Panicz

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Helena Mniszkówna

Panicz

Warszawa 2016

Saga

Panicz

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1912, 2020 Helena Mniszkówna i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726426595

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Część pierwsza

Rozdział I

Ryszard Denhoff stał na ganku swego domu w Wodzewie i patrzył jak pakowano kufry na wielkie furgony wysłane słomą. Czoło młodego obywatela pokryte było rzewną zadumą. Słyszał dokoła siebie nieustanny gwar, niby kołatanie młyna, urozmaicony często silniejszym odgłosem jakiegoś wołania, głośnego krzyku, nawet płaczu.

Widział pełno ludzkich postaci, niosących na wozy co raz nowe paki i kosze. Ktoś tubalnym głosem wydawał rozporządzenia, ktoś wołał na konie; skrzypiały osie ruszających, naładowanych fur, szczekały psy.

Młody Denhoff oparty niedbale o filar ganku, ocienionego bujnymi kędziorami dzikich winogron, trwał w półśnie zarazem rozkosznym i dziwnym.

Był oto świeżym właścicielem Wodzewa, on jeszcze niepełnoletni, bo musiał czekać parę miesięcy dla podpisania aktu kupna. On, marzyciel, idealista, trochę łobuz i hulaka jest ziemianinem, i to piękne, urocze Wodzewo należy do niego.

Zdobył je, bez trudu wprawdzie, bo od tego były kapitały, ale zakochawszy się w nim przedtem, jak w pięknej kobiecie. Odczuwał zadowolenie bez granic i taki gwałtowny krzyk rozkoszy w piersi, że zdawał się wołać, Hosanna! do niebios, do samego Boga. Widział przed sobą bezmiar wspaniałych horyzontów; szał wdzięczności dla całego świata za otrzymanie tego kawałka ziemi rozsadzał mu serce, które biło mocnym pulsem i rosło w olbrzyma.

Przycisnąłby wszystkich i wszystko do swej wątłej piersi i całowałby i tulił całą ziemię.

Ale wyjazd z rodziną jego poprzednika, zgiełk, wrzawa, głośne pożegnania przygnębiły młodzieńca.

Nie lubił wszelkich wyjazdów, czułych scen pożegnalnych bał się instynktownie, bo zbyt słabe miał nerwy i przeczuloną wrażliwość.

Tu zaś sceny podobne właśnie się odgrywały.

Służba dworska i chłopi żegnali dawnego dziedzica płacząc i wyrzekając na przemiany. Mijając ganek, ludzie ci patrzyli z pewnym lękiem na nowego pana, który „jakości po zagranicznemu wygląda i z niemiecka się nazywa”. Ale pomimo tych nieufnych spojrzeń pokornie całowano go w ręce, zginając karki przed jego smukłą postacią i wielkim brylantem na palcu. Denhoff przyjmował hołdy z przyjemnością, bolały go natomiast mniej przychylne spojrzenia, ale udawał, że ich nie widzi.

Ostatni wóz odjechał sprzed ganku i jednocześnie rozległo się wołanie silnym basem:

– Mateusz, zajeżdżaj!

Ryszard zadrżał. Nieprzyjemne uczucie trąciło go brutalnie powodując nagły żal.

– Już odjeżdżają...

Odstąpił od filara i patrzył na toczący się powóz, ciągnięty przez czwórkę kasztanowatych koni.

– I to już moje – przemknęła myśl szybka, jakby uśmiechnięta. Bystrym okiem obrzucił sylwetkę stangreta.

– Zmienię liberię! Wiecznie te granatowe kapoty i guzy. Nagle drgnął i skrzywił się z niesmakiem. Palcami zacisnął uszy, jakby go zabolało w bębenkach.

– Przestaniesz ty z bata strzelać, już ja cię oduczę parafiaństwa – mruknął zły, zjadliwe spojrzenie rzucając stangretowi.

