Zagubieni w NeapoluTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zagubieni w Neapolu
Zagubieni w Neapolu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,90  59,12 
Zagubieni w Neapolu
Zagubieni w Neapolu
Audiobook
37,90  31,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Dwa dni później w pobliżu uniwersytetu wpadłam na Pietro, który bez wielkich ceregieli zaprosił mnie na popołudniową kawę do domu, w którym mieszkał z bratem. Zasugerował, żebym przyszła koło czwartej i nagryzmolił mi na kawałku papieru adres „Via De Deo 33 Iannace”. Jak się wydawało, to miejsce znajdowało się w Quartieri Spagnoli ledwie cztery czy pięć przecznic od mojego mieszkania.

Kiedy jednak tam szłam, zgubiłam się, dokładnie tak, jak chciały tego ulice ułożone w kratkę, już w samej swojej koncepcji pomyślane jak wojskowe koszary. Uliczne bary i stragany z owocami były prawie jednakowe, a budki z jajkami albo papierosami z przemytu ustawione na każdym rogu służyły temu, by zrobić z tej siatki ulic grę lustrzanych odbić i wykluczyć każdego, kto obcy, a chronić tego, kto swój.

Żeby poradzić sobie z tym problemem, nauczyłam się na pamięć tras prowadzących przez dzielnicę. Na przykład, aby od bramy mojego domu dotrzeć na uczelnię, skręcam w lewo, potem znów w lewo, następnie w prawo, potem idę prosto, omijając kałuże pod miskami, w których trzymane są ośmiornice i małże, aż do miejsca, gdzie ulica w końcu wypuści mnie z Quartieri Spagnoli na główną drogę, via Roma. Prowadzona pamięcią motoryczną, szłam jak linoskoczek po linii, którą można było wyznaczyć między antenami i suszącą się bielizną, smogiem i krzykami, tak, bym mogła tędy przejść nietknięta, a nawet całkowicie bezpieczna. Dzielnica nie pozwalała się podbić, ale dzięki tym spacerom miałam wewnętrzną kontrolę konieczną do przemierzania jej nawet z zamkniętymi oczami. Via De Deo nie leżała jednak na żadnym z moich szlaków. Trzymałam ściśniętą torbę z książkami, patrząc od czasu do czasu na tabliczki z nazwami ulic.

— Ej ty, wykałaczka!

Zastygłam i spojrzałam na dziewczynkę ośmio-, może dziewięcioletnią, gotową do awantury. Trudno było zorientować się, co myślą ludzie stąd o nas, studentach. Mówiło się, że starają się trzymać nas z dala od gangsterskich spraw, ale kto wie? Niekiedy wydawali się zaciekawieni, czasami agresywni. Większość czasu patrzyli na nas z tym samym wyrazem twarzy, z jakim patrzy się na bezpańskie psy w dzielnicy, z wyrazem zmartwienia niepozbawionego czułości. Trzymali nas na dystans.

Dziewczynka odpuściła, więc przeszłam dalej. Kątem oka zobaczyłam coś czarno-białego przemykającego zaułkami, co zniknęło w drzwiach jakiegoś „basso”. To była koza, byłam tego prawie pewna. I wydawało mi się, że zobaczyłam już wszystko, co było do zobaczenia w Quartieri, w tym białego królika moszczącego się na legowisku na stosie drewna pod piecem w pizzerii. Koza wydała mi się dobrym znakiem, więc szybko weszłam w zaułek, w którym zniknęła.

Śmierdziało jak na farmie, ale nigdzie nie zauważyłam kozy. Mieszkańcy śledzili mnie ponurymi spojrzeniami, stojąc w drzwiach domków. Wbijałam wzrok w wulkaniczne płyty chodnika, ale strach zaczynał już chwytać się moich zagubionych stóp swoimi małymi, zdesperowanymi pazurkami.

