Podróż Cilki

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zjedz zupę, a potem chleb, albo zachowaj go na później – instruuje Józię Cilka. – Czasami lepiej oszczędzać coś z każdej racji, jak w pociągu. Jeszcze nie wiemy, jak tu będzie z jedzeniem.

Wychudzone twarze łagierniczek wskazują wyraźnie, że nie należy się spodziewać częstych ani pożywnych posiłków.

Dziewczyny powoli przełykają brązowy płyn. Zupa jest przynajmniej ciepła, ale nie da się ukryć, że to prawie sama woda. Józia zauważa, że kobiety przy stołach łyżkami zbierają to, co wygląda jak kawałki ziemniaków albo ryb.

– Nie dali nam łyżek.

– Będziemy musiały same je sobie zorganizować – odpowiada jej Cilka, przyglądając się zużytym sztućcom w rękach weteranek. – I to jak najszybciej.

Po chwili brygadzistka przychodzi po nowe przybyszki. Antonina Karpowna ustawia je w rzędy i prowadzi z powrotem do baraku.

Po powrocie do izby Antonina przygląda się, jak jej podopieczne wracają do łóżek albo gromadzą się wokół piecyka.

– Na przyszłość, jak tylko tu wejdę, każda ma stanąć na baczność u stóp łóżka. Zrozumiano?

Kobiety zrywają się z posłań i podbiegają przed łóżka, po czym wszystkie posłusznie ustawiają się w rzędzie.

– Macie się odwrócić w moją stronę. Polecenia wydaję tylko raz i chcę patrzeć wam w oczy, żeby wiedzieć, że wszystko zrozumiałyście. Która rozumie, co mówię?

Kilka więźniarek niepewnie podnosi ręce, włączając w to Cilkę. Po chwili pozostałe robią to samo, naśladując je.

– Te, które zrozumiały, niech lepiej przekażą reszcie, i to szybko.

Brygadzistka przerywa na chwilę i czeka, aż więźniarki przetłumaczą jej komunikat, głównie na inne słowiańskie języki.

– Oto zasady, których będziecie tu przestrzegać. Zaraz się dowiecie, kiedy będziecie pracować, jeść i spać. Światła gasi się o dziewiątej wieczorem, chociaż latem tego nie zauważycie... Codziennie do tego czasu macie zamieść podłogę, przynieść węgla na następny dzień, odśnieżyć wejście do budynku, naprawić ubrania czy co tam jeszcze będzie potrzebne. Nie chcę, żebyście mi tu zrobiły chlew – ma być tak czysto, żeby można było jeść z podłogi. Słyszycie mnie? Obudzi was poranny sygnał. Dwie opróżnią wiadra na nieczystości, nie obchodzi mnie, które się tym zajmą, ale ma to być zrobione. Nie dostaniecie jeść, dopóki się z tym nie uporacie.

Nikt się nie odzywa, ale wszystkie potakują na znak, że zrozumiały.

– Jeśli któraś czegoś zaniedba, a zwłaszcza jeśli nie wykona przydzielonej pracy i przez nią moja brygada będzie miała gorsze wyniki, to pójdzie do ciemnicy. – Brygadzistka pociąga nosem. – Ciemnica jest to pojedyncza cela w łagpunkcie. Jest zawilgocona, pokryta pleśnią i tak mała, że nie da się tam wyprostować ani na chwilę, nieważne, czy siedzisz, czy leżysz. Nie ma pieca, a przez kraty w oknie wpada śnieg. Wiadra na nieczystości tam nie będzie, od tego jest cuchnąca dziura w posadzce. Jak która tam wyląduje, dostanie tylko jedną trzecią zwykłej racji żywnościowej – kawałek czerstwego czarnego chleba. Zrozumiano?

Więźniarki znów kiwają głowami. Po plecach Cilki przechodzi dreszcz.

Z torby przewieszonej przez ramię Antonina wyciąga paski szmat, a z kieszeni wyjmuje zmięty kawałek papieru.

– Czyje nazwisko wyczytam, ten ma tu podejść i odebrać numer. Dostaniecie po dwa: jeden przyszyjecie do czapki, a drugi do okrycia wierzchniego. Przy każdym wyjściu na zewnątrz macie mieć numer na przynajmniej jednej sztuce ubrania.

Wywoływane kobiety odbierają po dwa skrawki materiału i oglądają wypisane farbą numery.

Jeszcze jeden numer. Cilka mimowolnie pociera lewe przedramię; pod ubraniem ukryta jest jej tożsamość z tamtego, innego miejsca. Ile razy jedna osoba może zostać zredukowana, wymazana? Kiedy słyszy swoje nazwisko, wstaje, odbiera z rąk brygadzistki skrawek tkaniny i patrzy na swoją nową tożsamość. 1-B494. Józia pokazuje Cilce własny numer. 1-B490.