Nastąpił wyjazd. Denhoff rozczulił się żegnając swych poprzedników. Usadawiał i ściskał dzieci, całował z wylewnością ręce pani, z panem cmokali się w powietrzu. Ogarniał go żal i niepokój.

Ryszard zląkł się swego Wodzewa i nowej roli.

– Mogliby też państwo jeszcze nie odjeżdżać!

– A cóżbyśmy tu robili? Pan jest właścicielem i założy dom.

– Jaki tam dom! Co ja tu sam poradzę?...

– Będzie pan bujał po świecie, a na odpoczynek tu przyjeżdżał. Przecie na klombie stoi napis dywanowy „Mon repos”, jako godło Wodzewa – żartował były obywatel.

Denhoff popatrzył na dywanowy klomb, już jego gustem zasadzony i na napis francuski na froncie.

– Czy oni z tego kpią? – pomyślał. Ale dłużej się nad tym nie zastanawiał. Lubił tych ludzi, szanował i szczerze był zmartwiony ich odjazdem.

Gdy powóz ruszył, Denhoff zapominając o powadze nowego dziedzica, wskoczył na stopień ekwipażu i dojechał tak aż za bramę.

– Do widzenia! nie zapominajcie państwo o mnie, pustelniku.

– Do widzenia! Do widzenia!

Znowu junackie palnięcie z bata, bolesny skurcz na twarzy Denhoffa, i rozstali się.

Młodziutki obywatel powrócił do domu prędkim krokiem, gorączkowo. Chciałby dziś, zaraz, całe Wodzewo przekształcić wedle swego gustu. Po drodze zauważył, że kłaniano mu się już inaczej, niż przed wyjazdem poprzednika, coś niewolniczego było w tych ukłonach dworskiej służby i włościan.

Wszedł do domu. Pustka przykra wionęła nań z ogołoconych pokoi. Podłogi zasypywały resztki słomy, trociny i pomięte papiery. Tapety na ścianach wypłowiałe, miejscami pozdzierane, pełne haków i ćwieków osnutych nitkami pajęczyn. Bezład szczerzył tu zęby na każdym kroku i zniechęcony Denhoff obszedł wszystkie pokoje i uczuł straszliwe zgnębienie, ręce mu opadły ze znużenia, które nagle nim zawładnęło.

– Ucieknę stąd, nie wytrwam!

Ciepły, słodki ton słowiczy wpłynął przez otwarte okna i miękko otulił stargane nerwy Ryszarda.

Podsunął się bliżej śpiewaka i oparty o futrynę okna wbił oczy w gąszcz parkową. Burzyło się tam wszystko majem. Maj młody, uśmiechnięty wyglądał z obfitych koron brzóz, maj gładził potężne świerki, obsypywał je seledynowymi szyszkami; maj panoszył się na dębach, pływał po aksamitnych trawnikach, wlewał swe natchnienie w kiście białych i liliowych bzów: pachniało i kipiało majem. Tuż pod oknem kwitły smukłe irysy, białe lilie kołysały się rozkosznie, siejąc dokoła cudną woń własnych ciał, pochylały senne głowy, jakby w upojeniu zmysłowym, czołgały się po rabatach gwiazdki stokroci. A słowik w brzozie jasnej, o rozplecionych dziewiczo warkoczach, nucił pieśń wieczystą i wpijał się nią w serce Ryszarda i rozszerzał je, i złocił. Młodzieniec zasłuchany w pogwarę majową, odbijał nieco od swego tła. Z jednej strony bujna, urocza natura, zupełnie swojska, z drugiej pustka, ruina mieszkaniowa chłodna, szydercza. I on. Sylwetka wysoka, smukła, komfort bijący z każdego szczegółu ubrania, szkła na oczach i odrębny jakiś rys całości, przypominający raczej turystów zadumanych nad Lago Maggiore. Był tu postacią niespodziewaną.

Ale wewnętrzną naturą zbliżał się do swych ram. Nie tęsknił za szumem fal obcych jezior – upajał się szelestem brzóz; nie nęciła go woń magnolii – pieściwie wchłaniał w nozdrza zapach lilii i narcyzów.

