Kuracjusz/Podróż norymberska

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

KURACJUSZ

Motto

Przedmowa

Kuracjusz

Porządek dnia

Holender

Zniechęcenie

Poprawa

Retrospektywa

PODRÓŻ NORYMBERSKA

Volker Michels. Posłowie wydawcy do Kuracjusza

Volker Michels. Posłowie wydawcy do Podróży norymberskiej

Przypisy

Tytuł oryginału

KURGAST. AUFZEICHNUNGEN VON EINER BADENER KUR

Copyright © 1925 by Hermann Hesse

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin.

DIE NÜRNBERGER REISE

Copyright © 1927 by Hermann Hesse

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin.

Copyright © 2020 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Copyright © 2020 for the Polish translation by Małgorzata Łukasiewicz

Projekt graficzny serii i układ typograficzny

Andrzej Komendziński

Zdjęcia na okładce

Photos box/Shutterstock

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor serii oryginalnej

Volker Michels

ISBN 978-83-8008-896-2

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.


Próżnowanie jest początkiem wszelkiej psychologii.

Nietzsche

PRZEDMOWA

O mieszkańcach Szwabii powiada się, że rozumu nabierają dopiero koło czterdziestki, oni sami zaś, nie grzesząc pewnością siebie, poczytują to niekiedy za hańbę. Tymczasem rzecz się ma odwrotnie, jest to wielki honor, albowiem ów „rozum”, o którym mowa w porzekadle (dokładnie to samo, co młodzi ludzie nazywają też „mądrością, która przychodzi z wiekiem”, znajomością wielkich antynomii, tajemnicy wiecznego powrotu i dwubiegunowości życia), nawet u Szwabów, jakkolwiek tak są zdolni, rzadko zdarza się już w wieku lat czterdziestu. Gdy natomiast przekroczy się czterdziesty piąty rok życia, owa mądrość albo mentalność właściwa podeszłemu wiekowi przychodzi sama z siebie, zwłaszcza gdy wspomaga ją początek fizycznego procesu starzenia się, ze wszystkimi charakterystycznymi znakami ostrzegawczymi i dolegliwościami. Otóż do najczęstszych dolegliwości należy podagra, reumatyzm i ischias, a te właśnie cierpienia sprowadzają nas do Baden. Otoczenie sprzyja więc temu typowi mentalności, do której również i ja teraz doszedłem, i całkiem automatycznie, za sprawą genii loci, popada się tu w swego rodzaju sceptyczną pokorę ducha, prostoduszną mądrość, wielce subtelną sztukę upraszczania, nader inteligentny antyintelektualizm, który podobnie jak temperatura kąpieli i zapach siarczanej wody należy do specjalności Baden. Albo, krócej: my, kuracjusze i podagrycy, jesteśmy w szczególny sposób skazani na to, by ignorować ostre kanty życia, godzić się na wszystko, nie hołdować żadnym wielkim złudzeniom, a za to setki drobnych, łagodnych złudzeń chronić i pielęgnować. Kuracjuszom w Baden, jak mi się zdaje, owa znajomość antynomii szczególnie jest niezbędna, a im sztywniejsze mamy nogi, tym pilniej potrzeba nam elastycznego, obosiecznego, bipolarnego myślenia. Cierpimy, ale nie są to cierpienia owego heroicznego, dekoracyjnego rodzaju, które cierpiący nie tracąc szacunku innych, może traktować najpoważniej w świecie.

Przemawiając tak, wynosząc moją prywatną mentalność starzejącego się ischiatyka do rangi typu, ogólnej normy, wypowiadając się niejako nie tylko we własnym imieniu, ale w imieniu całej klasy ludzkości i kategorii wieku, zarazem, przynajmniej chwilami, zdaję sobie w zupełności sprawę, że jest to wielki błąd i że żaden psycholog (chyba że psychicznie byłby moim bratem bliźniakiem) nie uznałby mojej duchowej reakcji na świat i przeznaczenie za normalną i typową. Opukawszy mnie krótko, uznałby mnie raczej za nieco uzdolnionego, niewymagającego trzymania w zakładzie zamkniętym odludka z rodziny schizofreników. Ja wszelako spokojnie korzystam ze zwyczajowego prawa każdego człowieka, w tym także psychologa, i nie tylko na ludzi, ale również na rzeczy i instytucje mego otoczenia, ba – na cały świat – rzutuję swój sposób myślenia, temperament, radości i cierpienia. Uważam swoje myśli i uczucia za „słuszne”, za uprawnione, i nie dam sobie wydrzeć tej przyjemności, choć świat bezustannie stara się mnie przekonać, że to nieprawda; co więcej – nic sobie nie robię z tego, że mam przeciwko sobie większość, prędzej odmówię słuszności jej niż sobie. Podobnie jest z moją opinią o wielkich niemieckich poetach, których nie przestanę czcić, kochać i potrzebować tylko dlatego, że znakomita większość żyjących Niemców postępuje odwrotnie i przedkłada rakiety nad gwiazdy. Rakiety są śliczne, rakiety są zachwycające, niech żyją rakiety! Ale gwiazdy, ale oczy i myśli pełne ich niemego blasku, napełnione wibrującą muzyką kosmosu – o przyjaciele, to coś całkiem innego!