– Macie przyszyć te numery jeszcze dzisiaj. Jutro rano chcę je zobaczyć. – Przerywa na chwilę, czeka, aż jej polecenie zostanie przetłumaczone. – Zobaczymy, która ma największy talent do robótek ręcznych – dodaje szyderczo, widząc zdezorientowane spojrzenia.

– Skąd mamy wziąć igły i nici? – odważa się zapytać któraś z więźniarek.

Brygadzistka wyjmuje z torby kawałek tkaniny, w którym tkwią dwie igły. Wyglądają, jakby zostały wykonane z naostrzonego drutu. Przekazuje je stojącej najbliżej kobiecie.

– Do roboty! Wrócę do was rano. Jutro pracujecie. Pobudka o szóstej.

– Przepraszam – odzywa się Natalia. – Skąd mamy wziąć węgiel?

– Domyślcie się.

Gdy zamykają się za nią drzwi, kobiety gromadzą się wokół piecyka. Cilka oddycha z ulgą, żadna nie została pobita za zadawanie pytań.

– Chodźmy na zewnątrz zobaczyć, skąd inni biorą węgiel – proponuje Józia. – Może się dowiemy, gdzie po niego iść.

– Śmiało – odpowiada jej z łóżka agresorka, Helena. – To może być nasz ostatni wolny dzień.

– Pójdę z tobą – deklaruje Cilka.

– Ja też – dodaje Natalia. – A wy się zabierajcie za szycie.

– Tak jest, psze pani – syczy Helena lodowatym tonem.

Józia wrzuca ostatnie grudki węgla do pieca i podnosi puste wiadro.

We trzy ostrożnie wychodzą przed barak i rozglądają się po okolicy. Robi się ciemno, a reflektory oświetlają dziedziniec. Jest zimno. Widzą, jak tu i ówdzie między budynkami przemykają więźniowie, a grupa młodych kobiet zmierza szybko w kierunku sąsiedniego budynku z wiadrami pełnymi węgla.

– Tędy – mówi Cilka.

Natalia podchodzi do kobiet.

– Możecie nam powiedzieć, skąd wzięłyście węgiel? Bardzo proszę.

– Same se znajdźcie – pada odpowiedź.

Natalia przewraca oczami.

– Przyszły stamtąd – oznajmia Józia. – Zza tamtego budynku, chodźmy tam i poszukajmy.

Wracają do baraku, na zmianę niosąc ciężkie wiadro. Natalia stawia je na podłodze. Jej nienawykłe do dźwigania dłonie ześlizgują się z uchwytu, a węgiel wysypuje się z kubła. Patrzy na inne kobiety przepraszająco.

– Nic się nie stało, zaraz posprzątam – zgłasza się Józia na ochotnika.

Dwie kobiety sprawnie przyszywają swoje numery do czapki i płaszcza.

– Skąd macie nici? – pyta Natalia, uprzedzając Cilkę.

– Z prześcieradła – odpowiada jej starsza kobieta w jakimś łamanym słowiańskim dialekcie zbliżonym do słowackiego i powtarza to samo po rosyjsku. Jest chyba najstarsza z nich wszystkich, widać, że życie jej nie oszczędzało. Mówi, że ma na imię Olga.

Cilka rozgląda się dookoła i widzi, jak inne kobiety ostrożnie wypruwają nić z prześcieradła.

– Pospiesz się. Ile się jeszcze będziesz guzdrać z tą igłą, Olga? – atakuje starszą kobietę Helena.

– Staram się szyć najlepiej, jak potrafię. Jak zrobisz to porządnie za pierwszym razem, nie będziesz musiała robić tego jeszcze raz.

– Oddawaj igłę, durna suko. To nie czas ani miejsce, żeby się popisywać zdolnościami hafciarskimi.

Helena niecierpliwie wyciąga rękę.

– Już prawie skończyłam – odpowiada Olga spokojnie. Cilka podziwia jej opanowanie w konfrontacji z porywczą Heleną, ale rozumie również agresję, kiedy wszystko idzie nie tak. To musi być pierwszy obóz Heleny. Olga przyspiesza szycie, odrywa koniec nici zębami i przekazuje igłę.

– Proszę uprzejmie, tukavá krava.

Cilka tłumi uśmiech. Olga nazwała właśnie Helenę po słowacku grubą krową, a teraz mruga do Cilki porozumiewawczo.

– Mój ojciec był Słowakiem – wyznaje.

Helena, z twarzą wykrzywioną grymasem, wyrywa jej igłę.

Cilka siedzi na łóżku i patrzy na Józię, która ściska w dłoniach naszywki z numerem. W jednej chwili sprawia wrażenie radzącej sobie całkiem nieźle, ale za moment pogrąża się w rozpaczy.

