Stracone złudzeniaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— I cóż? rzekł Lucjan, kładąc rękopis na kominku.

— Jesteś na pięknej i dobrej drodze, odparł poważnie młody człowiek; ale dzieło twoje wymaga jeszcze pracy. Jeżeli nie chcesz poprostu małpować Walter Scotta, trzeba ci tworzyć w sposób odmienny, ty zaś poszedłeś jego śladem. Zaczynasz, jak on, zapomocą długich rozmów aby postawić swoje osobistości; kiedy się nagadały, przechodzisz do opisów i akcji. Przeciwstawienie to, potrzebne każdemu dramatycznemu dziełu, zjawia się na końcu. Odwróć cały problem do góry nogami. Zastąp te rozwlekłe rozmowy, wspaniałe u Scotta ale bezbarwne u ciebie, opisami do których nasz język tak dobrze się nadaje. Niech djalog będzie u ciebie naturalną konsekwencją, która wieńczy przygotowania. Wejdź od początku w akcję. Ujmij przedmiot to z tej to z owej strony; zmieniaj kąty widzenia i plany, aby uniknąć monotonji. Odkryjesz nowe źródło, stosując do historji Francji djalog szkockiego pisarza. Walter Scott jest bez namiętności, nie zna jej, lub może wzbroniła mu jej obłuda jego kraju. Dla niego, kobieta jest wcielonym obowiązkiem. Z małemi wyjątkami, heroiny jego są zawsze jednakie; maluje je, używa tylko jednej farby. Wszystkie pochodzą od Klaryssy Harlowe; sprowadzając wszystkie do abstrakcji, umiał stworzyć tylko galerję jednego typu, urozmaiconą mniej lub więcej żywem zabarwieniem. Kobieta, będąc wcielonem uczuciem, wnosi nieład w społeczeństwo. Namiętność posiada nieskończoną skalę przypadków. Maluj więc namiętności, zdobędziesz olbrzymie zasoby, których pozbawił się ten wielki pisarz, w zamian za to aby go czytano w każdej rodzinie świętoszkowatej Anglji. We Francji, możesz przeciwstawić urocze błędy i świetne obyczaje katolickiego świata posępnym typom kalwinizmu; wszystko na tle najbardziej dyszącego namiętnościami okresu naszych dziejów. Każde prawdziwe panowanie, począwszy od Karola Wielkiego, będzie wymagało conajmniej jednego dzieła, a niektóre czterech łub pięciu, jak Ludwik XIV, Henryk IV, Franciszek I. W ten sposób, stworzysz malowniczą historję Francji: odmalujesz kostjumy, sprzęty, domy, wnętrza, życie prywatne, dając równocześnie ducha czasu, zamiast opowiadać z mozołem znane fakty. Na tej drodze możesz się stać oryginalnym, prostując popularne legendy zniekształcające większość naszych królów. Odważ się, w pierwszem dziele, przywrócić na piedestał wielką i wspaniałą postać Katarzyny, którą poświęciłeś utartym przesądom. Wreszcie, odmaluj Karola IX-go takim jakim był, a nie jakim go uczynili protestanccy pisarze. Po dziesięciu latach wytrwałości, będziesz miał sławę i fortunę.

Była dziewiąta. Lucjan wszedł w ślady dyskretnej rozrzutności przyjaciela, ofiarując mu obiad u Edona, gdzie wydał dwanaście franków. Podczas tego obiadu, Daniel zwierzył mu tajemnicę swoich nadziei i prac. D’Arthez nie uznawał wybitnego talentu bez głębokich wiadomości metafizycznych. W tej chwili nurzał się w bogactwach filozoficznych dawnych i nowych czasów, aby je sobie przyswoić. Chciał być głębokim filozofem, jak Molier zanim zaczął pisać komedje. Studjowal świat pisany i świat żywy, myśl i fakt. Miał przyjaciół uczonych naturalistów, młodych lekarzy, pisarzy politycznych i artystów, samych ludzi pracowitych, poważnych, rokujących przyszłość. Żył ze sumiennych i skąpo płatnych artykułów w dykcjonarzach biograficznych, encyklopedycznych lub przyrodniczych; dostarczał ich zresztą ani mniej ani więcej niż było niezbędne aby wyżyć i móc snuć swoją myśl. D’Arthez miał na warsztacie utwór literacki, podjęty tylko poto, aby studjować środki języka. Książkę tę, jeszcze nieskończoną, podejmowaną i rzucaną wedle kaprysu, zachowywał na dni wielkiej nędzy. Był to utwór psychologiczny, kryjący, pod formą powieści, głębokie perspektywy. Mimo że Daniel, mówiąc o sobie, starał się być skromny, Lucjanowi wydał się olbrzymem. Wychodząc z restauracji o jedenastej, Lucjan powziął żywą przyjaźń dla tej cnoty bez napuszenia, dla tej natury szczytnej bez świadomości o tem. Poeta nie roztrząsał rad Daniela, zastosował się do nich dosłownie. Ten piękny talent, już dojrzały przez myśl i krytykę uprawianą w samotności, dla siebie nie dla drugich, otworzył mu nagle bramę najwspanialszych pałaców wyobraźni. Mieszkaniec prowincji uczuł na wargach dotknięcie żarzącego węgla; słowo paryskiego pracownika znalazło w mózgu poety z Angulême przygotowaną glebę. Lucjan wziął się do przekuwania swego dzieła.

