Stracone złudzeniaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przyjemność znalezienia się pierwszy raz w teatrze paryskim, wynagradzała Lucjanowi przykrość, jaką sprawiały mu drobne konfuzje. Wieczór ten był dlań znamienny przez tajemne zaparcie się wielu pojęć zrodzonych na prowincji. Krąg rozszerzał się, społeczeństwo nabierało innych proporcyj. Sąsiedztwo ładnych Paryżanek, ubranych tak świeżo, tak wykwintnie, zwróciło jego uwagę na starzyznę tualety pani de Bargeton, mimo iż dość wyszukanej: materja, fason, kolory, wszystko było niemodne. Uczesanie, które go tak zachwycało w Angoulême, wydało mu się straszliwie niegustowne, w porównaniu do wytwornych pomysłów zdobiących tu główkę każdej kobiety.

— Czy ona tak zostanie? myślal, nie wiedząc iż Luiza obróciła ten dzień na przygotowanie transformacji.

Na prowincji, niema wyboru ani porównania; nawyk oglądania tych samych twarzy sprawia, iż piękność opiera się na konwencji. Kobieta, która uchodzi na prowincji za ładną, w Paryżu nie zwraca najmniejszej uwagi, jest bowiem ładna tylko na zasadzie przysłowia: w królestwie ślepych, jednooki królem. Oczy Lucjana czyniły to samo porównanie, jakie pani de Bargeton uczyniła wczoraj między nim a Châteletem. Ze swej strony, pani de Bargeton pozwalała sobie na osobliwe spostrzeżenia nad swym ulubieńcem. Mimo wybitnej urody, biedny poeta nie przedstawiał się korzystnie. Surducina o przykrótkich rękawach, tanie prowincjonalne rękawiczki, kusa kamizelka, czyniły go nader śmiesznym w porównaniu z młodymi ludźmi kręcącymi się po balkonie: w tem sąsiedztwie, wydal się pani de Bargeton bardzo niepokaźny. Châtelet, nadskakujący bez pretensji, czuwający nad nią z bacznością która zdradzała głębokie uczucie, Châtelet wytworny i swobodny jak aktor który się odnajdzie na deskach teatru, odzyskał w dwóch dniach cały teren jaki postradał od pół roku. Mimo iż przeciętny sąd nie uznaje aby uczucia mogły się zmieniać nagle, to pewna, iż para kochanków rozchodzi się często szybciej niż się skojarzyła.

W pani de Bargeton i Lucjanie gotowało się wzajemne rozczarowanie, którego przyczyną był Paryż. Życie rozszerzało się w oczach Lucjana, gdy społeczeństwo przybierało nową fizjognomję w oczach Luizy. Trzeba było, u obojga, jedynie przypadku, aby przeciąć więzy jakie ich łączyły. Ten cios siekiery, straszny dla Lucjana, nie długo dał na siebie czekać. Pani de Bargeton wysadziła poetę pod hotelem i wróciła do siebie w towarzystwie Châteleta, co straszliwie zabolało biednego kochanka.

— Co oni będą o mnie mówili? myślał, idąc do swego smutnego pokoiku.

— Ten chłopczyna jest piekielnie nudny, rzekł Châtelet z uśmiechem, skoro drzwiczki się zawarły.

— Jak wszyscy, którzy noszą świat myśli w sercu i w mózgu. Ludzie mający tyle rzeczy do wyrażenia w pięknych i długo marzonych dziełach, gardzą zazwyczaj rozmową, tem obcowaniem w którem duch kurczy się rozmieniając swe skarby na drobną monetę, rzekła dumna Nègrepelisse, która miała jeszcze odwagę bronić Lucjana, mniej dla Lucjana niż dla samej siebie.

— Godzę się z panią chętnie, odparł baron, ale cóż! żyjemy z ludźmi a nie z książkami. Posłuchaj, droga Nais, widzę że jeszcze nie zaszło nic między panią a nim, to szczęście. Jeżeli pani zdecyduje się wprowadzić w życie swoje czynnik którego zbywało ci dotąd, błagam, niechaj nim nie będzie osoba tego mniemanego genjusza. Gdybyś się miała mylić! gdybyś, za kilka dni, porównując go z prawdziwemi talentami, z naprawdę wybitnymi ludźmi jakich tu zobaczysz, uznała, droga piękna syreno, iż wzięłaś na swój olśniewający grzbiet i zaniosłaś do portu, miast człowieka zbrojnego lirą, małpkę bez wychowania, bez znaczenia, głupią i próżną, która może mieć dość talentu na Houmeau, ale która w Paryżu staje się czemś nader pospolitem! Ostatecznie, drukują tu co tydzień tomy wierszy, z których najlichszy wart jest więcej, niż cała poezja pana Chardon. Przez litość, czekaj pani i porównuj! Jutro piątek, dzień opery, rzekł widząc iż dojeżdżają, pani d’Espard ma do dyspozycji lożę dworską, zaprosi panią z pewnością. Aby panią oglądać w całej chwale, pójdę do loży pani de Sérizy. Grają Danaidy.