Był cudzoziemcem z powierzchowności i z nazwiska, Polakiem – w duszy. Uwagę jego zwrócił ostry skrzyp uginającej się podłogi i charakterystycznie zaczepne kaszlnięcie.

Spojrzał za siebie. Pokojówka Anulka zamiatała podłogę. Energicznie stąpając i operując szczotką wyraźnie udawała kaszel, patrząc spod rzęs na nowego pana.

Denhoff złapał właśnie to spojrzenie i wywołał nowy paroksyzm krztuszenia się, bardzo sprytny.

Przymrużył oczy.

– Ach, to ta cnota! pobożna Anula.

Zapewnienia byłej właścicielki Wodzewa o zakonnych instynktach pokojówki, wydawały się Ryszardowi nieco podejrzane.

– Wcale ładna!

Patrzał na nią i cieszył się jej zmieszaniem, przeczuwając komedię. Zauważył i pewną dekorację: biały, nakrochmalony fartuszek, błękitna wstążczyna na szyi i żółte kwiatki we włosach. Tego przedtem nie widział.

– Hm, Nous verrons!

– Kucharka się pyta, czy jaśnie pan będzie obiadował?...

– A ty będziesz usługiwała?

– Juści.

– No, to podawajcie.

– Ale! Obiadu nie ma jesce, ino tsa zadysponować.

– Voilà! – Cóż wy myślicie, że ja będę bez obiadu? Dziewczyna zachichotała.

– Ii... nie! Tyło dotąd dziedzicka dysponowali, a tera musi jaśnie pan sam.

– Powiedz kucharce, niech sobie gotuje co chce i dajcie mnie święty spokój. Wyszedł z domu i wsiąknął w rozmajony park.

Otwierały się przed nim głębie zielone, pachnący oddech ziemi plądrował wśród drzew i osnuwał je miłośnie. Czeremchy osypane kwieciem pochylały strojne gałęzie do rozwiniętych bzów, szemrząc zalotną gwarą młodości i piękna.

Denhoff stanął nad głębokim wąwozem kończącym park. Szeroka szczelina ziemi rozszerzała się w tym miejscu tworząc pyszny parów, zalany niby białą rzeką, kwiatami tarniny. Tłoczyły się tu karłowate czeremchy i wielkie kępy paproci. Środkiem płynął strumyk cienką taśmą wody, poskręcanej w węzły i żywiołowo wspinał się na kamieniach. Dzikie wiśnie w niepokalanej bieli swych welonów, stojąc na krawędzi wąwozu, zaglądały ciekawie w jego głąb, gdzie plątało się z sobą mnóstwo roślin; pnącze chmielowe szorstkimi ramionami dławiły biały powój, ten owijał się dokoła zaborczych mięśni chmielu i łagodził jego ostrość. Walka trwała. Żyzność gruntu w parowie buchała rzutkim płomieniem rostu, jakby gwałtem chcąc dorównać wysokością tworzyw – drzewom parkowym.

Ryszard oparł się bokiem o olbrzymią sosnę, której korona sięgała niemal chmur, korzenie zaś jedną połową wżarte mocno w twardy grunt, drugą wysunęły na zewnątrz, ogromne, rozczapierzone niby tytaniczne pałce, chciwe i okrutne. Te szpony wystające nad krawędzią wąwozu miały wygląd drapieżny, jakby chciały dosięgać przeciwnego brzegu i podsunąć go pod siebie.

 

Sosnę tę Ryszard nazwał głowonogiem i po przyjeździe do Wodzewa, już jako właściciel, zawiesił na złotorudej olbrzymce obrazek Bogarodzicy.

Teraz patrzył na okolicę skąpaną w słońcu, lubował się widokiem okopów z czasów szwedzkich, rozciągniętych szeroko poza parowem. Ten wąwóz był zapewne starożytną fosą otaczającą obozowisko.