Szczęśliwy iż spotkał w pustyni Paryża serce którego szlachetne uczucia były w harmonji z jego sercem, wielki człowiek z prowincji zrobił to, co czynią wszyscy młodzi ludzie spragnieni uczucia: przywiązał się do d’Artheza jak chroniczna choroba, wstępował po niego spiesząc do bibljoteki, przechadzał się z nim w pogodne dnie po Luxemburgu, towarzyszył mu co wiecór aż do biednego pokoiku spożywszy obok niego obiad u Flicoteaux, słowem, wtulił się w d’Artheza tak, jak żołnierz przytulał się do sąsiada w mroźnych równinach Rosji. W pierwszych dniach, Lucjan zauważył, nie bez przykrości, pewne skrępowanie jego obecnością, skoro kółko przyjaciół zeszło się razem. Rozmowy tych niepospolitych ludzi, o których d’Arthez mówił mu ze skupionym entuzjazmem, trzymały się w granicach powściągliwości, kłócącej się z oznakami ich żywej przyjaźni. Lucjan wychodził wówczas dyskretnie, odczuwając niejaką przykrość, spowodowaną ostracyzmem którego był przedmiotem, oraz ciekawością jaką budziły w nim te nieznane osobistości; wszyscy bowiem nazywali się po imieniu. Wszyscy nosili na czole, jak d’Arthez, piętno genjuszu. Wreszcie, po tajemnej opozycji zwalczanej bez jego wiedzy przez Daniela, uznano wreszcie Lucjana godnym zająć miejsce w biesiadzie tych wielkich umysłów. Lucjan mógł wówczas poznać bliżej tych ludzi, spojonych najżywszemi węzłami sympatji i powagą intelektu. Schodzili się prawie co wieczór u d’Artheza. Wszyscy przeczuwali w nim wielkiego pisarza: patrzyli nań jak na swego wodza, od chwili gdy stracili jeden z największych umysłów tej doby, mistycznego genjusza, dotychczasowego swego naczelnika, który, dla przyczyn zbytecznych do wyjaśniania tutaj, wrócił na prowincję i o którym Lucjan nieraz słyszał pod mianem Ludwika 12 . Łatwo zrozumieć, ile ci ludzie musieli budzić ciekawości i zainteresowania w poecie, wedle miary tych, którzy później doszli, jak d’Arthez, pełni swej sławy; wielu bowiem z nich padło w drodze.

Z tych którzy żyją jeszcze, był Horacy Bianchon 13 wówczas medyk w szpitalu Bożego Ciała, później jeden ze świeczników szkoły paryskiej, zbyt znany obecnie aby było trzeba malować jego postać lub tłumaczyć charakter i umysł. Następnie, Leon Giraud, ów wielki filozof, śmiały teoretyk, który przetrząsa wszystkie systemy, sądzi je, streszcza, formułuje, i wlecze do stóp swego bożyszcza, LUDZKOŚCI: zawsze wielki, nawet w swych błędach, uszlachetnionych dobrą wiarą. Ten nieustraszony pracownik, ten sumienny uczony, stał się wodzem moralnej i politycznej szkoły, o której wartości czas jedynie wyda wyrok. Jeżeli przekonania skierowały losy Leona w regjony obce jego towarzyszom, zawsze mimo to, pozostał ich wiernym przyjacielem. Sztukę reprezentował Józef Bridau 14 , jeden z najlepszych malarzy młodej szkoły. Gdyby nie tajemne nieszczęścia na które skazuje go zbyt wrażliwa natura, Józef, który nie wypowiedział jeszcze ostatniego słowa, byłby mógł podjąć tradycje wielkich mistrzów włoskiej szkoły: ma rysunek rzymski i koloryt wenecki; ale miłość zabija go i kaleczy mu nietylko serce: miłość topi groty w jego mózgu, paczy mu życie i przyprawia je o najdziwaczniejsze zygzaki. Jeśli, w danej chwili, kochanka zbyt go uszczęśliwia lub unieszczęśliwia, Józef zdolny jest wysłać na wystawę to szkice na których farba zalewa rysunek, to obrazy które chciał skończyć mimo brzemienia urojonych niedoli i gdzie znów rysunek zaprzątnął go tak, iż kolor, nad którym panuje w zupełności, zaginął. Zwodzi nieustannie i publiczność i przyjaciół. Hoffmann ubóstwiałby go za zuchwalstwo z jakiem przesuwa słupy graniczne sztuki, za jego kaprysy, fantazję. Kiedy jest w pełni siły, budzi podziw, napawa się nim i gniewa się skoro nie znajduje pochwał za dzieła chybione, w których oczy jego duszy widzą to, czego brak jest dla oczu publiczności. Fantasta w najwyższym stopniu, nieraz, w obecności przyjaciół, niszczył skończony obraz, który mu się wydał nadto wylizany.