I jeżeli następnie ja, mały poeta, zamierzam sporządzić szkic pobytu u wód, myślę o dziesiątkach podróży do wód i wypraw do Baden, opisanych swego czasu przez lepszych i gorszych autorów, z zachwytem i czcią myślę o prawdziwej gwieździe pośród rakiet, o sztuce złota pośród papierowych banknotów, o rajskim ptaku pośród wróbli, o podróży do wód doktora Katzenbergera[1], ale myśl ta nie przeszkodzi mi wcale wysłać w ślad za gwiazdą mojej rakiety, w pogoni za rajskim ptakiem – mego wróbelka. Leć, wróbelku! Wzbij się, papierowy latawcu!

KURACJUSZ

Zaledwie pociąg mój przybył do Baden, zaledwie z niejaką trudnością zszedłem ze stopni wagonu, już zaczęła działać magia uzdrowiska. Stojąc na wilgotnym cemencie peronu i wypatrując hotelowego portiera, ujrzałem, jak z tego samego pociągu, którym przyjechałem, wysiada trzech czy czterech kolegów, ischiatyków, charakterystycznych przez lękliwe ściąganie pośladków, niepewny krok oraz nieco bezradną i płaczliwą mimikę, jaka towarzyszyła ostrożnym ruchom. Każdy z nich miał wprawdzie swoją specjalność, swój własny rodzaj dolegliwości, a stąd też i własny, specyficzny chód, specyficzny sposób powłóczenia nogami, kuśtykania, utykania, a także odrębną, specyficzną mimikę, mimo to rysy wspólne przeważały, od pierwszego wejrzenia rozpoznałem w nich ischiatyków, braci, kolegów. Kto zna igraszki nerwu kulszowego nie z podręcznika, ale z własnego doświadczenia, które lekarze nazywają „sensacją subiektywną”, nie myli się w tych sprawach. Natychmiast zatrzymałem się i jąłem przypatrywać się tym napiętnowanym. O dziwo – wszyscy trzej czy czterej wykrzywiali się bardziej ode mnie, mocniej wspierali się na laskach, bardziej nerwowo ściągali pośladki, stawiali stopy lękliwiej i niechętniej, wszyscy byli bardziej cierpiący, biedniejsi, bardziej schorowani i godni pożałowania niż ja, co podziałało na mnie jak najlepiej i pozostało w czasie mej badeńskiej kuracji stałą, niewyczerpaną pociechą: że dokoła mnie kuleją, czołgają się, wzdychają, jeżdżą w fotelach na kółkach ludzie, którzy są daleko bardziej chorzy ode mnie, mają nieporównanie mniej powodów do dobrego humoru i nadziei niż ja! Oto zaraz w pierwszej minucie odkryłem, na czym polega cały sekret oraz zasada wszelkich kurortów jako takich i z niekłamaną radością delektowałem się swoim odkryciem: kurort mianowicie to wspólnota cierpiących, socios habere malorum.