Skręciłam w pierwszą przecznicę w prawo. Zobaczyłam delikatesy, nieźle. Stanęłam pod wiszącymi wyrobami mięsnymi, aby rzucić okiem na tabliczkę z nazwą ulicy. Via De Deo, tak jak „bóg”, bo Deo to przecież znaczy „bóg”, pomyślałam. Prawdziwa czy wymyślona koza wskazała mi drogę. W ostatecznym rozrachunku Neapol zawsze jakoś przychodził mi z pomocą.

Moje uda aż skamieniały z wysiłku, gdy wchodziłam na strome wzniesienie ulicy. Motory też ledwie dawały radę. Mężczyźni kierowali nimi pochyleni nad kierownicami. Na siedzeniach za nimi jak amazonki jechały wdowy. Kobiety wlokły się do góry obładowane zakupami i dziećmi.

Dwadzieścia trzy, dwadzieścia pięć, dwadzieścia siedem. Moje serce mocno biło, co złożyłam na karb tej absurdalnej drogi, która — gdybym nie zwolniła — wkrótce doprowadziłaby mnie do San Martino, monasteru usytuowanego na tyłach dzielnicy, ale tak wysoko, że wydawał się bramą do raju.

Trzydzieści trzy. Przez bramę zobaczyłam dość ciemne i cudownie obrośnięte roślinami podwórko. Zerknęłam w górę, na wywołującą zawrót głowy fasadę budynku. Nad nią widniał błękitny prostokąt nieba, dostęp do bezmiaru, który sprawiał wrażenie, jakby miał spaść i się roztrzaskać.

Starałam się pamiętać, że chodziło tylko o kawę. A jednak, gdy nacisnęłam guzik i usłyszałam wskazówkę, by wejść na ostatnie piętro, kliknięcie furtki, które nastąpiło zaraz potem, zabrzmiało dla mnie jak fakt ostateczny.

Pietro podniósł wzrok znad stołu. Maślany zapach kawy już rozchodził się po pokoju, a papieros dopalał się w popielniczce, leżąc razem z innymi, już zgasłymi i zgniecionymi. Chłopak wstał, aby się przywitać, z zagadkowym uśmiechem i koszulą grzecznie włożoną w spodnie. Wydawało się, że zaraz poda mi rękę; nie zrobił tego, ale też nie pocałował mnie w policzek.

— Mnóstwo tu światła — powiedziałam zdyszana.

— To nasze Monte Carlo — roześmiał się. — Siadaj, gdzie chcesz. Kawa już gotowa, jaką pijesz? — Strzelał do mnie słowami, idąc do kuchni.

— Macchiato, jeżeli macie mleko. A jeśli nie, to wszystko jedno.

Siadłam za stołem i rozejrzałam się wokoło. Pokój był tak duży jak nasz, ale żadnych innych podobieństw między nimi nie dostrzegłam, mimo że oba były usytuowane na ostatniej (najprawdopodobniej nielegalnie dobudowanej) kondygnacji. Wyglądało na to, że sprowadzili się tu całkiem niedawno; brakowało obrazów i plakatów, była tylko czysta biel przestrzeni, przełamana jedynie metalem biurka i półki na książki. Ponad kanapą z tworzywa sztucznego widać było nowoczesne schody, które prowadziły piętro wyżej. Wszędzie były okna. Wpuszczały dużo słońca, które docierało nawet do najbardziej zacienionych miejsc, omiatając także kąty pod schodami.

— Cukru?

— Tak, dziękuję.

— Gabriele, kawa! — Głos Pietro zadźwięczał w pustym mieszkaniu. — Mój starszy brat — dodał, stawiając przede mną filiżankę. Jego dłoń lekko drżała. Czy to efekt zbyt wielu wypalonych papierosów, czy fakt, że po raz pierwszy byliśmy sami?

— Nie pytałam wcześniej… — powiedziałam, mieszając kawę z przesadną starannością. — Jak było w domu?

— Jak zwykle.

— To znaczy?

— Zwykłe piekiełko.