— Zanadto wypracowane, mówił, zbyt szkolarskie!

Oryginalny i wzniosły niekiedy, zna wszystkie nieszczęścia i wszystkie rozkosze nerwowych organizacyj, u których doskonałość wyradza się w chorobę. Dowcip ma pokrewny ze Sternem ale bez literackiego opracowania. Jego powiedzenia, rzuty myśli, posiadają niesłychaną soczystość. Jest wymowny i umie kochać, ale z domieszką kaprysu, który wnosi w uczucia jak i w robotę. Kochano go w Biesiadzie właśnie za to, co świat mieszczański nazwałby wadami. Wreszcie, Fulgencjusz Ridal, jeden z autorów obdarzonych najżywszą werwą komiczną, poeta bez troski o sławę, rzucający teatrowi jedynie swe najtańsze utwory i zachowujący w seraju swego mózgu, dla siebie, dla przyjaciół, najładniejsze sceny: żądający od publiczności jedynie środków do niezależnego życia, spoczywający na laurach z chwilą gdy ją uzyskał. Leniwy i płodny jak Rossini, zniewolony, jak wielcy poeci komiczni, jak Molier i Rabelais, rozważać świat ze wszystkich stron, był sceptykiem, umiał śmiać się i śmiał się ze wszystkiego. Fulgencjusz Ridal jest wielkim filozofem praktycznym. Jego znajomość świata, genjusz obserwacji, wzgarda dla sławy którą nazywa błazeństwem, nie wysuszyły mu serca. Równie czynny dla drugich jak obojętny na własne interesy, jeśli zadaje sobie trud, to dla przyjaciela. Aby nie kłamać swej masce, w istocie rabelesowskiej, nie gardzi rozkoszami stołu ale ich nie szuka, jest równocześnie melancholijny i wesoły. Przyjaciele zwą go psem pułkowym; nic nie maluje go lepiej niż ten przydomek. Trzej inni, conajmniej równie niepospolici jak ci czterej, mieli kolejno ulec w walce. Najpierw, Meyraux, który umarł, obudziwszy wprzód słynną dysputę pomiędzy Cuvierem a Geoffroy Saint-Hilaire, poruszywszy wielkie zagadnienie, które miało podzielić świat naukowy między owych genjuszy równej miary, na kilka miesięcy przed śmiercią tego, który oświadczał się ze ścisłą i analityczną wiedzą przeciw żyjącemu jeszcze i czczonemu w Niemczech panteiście. Meyraux był przyjacielem owego Ludwika 15 , którego przedwczesna śmierć miała niebawem wyrwać ze świata intelektu. Do tych dwóch ludzi, obu naznaczonych śmiercią, obu nieznanych dziś mimo ogromu wiedzy i genjuszu, trzeba dodać Michała Chrestien 16 , republikanina wielkiej miary, który marzył o federacji Europy, i który, w 1830, silnie się zaznaczył w ruchu saintsimonistów. Mąż polityczny na miarę Saint-Justa i Dantona, ale prosty i słodki jak panienka, pełen złudzeń i uczucia, obdarzony melodyjnym głosem który byłby oczarował Mozarta, Webera lub Rossiniego, i śpiewający niektóre piosenki Bérangera w sposób zdolny upoić serce poezją, miłością i nadzieją, Michał Chrestien, biedny jak Lucjan, jak Daniel, jak wszyscy jego przyjaciele, zarabiał na życie z djogeniczną beztroską. Układał skorowidze do wielkich dzieł, prospekty księgarskie, kryjąc zresztą milczeniem swe poglądy, jak grób kryje tajemnice śmierci. Ten wesoły cygan, wielki mąż stanu który byłby może przemienił oblicze świata, padł jako prosty żołnierz pod Saint-Merri. Kula jakiegoś łyka zabiła jedną z najszlachetniejszych istot, jakie stąpały po ziemi francuskiej. Michał Chrestien zginął za nieswoje przekonania. Jego federacja zagrażała, o wiele więcej niż republikanizm, europejskiej arystokracji; była racjonalniejsza i mniej dzika niż warjactwo nieograniczonej wolności głoszone przez młodych szaleńców, którzy się mienili spadkobiercami Konwentu. Śmierć tego szlachetnego plebejusza opłakali wszyscy co go znali; niema wśród nich żadnego któryby nie myślał, i często, o tym wielkim nieznanym polityku.