— Do widzenia, rzekła.

Nazajutrz, pani de Bargeton postarała się skombinować przyzwoity strój, aby odwiedzić swą kuzynkę. Było trochę chłodno, nie znalazła w angulemskich rupieciach nic lepszego nad jakąś zieloną jedwabną suknię, przybraną dość krzykliwie. Ze swej strony, Lucjan podjął wyprawę po sławny niebieski fraczek, nie mógł już patrzeć na swą surducinę. Postanowiął stale być dobrze ubrany, w tej myśli iż może spotkać margrabinę d’Espard, lub otrzymać niespodziane zaproszenie. Wsiadł do dorożki, aby natychmiast przywieźć pakiet. W ciągu dwóch godzin, wydał trzy czy cztery franki, co mu dało wiele do myślenia o finansowych proporcjach życia w Paryżu. Dotarłszy do szczytu swoich tualetowych możliwości, udał się na ulicę Neuve-de-Luxembourg, gdzie w bramie spotkał Gentila w towarzystwie wspaniale upierzonego strzelca.

— Miałem właśnie iść do pana: pani dała mi ten bilecik dla niego, rzekł Gentil, który, przywykły do prowincjonalnej dobroduszności, nie znał formułek paryskiego uszanowania.

Strzelec wziął poetę za służącego. Lucjan otworzył bilecik, z którego dowiadywał się, że pani de Bargeton spędzi dzień u pani d’Espard, a wieczór idzie do Opery, ale poleca Lucjanowi aby się tam zjawił; kuzynka pozwala jej użyczyć miejsca w loży młodemu poecie. Margrabina — dodawała pani de Bargeton — zachwycona jest, iż może mu sprawić tę przyjemność.

— Kocha mnie zatem! Obawy moje były szalone, rzekł do siebie Lucjan: przedstawi mnie dziś wieczór kuzynce.

Podskoczył z radości i chciał wesoło spędzić czas, jaki go dzielił od szczęśliwego wieczoru. Pomknął ku Tuillerjom, mając zamiar przechadzać się tam do chwili w której pójdzie zjeść obiad u Very’ego. I oto Lucjan, rozbawiony, skoczny, lekki szczęściem, wstępuje na terasę Feuillant i przebiega ją przyglądając się przechodniom, śledząc ładne kobiety w towarzystwie wielbicieli, elegantów przechadzających się parami pod rękę i pozdrawiających się wzajem spojrzeniem i skinieniem dłoni. Cóż za różnica między tą terasą a Beaulieu! Ptaki tej wspaniałej grzędy inny miały blask niż angulemskie kwoczki! Był to cały przepych kolorów, błyszczący w ornitologicznych rodzinach Indyj lub Ameryki, w porównaniu z szaremi barwami ptaków Europy. Lucjan spędził w Tuillerjach dwie okrutne godziny: poddał się sam strasznemu egzaminowi i wydal wyrok. Przedewszystkiem, nie zobaczył wśród elegantów ani jednego fraka. Jeżeli zdarzył się ktoś we fraku, to chyba jakiś staruszek bez pretensji, biedaczyna, drobny rentjer z przedmieścia, woźny... Zorjentowawszy się że istnieje osobny strój ranny i wieczorowy, poeta, obdarzony wrażliwością i przenikliwem spojrzeniem, ocenił szpetotę swoich sukien, rażące śmiesznością niedostatki swego ubrania, o niemodnym kroju, niegustownej niebieskiej barwie, szkaradnym rysunku kołnierza którego znoszone klapy zwieszały się smutnie; guziki były zrudziałe, szwy rysowały się szpetnemi bialemi linjami. Dalej, kamizelka była zbyt krótka, i miała w sobie coś tak pociesznie prowincjonalnego, że, aby ją ukryć, Lucjan zapiął się mimowoli na wszystkie guziki. Wreszcie, spostrzegł, iż nankinowe pantalony nosi jedynie pospólstwo; ludzie wykwintni noszą kolorowe, lub lśniące nieskazitelną białością. Przytem, wszyscy mieli spodnie ze strzemiączkami, jego zaś portezęta schodziły się bardzo niedoskonale z obcasami, do których skurczone brzegi materji objawiały gwałtowną antypatję. Lucjan miał białą krawatkę o rogach haftowanych przez siostrę, która, widząc podobne u pana du Hautoy, u pana de Chandour, skwapliwie postarała się o takie same dla brata. Nietylko nikt, z wyjątkiem ludzi podeszłych, jakichś starych gieldziarzy, zasuszonych urzędników, nie nosił krawatki białej rano, ale jeszcze biedny Lucjan ujrzał, po drugiej stronie barjery, na ulicy Rivoli, chłopca ze sklepu z koszykiem na głowie, na którego szyi elegant z Angoulême dostrzegł końce krawata wyhaftowane ręką jakiejś ubóstwianej gryzetki. Widok ten był dla Lucjana niby cios w piersi, w ten jeszcze niedokładnie określony organ gdzie się mieści nasza wrażliwość, i gdzie, od czasu jak istnieją uczucia, ludzie kładą rękę, tak w nadmiernej radości jak i bólu. Nie pomawiajcie tych szczegółów o dzieciństwo. Zapewne, dla bogaczy którzy nigdy nie zaznali tego rodzaju cierpień, jest w tem wszystkiem coś mizernego i niewiarygodnego; ale cierpienia nędzarzy nie mniej zasługują na uwagę co wstrząsy które łamią życie potężnych i uprzywilejowanych. Czyż nie zdarza się tyleż boleści z jednej i z drugiej strony? Cierpienie daje wielkość wszystkiemu. Wreszcie, zmieńcie terminy: w miejsce ładnego stroju, pomieśćcie wstążeczkę, odznaczenie, tytuł. Te pozornie drobne rzeczy czyż nie były udręką wielu świetnych egzystencyj? Kwestja stroju jest zresztą niezmiernie doniosłą dla tych, którzy chcą mieć pozór iż mają to czego nie mają: często najlepszy sposób, aby to posiąść później. Lucjan oblał się zimnym potem, na myśl, iż, wieczorem, ma się zjawić w tem ubraniu w obliczu margrabiny d’Espard, krewnej ochmistrza dworu, kobiety u której bywały wszelkie znakomitości i to przesiane przez sito.