Gdy zaś opuściłem dworzec i w błogim nastroju podążyłem jedną z łagodnie opadających ku kąpielisku uliczek, każdy krok potwierdzał i podkreślał wagę cennego odkrycia: wszędzie snuli się kuracjusze, siedzieli zmęczeni i skuleni na zielono malowanych ławeczkach, gawędząc kuśtykali grupkami. Jakąś kobietę popychano na wózku, uśmiechała się ze znużeniem, trzymając w schorowanej ręce na wpół zwiędnięty kwiat, a za nią dziarsko i energicznie kroczyła kwitnąca pielęgniarka. Starszy pan wyszedł ze sklepu, gdzie reumatycy kupują widokówki, popielniczki i przyciski do papierów (mają w tej dziedzinie ogromne potrzeby, i nigdy nie udało mi się dociec dlaczego) – otóż ów starszy pan wychodzący ze sklepu zużywał całą minutę na każdy stopień i spoglądał na leżącą przed nim ulicę tak, jak utrudzony i wyzbyty wiary we własne siły człowiek patrzy na wielkie czekające go zadanie. Młody jeszcze osobnik, w szarozielonej czapce wojskowej na szczecinowatych włosach, zamaszyście, choć z wielkim mozołem posuwał się naprzód za pomocą dwóch lasek. Ach, już same te laski, które się tu wszędzie spotykało, te piekielnie poważne specjalne laski dla chorych, które u dołu kończą się rozszerzającą się gumową nakładką i niczym pijawki albo kleszcze przywierają do asfaltu! Wprawdzie i ja miałem laskę, wykwintną trzcinową laseczkę z Malakki, z której nader chętnie korzystałem, jednak w razie potrzeby mogłem poruszać się i bez laski, i nikt nigdy nie widział mnie z żałosną laską na gumie! Nie, było jasne i każdy musiał zauważyć, jak szybko i zręcznie posuwałem się tą sympatyczną ulicą, jak rzadko i dla zabawy posługiwałem się trzcinową laseczką, będącą jedynie ozdobą, ładnym rekwizytem, jak lekkie i niewinne było w moim przypadku owo znamionujące ischiatyka lękliwe ściąganie mięśni ud, ledwo widoczne, ledwo pobieżnie zarysowane, jak w ogóle gracko i sprężyście kroczyłem, jak jestem młody i zdrowy w porównaniu z tymi wszystkimi starszymi, biedniejszymi, bardziej schorowanymi braćmi i siostrami, których ułomność tak wyraźnie, tak bez osłonek, tak nieubłaganie rzucała się w oczy! Czerpałem uznanie, chłonąłem aprobatę z każdego następnego kroku, czułem się już niemal zdrowy, a w każdym razie nieskończenie mniej chory niż wszyscy ci nieboracy. Tak, skoro ci na wpół sparaliżowani i kulejący, ci z laskami na gumie ufają jeszcze w wyzdrowienie, jeśli Baden może nawet im pomóc, w takim razie moja drobna, ledwie zaczynająca się dolegliwość musi tu stopnieć jak śniegi na wiosnę, w takim razie lekarz musi rozpoznać we mnie wspaniały okaz, wybitnie wdzięczny przypadek, mały cud uleczalności.

 

Spoglądałem przyjaźnie na owe dodające otuchy postaci, pełen współczucia i życzliwości. Z cukierni opodal wytaszczyła się teraz stara kobieta, od dawna już najwyraźniej zrezygnowała z ukrywania swego kalectwa, nie wzbraniała sobie najmniejszego odruchu, korzystała z każdego najdrobniejszego udogodnienia, z każdego pomocnego układu mięśni, i tak gimnastykowała się, balansowała i płynęła, szeroko rozciągniętym frontem, niczym foka po trotuarze, tyle że wolniej. Serce uśmiechnęło mi się do niej radośnie, piałem hymny na cześć foki, Baden i własnego pomyślnego losu. Miałem oto wokół siebie rywali, konkurentów, których biłem na głowę. Jak to dobrze, że przyjechałem tu zawczasu, zaledwie w pierwszej fazie lekkiego ischiasu, zaledwie z pierwszymi słabymi symptomami podagry! Odwracając się, wsparty na lasce, długo patrzyłem w ślad za foką, z owym dobrze znanym poczuciem błogości, które poucza nas, że język nie znalazł jeszcze stosownych wyrażeń na określenie procesów psychicznych, albowiem językowe antonimy, takie jak satysfakcja z cudzej niedoli i współczucie, są tu wszak najściślej ze sobą powiązane. Mój Boże, biedaczka! Pomyśleć, że innym zdarzają się aż takie nieszczęścia!

Ale nawet w tym momencie uniesienia i dobrego samopoczucia, nawet w tej słodkiej euforii pomyślnej godziny nie umilkł we mnie do końca ów przykry głos, którego tak niechętnie słuchamy, a który tak bardzo jest nam potrzebny, głos rozsądku, a głos ten, właściwym sobie niemiłym, chłodnym tonem, cicho i z ubolewaniem zwracał mi uwagę, że cały mój optymizm zasadza się na błędnych podstawach, na fałszywej metodzie, że mianowicie z uczuciem wdzięczności porównywałem siebie, lekko tylko wspierającego się na trzcinowej laseczce literata, z każdą sparaliżowaną, ciężko utykającą i kaleką postacią, zapomniałem natomiast wziąć pod uwagę nieskończoną skalę symptomów, która rozciąga się poza mną, nie dostrzegałem w ogóle osobników młodszych, prostszych, bardziej krzepkich i zdrowszych ode mnie. A raczej – nawet ich dostrzegałem, ale wzbraniałem sobie porównywać się z nimi, ba – w ciągu pierwszego i drugiego dnia żywiłem nawet prostackie przekonanie, że wszyscy ci ludzie, którzy spacerują sobie bez laski i bez widocznych oznak niedowładu lub utykania, z zadowoleniem na twarzach, bynajmniej nie są mymi braćmi i towarzyszami, nie są kuracjuszami i konkurentami, ale normalnymi, zdrowymi mieszkańcami miasta. Że mogą istnieć ischiatycy, którzy poruszają się bez laski i bez kurczowych gestów, że jest wielu podagryków, u których na ulicy nikt, nawet psycholog, nie domyśli się choroby, że ja ze swym lekko zdeformowanym chodem i trzcinową laseczką bynajmniej nie znajduję się w pierwszym, niewinnym, początkowym stadium choroby przemiany materii, że wywołuję nie tylko zazdrość ze strony prawdziwych paralityków i kalek, ale i drwiące współczucie ze strony niezliczonych kolegów, którym ja z kolei służę w charakterze pociechy i foki, krótko mówiąc: że ze swoimi przenikliwymi obserwacjami i porównaniami stopnia schorzenia nie uprawiam obiektywnych badań, a jedynie optymistyczne samooszukiwanie się – to dotarło do mnie, z powolnością właściwą poznaniu, dopiero po wielu dniach.