 

Tych dziesięć osób składało Biesiadę, w której przyjaźń i szaeunek zapewniały jedność wśród najsprzeczniejszych idej i doktryn. Daniel d’Arthez, szlachcic pikardzki, oświadczał się za monarchją z równem przekonaniem, z jakiem Michał Chrestien głosił swój europejski federalizm. Fulgencjusz Ridal drwił z filozoficznych doktryn Leona Giraud, który znowuż przepowiadał d’Arthezowi koniec chrystjanizmu i rodziny. Michał Chrestien, który wierzył w Chrystusa, boskiego prawodawcę równości, bronił nieśmiertelności duszy przeciw skalpelowi Bianchona, umysłu nawskroś analitycznego. Wszyscy dyskutowali nie dysputując. Nie znali próżności, sami dla siebie stanowiąc audytorjum. Dzielili się wynikami prac, i wspierali się wzajem radą z cudowną dobrą wiarą młodości. Jeśli chodziło o rzecz poważną, oponent porzucał swoje mniemania aby wejść w idee przyjaciela, tem gorliwszy w pomocy, ile że był bezstronny w sprawie lub w dziele wychodzących poza obręb jego myśli. Prawie wszyscy odznaczali się słodyczą i tolerancją: dwa przymioty świadczące o ich wyższości. Zawiść, ten okropny przywilej zawiedzionych nadziei, poronionych talentów, chybionych sukcesów, zranionych pretensyj, była im obca. Kroczyli zresztą rozmaitemi drogami. To też, każdy, kogo, jak Lucjana, dopuszczono do towarzystwa, czuł się w niem dobrze. Prawdziwy talent jest zawsze naiwny i dobroduszny, otwarty, nie nadęty; dowcip jest zawsze u niego igraszką myśli, nie godzi nigdy w miłość własną. Z chwilą gdy przybysz ocknął się z pierwszego wzruszenia zbudzonego uczuciem szacunku, doświadczał nieskończonej słodyczy w towarzystwie tych rzadkich młodzieńców. Poufałość nie wykluczała poczucia swej wartości; każdy żywił głęboki szacunek dla drugiego; wreszcie, ponieważ każdy bywał kolejno dobroczyńcą lub obdarowanym, przyjmowali wzajemną pomoc bez wzdragania. Rozmowy, pełne uroku a nie nużące, ogarniały najróżnorodniejsze przedmioty. Lekkie jak strzała słowa wnikały w głąb, mimo iż padały chybko. Materjalna nędza i bogactwa intelektu tworzyły osobliwy kontrast. Tam, jeżeli ktoś myślał o realnościach życia, to chyba poto, aby w nich znaleźć przedmiot do przyjacielskich żarcików. Jednego dnia, kiedy zimno przedwcześnie dało się uczuć, pięciu przyjaciół d’Artheza przybyło z tą samą myślą: wszyscy przynieśli pod płaszczem drwa, jak w owych sielskich ucztach, gdzie każdy z zaproszonych ma dostarczyć jedno danie i wszyscy przynoszą pasztet. Wszyscy obdarzeni byli ową pięknością moralną, która odbija się w formie zewnętrznej, i która, zarówno jak praca i czuwanie, złoci młode twarze jakimś boskim odblaskiem. Rysy mieli nieco zmęczone, ale oczyszczone i zharmonizowane skromnością życia i ogniem myśli. Czoła ich odznaczały się poetyczną wyrazistością. Żywe i błyszczące oczy świadczyły o życiu bez zmazy. Kiedy im doskwierała nędza, umieli ją znosić tak wesoło, dzielić ją z takim zapałem, że nie mąciła ona bynajmniej ich pogody. Pogoda jaśniała też na twarzy tych młodych ludzi, wolnych jeszcze od ciężkich błędów. Nie splamili się żadnym z owych kompromisów do jakich nagina bunt przeciw ubóstwu, chęć dojścia do celu bez wyboru środków i łatwa pobłażliwość z jaką ludzie pióra puszczają w niepamięć zdrady. To co czyni przyjaźń nierozerwalną i zdwaja jej urok, to uczucie, którego brak jest miłości: ufność. Byli pewni siebie wzajem: wróg jednego stawał się wrogiem wszystkich, byliby podeptali własne najpilniejsze interesy dla świętej solidarności serc. Niezdolni do podłości, mogli śmiało spojrzeć w oczy wszelkiemu oskarżeniu i bronić się wzajem z zupełną pewnością. Jednako szlachetni sercem i silni uczuciem, mogli, w sferze wiedzy i inteligencji, wszystko pomyśleć i wszystko sobie powiedzieć; stąd niewinność ich i wesołość. Umysł ich, pewien wzajemnego porozumienia, igrał swobodnie; to też, nie robili z sobą ceremonji, zwierzali sobie troski i radości, myśleli i cierpieli pełnem sercem. Urocze delikatności, które czynią z bajki o Dwóch przyjaciołach17 skarb dla wielkich dusz, były u nich czemś codziennem. Trudność ich w dopuszczeniu nowego przybysza była zrozumiałą: zbyt byli świadomi własnej wielkości i szczęścia, aby je mącić nowym i nieznanym elementem.