— Wyglądam na aptekarskiego synka, na chłopca sklepowego! powtarzał sobie z wściekłością, widząc dokoła zgrabnych, zalotnych, wyświeżonych młodych ludzi z arystokratycznych domów. Wszyscy mieli coś wspólnego we wzięciu, coś co ich upodabniało z sobą wytwornością linji, szlachetnością ruchu, wyrazem; różnili się zaś ramą, jaką każdy sobie obrał, aby uwydatnić indywidualne zalety. Wszyscy podkreślali swoje korzystne strony zapomocą pewnej charakteryzacji, na której młodzi ludzie w Paryżu rozumieją się równie dobrze jak kobiety. Lucjan posiadał po matce ową cenną dystynkcję fizyczną, której przewagi połyskiwały mu przed oczami; ale to złoto było w rudzie, nie obrobione umiejętną ręką. Był źle ostrzyżony. Zamiast podtrzymać głowę gibkim halsztukiem, chował ją niedbale w szpetnym kołnierzu; krawat, nie dając szyi oparcia, sprawiał iż głowa zwieszała się żałośnie. Któraż kobieta odgadłaby ładną nogę Lucjana w angulemskich buciorach? Któryż młody człowiek pozazdrościłby mu zgrabnej figury w niebieskim worku, wcielającym dotąd dla Lucjana paradne ubranie? Widział prześliczne spinki w koszulach olśniewającej białości, gdy jego była zrudziała! Wszyscy ci lalusie byli cudownie urękawicznieni, on zaś miał rękawice godne żandarma! Ten igrał sobie rozkosznie oprawną laseczką; ów miał koszulę o mankietach spiętych maleńkimi złotymi guziczkami. Mówiąc z kobietą, jeden wyginał śliczną szpicrózgę, obfite zaś fałdy pantalonów, zbryzgane paroma drobnemi plamkami, dzwoniące ostrogi, obcisły rajtroczek, świadczyły, iż za chwilę wsiądzie z powrotem na jednego z dwóch koników, trzymanych w pogotowiu przez maleńkiego grooma. Inny wyjmował z kieszeni zegarek płaski jak pięciofrankówka i spoglądał na godzinę z miną człowieka który przybył zbyt wcześnie lub zbyt późno na schadzkę. Patrząc na te ładne bagatelki, których istnienia nie podejrzewał, Lucjan ujrzał przed sobą cały świat rzeczy niezbędnych a zbytecznych, i zadrżał na myśl, iż trzeba posiadać olbrzymi kapitał, aby mieć prawo być ładnym chłopcem! Im więcej podziwiał owych młodych ludzi o swobodnych i szczęśliwych twarzach, tem bardziej miał świadomość swej miny człowieka spadłego z księżyca, miny człowieka który nie wie skąd ani dokąd idzie, nie wie gdzie jest Palais-Royal kiedy uderza weń nosem, i pyta przechodnia o drogę do Luwru, aby otrzymać odpowiedź: „Jest pan w nim“. Lucjan czuł, iż dzieli go od tego świata cała przepaść; pytał sam siebie, jak mógłby ją przebyć, chciał stać się podobny do smukłej i delikatnej paryskiej młodzieży. Wszyscy ci patrycjusze pozdrawiali ukłonem bosko ubrane i bosko piękne kobiety, dla których Lucjan dalby się posiekać za cenę jednego pocałunku, jak paź hrabiny Königsmarck. W czeluściach jego pamięci, Luiza, porównana z temi królewnemi, była starą kobietą. Spotkał tę i ową z kobiet o których będzie się mówiło w historji XIX wieku, których dowcip, uroda, miłostki zaćmią sławą monarchinie minionych wieków. Ujrzał przechodzącą olimpijską dziewczynę, pannę de Touches, tak głośną pod mianem znakomitego pisarza Kamila Maupin, równie wielką przez swą piękność jak przez bogactwa ducha, której nazwisko powtarzali sobie pocichu przechodnie.