Chłonąłem tedy pełną piersią szczęście pierwszego dnia, urządzałem orgie naiwnej pewności siebie, i czyniłem słusznie. Wodząc wzrokiem za zewsząd wynurzającymi się sylwetkami współkuracjuszy, moich chorych braci, pochlebiony widokiem każdej kaleki, prowokowany przez każdy napotkany fotel na kółkach do radosnej litości, do współczującego zadowolenia z siebie, wędrowałem w dół ulicy, tej tak wygodnej, tak korzystnie usytuowanej ulicy, którą zwozi się przybywających gości z dworca ku kąpielisku i która łagodnymi zakolami, miękkim, równomiernie opadającym zboczem schodzi do starego kąpieliska i tam w dole, niczym wysychająca rzeka, gubi się w wejściach do hoteli. Pełen otuchy i radosnych nadziei zbliżyłem się do „Heiligenhof”, gdzie zamierzałem się zakwaterować. Trzeba tylko wysiedzieć te trzy-cztery tygodnie, codziennie zażywać kąpieli, jak najwięcej spacerować, podniecenie i troski trzymać na dystans. Zapewne niekiedy będzie to nieco monotonne, nie uniknie się nudy, bo nakazem miejsca jest odwrotność intensywnego życia, a ja, stary samotnik, któremu wszelkie formy życia stadnego i hotelowego są wstrętne i przychodzą z największym trudem, będę musiał stawić czoło pewnym niedogodnościom oraz z tym i owym się pogodzić. Ale bez wątpienia to nowe, dla mnie całkiem niezwykłe życie, mimo swego cokolwiek mieszczańskiego, cokolwiek mdłego zabarwienia, przyniesie również doświadczenia miłe i zajmujące – czyż po latach spokojnego życia na odludziu, w wiejskiej samotni, wśród studiów, nie przyszła pora, aby trochę pobyć między ludźmi? I, co najważniejsze: spoza niedogodności, spoza zaczynających się tygodni kuracji wyzierał dzień, kiedy dziarsko pomaszeruję w górę tej samej ulicy, opuszczę ten hotel, kiedy odmłodzony i uzdrowiony, sprężysty w kolanach i biodrach, pożegnam kąpielisko i tanecznym krokiem udam się na dworzec.

Szkoda tylko, że akurat w chwili, gdy przekraczałem próg „Heiligenhof”, zaczęło trochę padać.

– Przynosi pan złą pogodę – powitała mnie z uśmiechem nader uprzejma panienka w biurze.

– No tak – odrzekłem bezradnie. Jakże? Czy to naprawdę ja, myślałem, wywołałem ten deszcz, ja go tu sprowadziłem? Fakt, że przemawiało przeciwko temu potoczne doświadczenie, nie mógł mnie, teologa i mistyka, rozgrzeszyć. Tak, przecież los i usposobienie to nazwy jednego i tego samego pojęcia, przecież w pewnym sensie ja sam wybrałem sobie i stworzyłem swoje imię, stan, wiek, swoją twarz, swój ischias, i nie mogę zrzucać odpowiedzialności na nikogo innego, i tak samo rzecz się miała z deszczem. Byłem gotów wziąć go na siebie.

Podzieliwszy się tym z panienką i wypełniwszy kartę meldunkową, wdałem się w owe pertraktacje co do pokoju, których normalny człowiek nie zna, których zmory naiwny szczęściarz nie przeczuwa, których cała groza wiadoma jest tylko zagnanemu w obce kąty, a przywykłemu do samotności i głębokiej ciszy oraz cierpiącemu na bezsenność eremicie i pisarzowi.