Ta federacja uczuć i interesów trwała, bez wstrząśnień i zawodów, dwadzieścia lat. Śmierć jedynie, zabierając im Ludwika Lambert, Meyraux i Michała Chrestien, mogła uszczuplić tę szlachetną plejadę. Kiedy, w r. 1832, ten ostatni padł, Horacy Bianchon, Daniel d’Arthez, Leon Giraud, Józef Bridau, Fulgencjusz Ridal, poszli, mimo niebezpieczeństw tego kroku, zabrać jego ciało z Saint Merri, aby mu oddać ostatnią posługę wobec rozpalonego oblicza polityki. Odprowadzili drogie szczątki, w nocy, na Père-Lachaise. Horacy Bianchon usunął wszystkie trudności, nie cofnął się przed żadnym krokiem; uprosił ministrów, wyznając swą dawną przyjaźń dla poległego federalisty. Wzruszająca ta scena wyryła się w pamięci nielicznych przyjaciół, którzy towarzyszyli pięciu sławnym ludziom. Przechadzając się po tym wykwintnym cmentarzu, ujrzycie nabyty na wieczność kawał ziemi, gdzie wznosi się grób z darni i czarny drewniany krzyż. Na krzyżu wyryte są, czerwonemi literami, dwa słowa: MICHAŁ CHRESTIEN. Jestto jedyny pomnik w swoim stylu. Przyjaciele sądzili, iż temu prostemu człowiekowi trzeba oddać hołd z tąż samą prostotą.

To zimne poddasze urzeczywistniało tedy najpiękniejsze marzenia serca. Tam, bracia, wszyscy jednako tędzy w rozmaitych gałęziach wiedzy, oświecali się wzajem z dobrą wiarą, wyznając sobie wszystko, nawet swoje złe myśli. Wszyscy posiadali olbrzymie wykształcenie i wszyscy doświadczeni byli w próbach nędzy. Raz dopuszczony między te wyborowe istoty i przyjęty za swego, Lucjan wcielał tam poezję i piękność. Przeczytał swoje sonety, które wzbudziły zachwyt. Dopraszano się o sonet, jak on prosił Michała Chrestien o piosenkę. W pustyni Paryża, Lucjan znalazł tedy oazę przy ulicy des Quatre-Vents.

Z początkiem października, Lucjan, obróciwszy resztę pieniędzy na zakupno drzewa, został bez środków w pełni najżarliwszej pracy, mianowicie przetapiania swego dzieła. Daniel d’Arthez palił torfem i znosił heroicznie nędzę: nie skarżył się, był systematyczny jak stara panna, i podobny do skąpca swą metodycznością. Ten hart podsycał wytrwałość Lucjana, który, niedawno należąc do grona, miał nieprzeparty wstręt do mówienia o swojej nędzy. Jednego dnia, zapuścił się na ulicę du Coq aby sprzedać Gwardzistą Karola IX-go staremu Doguereau, ale go nie zastał. Lucjan nie wiedział, ile w wielkich duszach mieszka pobłażliwości. Każdy z jego przyjaciół pojmował słabości właściwe poetom, odpływy po napięciach duszy. Ci ludzie, tak silni wobec własnych niedoli, byli tkliwi dla nieszczęść Lucjana. Domyślili się jego braków. Słodkie tedy wieczory gawęd, głębokich rozstrząsań, poezji, zwierzeń, lotów pełnemi skrzydłami w sfery inteligencji, w przyszłość narodów, w historję, Biesiada ozdobiła rysem, który dowodzi jak mało Lucjan zrozumiał nowych przyjaciół.

— Lucjanie, mój drogi, rzekł Daniel, nie przyszedłeś wczoraj do Flicoteaux, wiemy przyczynę.

Lucjan nie mógł wstrzymać łez, które spłynęły mu po licach.

— Nie miałeś zaufania do nas, rzekł Michał Chrestien.