– Jak ja się tu okopię w moim Wodzowie? i... czy na długie panowanie? – myślał tęsknie. Gdzieś, z łąk oddalonych doleciał dźwięk fujarki; piskliwie ale umiejętnie biegł po ukwieconych tarniną wzgórzach, łechtał przyjemnie świeżą zieleń i kwiaty. Był dopełnieniem akordu bezbrzeżnej roztoczy majowej, której brakło tylko muzyki.

Powódź wrażeń uczuciowych, jakby lubieżnych runęła na duszę Denhoffa. Przygarnął się całym ciałem do pnia sosny, objął ją ramionami i wyszeptał do jej łona:

– Chcę tu pozostać i... trwać.

Rozdział II

Wodzewo zaczęło się odnawiać. Dwór pełen był majstrów i robotników. Na zewnątrz pracowano również. Z salonu wycięto drzwi na taras terakotowy, budowano werandy, nad oknami żaluzje, balkony. Ogrodnik wykonywał ściśle plany rysowane przez Denhoffa, a naśladujące wzory zagraniczne.

Wodzewo zmieniło powłokę swojską, wionął obcy podmuch i dworek szlachecki przerabiał na magnacką rezydencję.

Młody właściciel rzucał pieniędzmi, jakby czerpał złoto z nieprzebranej cysterny.

Wieść o jego hojności szybko rozniosła się po okolicy, wywołując różne echa, nawet wśród inteligencji weszła w przysłowie:

„Rozrzutny jak Denhoff”.

Robotnicy i klasa rzemieślnicza mówiła:

„Bogaty burżuj ale hojny, słono płaci a mało się zna”. Chłopi zaś opiniowali na swój sposób:

„Bogacz! ino nie na długo; trza ciągnąć pokąd się nie zmiarkuje, abo go insze dwory zbuntują”.

Toteż Wodzewo pełne było zawsze ludzi chętnych na wszelkie polecenia i usłużnych. Odgadywano myśli Denhoffa. On chodził i rozkazywał niby udzielny książę.

Tytuły „jaśnie panie”, „jaśnie wielmożny dziedzicu” sypały się gęsto, wiedziano bowiem, że pan to lubi.

Ryszard w chwilach wolnych od rysowania planów i pisania listów z różnymi obstalunkami, wyliczał okoliczne domy obywatelskie, z krótką biografią każdego z nich i zastanawiał się, w których bywać, które zaś omijać.

Więc: Worczyn – starzy Turscy i córka Irena; panna już po dwudziestce. Hm! Dwór duży, rodzina bardzo dobra; w okolicy – prymusy.

– Będę bywał!

Turów – rodzinne gniazdo Turskich, właścicielem jest młody Marian Turski, brat panny Ireny. Ach! Ona podobno malarka. A ten Maryś, mówią, że wielki demokrata, może nawet dziwak, to nie szkodzi. Zatem i tam będę.

– Dalej: Zapędy – Korzyckich.

O tak! Dom na stopie wielkopańskiej, rezydencja pyszna, hucznie i dworno. Głośne polowania, bale, zima w Warszawie, lub zagranicą. Mówią tam coś na nich... hm! bardzo niepochlebnie. Pewno zawiść! Ale jest córka, panna piękna i posażna. Starsza wyszła za hrabiego.

– Dalej: Połowice – Tulicka stara i nieponętna, podobno Herod-baba. No, ale i to arystokracja. Będę.

– Tyle mego – dziwaczny majątek i ten Paszowski, stary wiarus, zacofaniec! Ale bywa wszędzie.

– Eh! Ominę.

– Chodzyń – Bronisław Perzyński. Obraca się wśród arystokracji, bogaty, niezbyt lubiany.

– Zobaczymy!

Jeszcze kilka mniejszych domów Denhoff uznał za niewarte wzmianki. Postanowił być najpierw w Worczynie.

– Lubię patriarchalność, nie zawsze, czasami. To ma pewien smak feudalny.