 

— Ach! pomyślał w duchu, oto poezja!

Czem była pani de Bargeton wobec tego anioła lśniącego młodością, nadzieją, przyszłością, o słodkim uśmiechu? istoty której czarne oko było rozległe jak niebo, jarzące jak słońce? Śmiała się, rozmawiając z panią Firmiani, jedną z najbardziej uroczych kobiet w Paryżu. Jakiś głos krzyknął w Lucjanie: „Inteligencja, to dźwignia, którą porusza się świat“. Ale inny głos odkrzyknął, że punktem oparcia dla inteligencji jest pieniądz. Nie chcąc zostać pośród ruin swych marzeń i na scenie swej klęski, Lucjan skierował się ku Palais-Royal, wypytawszy się wprzódy: nie znał jeszcze topografji swej dzielnicy. Wszedł do Very’ego, zamówił, aby się wtajemniczyć w rozkosze Paryża, obiad zdolny pocieszyć go w rozpaczy. Butelka bordo, ostendzkie ostrygi, ryba, kuropatwa, torcik, owoce, stanowiły nec plus ultra jego pragnień. Zanurzył się w tej niewinnej rozpuście, obmyślając skarby dowcipu jakie roztoczy wieczór przed panią d’Espard, obiecując sobie okupić mizerję garderoby bogactwem intelektualnem. Wyrwała go z marzeń chwila rachunku, wydzierając mu pięćdziesiąt franków, z któremi spodziewał się zajść daleko w Paryżu. Obiad kosztował tyle, co miesiąc egzystencji w Angoulême. Toteż, Lucjan zamknął za sobą z szacunkiem drzwi tego pałacu, myśląc że nigdy więcej nie przestąpi jego progu.

— Ewa miała słuszność, rzekł do siebie, idąc kamienną galerją do domu aby zaczerpnąć nowy zapasik ze swej kasy, ceny w Paryżu inne są niż w Houmeau!

Idąc, podziwiał sklepy krawców, myśląc równocześnie o tualetach jakie widział rano.

— Nie, wykrzyknął, nie pokażę się w tych łachach pani d’Espard.

Pobiegł z chyżością jelenia do hotelu, wbiegł do pokoju, wziął sto talarów, i pośpieszył z powrotem do Palais-Royal aby się ubrać od stóp do głowy. Widział, przechodząc, magazyny obuwia, bielizny, kamizelek, fryzjerów, słowem przyszłą swą elegancję rozrzuconą w dziesiątku sklepów. Pierwszy z brzegu krawiec dał mu przymierzyć ubrań ile Lucjan zechcial, przekonywując go iż wszystkie są ostatniej mody. Lucjan wyszedł jako właściciel zielonego fraka, białych pantalonów i kolorowej kamizelki za sumę dwustu franków. Rychło znalazł parę trzewików, wykwintnych i leżących jak ulał. Wreszcie, zakupiwszy wszystko czego pragnął, zamówił fryzjera do hotelu, dokąd każdy z kupców dostawił swój towar. O siódmej, wsiadł do dorożki i kazał się zawieźć do Opery, ufryzowany jak lalka fryzjerska, połyskujący nową kamizelką, krawatką, ale nieco skrępowany w tym futerale. W myśl wskazówek pani de Bargeton, spytał o lożę szambelańską. Na widok człowieka któremu pożyczana elegancja dawała wygląd drużby z podmiejskiego wesela, kontroler poprosił o bilet.

— Nie mam.

— Zatem nie może pan wejść, brzmiała sucha odpowiedź.