— Wszyscy, jak nas tu widzisz, rzekł Bianchon, znaleźliśmy jakiś zarobek: ja, z polecenia Despleina, pielęgnowałem bogatego mieszczucha; d’Arthez machnął artykuł dla Przeglądu; Chrestien godził się już zaśpiewać publicznie parę piosenek, ale znalazł zamówienie na broszurę dla jegomościa który pragnie wejść w politykę: uciął mu Machiawela za całe 600 franków! Leon Giraud pożyczył pięćdziesiąt franków u księgarza, Józef posprzedawał jakieś kicze, Fulgencjusz zaś wystawił w niedzielę sztukę i miał nabitą salę.

— Oto dwieście franków, rzekł Daniel, weź je i niech się to już nie powtórzy.

— Patrzajcie, on się nam na szyję rzuca, jakbyśmy zrobili coś nadzwyczajnego? rzekł Chrestien.

Aby dać pojęcie o rozkoszach jakich doznawał Lucjan wśród tej żywej encyklopedji anielskich duchów, wystarczy przytoczyć odpowiedzi, jakie otrzymał na list napisany do rodziny, arcydzieło tkliwości, zapału, przeraźliwy krzyk jaki dobyła zeń rozpacz.

DAWID SECHARD DO LUCJANA.

„ Drogi Lucjanie, znajdziesz w tym liście weksel trzymiesięczny, na twoje zlecenie, na sumę dwustu franków. Możesz go zrealizować przez pana Métivier, handlarza papieru, naszego dostawcy w Paryżu, ul. Serpente. Mój dobry Lucjanie, nie mamy absolutnie nic. Ewa wzięła się do prowadzenia drukarni i wywiązuje się z tego z poświęceniem, cierpliwością, energją, które każą mi błogosławić niebo, iż dało mi za żonę takiego anioła. Ona sama uznała niemożność udzielenia ci najlżejszej pomocy. Ale, drogi przyjacielu, sądzę że jesteś na tak pięknej drodze, w otoczeniu serc tak wielkich i szlachetnych, że nie możesz chybić swego losu, wsparty pomocą boskiej niemal inteligencji owych ludzi, których twój drogi list dał nam poznać. Bez wiedzy Ewy podpisałem przeto ten oblig; znajdę jakiś sposób aby go wyrównać. Nie schodź ze swej drogi: jest twarda, ale będzie chlubna. Wołałbym przecierpieć tysiąc nieszczęść, niż żyć z myślą że wpadłeś w jakieś bagno Paryża: widziałem ich tyle!... Unikaj, jak dotąd, podejrzanych miejsc, złych ludzi, wartoglowów i pewego typu literatów, których, w czasie pobytu w Paryżu, nauczyłem się cenić wedle prawdziwej wartości. Słowem, bądź godnym współzawodnikiem niebiańskich duchów, które dałeś mi pokochać. Postępowanie twoje znajdzie niebawem nagrodę. Bądź zdrów, ukochany bracie; napełniłeś radością me serce; nie spodziewałem się po tobie tyle męstwa.

Dawid“.

EWA SECHARD DO LUCJANA.

„Mój drogi, twój list wycisnął nam łzy. Niech te szlachetne serca, ku którym dobry anioł cię zawiódł, wiedzą o tem: matka, oraz biedna kobieta modlą się za nich rano i wieczór do Boga; a jeśli najżarliwsze modły dochodzą jego tronu, uzyskają nieco łaski dla was wszystkich. Tak, bracie, imiona ich wyryte są w mojem sercu. Och, ujrzę ich kiedyś. Pójdę, choćbym miała wędrować pieszo, podziękować im za przyjaźń dla ciebie, rozlała bowiem niby balsam na moje żywe rany. Tu, drogi bracie, pracujemy jak wyrobnicy. Mój mąż, ten nieznany wielki człowiek, którego z każdym dniem więcej kocham odkrywając coraz nowe bogactwa w jego sercu, zaniedbuje drukarnię, i zgaduję czemu: nędza twoja, nasza, matki, zabijają go. Nasz ubóstwiany Dawid jest niby Prometeusz pożerany przez sępa zgryzoty, żółtej zgryzoty o ostrym dziobie. O sobie ten szlachetny człowiek nie myśli, wierzy w zdobycie fortuny. Spędza całe dnie na doświadczeniach; prosił mnie, abym się zajęła sprawami, w których pomaga mi o tyle, o ile pozwalają mu jego prace. Niestety! jestem w odmiennym stanie. To wydarzenie, które byłoby mnie przepełniło radością, zasmuca mnie w położeniu w jakiem jesteśmy. Biedna matka znalazła siły aby wrócić do męczącego zawodu. Gdyby nie troski pieniężne, bylibyśmy szczęśliwi. Stary Séchard nie chce dać ani szeląga; Dawid próbował pożyczyć od niego parę talarów aby ci dopomóc, list twój doprowadził go do rozpaczy. „Znasz Lucjana, mówił, straci głowę i narobi głupstw“. Połajałam go. „Mój brat, miałby zboczyć w czemkolwiek z zacnej drogi!... odparłam. Lucjan wie, że umarłabym z bólu“. Obie z matką, bez wiedzy Dawida, zastawiłyśmy parę drobiazgów; matka wykupi je skoro uskłada trochę. Zdołałyśmy tą drogą uciułać jakieś sto franków, które przesyłam. Nie miej mi za złe, drogi, że nie odpowiedziałam na pierwszy list. Byliśmy w położeniu pochłaniającem dnie i noce, pracowałam jak mężczyzna. Doprawdy, nie przypuszczałam w sobie tyle siły. Pani de Bargeton jest kobietą bez duszy i bez serca; nawet nie kochając cię już, samej sobie była winna aby się tobą opiekować i pomagać ci. Wyrwała cię z naszych objęć, aby cię rzucić w straszne morze paryskie, gdzie trzeba istnego cudu, aby spotkać szczerą przyjaźń w tym odmęcie ludzi i spraw! Niema jej co żałować. Pragnęłabym przy tobie kobiety oddanej, drugiej mnie, ale teraz, kiedy wiem że masz przyjaciół którzy zastępują ci nasze uczucia, jestem spokojna. Rozwiń skrzydła, mój piękny, ukochany genjuszu! Będziesz naszą chlubą, jak już jesteś naszą miłością.