– Oddaj mi to – prosi Cilka.

Na twarzy Józi maluje się strach.

– Nie myśl o tym, co będzie dalej niż jutro – mówi Cilka. – Zgoda?

Józia kiwa głową.

Cilka bierze się za wypruwanie nici z prześcieradła. Kiedy dostaje igłę, szybko przyszywa numery do ubrań ich obu.

Za każdym razem, gdy wbija igłę w tkaninę, czuje kłucie w lewym przedramieniu. Kolejny numer. Kolejne miejsce. Krzywi twarz.

Straciła wszystko. Tyle przeszła i została za to ukarana. Nagle igła wydaje się ciężka niczym kamień. Jak może dalej żyć? Jak może pracować dla nowego wroga? Patrzeć, jak kobiety wokół niej tracą siły, głodują, gasną, umierają. Ale ona będzie żyła. Nie wie, dlaczego zawsze była tego pewna, dlaczego czuje, że jej się uda – że podniesie tę igłę, mimo że jest ciężka jak kamień, będzie szyła dalej, będzie robiła to, co musi zrobić – ale tak właśnie będzie. Stopniowo budzi się w niej gniew, wściekłość. A wtedy igła w jej palcach znów jest lekka. Lekka i zwinna. Więc to ten ogień utrzymuje ją przy życiu. Ale jest także jej przekleństwem. To on sprawia, że Cilka tak się wyróżnia. Musi nad nim zapanować, musi nauczyć się go kontrolować i kierować na właściwe tory.

Żeby przeżyć.

4

Przeraźliwy odgłos uderzeń młota w metal budzi najnowszych mieszkańców Workutłagu o szóstej rano. Antonina miała rację, nie sposób go przespać. Kobiety przez całą noc na zmianę dokładały węgla do pieca, żeby nie wygasł. Choć przez większą część doby świeciło słońce, gdy wracały do baraku po skromnej kolacji, ziemię pokrywał szron. Wszystkie spały w ubraniach, które otrzymały poprzedniego dnia.

Drzwi się otwierają i do środka wpada podmuch lodowatego powietrza. Antonina Karpowna staje w progu i patrzy, jak więźniarki pospiesznie ustawiają się u stóp swoich łóżek i odwracają twarze w jej stronę. Skinięciem głowy wyraża aprobatę.

Chodzi po baraku i sprawdza numery przyszyte do płaszczy. Zatrzymuje się przy Helenie.

 

– Wieczorem masz to zrobić jeszcze raz, od nowa – warczy. – W życiu nie widziałam gorszej roboty.

Odwraca się na pięcie, po czym skinieniem dłoni każe wystąpić dwóm stojącym najbliżej niej łagierniczkom.

– Wy dwie, bierzcie te wiadra, pokażę wam, gdzie je opróżnić. Jutro jedna weźmie następną zeczkę i pokaże jej, dokąd iść, i tak dalej. Nadążacie?

Obie dziewczyny posłusznie udają się po wiadra na nieczystości ustawione w głębi baraku, przy łóżku Cilki. Wychodzą za Antoniną, a reszta kobiet pozostaje w tym czasie na baczność, bojąc się ruszyć. Po powrocie obie więźniarki mają niewyraźne miny. Antonina każe wszystkim iść na śniadanie i wrócić przed siódmą na apel.

Na zewnątrz dwie dziewczyny, które opróżniły wiadra, przykucają i wycierają ręce o szron na ziemi, próbując zmyć z nich mocz i smród odchodów.

Jeśli to jest koniec lata, myśli Cilka, idąc za Józią do baraku stołówki, a na ziemi leży już lekki śnieg i powietrze jest mroźne, to żadna z nich nie jest gotowa na to, co nadejdzie potem. Praca na zewnątrz będzie nie do zniesienia.

Na śniadanie jest grudowaty kleik bez smaku. Józia tym razem pamięta, żeby schować cenny kawałek chleba do rękawa. Tak samo jak poprzedniego dnia przy żadnym ze stołów nie ma wolnych miejsc. Tym razem nowe przybyszki wiedzą, co robić, i opierają się o ściany.

Kleiku nie da się wypić. Kobiety rozglądają się dookoła, po czym przystępują do wygrzebywania go palcami. Na razie to będzie musiało wystarczyć.