– Jadę, dziś, zaraz.

Wydał polecenie furmanowi, sam zaczął się ubierać z wielką starannością. Nie dla panny Ireny, broń Boże! Ale trzeba być zawsze gentlemanem i correct.

W odkrytym powozie, zaprzężonym w czwórkę pięknych anglików, jechał Denhoff uśmiechnięty, lubując się miękkim kołysaniem kół na gumach i widokiem świetnie ubranego stangreta. Rozglądał się wesoło po malowniczej okolicy, snuł szerokie projekty, na podkładzie jednego pewnika.

– Będę tu pierwszym, bo oni wszyscy cóż tam takiego! Szlachta! Denhoffowie pochodzą z baronów. Czemu się nie legitymowali, nie pojmuję, zatracili tytuł. W każdym razie będę tu – „lumen in coelo”.

Doznał błogiego uczucia wyższości, pewną rozkosz w żyłach, pochodzącą z pogłaskania ambicji.

Spostrzegł jeźdźca naprzeciw.

– Kto to jedzie? – spytał.

– Młody pan z Turowa – odrzekł furman.

Denhoff rozparł się okazale na poduszkach powozu, poprawił binokle, przybrał minę pompatycznego lorda. Jechali krokiem z powodu wyboistej drogi.

Turski pohamował wierzchowca; z kłusa przeszedł w stępa. Z wysokości rosłego gniadosza, w ładnym rynsztunku, spojrzały na Denhoffa ciemnoszare oczy spod równych łuków brwi, patrzące śmiało, trochę drwiąco. Szczupła twarz młodzieńca o rysach szlachetnych, usta nieco swawolne, lśniące spod zgrabnych wąsów, miały w sobie rasę aż wybitną, rasę cechującą dobry ród i kulturę. Spojrzeli sobie z Denhoffem oko w oko. Młody dziedzic starego polskiego nazwiska i starej siedziby po ojcach, z młodym dziedzicem nowej fortuny i obcego miana. Ta jakby typowo polska, rycerska brawura z luksusem w stylu moderne. Minęli się.

Denhoff uczuł nagłe opadnięcie o kilka stopni ze swych ambitnych wyżyn, niezbyt miłe. Przed chwilą sformułowane pojęcie Q swym stanowisku „lumen in coelo” wydało mu się teraz przedwczesnym. Miał wrażenie szczupaka, który wpływając do sadzawki, w jego mniemaniu napełnionej samymi płotkami spostrzega w niej nagle – złotego karpia.

– Ależ ten Maryś! Nie wygląda na demokratę. Rasowiec.

Turski minąwszy powóz, krócej wyraził swe spostrzeżenia. Podniósł trochę usta do nosa z drwiącym uśmieszkiem i szepnął bez komentarzy:

– Panicz!

Pokłusował ostro, po czym zaśmiał się:

– Ciekaw jestem jak go ochrzci Paszowski?

I przestał myśleć o Denhoffie.

Ten zaś wjeżdżał już w bramę worczyńskiego dworu.

Rozdział III

W salonie Denhoff był trochę skrępowany. Poważna postać pana Turskiego na razie go onieśmielała. Siwa, czcigodna głowa o przenikliwych oczach, dystynkcja, wyrażająca się w każdym ruchu obywatela, nadawała typ całemu domowi. Nastrój panował istotnie patriarchalny, ciężki dla ludzi z luźniejszego świata. Denhoff odczuwał przymus i etykietę, lecz i pewien rys staroszlachecki, bezpretensjonalny. To robiło wyborne wrażenie. Ryszard widział, że go tu uważają za obcego i samemu było mu obco.