Wziąć pokój hotelowy to dla normalnego człowieka drobiazg, codzienny, w żadnym razie nieobciążony emocjami akt, z jakim w dwie minuty można się uporać. Dla nas, cierpiących na bezsenność, neurotyków i psychopatów ten banalny akt, przeładowany bez miary wspomnieniami, uczuciami i fobiami, jest torturą. Uprzejmy właściciel hotelu, sympatyczna recepcjonistka, którzy na usilne nalegania z naszej strony pokazują nam i polecają „cichy pokoik”, nie mają pojęcia o nawale skojarzeń, obaw, nut ironii i autoironii, jakie wywołuje w nas to fatalne określenie. O, jak dobrze, jak okrutnie dokładnie, jak przerażająco do głębi znamy te ciche pokoje, te stacje najgorszej męki, najdotkliwszych klęsk, najskrytszej hańby! Jak fałszywie i podstępnie, jak demonicznie patrzą na nas te uprzejme meble, życzliwe dywany i pogodne tapety! Jak złowieszczo szczerzą zęby owe zaryglowane drzwi, łączące z sąsiednim pokojem, a znajdujące się siłą fatalności w większości „cichych pokoików”, często świadome swej okropnej roli i dlatego wstydliwie skryte za zasłoną! Z jakim bólem i rezygnacją spoglądamy na biało tynkowany sufit, który przy wstępnych oględzinach zawsze zieje milczącą pustką, aby później wieczorem i rano dudnić krokami lokatorów z góry – ach, bodaj to tylko krokami, to znani, a przeto nie najgroźniejsi wrogowie! Nie, spoza tej niewinnie białej kulisy, podobnie jak przez cienkie drzwi i ściany, atakują nieodgadnione dźwięki i wibracje, rzucane na ziemię buty, upadające laski, potężne rytmiczne wstrząsy (świadczące o ćwiczeniach gimnastycznych dla higieny), przewracane krzesła, spadająca z nocnego stolika książka albo szklanka, przesuwane kufry i meble. A do tego ludzkie głosy, konwersacje i rozmowy z samym sobą, kaszel, śmiech, chrapanie! A ponadto, gorsze niż to wszystko, nieznajome, niewytłumaczalne dźwięki, wszystkie te dziwne, upiorne odgłosy, których nie umiemy wyjaśnić, których przyczyny i domniemanego czasu trwania nie umiemy odgadnąć, owe duchy stukające i tłukące się, wszystkie te trzaski, uderzenia, szmery, podmuchy, przeciągi, szelesty, wzdychania, skrzypnięcia, postukiwania, bulgotania – Boże, cóż za przebogata niewidzialna orkiestra pomieścić się może na paru metrach kwadratowych hotelowego pokoju!

Wybór pokoju jest zatem dla takich osób nad wyraz delikatnym, ważnym, a zarazem dość beznadziejnym przedsięwzięciem, trzeba mieć na uwadze tysiące różnych rzeczy. W jednym pokoju źródłem akustycznych niespodzianek będzie szafa w ścianie, w drugim kaloryfer, w trzecim grający na okarynie sąsiad. I skoro doświadczenie poucza, że żaden na świecie pokój nie zapewni nam tej z głębi serca upragnionej ciszy i gwarancji snu, że z pozoru najspokojniejszy pokój kryje niespodzianki (czyż nie zdarzyło mi się już raz zamieszkać, dla uniknięcia mącicieli spokoju nad sobą albo obok siebie, w samotnym pokoju służbowym na piątym piętrze i czy nie okazało się, że w braku istot ludzkich, na poddaszu nade mną szaleją szczury?) – czy nie powinno się wobec tego ostatecznie zrezygnować z wyboru, rzucić się głową naprzód na spotkanie przeznaczenia i zdać się na przypadek? Zamiast dręczyć się i kłopotać, a potem i tak doznać rozczarowania i ze smutkiem przyjąć to, co nieuniknione, czyż nie roztropniej zdać się na ślepy los i przyjąć pierwszy lepszy z oferowanych pokojów? Zapewne, tak jest roztropniej. A jednak tak nie postępujemy, albo postępujemy tak bardzo rzadko, albowiem gdyby naszymi uczynkami i zaniechaniami kierować miały roztropność i unikanie irytacji – jak wówczas wyglądałoby nasze życie? Czyż nie wiemy, że nasz los jest nam przyrodzony i dany nieodwołalnie, i czyż nie czepiamy się mimo to żarliwie i zawzięcie złudzenia wyboru, iluzji wolnej woli? Czy każdy z nas, wybierając sobie lekarza, zawód i miejsce zamieszkania, kochankę i narzeczoną, nie mógłby równie dobrze albo i z lepszym skutkiem pozostawić tego przypadkowi – i czy mimo to nie wybiera, nie wkłada we wszystkie te sprawy morza cierpień, trudów, frasunku? Może czyni tak z naiwności, w dziecinnym zapale, wierząc w swoją moc sprawczą, w przeświadczeniu, że los podatny jest na sugestie; może też czyni to ze sceptycyzmem, głęboko przekonany o daremności swoich wysiłków, ale równie przekonany, że uczynki i dążenia, wybór i udręka są piękniejsze, żywsze, zdrowsze albo przynajmniej bardziej zabawne niż zastyganie w zrezygnowanej bierności. Otóż tak właśnie postępuję ja, śmieszny klient hotelowy, gdy wbrew najgłębszemu przekonaniu o daremności i błazeńskiej absurdalności mych poczynań, za każdym razem wiodę długie pertraktacje w sprawie wyboru pokoju, skrupulatnie wypytuję o sąsiadów, o drzwi i podwójne drzwi, oraz o całą resztę. Jest to poniekąd gra, pewien rodzaj sportu, kiedy w tej drobnej, powszedniej kwestii wciąż na nowo zawierzam złudzeniu, fikcyjnej regule, jakoby sprawy tego typu w ogóle podlegały racjonalnemu podejściu i były tego warte. Postępuję wówczas równie rozsądnie albo równie głupio jak dziecko przy kupowaniu łakoci albo jak gracz, który obstawia zgodnie z matematycznymi wyliczeniami. W takich sytuacjach wiemy dokładnie, że stoimy wobec czystego przypadku, a mimo to z głębokiej duchowej potrzeby postępujemy tak, jak gdyby przypadku nie było i nie powinno być, jak gdyby wszystko na świecie poddawało się naszemu racjonalnemu myśleniu i porządkowaniu.