Apel to dla Cilki nic nowego. Ma tylko nadzieję, że minie szybko, skoro jest ich tylko dwadzieścia. Oby nie okazało się, że którejś brakuje. Pamięta, jak raz stała na zimnie całą noc, dopóki zaginiona więźniarka się nie znalazła. Ból kolan i kostek. A to wcale nie była najgorsza noc w tamtym, innym miejscu. Bynajmniej nie najgorsza. Antonina Karpowna zaczyna wywoływać nazwiska. Nazwiska! Nie jestem numerem. A jednak mam numer. Cilka patrzy na okryte rękawem lewe przedramię i numer przyszyty do brązowego, szorstkiego płaszcza. Mam nazwisko. Wyczytana, odpowiada głośno „obecna”. Powiedziano im, żeby się ustawiły w cztery rzędy po pięć osób.

Mijają ich grupy kobiet, na czele każdej stoi brygadzistka. Z drugiej strony łagru przybywają również grupy mężczyzn. Cilka i jej barak dołączają do nich i razem maszerują do bramy prowadzącej poza teren zony. Z tego, co Cilka zaobserwowała zaraz po przyjeździe, jest tylko jedno wejście i jedno wyjście. Proste ogrodzenie z drutu kolczastego wyznacza granicę, którą przekraczają teraz kolejne grupy obu płci.

Zbliżając się do bramy, zwalniają, aż zatrzymują się i po raz pierwszy obserwują rytuał codziennego wyjścia do pracy. Gdy nadchodzi kolej Antoniny, Cilka widzi, jak brygadzistka podchodzi do strażnika czy administratora i pokazuje mu listę z nazwiskami. Następnie przywołuje kobiety z pierwszego rzędu. Strażnik podchodzi do nich, odlicza do pięciu, z grubsza je rewiduje, a potem popycha na znak, że mają iść dalej. To samo robi z kolejnymi trzema rzędami. Kiwnięciem głowy sygnalizuje Antoninie, która idzie z kobietami, żeby dołączyły do pozostałych. Podążają wzdłuż torów kolejowych, od czasu do czasu potykając się o szyny, bo dochodzą do wniosku, że łatwiej będzie po nich chodzić niż tracić na brodzenie w gęstym błocie energię, której potrzebują do pracy.

Strażnicy kroczą tam i z powrotem wzdłuż kolumn mężczyzn i kobiet zmierzających w stronę sporej kopalni, widocznej z oddali. Wygląda jak czarna góra z ziejącą czeluścią, która prowadzi do samego piekła. Wysokie hałdy węgla zalegają obok małych, byle jak skleconych budynków. Nad kopalnią góruje kołowrót, który wyciąga węgiel na powierzchnię. Wzdłuż torów stoją otwarte wagony.

W kopalni ci z przodu kierują się do przydzielonych stanowisk pracy. Antonina przekazuje nowe przybyszki strażnikowi, po czym dołącza do kobiet z innych baraków, które są w jej brygadzie.

Strażnik popchnięciem oddziela kilka kobiet od reszty grupy.

– Hej, Aleksiej – woła. – Chodź no tu, zaprowadź je, gdzie trzeba. Nadają się akurat do machania kilofem.

Drugi strażnik podchodzi i gestem każe piętnastu kobietom iść za sobą. Cilka, Józia i Natalia zostają w tyle. Strażnik patrzy na nie.

– Wy to pewnie nawet wszystkie razem byście nie dały rady podnieść kilofa. Za mną.

Kiedy podchodzą do hałdy węgla, żuraw akurat zrzuca ładunek na jej szczyt. Obsypuje je miał i twarde, ostre grudki węgla.

– Każda łapie wiadro i ładuje do pełna. Potem niesiecie je do wagonu i tam wysypujecie – mówi, wskazując wózki ustawione na torach. Pozostali więźniowie zabrali się już do pracy, więc kobiety idą za ich przykładem. Biorą po wiadrze i zaczynają napełniać je kawałkami węgla.

– Lepiej się pospieszcie, jak nie chcecie mieć kłopotów – informuje je jakaś weteranka. – Patrzcie na mnie.

Chwyta puste wiadro i zanurza w hałdzie jak łyżkę, napełniając je jednym ruchem do połowy. Ustawia je na ziemi, po czym dłońmi zgarnia węgiel do środka. Nowicjuszki próbują ją naśladować, z różnym skutkiem. Napełniają kubły, a potem próbują je podnieść. Żadnej się to nie udaje, są zbyt ciężkie.

– Wysypcie trochę, załadujcie tyle, ile dacie radę unieść. Z czasem nabierzecie siły – słyszą od starych wyjadaczy.

Cilka i Józia mogą przenieść co najwyżej pół wiadra węgla, co nie umyka uwadze stojącego przy wagonie strażnika. Okazuje się, że podnieść to jedno, a podnieść i opróżnić to drugie.

Strażnik przygląda się pustym w połowie wiadrom.

– Dla was nie będzie przerwy. Musicie to nadrobić, skoro takie z was słabe suki. Dalej, ruszać się.