Wyjaśnienie to nie pochodziło od Pietro, ale wypowiedziane zostało równie niskim głosem. Przede mną pojawił się mężczyzna z czarnymi poskręcanymi włosami i nosem, który już widziałam, choć w mniej ekstrawaganckiej formie. Ciągle stojąc, przedstawił się:

— Gabriele, miło mi cię poznać. Lepiej, żebym powiedział ci to teraz: jeżeli kiedykolwiek zostaniesz zaproszona w nasze okolice, odmów natychmiast, oszczędzisz sobie cierpienia.

— Nie słuchaj go, nie jest tak strasznie.

— Nie, nie jest strasznie — powiedział Gabriele teatralnym głosem. — Więc jak to nazwiemy? Bukolicznie? Elegijnie? Miejsce sugestywnie skłaniające do refleksji?

— Musisz mu wybaczyć. Gabriele nie lubi świeżego powietrza. On woli smog.

Gabriele zapalił papierosa i to z niego wydawał się wysysać życiodajny tlen.

— Mój młodszy brat ma klapki na oczach — wyjaśnił. — To nie jego wina, to ukochany syn rodziców i całkowicie zasługuje na to miano.

Potem popatrzył na Pietro z taką miłością, jakiej jeszcze nigdy nie widziałam — przesyconą wściekłym zachwytem, który sprawił, że spuściłam oczy.

— W sumie miałbym ochotę zasypać cię pytaniami, ale sadzę, że brat wolałby sam ci je zadawać. Poza tym do końca tygodnia muszę skończyć pewien rysunek, toteż znikam.

Wypił kawę jednym haustem.

— Jesteś artystą? — zapytałam, bo nagle nie mogłam znieść myśli, że Gabriele wyjdzie, zostawiając nas samych.

— Jestem na architekturze.

— Mój brat też jest architektem.

— Szczęśliwiec. Sądzę, że dla mnie to jednak tylko marzenie. Idę już, Eddie, ale jestem pewien, że wkrótce się zobaczymy.

Gabriele ciężkim krokiem wspiął się po schodach i wkrótce zniknął. Co miał na myśli, mówiąc, „zobaczymy się wkrótce”? Miałam wrażenie, że Pietro rozmawiał z bratem na mój temat. Ale co tu było do powiedzenia?

Najgorsze w kawie jest to, że boleśnie szybko się kończy. Po długiej chwili ciężkiej ciszy Pietro zapytał, czy podobają mi się kamienie. Ogólne pytanie, do którego natychmiast się dostosowałam. Powiedziałam, że w dzieciństwie ojciec czasami zabierał mnie nad morze w poszukiwaniu skamieniałości. Opowiedziałam o jego pojemnikach wypełnionych różnymi rodzajami piasku, skarbami zebranymi podczas podróży przez świat, a także o tym, że mój ojciec zapisał się na geologię, zanim zmuszony był zmienić studia, co dawało mi intymny, uprzywilejowany, wręcz genetyczny stosunek do kamieni.

— Na plaży używał jednego z tych, jak to się nazywa, młoteczków…

— Młotek geologiczny do poszukiwań — powiedział Pietro. — Też taki mam.

— Ach tak?

— Wszyscy studenci geologii muszą takie mieć. To instrument zawodowy, jak szpada dla rycerza. — Śmiał się, obserwując wnętrze swojej filiżanki, jakby próbował wyczytać swój los z tajemniczych śladów pozostawionych przez kryształki cukru. Nagle podniósł na mnie oczy.

— Chcesz go zobaczyć? Jest na górze.

To nie była tylko kawa. Mimo że moje serce galopowało jak szalone, przyjęłam tę pewność z niejaką ulgą. Kiedy szłam za nim w górę po schodach, musiałam powstrzymać uśmiech. Czy to nie czwarta klasa podstawówki? Zaprosić dziewczynę do sypialni, żeby pokazać jej młotek albo kolekcję motyli? Nie mógł wymyślić niczego lepszego? Jednak to znane z dzieciństwa kłamstewko uczyniło to zaproszenie godnym zaakceptowania. Komfort spowodowany tym cudnym kłamstwem, w którym oboje uczestniczyliśmy, rozwiał wszelkie wątpliwości, nie pozostał nawet ich cień. Było pewne, że na naszym trzecim spotkaniu, za trzecim razem, kiedy się do siebie odezwaliśmy, oczywiście jak już wejdziemy na górę, będziemy się całować.