 

Ewa“.

„Moje drogie dziecko, po tem co pisze siostra, mogę cię tylko pobłogosławić i zapewnić, że moje modlitwy i myśli są, niestety! wszystkie pełne ciebie z uszczerbkiem tych których mam przy boku; są bowiem serca, w których nieobecni nie tracą lecz zyskują, i takiem jest serce twojej

Matki“.

W ten sposób, w dwa dni później, Lucjan mógł zwrócić przyjaciołom pożyczkę ofiarowaną z takim wdziękiem. Nigdy może życie nie zdało mu się piękniejsze, ale odruch jego ambicji nie uszedł głębokiemu spojrzeniu przyjaciół oraz ich wrażliwości.

— Możnaby myśleć, że lękasz się zawdzięczać nam cośkolwiek, wykrzyknął Fulgencjusz.

— Och, radość jego jest bardzo znacząca, rzekł Michał Chrestien, i potwierdza moje spostrzeżenie: Lucjan jest próżny.

— Jest poetą, rzekł d’Arthez.

— Czy bierzecie mi za złe uczucie tak naturalne w tej chwili?

— Trzeba mu liczyć za dobre, że go nam nie ukrywał, rzekł Leon Giraud; jeszcze jest szczery; ale obawiam się, aby, w przyszłości, nie zaczął się nas lękać.

— Czemu? spytał Lucjan.

— Czytamy w twojem sercu, odparł Józef Bridau.

— Jest w tobie, rzekł Michał Chrestien, pierwiastek djaboliczmy, którym usprawiedliwiasz we własnych oczach rzeczy najsprzeczniejsze z naszemi zasadami: miast być sofistą myśli, będziesz sofistą uczynków.

— Och, boję się o to, rzekł d’Arthez. Lucjanie, będziesz staczał w duchu wzniosłe dyskusje, w których będziesz wielki, a których owocem będą uczynki naganne... Nie będziesz nigdy w zgodzie z sobą.

— Na czem opieracie swój akt oskarżenia? spytał Lucjan.

— Próżność twoja, drogi poeto, jest tak wielka, że barwisz nią nawet przyjaźń! wykrzyknął Fulgencjusz. Wszelka tego rodzaju próżność świadczy o straszliwym egoizmie, egoizm zaś jest trucizną przyjaźni.

— Och Boże! wykrzyknął Lucjan, więc wy nie wiecie, jak bardzo was kocham?

— Gdybyś nas kochał jak my cię kochamy, czy byłbyś z takim pośpiechem i emfazą oddawał nam to, cośmy ofiarowali ci z taką przyjemnością?

— Tu nikt nic drugiemu nie pożycza, ale daje, rzekł brutalnie Józef Bridau.

— Nie miej nas za twardych, drogie dziecko, rzekł Michał Chrestien, my jesteśmy tylko przewidujący. Lękamy się, iż, któregoś dnia, przełożysz może słodycze drobnej zemsty nad uciechy czystej przyjaźni. Czytaj Tassa Goethego, największe dzieło tego szczytnego genjusza, a ujrzysz tam, że poeta lubi błyszczące materje, uczty, tryumfy, blask: otóż, bądź Tassem bez jego szaleństwa. Świat i jego uciechy będą cię wołać? Zostań tu... Przenieś w krainę myśli wszystko czego żądasz od swoich próżności. A skoro już musisz spłacić dług szaleństwu, niech cnota będzie w twoich uczynkach, a występek w myśli, zamiast byś, jak mówi d’Arthez, dobrze myślal, a źle czynił.