 

Toteż dokładnie omawiam z uprzejmą panienką pięć czy sześć wolnych pokojów. O jednym dowiaduję się, że obok mieszka skrzypaczka, która ćwiczy co dzień przez dwie godziny – cóż, to w każdym razie jakaś informacja, mając teraz już mniej możliwości do wyboru, kieruję się maksymalną odległością od rzeczonego pokoju i piętra. W kwestii akustycznych warunków i możliwości hotelu odznaczam się wrażliwością i intuicją, jakich należałoby szczerze życzyć niejednemu architektowi. Krótko mówiąc,

poczyniłem niezbędne kroki, racjonalne kroki, działałem przezornie i skrupulatnie, jak musi działać człowiek nerwowy przy szukaniu pokoju, ze zwykłym rezultatem, który dałoby się sformułować tak oto: „Wprawdzie to się na nic nie zda, i naturalnie spotkają mnie w tym pokoju te same przygody i rozczarowania, co w każdym innym, ale w każdym razie spełniłem swój obowiązek, zadałem sobie trud, reszta w ręku Boga”. I zarazem, jak zwykle w podobnych przypadkach, odezwał się we mnie inny, cichszy głos, z głębi mej istoty: „Czy nie byłoby lepiej pozostawić wszystkiego Bogu i zrezygnować z całego tego cyrku?”. Słyszałem ten głos, jak zwykle, a jednak go nie słyszałem, i ponieważ byłem akurat w dobrym humorze, procedura przebiegła przyjemnie, z zadowoleniem zobaczyłem, jak mój kosz podróżny znika w numerze 65 i oddaliłem się, bo na tę godzinę umówiony byłem u doktora.

O dziwo, i tu wszystko poszło dobrze. Teraz mogę już wyznać, że trochę było mi strach przed tą wizytą, nie iżbym się obawiał miażdżącej diagnozy, ale dlatego że lekarze należą według mnie do duchowej hierarchii, że przyznaję lekarzowi wysoką rangę i z trudem znoszę rozczarowanie, jakie z łatwością przyjąłbym w kontakcie z urzędnikiem kolejowym lub bankowym, a nawet adwokatem. Od lekarza – sam dobrze nie wiem dlaczego – oczekuję resztek owego ducha humanizmu, do którego należy znajomość łaciny i greki oraz pewne filozoficzne obycie, a który nie jest już potrzebny w większości zawodów dzisiejszego świata. Pod tym względem, choć skądinąd radośnie witam rzeczy nowe i rewolucyjne, jestem ponad miarę zacofany, od wyżej wykształconych stanów żądam pewnego idealizmu, pewnej gotowości do zrozumienia i dialogu, całkiem niezależnie od korzyści materialnych, krótko mówiąc, odrobiny humanizmu, choć wiem, że humanizm ten w rzeczywistości już nie istnieje i że nawet właściwą humanistom aparycję niebawem spotkać będzie można tylko w gabinetach figur woskowych.