 

Sypialnia Pietro była wielkości szafy albo najwyżej kabiny statku, z obrazem portu oprawionym w okno jak klejnot. Było tam miejsce tylko na łóżko, improwizowaną biblioteczkę i plakat Jimiego Hendrixa. Pietro wziął młotek z biblioteczki i podał mi go jak najrzadszą, półprzejrzystą porcelanę. Pokazał swoje nazwisko, które samodzielnie wyrył na rękojeści. Słuchałam, patrząc na jego mięsistą dolną wargę i zastanawiając się, jak uda nam się przejść od młotka do pocałunku.

— Wybacz, pokój jest malutki — powiedział. — Jeżeli chcesz, możesz usiąść na łóżku.

I oto moment przejścia. Usiadłam, nie opierając się temu zwrotowi losu, ale czułam się niezręcznie. Nie byłam w stanie uświadomić sobie, jak tu się znalazłam, w sypialni nieznajomego chłopaka, na jego łóżku. Nagły spadek ciśnienia sprawił, że zakręciło mi się w głowie, a ciało nagle zrobiło się ciężkie jak worek kamieni, ale skoro doszłam już tu, musiałam w to wejść aż do końca. Już wyobrażałam sobie powrót do ciszy mojej bezpiecznej sypialni, do rozmyślań nad pocałunkiem, który jeszcze się nie wydarzył, albo, ta myśl uderzyła mnie jeszcze bardziej, do usiłowań, aby wymazać go z pamięci.

Pietro usiadł obok mnie.

— Może i ja się wyciągnę — powiedział tylko. Zostawił młotek na podłodze, kładąc się wygodnie z nogami skierowanymi ku morzu. Ja też się wyciągnęłam, łagodząc w ten sposób zawroty głowy. Leżeliśmy na plecach na tym maleńkim posłaniu o rozmiarach dziecięcego łóżeczka, podczas gdy wszystkie preteksty odlatywały do sufitu jak para wodna. Patrzyliśmy długo na ten pochyły sufit, jak w lustro, w którym odbijało się całe mnóstwo karkołomnych możliwości.

— Lubisz Jimiego Hendrixa? — zapytałam w końcu.

— Nie za bardzo, plakat mi się spodobał i tyle. — Usłyszałam jego głos tak bliski, jak jeszcze nigdy. Mówił cicho, a to podkreślało głębokie tony. Chciałam, żeby wciąż do mnie mówił i mówił, ale zamiast tego zapytał, jaki rodzaj muzyki mi się podoba.

— Nie wiem, lubię wszystko po trochu — wzruszyłam ramionami w kierunku sufitu. — Podobały mi się piosenki, które dla mnie nagrałeś.

Roześmiał się z zakłopotaniem.

— Bardzo się starałem, nagrywając tę kasetę. Zajęło mi to mnóstwo czasu.

— Ale przecież mnie nawet nie znałeś.

— To było jak szósty zmysł, Heddi.

Zapadła pełna powagi cisza. Nie mogłam odwrócić się do niego, nie teraz, gdy czułam, jak omiata mnie jego oddech. Nagle sufit pociemniał i poczułam papier ścierny na ustach. Wzdrygnęłam się tylko i odsunęłam. O Boże, poszło paskudnie, jak w liceum.

— Co się dzieje? Dobrze się czujesz?

— Zaskoczyłeś mnie.

— Bo nie wiedziałaś, że chcę cię pocałować? — Przybity opadł na łóżko.

Przyszło mi na myśl, żeby posłać wszystko w diabły i natychmiast wyjść, ale jakiś głos w głębi — albo nic innego jak moje zwykłe pragnienie wiedzy — podpowiadał, by zostać, wyjść poza tę durnotę i wstyd. Musiałam wiedzieć. Gdy pochyliłam się nad nim, poczułam uderzenie krwi do głowy, co od razu zrównoważyło spadek ciśnienia. Musnęłam jego usta swoimi, jakby tylko po to, by go uspokoić. Pietro wyciągnął szyję, by dotknąć mnie ustami, jakby chciał podać mi jabłko trzymane w zębach, jak w tej zabawie na Halloween. Odsunęłam się, podrapana igiełkami jego brody. To tak całowali się w okolicach Avellino?