Lucjan spuścił głowę: przyjaciele mieli słuszność.

— Wyznaję że nie jestem tak silny jak wy, rzekł rzucając im urocze spojrzenie. Nie mam ramion i barków dość krzepkich aby udźwignąć Paryż, walcząc jak bohater. Natura dała nam odmienne temperamenty i zdolności, a wy znacie lepiej niż ktokolwiek kulisy występków i cnót. Jestem już znużony, wyznaję.

— Będziemy cię podtrzymywać, rzekł d’Arthez: to właśnie rola przyjaźni.

— Pomoc jaką otrzymałem jest znikoma, jesteśmy wszyscy w biedzie; niebawem, potrzeba znowu mnie przyciśnie. Chrestien, wynajmujący przygodnie swe pióro, nie ma wpływów w księgarstwie. Bianchon jest poza kręgiem tego rodzaju spraw. D’Arthez zna jedynie firmy naukowe i specjalne; Leon, Fulgencjusz Ridal i Bridau pracują w sferze idej, będących o sto mil od wszelkiego handlu. Muszę się zdobyć na decyzję.

— Trzymaj się naszej: cierpieć! rzekł Bianchon; cierpieć mężnie i ufać pracy!

— Ale to, co dla was jest cierpieniem, dla mnie jest śmiercią, rzekł żywo Lucjan.

— Nim kur po trzykroć zapieje, rzekł z uśmiechem Leon Giraud, ten człowiek zdradzi pracę dla lenistwa i grzechów Paryża.

— Dokąd praca was zaprowadziła? rzekł Lucjan, śmiejąc się.

— Kiedy się jedzie z Paryża do Włoch, nie spotyka się Rzymu w pół drogi, rzekł Józef Bridau. Dla ciebie, groszek zielony powinien rosnąć już przyrządzony na maśle.

— Ten cud dzieje się tylko dla pierworodnych synów parów Francji, rzekł Michał Chrestien. Ale my, biedacy, siejemy groszek sami, podlewamy go i lepiej nam smakuje.

Rozmowa zeszła na żartobliwe tory; zmieniono przedmiot. Te przenikliwe umysły, te delikatne serca starały się zatrzeć małą sprzeczkę w pamięci Lucjana, który, od tego czasu, zrozumiał jak trudno ich oszukać. Stopniowo ogarniała go rozpacz, którą starannie ukrywał przyjaciołom, uważając ich za nieubłaganych mentorów. Natura południowca, przebiegająca tak łatwo całą klawiaturę uczuć, rodziła w nim najsprzeczniejsze postanowienia.

Kilkakrotnie oświadczał zamiar rzucenia się w dziennikarstwo; zawsze przyjaciele odpowiadali:

— Niechże cię Bóg broni!

— Tam byłby grób pięknego, słodkiego Lucjana, którego znamy i kochamy, rzekł d’Arthez.

— Nie oparłbyś się ustawicznemu kontrastowi pracy i zabawy, który jest treścią życia dziennikarzy; otóż, umieć się oprzeć, to podstawa cnoty. Byłbyś tak oczarowany władzą, prawem życia i śmierci nad dziełami myśli, że stałbyś się dziennikarzem w dwa miesiące. Być dziennikarzem, to dzierżyć władzę prokonsula w republice pióra. Kto może wszystko powiedzieć, dochodzi do tego że może wszystko zrobić. To Napoleon wyrzekł to zdanie i jest ono dość zrozumiale.

— Czyż nie będziecie przy mnie? rzekł Lucjan.

— Nie będziemy, wykrzyknął Fulgencjusz. Raz będąc dziennikarzem, tak samo nie będziesz myślał o nas, jak tancerka Opery, świetna, ubóstwiana, nie myśli, w wybitej jedwabiem karecie, o swojej wiosce, krowach i sabotach. Aż nadto posiadasz przymiotów dziennikarza: błyskotliwość i zwinność myśli. Nie zdołasz sobie odmówić dowcipnego słówka, choćby miało wycisnąć łzy z oczu przyjaciela. Spotykam dziennikarzy za kulisami; wstręt budzą we mnie. Dziennikarstwo, to piekło, otchłań niesprawiedliwości, kłamstwa, zdrady, której nie można przejść i z której nie można wyjść czystym, chyba mając za przewodnika, jak Dante, boski laur Wergilego.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?