— Jestem zaproszony przez panią d’Espard, rzekł.

— Nie jesteśmy obowiązani wiedzieć o tem, rzekł urzędnik, wymieniając niedostrzegalny uśmiech z kolegami.

W tej chwili, pod arkadami zatrzymał się powóz. Strzelec, którego Lucjan nie poznał, odchylił stopień pojazdu, z którego wysiadły dwie strojne kobiety.

— Ależ to właśnie margrabina d’Espard, którą jakoby pan zna, rzekł ironicznie kontroler.

Lucjan był tem bardziej oszołomiony, iż pani de Bargeton wyraźnie nie poznała go w nowem upierzeniu; ale kiedy podszedł bliżej, uśmiechnęła się i rzekła:

— Doskonale się składa, niech pan idzie z nami!

Kontrolerzy przestali się uśmiechać. Lucjan szedł za panią de Bargeton, która, wstępując po szerokich schodach, przedstawiła swego Rubemprégo kuzynce. Loża szambelańska znajduje się w jednem z wypukłych wcięć sali: jest na widoku i widać z niej na wszystkie strony. Lucjan umieścił się za panią de Bargeton, szczęśliwy iż może znaleźć się w cieniu.

— Panie de Rubempré, rzekła uprzejmie margrabina, jest pan pierwszy raz w Operze, rozejrzyj się po sali, siadaj pan tu, z przodu, pozwalamy.

Lucjan usłuchał; właśnie kończył się pierwszy akt.

— Dobrze użyłeś czasu, szepnęła mu Luiza, po pierwszej chwili zdumienia spowodowanego przemianą Lucjana.

Luiza została ta sama. Sąsiedztwo modnej kobiety, margrabiny d’Espard, owej pani de Bargeton Paryża, szkodziło jej jeszcze: świetna Paryżanka tak dobrze podkreślała braki parafianki, iż Lucjan, podwójnie uświadomiony błyszczącym światem tej wspaniałej sali i towarzystwem niepospolitej damy, ujrzał wreszcie w biednej Anais de Nègrepelisse kobietę rzeczywistą, taką jaką widzieli mieszkańcy Paryża: kobietę dużą, chudą, upstrzoną na twarzy drobnemi żyłkami, zwiędłą, więcej niż rudą, kościstą, niezręczną, pretensjonalną, sztuczną, parafiańską w sposobie mówienia, źle ubraną przedewszystkiem! W istocie, fałdy znoszonej sukni paryskiej świadczą jeszcze o smaku, człowiek tłumaczy ją sobie, zgaduje czem była; ale stara suknia z prowincji jest czemś niewytłumaczonem, jest śmieszna. Suknia i kobieta były bez wdzięku i świeżości: aksamit wyświechtany zarówno jak cera. Lucjan, zawstydzony iż mógł kochać ten rybi szkielet, przyrzekł sobie skorzystać z pierwszego napadu cnoty Luizy aby ją porzucić. Świetny wzrok chłopca pozwalał mu widzieć lornetki skierowane na tę arystokratyczną lożę. Najwykwintniejsze kobiety przyglądały się zapewne pani de Bargeton, wszystkie uśmiechały się. Jeżeli pani d’Espard odgadła, po gestach i uśmiechach, przyczynę sarkazmów, była na nie zupełnie niewrażliwa. Przedewszystkiem, każdy musiał odgadnąć w jej towarzyszce ubogą krewną z prowincji, taką jaka może spaść na głowę każdemu w Paryżu. Następnie, kuzynka wspomniała o swej tualecie, wyrażając niejakie obawy: pani d’Espard uspokoiła ją, spostrzegając, iż Anais, raz ubrana, rychło stanie się Paryżanką. O ile pani de Bargeton zbywało na światowem obyciu, posiadała wzamian wrodzoną dumę kobiety wielkiej krwi, i owo nieokreślone coś, co można nazwać rasą. Zatem, w następny poniedziałek doczeka się odwetu. Zresztą, pani d’Espard wiedziała, iż, z chwilą gdy Paryż dowie się że ta kobieta jest jej kuzynką, poniecha szyderstw i wstrzyma się z sądem do nowego egzaminu. Lucjan nie domyślał się odmiany, jaką w osobie Luizy sprawi wstążka na szyi, ładna suknia, modne uczesanie i rady pani d’Espard. Wstępując po schodach, margrabina zwróciła już kuzynce uwagę, aby nie trzymała chustki w ręce. Dobry smak opiera się na tysiącu takich drobnych odcieni, które kobieta pojętna chwyta szybko, a których wiele kobiet nie zrozumie nigdy. Pani de Bargeton, już pełna dobrej woli, aż nadto była zdolna spostrzec się czem grzeszyła. Pani d’Espard, pewna iż wychowanica przyniesie jej zaszczyt, godziła się służyć jej za mentorkę. Słowem, stanął między dwiema kobietami pakt, umocniony zobopólnym interesem. Pani de Bargeton powzięła od pierwszej chwili kult dla modnej kobiety, której wzięcie, dowcip i otoczenie oczarowały ją, porwały, olśniły. Poznała w pani d’Espard potęgę ambitnej wielkiej damy, i powiedziała sobie iż dojdzie do celu, czyniąc się satelitą tej gwiazdy: okazała więc otwarcie swoje uwielbienie. Margrabina, mile pogłaskana tym naiwnym zachwytem, zainteresowała się kuzynką, widząc ją słabą i biedną; przytem, dość było jej na rękę zyskać wychowanicę, stworzyć szkolę. Nie była od tego, aby, w pani de Bargeton, urobić sobie rodzaj damy dworu, niewolnicę któraby śpiewała jej pochwały, skarb jeszcze rzadszy między kobietami w Paryżu, niż oddany krytyk w falandze literackiej.