Wciąż patrzyłam na jego dolną wargę — była pełna jak owoc — i nie zastanawiając się, lekko ją przygryzłam. Pozwolił mi na to. Pozostał nieruchomy, miał półprzymknięte powieki i oddychał głośno, może zaniepokojony tym, co mogę teraz zrobić, choć ja też tego nie wiedziałam.

Przycisnęłam chętne wargi do jego warg. Teraz poczułam to jak moment, kiedy otwiera się świeżą figę, by dostać się do jej słodkiego miąższu. Była ogrzana słońcem i dojrzała. Chciałam więcej. Jeszcze jeden pocałunek i jeszcze jeden. Wkrótce nasze usta już wcale się nie całowały, ale jakby zaspokajały głód. Jeden kęs prowadził do kolejnego i jeszcze jednego, bez zaspokojenia. Wyglądało to na wyścig. Kto więcej skradnie, wyścig indywidualny i egoistyczny, a pocałunki znikały jeden po drugim jak wiśnie z miseczki. Na koniec pozostałyby może zwycięzca i przegrany.

Nie czułam uniesienia, byłam nawet za bardzo świadoma, jak byt czysto fizyczny, który dostrzegał w najmniejszych detalach każdy ruch, każdy bodziec. Górną wargę miałam poranioną od jego szorstkiej brody, czułam balsam jego języka, porcelanę zębów, czułam klamrę jego paska, która wciskała mi się w bok, uparte guziki koszuli, długie palce, które wplątały się w moje włosy. Wyraźnie czułam jego zapach — kawy i perfum, pomidorów i potu; musiałam mieć zamknięte oczy, inaczej nie mogłabym ograniczyć wrażeń, które do mnie napływały, pełne strzępków wiedzy, których nie umiałam ze sobą pogodzić.

Straciłam poczucie czasu albo czas stracił swoją linearność. Kiedy zaczęliśmy się całować? Dwie minuty czy dwie godziny temu? Nie miałam pojęcia; początek zapadł się w niepamięci, a koniec nie był już nieunikniony. Z pocałunku rodził się następny, a jedyne, co było pewne, to to, że nie umieliśmy tego przerwać.

Nagle zostałam porażona — inspiracja, która przyszła do mnie nie w mgnieniu światła, ale w mgnieniu ciemności, blackout. Zostałam oślepiona, zanurzona w najgłębszą noc. Byłam zawieszona w ciemności, moje ciało zostało pozbawione treści, podobnie jak poczucia samej siebie. A jednak było to uczucie tak przepiękne, że chciałam pozostać w takim stanie na zawsze na powierzchni wszechświata. To był powód, dla którego ćpuny na ulicy szprycowali się heroiną. Ale jeżeli było właśnie tak, to on i ja naszprycowaliśmy się tym samym narkotykiem, tą samą igłą, bo dokładnie w tym samym momencie oboje otworzyliśmy oczy.

Patrzyliśmy na siebie przez wieczność albo tylko przez chwilę na oddech. To było spojrzenie przejrzyste i ciężkie, które sięgało poza ocenę czy zakłopotanie, nawet poza ciekawość. Nasze usta nadal były złączone, ale to było tak, jakbyśmy byli już zupełnie innymi osobami. Nie mieliśmy z tym nic wspólnego, byliśmy tylko obserwatorami cudowności świata.

Zamknęliśmy oczy, pozwalając, żeby w ciemności nasze pocałunki zawładnęły nami jak mnóstwo niewielkich gwiezdnych eksplozji. Zniknęło tło. Usta zbłądziły, by całować policzki, szyję, podbródek. Pocierałam swoją twarzą o jego szorstkie policzki, o tak, chciałam poczuć ten ból. Położył się na mnie, wzdychając mi do ucha słowami bez sensu, a jego ciepły oddech w moich włosach był jak powiew boskiego tchnienia. O Jezu, to tak całowali się w prowincji Avellino?