Co jakiś czas Cilka widzi, jak Antonina zapisuje coś w książeczce i rozmawia ze strażnikami, najwyraźniej zdając raport z wydajności swojej brygady.

Praca jest tak wyczerpująca, że Cilka, Józia i Natalia zaczynają mimowolnie jęczeć i stękać przy każdym ruchu. Widzą, jak inni dostają dziesięć minut przerwy i odkładają narzędzia. Ramiona, szyja i plecy palą Cilkę żywym ogniem. Kiedy po kilku godzinach rozbrzmiewa wreszcie sygnał, wszyscy rzucają wiadra, kilofy i inne narzędzia tam, gdzie akurat stoją, po czym ruszają w stronę torów, ustawiając się w grupy z ludźmi ze swojej brygady – współlokatorami z baraku i sąsiadami. Czekają, aż brygadziści dadzą im znak, że mogą ruszać.

Dziewczęta wracają w ciszy i zatrzymują się przed bramą zony. Antonina Karpowna przekazuje listę strażnikowi, który liczy kobiety. Łagierniczki podążają za nią z powrotem do baraku, wyczerpane i obolałe, i gromadzą się wokół piecyka, w którym słabo tli się resztka żaru, nie dając niemal w ogóle ciepła. Natalia dorzuca trochę węgla do środka. Cilka nie może się nadziwić, że ma siłę spojrzeć na węgiel, nie mówiąc już o ładowaniu go szuflą. Wszystkie padają na posłania i naciągają koce na głowy. Nikt się nie odzywa.

Nędzny posiłek nie przywraca im energii. Po powrocie do baraku większość więźniarek kładzie się do łóżek, ale kilka podchodzi do piecyka.

– Na co się gapisz?

Cilka leży na łóżku, ale rozpoznaje głos. Helena.

– Na pewno nie na twój paskudny ryj – słyszy odpowiedź Natalii i podnosi się na łokciu, żeby sprawdzić, jak potoczy się ta wymiana inwektyw.

– Zejdź mi z oczu, suko, bo mnie popamiętasz.

– Zostaw mnie w spokoju. Zostaw w spokoju nas wszystkie. – Natalia nie zamierza ustąpić i wstaje z łóżka.

– Natalia, siadaj. Ona nie jest tego warta – uspokaja Olga.

Helena syczy.

Wyczerpanie całkiem przygniotło Cilkę. Rozumie, skąd bierze się ta agresja. Kiedy wściekłości nie można wyładować na oprawcach, bo grozi za to śmierć, gniew znajduje inne ujścia. Cilka zastanawia się, ile lat może mieć Helena, przez co przeszła. A może zachowuje się tak, bo jeszcze niczego podobnego nie doświadczyła? Tak jak Cilka przed tamtym, innym miejscem. Miała tyle miłości, jedzenia, ubrań i wygód, ile potrzebowała. Kiedy traci się to wszystko z dnia na dzień... Nie sposób przewidzieć, jak się zareaguje.

Musi przestać o tym myśleć. Jutro... Jutro będzie takie samo jak dzisiaj, a potem będzie kolejny dzień, kolejny tydzień, i tak przez następne piętnaście lat.

Przytłacza ją bezgraniczna rozpacz.

Birkenau, 1943 rok

Owinięta w długi, ciepły płaszcz Cilka stoi w śniegu przed wejściem do bloku 25. Tak jak się obawiała, leżące w środku kobiety przeżywają swoje ostatnie chwile. Są tak chore, że ledwo się ruszają, a z oczu wygląda im już śmierć. To jest teraz świat Cilki, a ona musi się w nim odnaleźć, żeby pozostać przy życiu. Podobnie ubrane kapo prowadzą do niej kolejne wycieńczone, słaniające się na nogach szkielety. Kapo mówią więźniarkom, że Cilka jest blokową, że mają robić, co im każe. Mają czekać na mrozie na esesmana, który zwoła apel.

Cilka czuje się tak samo zastygła jak pokrywający ziemię śnieg. Niewidzącymi oczami patrzy na wychudzone, zgięte ciała, ale nie czuje już nic. Tak jest od czasu, kiedy Schwarzhuber przeniósł ją do izdebki w bloku 25 i rozpoczął regularne wizyty. Odkryła, że może stać się tylko zbiorem kończyn, kości, mięśni i skóry. To nie była jej decyzja. To się po prostu wydarzyło. Przychodzi jej do głowy, że to trochę jak wtedy, gdy skaleczyła się w kolano jako dziecko – widziała krew, ale dopiero po chwili dotarło do niej, co się stało.

Cilka stoi bez słowa, czeka na informację, że wszystkie więźniarki z bloku 25 się odliczyły. Jutro, a może następnego dnia, jeśli naziści akurat tak postanowią, zabiorą je do komory gazowej, która wygląda jak mały biały domek. I tam je zamordują.