Tymczasem, ruch ogólnej ciekawości stawał się zbyt widoczny, aby nowoprzybyła nie spostrzegła go, mimo iż pani d’Espard starała się grzecznie odwrócić jej uwagę.

— Skoro nas kto odwiedzi, rzekła margrabina, dowiemy się może, dzięki czemu mamy zaszczyt zajmować te panie...

— Podejrzewam mocno, że to stara aksamitna suknia i moja angulemska postać bawi Paryżanki, rzekła śmiejąc się pani de Bargeton.

— Nie, to nie to; jest coś, czego nie umiem sobie wytłumaczyć, dodała odwracając się ku poecie, na którego spojrzała pierwszy raz i który wydał się jej szczególnie ubrany.

— O, pan du Châtelet, rzekł Lucjan, pokazując palcem lożę pani de Sérizy, dokąd stary piękniś, wyświeżony, wszedł właśnie.

Na ten gest, pani de Bargeton zagryzła wargi ze złości, margrabina bowiem nie mogła powstrzymać spojrzenia i zdziwionego uśmiechu, które mówiły tak wzgardliwie: „Gdzie się chował ten młody czlowiek?“ że Luiza uczuła się upokorzona w swej miłości, uczucie najdotkliwsze dla Francuzki i nie do przebaczenia kochankowi który ją o nie przyprawił. W tym świecie gdzie małe rzeczy stają się wielkiemi, jeden gest, słowo, gubią nowicjusza. Główną zaletą dobrych form i wykwintnego tonu jest harmonijna całość, w której wszystko się spływa, nic nie razi. Nawet ci, którzy, przez nieświadomość lub napór myśli, nie przestrzegają prawideł tej wiedzy, zrozumieją, iż, w owej materji, jeden rozdźwięk jest, jak w muzyce, zaprzeczeniem samej sztuki, której wszystkie warunki muszą być zachowane w najdrobniejszej rzeczy, pod grozą nieistnienia.

— Kto jest ten pan? spytała margrabina wskazując wzrokiem Châteleta. Czy znasz już panią de Sérizy?

— A! ta pani, to słynna pani de Séryzy, która miała tyle przygód, a którą, mimo to, przyjmują wszędzie!

— Rzecz niesłychana, moja droga, odparła margrabina, rzecz dająca się wytłumaczyć ale niewytłumaczona! Ludzie najwpływowsi należą do jej przyjaciół, a czemu? Nikt nie śmie zgłębiać tej tajemnicy. Więc ten pan, to lew angulemski?

— Ależ, baron du Châtelet, rzekła Anais (przez próżność przywracała mu w Paryżu tytuł, którego dotąd odmawiała swemu wielbicielowi), to człowiek, który narobił wiele hałasu. To ów towarzysz pana de Montriveau.

— Ach, rzekła margrabina, nie mogę słyszeć tego nazwiska, aby nie pomyśleć równocześnie o biednej księżnej de Langeais 5 , która znikła niby spadająca gwiazda! — Oto, rzekła wskazując jedną z lóż, pan de Rastignac 6 i pani de Nucingen, żona dostawcy, bankiera, spekulanta, pośrednika na wielką skalę, człowieka który narzuca się Paryżowi przez swój majątek, i który, jak słychać, nie wiele ma skrupułów w jego pomnażaniu. Robi wszelkie wysiłki aby przekonać świat o swem przywiązaniu do Burbonów; próbował już nawet dostać się do mnie. Biorąc lożę pani de Langeais, żona jego mniemała iż odziedziczy także jej urok, dowcip i powodzenie. Wiecznie bajka o szpaku, który stroi się w pawie pióra!