Wydawało się, że nadchodzi nieuniknione szaleństwo żywiołów, co mnie przeraziło. W tym przepięknym pierwotnym chaosie szukałam jego ust, by pochłonąć oddech, aby się w nim zakotwiczyć. Zapomniałam, gdzie jestem i jak tu dotarłam, zapomniałam nawet jego imienia i tego, że był jednym z wielu na tej planecie posiadających imię, przeszłość, codzienne zajęcia. Był po prostu on, ten mężczyzna, którego usta, każdy ich skrawek były teraz moje, gotowe do pocałunków, ciepłe i żywe, którego pierś, mostek, żebra i serce, wszystko to było przyciśnięte do mnie.

Kiedy port skąpał się w zachodzie słońca koloru fanty, znów popatrzyliśmy sobie w oczy i w tym momencie było jasne, że nadeszła separacja, wiedza, że jesteśmy odrębnymi istotami. Zaczęliśmy się śmiać bez powodu, może tylko z uczucia ulgi. Oparłam się o jego pierś, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Oto on, wisiorek, uśmiechnięte srebrne słońce, którego nie powinnam zobaczyć, gdy tam na tarasie rozchyliła się jego koszula. Zapytałam, czy ma jakieś szczególne znaczenie.

— Znalazłem go na targu kilka miesięcy temu. Gdy go kupowałem, myślałem, że wspaniale byłoby mieć kogoś, komu można by go podarować. Tak, to patetyczne, wiem.

— Wręcz przeciwnie. — Wzięłam słońce w rękę; wokół wielkiego uśmiechu miało ostre w dotyku promienie. — Uważam, że to bardzo osobiste.

— Jesteś naprawdę dobrą osobą, Heddi! — powiedział uro­czyście.

— Jak poznałeś moje imię?

— Trochę popytałem, to nie było trudne. — Poprawił mi włosy, dodając: — I jesteś piękna, przepiękna, ale to słyszałaś już milion razy.

Prawda była taka, że jak każda dziewczyna słyszałam to czasami. Jeżeli chodzi o kobiece ciało, przynajmniej tutaj, w Quartieri, mężczyzna nie jest mężczyzną, jeżeli nie wylewa na ulice swoich prywatnych myśli, ale usłyszeć to od Pietro to zupełnie inna ­sprawa.

— Naprawdę nie wiem, co we mnie widzisz — kontynuował. — Ja pochodzę z wioski, nie z wielkiego miasta tak jak ty.

— Z jakiego wielkiego miasta?

Jakby amerykańskie miasteczka były oceniane ze względu na wertykalność, starałam się umniejszyć Waszyngton D.C., mówiąc, że nie ma w nim drapaczy chmur. Powiedziałam mu też, że dzielnica, w której mieszka ojciec i macocha, pełna jest bezrobotnych Meksykanów z włosami jak u kowbojów, tak pijanych już w południe, że nie mogą ustać na nogach. Nie powiedziałam o ambasadach Polski i Ugandy znajdujących się dwa kroki dalej. Nie chciałam, żeby stolica była ważniejsza ode mnie. Nie zahaczyłam nawet o drugą stronę mojego życia, spędzoną z matką i ojczymem na peryferiach.

Jego punkcik na mapie nazywał się Monte San Rocco. Rodzice byli rolnikami, jak mówił, i biedakami — albo przynajmniej za takich uchodzili. Jego matka nie skończyła szkoły podstawowej i to właśnie Pietro nauczył ojca podpisywać się własnym nazwiskiem.

— Wcześniej stawiał x.

— Chcesz powiedzieć, że jest analfabetą?

Pietro odwrócił się do ściany.

— Nie sądzę, żebyś zaszczyciła mnie spojrzeniem, gdybym jechał na traktorze. — Znów na mnie spojrzał. — A jednak od pierwszej chwili, gdy cię zobaczyłem, chciałem z tobą być. To było silniejsze ode mnie.