Któryś wyższy rangą esesman prowadzi ostatnie dziesięć kobiet, od czasu do czasu zadając którejś cios pejczem. Cilka budzi się z odrętwienia i szybkim krokiem wychodzi im na spotkanie.

– Pospieszcie się, leniwe suki! – woła. – Ja się nimi zajmę – mówi do esesmana i staje między nim a więźniarkami, zanim kolejne uderzenie spadnie na głowę skulonej dziewczyny. Cilka popycha ją mocno, a ta upada twarzą w śnieg.

– Wstawaj i dołącz do reszty – krzyczy na dziewczynę Cilka.

Esesman patrzy w milczeniu, kiwa głową do Cilki i odchodzi. Nie widzi, jak Cilka schyla się i pomaga leżącej więźniarce stanąć na nogi.

– Szybko, dołącz do reszty – powtarza, tym razem łagodniejszym tonem.

Widząc, że esesman zawraca, Cilka podnosi głos.

– Wchodzić do środka! Ja tu stoję na mrozie, bo wy się guzdrzecie. Dalej, ruszać się!

Posyła strażnikowi szeroki uśmiech, po czym wchodzi za kobietami do baraku i zamyka za sobą drzwi.

W środku więźniarki szukają sobie miejsca do siedzenia lub leżenia, panuje ścisk. Czasami wysypują się na zewnątrz, jak zwierzęta. Wychudzone twarze wpatrują się w Cilkę z przerażeniem i bezradnością. Dziewczyna z całych sił pragnie im wytłumaczyć, że jeśli będzie na nie krzyczeć, to esesman tu nie wejdzie.

Nie znajduje jednak słów.

Ma szesnaście lat. Prawdopodobnie w tej chwili jest tu najmłodsza. I przeżyje je wszystkie.

Widzi kobietę ze skorupą zaschniętych wymiocin na policzku.

Uczucia, które na moment się w niej przebudziły, na powrót wygasają. Znowu jest płaska i bez wyrazu jak śnieg, jak ściana. Gdy kobiety zaczynają płakać, łkać, bić dłońmi o podłogę, modlić się i przyzywać imiona utraconych bliskich, Cilka odwraca się, idzie do swojej izdebki i kładzie się na łóżku.

Dni są długie i ciężkie. Cilka odkrywa, że ma rezerwy siły, o których nawet nie wiedziała, ale i one powoli się wyczerpują. Razem z Józią sprawdzają, jak najlepiej wykorzystać rację chleba w ciągu dnia, żeby energii starczyło na jak najdłużej. W nocy kobiety często rozmawiają o jedzeniu. Nawet kiedy mówią o rodzinie, o domu, wszystko kręci się wokół wspólnych posiłków. Kapusta kiszona z grzybami, twaróg, kiełbasa, pierogi, świeże owoce. Cilka musi sięgnąć pamięcią o wiele dalej niż współtowarzyszki i ogarnia ją z tego powodu poczucie zazdrości.

Żadna nie domaga się, by podzielić się z pozostałymi szczegółami na temat swojego aresztowania, ostatnich wydarzeń ani obecnego miejsca pobytu ich rodzin. Albo może nie wiedzą, czy naprawdę mogą sobie zaufać. Niemniej głośno zastanawiają się, co się stało z ich bliskimi. Szczególnie Margarita, młoda Rosjanka z dołeczkami w okrągłej twarzy, którą Cilka instynktownie polubiła, nie może przestać martwić się o swojego męża. Józia myśli o swoich braciach, a Olga choć wie, gdzie są jej dzieci, obawia się, że nie dostanie od nich wiadomości. Cilka myśli o wszystkich, których straciła, ale nie potrafi o nich mówić.

Pewnej nocy Olga zagaduje do Cilki.

 

– Klein... to żydowskie nazwisko, prawda?

Cilka kiwa głową.

– Można tak powiedzieć. – Wstaje. – Pójdę po węgiel.

Kiedy wracają z pracy tydzień po przyjeździe, Helena oznajmia, że jutro Natalia ma opróżnić wiadra z gównem, drugi dzień z rzędu. Zaczął właśnie padać pierwszy ciężki śnieg i Helena owija się mocniej połami płaszcza.

– Ja się tym zajmę – mówi Józia. – Już dawno tego nie robiłam.

– To ja tu rządzę – odpowiada jej Helena i podnosi się z miejsca. – Ja mówię, która co zrobi.

– Właśnie że nie – protestuje Józia. – Nikt cię nie zrobił dowódcą. Podzielimy się pracą.

Cilka jest zaskoczona, kiedy Helena nie reaguje. Po prostu mruży oczy, siada i owija się płaszczem jeszcze szczelniej.