Rozmowa toczyła się zwyczajna, jednak na razie jedyna pani Turska, kobieta względnie młoda, wybornie wychowana, umiała podsycać do nieustającej konwersacji. Pomimo to Denhoff ożywił się dopiero wtedy, gdy do salonu weszła panna Irena. Wysoka i szczupła, zgrabnie kierowała swą figurą w czarnej batystowej sukni. Ryszard po przywitaniu uważnie ją śledził. Podobała mu się jej cera świeża, wyraźne ciemne oczy i kasztanowate włosy, upięte skromnie lecz bujnie. Do brata Marysia podobną była z oczu i z pąsowych soczystych ust. Ruchy miała spokojne ale żywe, całe ułożenie wytworne. Od razu w poważny ton rozmowy wprowadziła weselszy błysk, dość swobodny.

– Pan podobno przewrócił Wodzewo do góry nogami? Ciekawam jak ono teraz wygląda w tej... nowoczesnej szacie.

– Bardzo dobrze, zapewniam panią. Wodzewo samo przez się jest piękne, lecz wymagało...

– Wieży Babel. Czy tak?...

– Ach! pani jest złośliwą. Nie, wymagało kultury.

– No, dotychczas pan dom cywilizuje, podobno ósmy cud świata pan stwarza? Tarasy, style, awantury...

– Tak, każdy pokój urządzam w odmiennym stylu.

– To wyjdzie pstrokacizna.

– Pochlebiam sobie, że mam trochę gustu.

– Och nie wątpię. Tylko żeby pan na Wodzewie nie wyszedł tak, jak jeden pan na pantoflach, na których zbankrutował.

– Jakim sposobem? Nie wiedziałem, że można zbankrutować na pantoflach.

– Pan myślał, że tylko na pantofelkach? – uśmiechnęła się zabawnie panna Irena. Opowiem panu tę historię jako ostrzeżenie.

– Proszę.

– Otóż było tak. Jeden ktoś kupił sobie piękne tureckie pantofle i cieszył się dopóki nie spostrzegł, że pantofle nic nie znaczą bez odpowiedniego szlafroka i szlafmycy. Kupił zatem i jedno, i drugie. Ale dla dopełnienia stroju okazał się koniecznym turecki cybuch, potem piękna otomana. I tego za mało! Jako tło dla otomany urządził cały turecki gabinet, dla gabinetu zbudował pałac, potem parki, ogrody, kioski, aż go nareszcie zlicytowali. Zbankrutował! Oczywiście za przyczyną pantofli.

Denhoff złożył pobożnie ręce i wzniósł oczy w górę.

– Jakie to szczęście, że ja pantofli nie noszę.

– Tak, to jedynie pana ratuje. Zaśmiali się oboje.

– Nie opowiadaj, Iro, panu Denhoffowi tak smutnych historii, na początku jego działań obywatelskich – rzekła pani Turska.

Ryszard spojrzał podejrzliwie, zdawało mu się, że pochwycił w tych słowach ironię. Ale od razu zmienił zdanie. Pani Turska do ironii zdolną nie była.

Po kawie, panna Ira zaproponowała spacer. Poszli oboje do ogrodu. Denhoff podziwiał kwiaty i urządzenia kwietników.

– To pewno pani zasługa?

– O nie panie! Ja jestem skończony próżniak. Jeszcze pan o tym nie słyszał! To dziwne! Ludzie się mną niesłychanie interesują.

– Wiem o tym.

Spojrzała na niego ciekawie.

– Co panu o mnie mówili?

– Ze pani jest marzycielką, trochę pesymistką i... że pani maluje. Irena poczerwieniała jak krew.

– A tak, trochę peckam. Pewno i panu w ten sam sposób określili moją... manię?

– Przeciwnie! Cóż znowu! Słyszałem, że pani ma zdolności.

– Nikt o tym jeszcze wiedzieć nie może – odrzekła niecierpliwie.

Szli w ciemnej lipowej alei, owiani miodowym zapachem i ciepłem słońca. Denhoff głęboko odczuwał wpływ natury, która do żył wlewała mu zawsze jakby odurzającego wina. Drażniło go również milczenie Ireny. Szła ze spuszczoną głową. Zamyślona, zdająca się zapominać o swym towarzyszu. Denhoff badał ją ukradkiem: czy to poza, czy też ona rzeczywiście nic sobie z niego nie robi.