Po krótkim czekaniu zostałem wprowadzony, bardzo piękny, ze smakiem urządzony pokój natychmiast wzbudził moje zaufanie. Lekarz wyszedł do mnie z sąsiedniego pomieszczenia, skąd przed chwilą dobiegały zwykłe w takich okolicznościach odgłosy pluskania wody, inteligentna twarz obiecywała zrozumienie, na powitanie, jak przystało cywilizowanym bokserom przed walką, uścisnęliśmy sobie ręce. Rozpoczęliśmy pojedynek ostrożnie, wymacywaliśmy się wzajemnie, próbowaliśmy z wahaniem pierwszych ciosów. Na razie znajdowaliśmy się na terenie neutralnym, dysputa dotyczyła przemiany materii, diety, wieku, przebytych chorób i ociekała niewinnością, jedynie krzyżujące się przy poszczególnych słowach spojrzenia świadczyły o gotowości do starcia. Lekarz miał w swoim repertuarze kilka wyrażeń z tajemnego języka medycznego, które mogłem rozszyfrować tylko w przybliżeniu, które jednak bardzo korzystnie zdobiły jego wypowiedzi i dawały mu wyraźną przewagę. Niemniej jednak już po kilku minutach było dla mnie jasne, że przy tym lekarzu nie należy obawiać się owego okrutnego rozczarowania, jakie ludziom mego pokroju grozi szczególnie ze strony doktorów: że za ujmującą fasadą inteligencji i obycia natkną się na sztywny dogmatyzm, którego pierwsze twierdzenie postuluje, iż poglądy, sposób myślenia i terminologia pacjenta to zjawiska czysto subiektywne, natomiast poglądy, sposób myślenia i terminologia lekarza to wartości ściśle obiektywne. Nie, tu miałem do czynienia z lekarzem, o którego zrozumienie warto było walczyć, który nie tylko jest przepisowo inteligentny, ale nadto w stopniu niedającym się na razie określić mądry, czyli posiadający żywe wyczucie względności wszelkich wartości duchowych. Wśród ludzi wykształconych i bystrych zdarza się co chwila, że jeden uznaje mentalność, język, dogmaty i mity drugiego za rzeczy subiektywne, za czyste przymiarki, przelotne metafory. Ale żeby przyjąć to samo w stosunku do siebie i do siebie zastosować oraz zarówno sobie, jak przeciwnikowi przyznać prawo do własnego, określonego od wewnątrz i koniecznego sposobu myślenia i języka, to jest żeby dwoje ludzi wymieniało poglądy i zdawało sobie sprawę z ułomności swych narzędzi, z wieloznaczności słów, z niemożliwości naprawdę ścisłego wyrażenia myśli, a więc i z konieczności intensywnych ustępstw, wzajemnej serdecznej uprzejmości i intelektualnej rycerskości – ta fortunna, między istotami myślącymi zdawałoby się oczywista sytuacja zachodzi w praktyce tak żałośnie rzadko, że wszelkie zbliżenie do niej, wszelkie choćby cząstkowe jej urzeczywistnienie witamy z entuzjazmem. Otóż teraz, w kontakcie ze specjalistą od chorób przemiany materii, zarysowało się coś na kształt możliwości takiego porozumienia i wymiany.

Badanie, z wyjątkiem analizy krwi i rentgena, przyniosło krzepiące wyniki. Serce w normie, oddech doskonały, ciśnienie bardzo przyzwoite, stwierdzono natomiast nieomylne objawy ischiasu, zaczątki podagry i dość naganny stan całej muskulatury. W naszej rozmowie nastąpiła mała przerwa, gdy doktor znowu mył sobie ręce.

Zgodnie z oczekiwaniami w tym momencie nastąpił zwrot, opuściliśmy teren neutralny, mój partner przeszedł do ofensywy, zadając ostrożnie zaakcentowane, pozornie niedbałe pytanie: „Nie sądzi pan, że pańskie dolegliwości mogą mieć po części przyczyny psychiczne?”. A więc tak, moje oczekiwania, moje przeczucia sprawdziły się. Obiektywny stan rzeczy nie tłumaczył bez reszty nakładu cierpień, zachodziła podejrzana nadwyżka wrażliwości, moja subiektywna reakcja na bóle podagryczne nie odpowiadała przewidzianej normie, rozpoznano we mnie neurotyka. A zatem do boju!