Kobiety gromadzą się wokół pieca, czekają, aż ciepło rozluźni ich bolące mięśnie, a sygnał wezwie je na kolację.

Nagle ktoś popycha Józię gwałtownie od tyłu.

Odruchowo podnosi rękę, szukając oparcia i opiera dłoń o metalową osłonę pieca. Jej krzyk odbija się echem od ścian.

Józia wyciąga przed siebie ramię, jakby chciała je strząsnąć. Przez głowę Cilki przemyka tysiąc myśli, obrazy chorych i rannych kobiet, to, co się z nimi zazwyczaj dzieje. Nie, tylko nie Józia. Cilka chwyta ją, wyprowadza siłą z budynku i wsadza poparzoną rękę w pokrywający ziemię śnieg. Józia syczy przez zęby i zaczyna płakać.

– Cicho, cichutko – próbuje ją uspokoić Cilka, trochę ostrzej, niż planowała.

Po kilku minutach wyciąga rękę Józi ze śniegu i sprawdza oparzenia. Dłoń i wszystkie cztery palce są wściekle czerwone, jedynie kciuk jest nietknięty.

Cilka wpycha dłoń z powrotem w śnieg i przyciąga twarz Józi w swoją stronę. Dziewczyna jest blada, biała jak ziemia wokół nich.

– Zostań tu, zaraz wrócę.

Cilka wchodzi do baraku i wpatruje się w kobiety zgromadzone wokół pieca.

– Jak ona się czuje? – któraś pyta niepewnie, ale nie otrzymuje odpowiedzi.

– Która to zrobiła? Która ją popchnęła? – Cilka widziała tylko upadek Józi, ale ma swoje podejrzenia.

Większość odwraca wzrok, ale Cilka zauważa, że Natalia spogląda w kierunku sprawczyni.

Cilka podchodzi do Heleny usadowionej wygodnie na swoim łóżku.

– Mogłabym cię złamać na pół jak witkę – warczy kobieta.

Cilka rozumie różnicę między pustymi groźbami – przejawem bezsilności – a prawdziwym zamiarem skrzywdzenia drugiej osoby.

– Wielu ludzi groźniejszych od ciebie próbowało mnie złamać – odpowiada Cilka.

– A ja walczyłam z mężczyznami dziesięć razy większymi niż ty – odszczekuje Helena.

Pozostałe więźniarki odsuwają się, żeby zrobić im miejsce, pewne, że lada moment rzucą się sobie do gardeł.

– Wstawaj – rozkazuje Cilka.

Helena patrzy na nią wyzywająco. Cilkę ogarnia wściekłość.

– Wstawaj, powiedziałam.

Pozostają w bezruchu twarzą w twarz przez kilka chwil, po czym Helena podnosi się powoli, z ustami wykrzywionymi w grymasie, jak dziecko.

– Helena, zdejmę teraz twój koc. Mam nadzieję, że prześcieradło pod nim nie jest zawszone, bo oderwę z niego kawałek materiału. Nawet nie próbuj mnie powstrzymać. Rozumiesz?

Helena parska gniewnie pod nosem, ale kiwa głową. Pozostałe kobiety przysuwają się do Cilki i stają za nią, kiedy jest już jasne, że to ona wygrała konfrontację.

Nie spuszczając oczu z Heleny, Cilka ściąga koc. Podnosi rąbek prześcieradła do ust i zębami szarpie krawędź, po czym odrywa pas materiału.

– Dziękuję, Heleno. Możesz pościelić łóżko.

Cilka odwraca się do drzwi.

W progu stoi Antonina Karpowna, opiera się ramieniem o ościeżnicę, blokując Cilce wyjście.

– Będziesz mi sprawiać kłopoty? – pyta.

– Niet – odpowiada Cilka.

Antonina zdejmuje rękę z framugi. Cilka wraca na zewnątrz, gdzie Józia siedzi w śniegu, drżąc od zimna i bólu. Cilka wyciera oparzoną dłoń dziewczyny, po czym owija oddartym kawałkiem prześcieradła. Obejmuje Józię ramieniem, pomaga jej stanąć na nogi i wejść do środka. Dziwnie jest być tak blisko kogoś. Ostatnią osobą, której dotknęła z własnej woli, była Gita. Zgromadzone wokół pieca kobiety rozstępują się i robią im miejsce jak najbliżej ciepła.

Rozbrzmiewa sygnał na kolację. Józia nie chce wyjść z łóżka. Cilka czuje frustrację, złość i bezradność. Już ma ją zostawić, ale powstrzymuje ją myśl, że jeśli Józia nie będzie jadła, straci siły.

– Józia, idziemy – mówi i pomaga jej wstać.

W stołówce Cilka podaje Józi kubek zupy, a ona bierze go do lewej ręki, przez co nie jest w stanie złapać rzuconego jej kawałka czerstwego chleba. Kromka spada na podłogę.