 

— W jaki sposób państwo de Rastignac, o których wiadomo, że nie mają ani tysiąca talarów renty, mogą utrzymać syna w Paryżu? rzekł Lucjan do pani de Bargeton, zdumiony elegancją i zbytkiem jakim lśniła postać młodego człowieka.

— Łatwo poznać, że pan przybywa z Angoulême, odparła dość ironicznie margrabina, nie odejmując lornetki.

Lucjan nie zrozumiał, pochłonięty obserwowaniem lóż, w których odgadywał sądy świata o pani de Bargeton i ciekawość jakiej sam był przedmiotem. Co do Luizy, szczególnie była dotknięta obojętnością margrabiny na urodę Lucjana.

— Nie jest zatem tak piękny jak mniemałam! mówiła sobie.

Od tego, do obniżenia sądu o jego genjuszu, był tylko krok. Skoro kurtyna zapadła, Châtelet, który złożył wizytę księżnej Carigliano w sąsiedniej loży, skłonił się pani de Bargeton, która odpowiedziała skinieniem głowy. Kobieta światowa widzi wszystko, toteż margrabina zauważyła nieskazitelną elegancję Châteleta. W tej chwili, cztery osoby weszły kolejno do loży margrabiny, cztery paryskie znakomitości.

Pierwszym był pan de Marsay, człowiek słynny przez namiętności 7 jakie budził, zwracający uwagę zwłaszcza swą urodą iście dziewczęcą, urodą miękką, zniewieściałą ale podkreśloną spojrzeniem niezłomnem, spokojnem, drapieżnem i ostrem jak spojrzenie tygrysa: kochano go i bano się zarazem. Lucjan był równie piękny; ale, u niego, spojrzenie było tak słodkie, niebieskie oko tak przejrzyste, iż nie wydawał się zdolny do tej siły i potęgi, która tak działa na kobiety. Zresztą, nic nie dodawało jeszcze ceny urodzie Lucjana, gdy de Marsay posiadał inteligencję, pewność siebie, strój podkreślający jego zalety; jakoż, miażdżył dokoła rywali. Osądźcie, czem mógł być przy nim Lucjan, nieswój, wykrochmalony, sztywny i nowy jak jego ubranie! De Marsay zdobył sobie prawo mówienia impertynencyj, dzięki dowcipowi i urokowi form jaki im towarzyszył. Przyjęcie margrabiny odrazu objaśniło pani de Bargeton potęgę tej osobistości. Drugim z gości był jeden z braci Vandenesse, ten który stal się przyczyną skandalu lady Dudley, łagodny, inteligentny, skromny młody człowiek: typ zgoła przeciwny pysznemu de Marsay. Kuzynka margrabiny, pani de Mortsauf, poleciła go jej gorąco. Trzecim był generał do Montriveau, sprawca zguby księżnej de Langeais. Czwartym pan de Canalis, jeden z najznakomitszych poetów epoki, młody człowiek jeszcze w zaraniu sławy, który, dumniejszy ze swego szlachectwa niż z talentu, nadskakiwał ostentacyjnie pani d’Espard, aby ukryć swe miłostki z księżną de Chaulieu. Pod powłoką wdzięku skażonego nieco afektacją, zgadywało się olbrzymią ambicję, która później pchnęła go w burze politycznego życia. Uroda jego niemal chłopięca, pieszczotliwe obejście, niedostatecznie kryły głęboki egoizm i wieczną rachubę problematycznej wówczas egzystencji; ale wybór jego, skierowany na panią de Chaulieu, kobietę przeszło czterdziestoletnią, stał się dlań źródłem dobrodziejstw dworu, sympatyj dzielnicy Saint-Germain i obelg liberałów nazywających go poetą zakrystji.

Widząc tych czterech tak wybitnych ludzi, pani de Bargeton zrozumiała, czemu margrabina nie zwróciła uwagi na Lucjana. Następnie, kiedy zaczęła się rozmowa, kiedy każdy z tych umysłów tak subtelnych, tak delikatnych, odsłonił się paroma błyskami w których było więcej dowcipu, więcej głębi niż we wszystkiem co Anais słyszała przez miesiąc na prowincji, kiedy zwłaszcza wielki poeta rzucił parę lotnych słów, w których malował się cały zmysł epoki, pozytywny ale ozłocony poezją, Luiza pojęła to, co Châtelet powiedział jej wczoraj: Lucjan był już niczem. Każdy patrzał na biednego intruza z tak okrutną obojętnością, był on tam tak zupełnie cudzoziemcem nie znającym języka, że margrabinie żal się go zrobiło.