Równie ostrożnie, równie niejako mimochodem oświadczyłem, że nie wierzę w cierpienia i stany „o podłożu psychicznym”, że w mojej osobistej biologii i mitologii „psychika” nie jest czynnikiem ubocznym obok fizyczności, ale władzą nadrzędną, że zatem samopoczucie, wszelkie doznania przyjemności i bólu, także wszelkie choroby, wszelkie nieszczęśliwe wypadki i śmierć wywodzę z duszy. Jeżeli w stawach palców zaczynają mi się tworzyć podagryczne węzły, to jest to plastyczna manifestacja mojej duszy, dostojnej zasady życiowej, tkwiącego we mnie id. Cierpienie duszy może się wyrażać rozmaicie, u jednego przybiera formę kwasu moczowego i szykuje zniszczenie jaźni, u innego tę samą funkcję spełni jako głód alkoholowy, u trzeciego zaś zagęści się w kruszynę ołowiu, która nagle wtargnie do jego czaszki. Przyznałem zarazem, że zakres możliwości niosącego pomoc lekarza w większości przypadków musi ograniczać się do wykrycia zmian materialnych, czyli wtórnych, i zwalczania ich takoż materialnymi środkami.

Również teraz liczyłem się z tym, że lekarz zostawi mnie na lodzie. Nie powie wprawdzie: „Szanowny panie, wygaduje pan głupstwa”, ale może z uśmiechem o numer zbyt wyrozumiałym przytaknie, rzuci banalne zdanko o wpływie nastrojów, zwłaszcza na duszę artystyczną, ponadto może jeszcze sięgnie po fatalne słówko „imponderabilia”. Słowo to jest kamieniem probierczym, czułą wagą kryteriów duchowych, które przeciętny uczony już same w sobie zowie „imponderabilnymi”, czyli nieuchwytnymi. Do tego poręcznego słówka ucieka się zawsze wówczas, gdy chodzi o określenie i opisanie tych przejawów życia, dla których dostępnej materialnej aparaturze pomiarowej nie dostaje precyzji, a mówiącemu dobrej woli i wrażliwości. Przyrodoznawca wie na ogół niewiele, między innymi nie wie, że właśnie ze względu na te ulotne, ruchome wartości, które zowie „nieuchwytnymi”, w innej sferze wykształcono znakomite metody pomiaru i wyrazu, że zarówno Tomasz z Akwinu, jak Mozart, każdy w swoim języku, nie robili nic innego, tylko z niebywałą precyzją ważyli te tak zwane imponderabilia. Czy mogłem od uzdrowiskowego lekarza, choćby nawet był w swej dziedzinie feniksem, oczekiwać tej czułej wiedzy? Ale cóż, właśnie tego mimo wszystko oczekiwałem i o dziwo nie doznałem rozczarowania. Spotkałem się ze zrozumieniem. Ten człowiek zorientował się, że w mojej osobie nie styka się z obcą dogmatyką, ale z grą, sztuką, muzyką, gdzie nie można już mieć racji ani się o nią spierać, tylko poddać się rytmowi albo odpaść. Lekarz nie odpadł, spotkałem się ze zrozumieniem i uznaniem, nie iżby uznano moją rację, bo też nie chciałem jej mieć – zaakceptowano mnie jako poszukującego, myślącego, jako partnera z przeciwległego bieguna, jako kolegę z innego, odległego, ale mającego swoje prawa fakultetu. Teraz mój dobry humor, spotęgowany już po otrzymaniu doskonałej cenzurki za ciśnienie i oddech, sięgnął szczytów. Niech się dzieje co chce z deszczem, ischiasem, kuracją – nie byłem wydany na pastwę barbarzyńcy, miałem przed sobą człowieka, kolegę, mężczyznę o elastycznej, subtelnej umysłowości! Nie, nie liczyłem na to, że będę z nim wiódł częste i długie rozmowy, roztrząsał problemy. Nie, to wcale nie było konieczne, choć miłe jako możliwość; wystarczało mi, że człowiek, któremu na jakiś czas pozwalam sobą rządzić i którego muszę obdarzyć zaufaniem, posiadał w moich oczach świadectwo ludzkiej dojrzałości. Nawet jeżeli doktor uważa mnie dziś za wprawdzie duchowo rozgarniętego, ale niestety z lekka neurotycznego pacjenta, nadejdzie może godzina, kiedy dotrze również do wyższych pięter mego domostwa, gdzie moja głęboka wiara i najgłębsza filozofia rozpoczną zabawę i walkę z jego wiarą i filozofią. Może wówczas i moja teoria neurozy, oparta na Nietzschem i Hamsunie, postąpi krok dalej. Ale wszystko jedno, to nie takie ważne. Traktować charakter neurotyczny nie jako chorobę, ale jako wprawdzie bolesny, lecz w najwyższym stopniu pozytywny proces sublimacji – to piękna myśl. Ważniejsze jest jednak żyć tą myślą, niż ją formułować.