– Zdaje się że tak. A to oryginalna panna! Sam zaczął mówić. Z początku o Wodzewie, potem o zagranicy. Poetyzował, mówił, jakby dla siebie, rozmarzał się. Nagle Irena stanęła, spojrzała mu prosto w oczy.

– Czy pan długo będzie popasał w Wodzewie?...

– Popasał? Dlaczego pani tak mówi? Ja chcę tu pozostać zawsze.

– Wątpię!... Przepraszam pana za otwartość. Ja nie wydaję wyroków ze stanowiska praktycznego, to czynią inni. Po prostu zdaje mi się, że tacy ludzie jak pan potrafią coś bardzo ukochać, ideowo, ale nie zdołają tego przy sobie zatrzymać i... à la longue muszą się z tym rozstać. Przyczyną bywa albo złe fatum, albo własna wina. Latanie bowiem po obłokach zmusza do oderwania stóp od ziemi, wówczas się ona wymyka.

– Ja sądzę, że można połączyć jedno z drugim.

– Nie bardzo! Nie posiadamy geniuszów, którzy by mózgiem przebywali w Ikarii, rękoma zaś dzierżyli rzeczywistość.

– Jeśli jednak jest ona ukochaniem?...

– Eh! Kiedy podobno sama miłość w tym wypadku niewiele znaczy, trzeba siły.

– Właśnie uczucie ją daje.

– Siła uczuciowa i siła życiowa – to rzeczy różne. Denhoff był przygnębiony.

– Pani Turska słuszną zrobiła uwagę. Pani mnie zasmuca i to na początku.

– Nie chcę pana martwić, bo zresztą może się mylę. Ale sądzę po sobie; ja także bujam i dlatego, widzi pan, jestem próżniak.

– To pokaże czas, przyszłe płótna pani pędzla. Szarpnęła się niechętnie.

– Niech mi pan o malarstwie nie mówi. Proszę.

– Dlaczego to panią tak drażni?

– Bo to są zaledwie moje próby; ludzie, się ż tego śmieją. Nie chcę rozgłaszania.

Na zakręcie alei spotkali Marysia z drugim młodzieńcem, w mundurze niemieckiego studenta.

– Mój brat, pan Mieczysław Korzycki, pan Denhoff – przedstawiła Ira. Panowie zamienili z sobą sztywne ukłony.

– Ja pana miałem już przyjemność spotkać, podczas jego konnej wycieczki – rzekł Denhoff do Marysia.

– A tak! Jechałem właśnie do Zapędów!

– Jakże majówka, organizuje się? – spytała Ira.

– Zapowiada się świetnie. Czekamy tylko na przyjazd panien Zborskich – odrzekł Korzycki.

– Dorcia i Joasia będą już za parę dni w Worczynie. Przybywa nam również nowy partner w panu Denhoffie. Czy pan umie tańczyć?...

 

– Owszem pani. Ja jestem do tańca i do różańca.

– No, na bogobojnego pan nie wygląda.

– Ehe! Różne bywają różańce. Prawda panie Denhoff? My się rozumiemy! – śmiał się Korzycki.

– A pan na jakich lubi się modlić?... – spytał Ryszard zarażony wesołością.

– Panu Mieciowi papa każe na sandałowych, ale mu to nie dogadza. Szuka innych – żartował Maryś.

– Tak! Dopiero szukam. Nawet już jestem na tropie.

– Można by myśleć, że pan mówi o cyrance, a to zdaje się o Joasi, vel Kuli.

– Ach! Zdradzono mnie!

Ira zwróciła się do Ryszarda:

– Kulą nazywamy młodszą Zborską, z powodu jej tuszy. To są moje siostry cioteczne. Pozna je pan i...

– I co? Niech pani skończy.

– I zakocha się pan.

– Doprawdy? W pannie Kuli?