Miałam nadzieję, że nie słyszy, jak moje serce tłucze się tuż przy jego piersi.

— Kto wie, może kiedyś zobaczę cię operującego traktorem… Czy mówi się „manewrować traktorem”?

— Mówi się „prowadzić traktor” — roześmiał się i powstrzymał ten śmiech gestem ręki. Jeżeli chodzi o mnie, rozmowa nie tylko sprawiła, że uniknęłam pomyłki językowej, ale także przerwała napięcie, więc wybuchnęłam szczerym śmiechem.

— Chętnie poleciałbym kiedyś do Waszyngtonu.

— Mnie bardziej podoba się tutaj.

— Naprawdę?

— Uwielbiam mieszkać blisko morza!

Poprawiłam głowę na jego piersi. Ledwie znałam tego mężczyznę, ale jego zapach, mimo że był egzotyczny, wydawał mi się już znany, jak nowa przyprawa, ale podstawowa, jak sól, smak, bez którego już nie umiałabym się obyć. Uwalniał się z jego pomiętej już koszuli, z zakurzonych włosów i z leśnego płynu po goleniu, który teraz i ja miałam już na twarzy.

Pod nami w dzielnicy słychać było klaksony i chaos przygotowań do kolacji. Późne światło, już włączone i włókniste jak magma, rzucało na dachy dookoła lśniące geometryczne cienie. Wyglądało na to, że wiejący piaskiem sirocco już sobie poszedł; może już nie wróci do przyszłego roku.

Poderwałam się.

— Muszę wracać do domu.

— Teraz?

— Późno już. Dzieciaki będą się niepokoić.

Tak naprawdę nie myślałam o chłopakach. Myślałam o Sonii.

Od: heddi@yahoo.com

Do: tectonic@tin.it

Wysłane: 14 stycznia

Drogi Pietro,

Bardzo dziwnie jest pisać do Ciebie po takim czasie. Bardzo dziwnie jest w ogóle pisać. Koresponduję z niewieloma osobami, nie prowadzę dziennika… myślę czasami, że jeszcze nie pogodziłam się ze słowami i że lepiej czuję się w lesie. Uwierzysz? Ja i las? Słucham śpiewu ptaków. Lubię zanurzać się w ich świat, słuchać tych wszystkich niezrozumiałych i trochę melancholijnych języków, które mieszają się ze sobą w kanon, jakby we wnętrzu bijącego serca.

A jednak moja praca to właściwie słowa. Uczę cudzoziemców angielskiego, w większości to Chińczycy, Koreańczycy i Rosjanie. Uczenie to prosta sprawa, czasami jeździmy razem na biwaki, człowiek bardzo się przywiązuje. Potem moi uczniowie zapisują się na uniwersytety, albo dostają się do pracy, jakiej pragną, i już się nie spotykamy. Jestem szczęśliwa przynajmniej z tego powodu, że pomagam im w spełnieniu marzeń. Pamiętam Twoje marzenia, gdzie się podziały?

To prawda, czasami myślę też o moich niespełnionych marzeniach i cierpię, ale Ty, Pietro, nie powinieneś rozpaczać z tego powodu. To nie Twoja wina, tak chciał los. Zresztą może raczej brak losu i porządku na świecie to wina chaosu. Muszę przecież wreszcie sama wziąć za siebie odpowiedzialność, a poza tym przez te wszystkie lata bez Ciebie nauczyłam się jednego: że można żyć, nawet jeśli nie uzyska się konkretnych odpowiedzi. Da się przeżyć. Życie płynie dalej. Świat ze swoimi pływami i naturalnym rytmem jest tak piękny — lepiej, przepiękny — nawet jeśli pozostaje obojętny (albo właśnie dlatego) na nasze wzloty i upadki czy nasze złamane serca.

 

Miło by było, gdybyś kiedyś wpadł do mnie na słówko czy dwa, ale to będzie trudne. Nie mieszkam w Waszyngtonie, jak sądziłeś, ale w Nowej Zelandii. Może rzeczywiście gwiazdy są tu postawione na głowie… Tu, na krańcu świata.

h.