Pilnująca stołówki strażniczka przygląda się im spokojnie, czekając na reakcję Cilki. Jeśli pomoże koleżance, zostanie ukarana. Jeśli tego nie zrobi, Józia będzie głodna. Młodsza dziewczyna pochyla się, zaciskając kubek w dłoni i patrząc błagalnie na Cilkę, która nie spuszczając z niej wzroku, wkłada między zęby swoją rację chleba w niemej podpowiedzi. Józia ostrożnie stawia kubek na podłodze, podnosi chleb i chwyta go zębami, po czym zabiera zupę i rusza dalej.

Gdy tylko znajdują stojące miejsce z dala od spojrzenia strażniczki, Cilka wyjmuje kromkę z ust Józi i pomaga jej schować ją w rękawie płaszcza.

W baraku kobiety nieśmiało pytają Józię, jak się czuje, a ona odpowiada im odważnie, że wszystko będzie dobrze. Cilka cieszy się, że jedzenie dało jej więcej nadziei.

Siedząc na łóżku, Cilka obserwuje, jak za oknem śnieg topi się i spływa po szybie niczym łzy. Prosi Józię, żeby pokazała jej poparzoną dłoń. Ostrożnie rozwija prowizoryczny bandaż i odrywa ostatnią warstwę przyklejoną do pokrytej pęcherzami skóry. Józia wciska drugą rękę do ust, żeby nie płakać z bólu.

– Lepiej to wygląda – mówi pocieszająco Cilka, chociaż sama w to nie wierzy. Wie, jak ważne jest, by się nie poddawać.

Podchodzi do nich Natalia i siada obok Cilki.

– Zapytam jutro Antoninę, czy jest tu jakiś lazaret albo ambulatorium. Jeśli tak, to tam ci założą odpowiedni opatrunek.

Cilka wie, że krzywo tu patrzą na tych, co chcą uniknąć pracy. Ale jeśli ręka Józi się nie zagoi, będzie jeszcze gorzej. Kiwa głową.

– Dzięki, Natalia – mówi Cilka.

Kobiety szykują się do snu. Zapada noc, a wkrótce nadchodzi świt. Cilka budzi się nagle z bijącym gwałtownie sercem, ale po chwili panujące w baraku cisza i spokój kołyszą ją oraz pozwalają na powrót zasnąć.

Rano Antonina wygląda na zmęczoną. Bez słowa każe im się ruszać. Natalia szykuje się, żeby zapytać o opatrunek dla Józi, ale Cilka powstrzymuje ją gestem.

– Pozwól jej najpierw zjeść śniadanie, bo w ambulatorium jej nie nakarmią – szepcze. Jest świadoma nastroju Antoniny. Nauczyła się czytać twarze oprawców, strażników, tych, którzy mają władzę.

Po apelu Natalia patrzy pytająco na Cilkę. Józia zjadła już kleik i ma rację chleba schowaną w rękawie. Twarz Antoniny też jakby nabrała kolorów. Cilka kiwa głową.

– Przepraszam, Antonino Karpowna – zagaja Natalia, używając grzecznościowej formy imienia z otczestwem.

Brygadzistka odwraca się do niej.

– Jak zapewne wiecie z wieczornej wizyty, Józia doznała urazu prawej ręki. Czy jest jakieś ambulatorium, gdzie by ją opatrzono?

– Jak to się stało? – pyta Antonina.

Natalia nie jest przekonana do ujawnienia winnej. Niezależnie od tego, jak paskudny był to postępek, może nie ma konieczności posyłać kogokolwiek do ciemnicy, gdzie na nieszczęśnika czeka głód, choroba i obłęd. Choć Cilka jest wściekła na Helenę – zwłaszcza za jej tchórzostwo, za zaatakowanie Józi od tyłu – Natalia uważa, że kobieta zasługuje na kolejną szansę.

Wygląda na to, że Józia się z nią zgadza.

– Potknęłam się – mówi dziewczyna – i oparłam ręką o piec.

Antonina woła Józię do siebie, patrzy na nią z góry.

Józia podchodzi do brygadzistki i wyciąga zabandażowaną dłoń.

– Skąd mam wiedzieć, że nie próbujesz wymigać się od pracy?

Józia pojmuje, o co jej chodzi. Zaczyna odwijać opatrunek. Nie może powstrzymać łez bólu, gdy odrywa ostatnią warstwę, odsłaniając czerwoną, pokrytą pęcherzami skórę.

Cilka przesuwa się na przód i staje obok Józi. Nie chce zwracać na siebie uwagi, ale czuje, że musi jakoś dodać przyjaciółce otuchy. Antonina mierzy je wzrokiem.