– Nie, ale w Dorci.

– Ja jestem niesłychanie odporny, proszę pani. Rozmawiając z sobą Ira i Ryszard poszli naprzód. Korzycki spytał Marysia:

– Jak się panu podoba Denhoff?

– Denhoff? bo ja wiem! Jak dotąd jest to tylko obrazek bez podpisu, tłumaczyć się zaś może mylnie. To lekkie pióro, nie stalowe, jaki po sobie zostawi rękopis, jeszcze nie można przesądzać. Prolog już nieciekawy.

– Dlaczego? Właśnie wprowadza kulturę w miejscowe zacofanie.

– Ja to inaczej rozumiem. Kultura nie polega na meblowaniu domu, ani na sypaniu pieniędzmi dla fanfaronady. Denhoff robi wrażenie sympatyczne, tylko trochę bufon. Może się ustatkuje, byle nie za późno.

– My go weźmiemy na naukę. Co? Maryś parsknął śmiechem.

– A to paradne? Denhoffa na naukę! Ależ on już wykwalifikowany w pewnych branżach życiowych. Nie jest pełnoletni, ale ma przeszłość. Hulał chłopaczek! Zna równie dobrze kulisy jak i ładne buduarki. Była tam podobno jakaś baletniczka, potem dla niej jakaś sumka, dość pokaźna. No, ale to rzecz zwykła. Ja, gdybym miał tyle pieniędzy co on i tak pobłażliwych opiekunów, nie byłbym lepszym.

Miecio skrzywił się zabawnie.

– Ani ja również. Pamięta pan wrocławskie czasy i rudą Klärchen? Uha!

– Ładna była bestia! – cmoknął Maryś i oczy mu błysnęły.

– Pani Ama do niej podobna, prawda? Ten sam temperament i zęby, tylko że brunetka.

– Daj pan spokój!

Zbliżali się do werandy. Ryszard żegnał Turskich. Swobodny, wesoły, mniej obcy niż przedtem. Stary Turski coś mu tłumaczył z przychylnym i rozbrojonym wyrazem twarzy. Panna Irena klepała dłonią lejcowe konie czwórki wodzewskiej. Widocznie usposobienie względem Denhoffa podniosło się z zera do paru stopni sympatii. Zauważył to pierwszy Maryś:

– Oho! Już ojciec i Denhoff rozkrochmalili się. To wpływy Iry. Ona ma bajeczne zdolności przełamywania lodów.

– Ale Denhoff się panną Irą zainteresował – rzekł Miecio. Widzi pan, jak ku niej dyskretnie strzyże oczyma dysputując z panem Turskim. Panna Ira także rozpromieniona.

Maryś zrobił minę niezadowoloną.

– Ej nie! Denhoff nie jest jej typem, ani prawdopodobnie ona jego. Tylko widocznie odczuli w sobie pewne pokrewieństwo natur: oboje pełni fantazji i marzeń o niebieskich migdałach. Zresztą Ira lubi takie zagraniczne modele.

– Nasza Maryla zginęła! Ona za takimi przepada – zauważyć Korzycki.

Młody Turski zmarszczył brwi, twarz mu się skurczyła nieprzyjemnie. Nic nie odpowiedział i przyśpieszył kroku.

Po odjeździe Ryszarda, Maryś błąkał się niepewnie. Nurtowała go uparta myśl rzucona przez Miecia. Denhoff i Maryla...

– Ha! To możliwe! Korzyccy i Denhoff to jakby z jednej gliny, według nich, z sewrskiej porcelany. No, ten jeszcze niewyraźny, nie wiem. Ale stary Korzycki i jego Gustaw to przecie fajans pochlapany obcą farbą. Czyżby i Maryla?...

Maryś był niespokojny, rozmyślał, drażnił się, wreszcie zawołał sam do siebie:

– Oddam temu paniczowi Amę, łakomy kąsek, ale się go wyrzeknę za cenę... mojej Maryli.