— Pozwoli pan, rzekła do Canalisa, że mu przedstawie pana de Rubempré. Zajmuje pan w literaturze zbyt wysokie stanowisko, aby nie przygarnąć młodego adepta. Pan de Rubempré przybywa z Angoulême, będzie z pewnością potrzebował pańskiego poparcia u tych, którzy stawiają tutaj talent na świeczniku. Nie ma jeszcze wrogów, którzy mogliby mu stworzyć powodzenie swemi atakami. Czyż nie byłoby dziełem dość oryginalnem, godnem aby się o nie pokusić, zyskać mu ręką przyjaźni to, co pan otrzymał z ręki nienawiści?

Podczas słów margrabiny, czterej nowoprzybyli spojrzeli na Lucjana. Mimo iż był o dwa kroki, de Marsay podniósł lorynetkę aby się mu przypatrzyć. Spojrzenie jego przechodziło z Lucjana na panią de Bargeton, z pani de Bargeton na Lucjana, łącząc ich zapomocą drwiącej myśli która okrutnie upokorzyła oboje; przyglądał się im jak dwom osobliwym zwierzętom i uśmiechał się. Uśmiech ten był niby żgnięcie sztyletu dla wielkiego człowieka z prowincji. Feliks de Vandenesse przybrał wyraz miłosierny. Montriveau rzucił na Lucjana spojrzenie zdolne przeniknąć go do rdzenia.

— Pani, rzekł Canalis pochylając głowę, będę posłuszny, mimo iż osobisty interes każę nie hodować sobie rywalów; ale pani przyzwyczaiła nas do cudów.

— Dobrze więc, zrobi mi pan tę przyjemność, aby przyjść na obiad w poniedziałek z panem de Rubempré, pomówicie swobodniej niż tutaj o sprawach literackich; będę się starała ściągnąć kilku władców literatury oraz znakomitości które ją popierają, autora Ourika i kilku dobrze myślących młodych poetów.

— Pani margrabino, rzekł de Marsay, jeżeli pani popiera pana de Rubempré dla zalet ducha, ja gotów jestem zająć się nim dla jego urody; dam mu parę rad, które uczynią go jednym z najszczęśliwszych dandysów Paryża. Później, gdy zechce, może być poetą.

Pani de Bargeton podziękowała kuzynce pełnem wdzięczności spojrzeniem.

— Nie wiedziałem, że jesteś zazdrosny o ludzi z talentem, rzekł Montriveau do de Marsaya. Szczęście zabija poetów.

— Czy dlatego może nasz mistrz pragnie się ożenić? odparł dandys zwracając się do Canalisa, aby zobaczyć jak pani d’Espard przyjmie ten docinek.

Canalis wzruszył ramionami, a pani d’Espard, siostrzenica pani de Chaulieu, zaczęła się śmiać.

Lucjan, który czuł się w zbyt nowych szatach skrępowany jak mumja egipska, wstydził się że się nie umie zdobyć na żadną odpowiedź. Wreszcie, rzekł miękko do margrabiny:

— Dobroć pani skazuje mnie na same sukcesy.

W tej chwili wszedł Châtelet, chwytając w lot sposobność znalezienia oparcia wobec margrabiny w osobie generała Montriveau, jednego z królów Paryża. Skłonił się pani de Bargeton, i poprosił panią d’Espard aby mu przebaczyła śmiałość z jaką wtargnął do loży: od tak dawna nie miał sposobności spotkać się ze swoim towarzyszem podróży! Montriveau i on widzą się po raz pierwszy, rozstawszy się w szczerej pustyni!

— Rozstać się w pustyni i odnaleźć się w Operze! rzekł Lucjan.

— Iście teatralne spotkanie, dodał Canalis.

Montriveau przedstawił barona du Châtelet margrabinie, ta zaś przyjęła ex-sekretarza do szczególnych poruczeń Cesarskiej Wysokości tem uprzejmiej, ile że widziała go już mile witanego w trzech lożach, że pani de Sérizy dopuszczała jedynie ludzi dobrze postawionych, i że, wreszcie, był towarzyszem generała Montriveau. Ten ostatni tytuł miał taką wartość, że pani de Bargeton mogła zauważyć w tonie, w spojrzeniach i obejściu czterech gości margrabiny, iż uznają, bez dyskusji, Châteleta za jednego ze swoich. Nais zrozumiała nagle sułtańskie tony Châteleta na prowincji. Wreszcie Châtelet ujrzał Lucjana; pozdrowił go suchym i zimnym ukłonem, zapomocą którego jeden mężczyzna podcina nogi drugiemu, podkreślając wobec świata jego nicość. Ukłonowi towarzyszył drwiący wyraz, który zdawał się mówić: „Jakim cudem ten tutaj?“ Zrozumiano go, de Marsay bowiem nachylił się do generała, mówiąc mu do ucha tak aby baron go słyszał: