenił się z córką hrabiego de Granville – [por.] Córka Ewy. [przypis tłumacza]
15kolega Lousteau – [por.] Stracone Złudzenia. [przypis tłumacza]
16sekret banku Claparona – [por.] Historia wielkości i upadku Cesara Birotteau. [przypis tłumacza]
17Pan jest złotnikiem, panie Josse? – Znany cytat z Moliera (Miłość lekarzem). [przypis tłumacza]