Zabić drozdaTekst

Z serii: Salamandra
Z serii: Zabić drozda #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zabić drozda
Zabić drozda
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,80  56,64 
Zabić drozda
Audio
Zabić drozda
Audiobook
Czyta Joanna Koroniewska
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 8

Z przy­czyn nie­po­ję­tych nawet dla naj­bar­dziej doświad­czo­nych pro­ro­ków hrab­stwa May­comb tego roku jesień zmie­niła się w zimę. Zda­niem Atti­cusa, prze­ży­li­śmy dwa naj­zim­niej­sze tygo­dnie od 1885 roku. Pan Avery twier­dził, że już na kamie­niu z Rosetty wyryto sta­ro­żytną prawdę, iż to dzieci, gdy są nie­po­słuszne, gdy palą papie­rosy i gdy toczą ze sobą wojny – powo­dują zmiany w ukła­dzie pór roku. Wina za ów wybryk natury, który przy­spo­rzył sąsia­dom tylu trosk, a nas wpra­wił w zakło­po­ta­nie, spa­dła więc na Jema i na mnie.

Tam­tej zimy zmarła stara pani Radley, lecz jej śmierć mało kogo poru­szyła. W sąsiedz­twie rzadko ją widy­wano; chyba tylko wtedy, gdy pod­le­wała swoje kanny. Jem i ja uzna­li­śmy, że to Boo wresz­cie ją dopadł, ale gdy Atti­cus wró­cił z domu Radleyów, oznaj­mił, ku naszemu głę­bo­kiemu roz­cza­ro­wa­niu, że zmarła z przy­czyn natu­ral­nych.

– Spy­taj go – szep­nął Jem.

– Sam spy­taj, jesteś star­szy.

– I dla­tego ty powin­naś.

– Atti­cu­sie – zaczę­łam – widzia­łeś może pana Arthura?

Ojciec spoj­rzał na mnie surowo znad gazety.

– Nie widzia­łem.

Jem powstrzy­mał mnie przed dal­szym inda­go­wa­niem. Stwier­dził, że Atti­cus wciąż jesz­cze jest zbyt draż­liwy na punk­cie naszych spra­wek z Radley­ami i że nie ma sensu posu­wać się za daleko. Miał też wra­że­nie, że Atti­cus nie łączy naszego zacho­wa­nia owej pamięt­nej let­niej nocy wyłącz­nie z grą w roz­bie­ra­nego pokera. Nie wie­dział, skąd w nim to prze­ko­na­nie; mówił, że to tylko prze­czu­cie.

Gdy obu­dzi­łam się następ­nego ranka, wyj­rza­łam przez okno i omal nie umar­łam z prze­ra­że­nia. Moje wrza­ski wywa­biły z łazienki na wpół ogo­lo­nego ojca.

– Koniec świata, Atti­cu­sie! Pro­szę cię, zrób coś…! – woła­łam, cią­gnąc go w stronę okna.

– Nie, to nie koniec świata – odparł. – To śnieg.

Jem zapy­tał, czy śnieg się utrzyma. On także widział to zja­wi­sko po raz pierw­szy, ale przy­naj­mniej wie­dział, z czym ma do czy­nie­nia. Atti­cus odparł, że nie wie o śniegu wiele wię­cej niż Jem.

– Myślę jed­nak, że jeśli na­dal będzie tak mokry, lada chwila zmieni się w deszcz.

Zadzwo­nił tele­fon i Atti­cus odda­lił się od stołu, żeby ode­brać.

– Dzwo­niła Eula May – powie­dział, wró­ciw­szy do jadalni. – Cytuję: „Jako że śnieg nie padał w hrab­stwie May­comb od tysiąc osiem­set osiem­dzie­sią­tego pią­tego roku, lek­cji w szkole nie będzie”.

Eula May była główną ope­ra­torką tele­fo­niczną w May­comb. Powie­rzano jej odczy­ty­wa­nie obwiesz­czeń rady, zapro­szeń na śluby, zawia­do­mień o poża­rach oraz zale­ceń w spra­wie pierw­szej pomocy, gdy nie było w mie­ście dok­tora Rey­noldsa.

Gdy Atti­cus wresz­cie przy­wo­łał nas do porządku i skło­nił do zaję­cia się wła­snymi tale­rzami, a nie tym, co za oknem, Jem spy­tał:

– Jak się lepi bał­wana?

– Nie mam bla­dego poję­cia – odparł Atti­cus. – Nie chcę spra­wić wam zawodu, ale wąt­pię, czy star­czy tego śniegu na choćby jed­nego bał­wana.

Cal­pur­nia weszła do jadalni i oznaj­miła, że jej zda­niem, śnieg się utrzyma. Pobie­gli­śmy na podwó­rze, pokryte war­stewką top­nie­ją­cego śniegu.

– Nie powin­ni­śmy po nim cho­dzić – zauwa­żył Jem. – Z każ­dym kro­kiem mar­nu­jemy śnieg.

Obró­ci­łam się i spoj­rza­łam na moje pod­cho­dzące wodą ślady. Jem powie­dział, że jeśli zacze­kamy, aż napada tro­chę wię­cej, pew­nie uda się naskro­bać tyle śniegu, żeby wyszedł nam bał­wan. Wysu­nę­łam język i zła­pa­łam nań wielki pła­tek. Parzył.

– Jem, ten śnieg jest gorący!

– Nie­prawda. Jest tak zimny, że aż parzy. A teraz już nie mar­nuj śniegu, zja­da­jąc płatki, Skau­cie. Niech sobie pada.

– Ale ja chcę po nim pocho­dzić.

– Wiesz co? Pocho­dzić możemy u panny Mau­die.

Jem poko­nał podwórko sko­kami, a ja podą­ży­łam po jego śla­dach. Gdy byli­śmy na chod­niku przed domem panny Mau­die, zagad­nął nas pan Avery. Był różowy na twa­rzy, a wielki brzuch wyle­wał mu się zza paska.

– Widzi­cie, co naro­bi­li­ście? – spy­tał. – W May­comb nie było śniegu od czasu bitwy pod Appo­mat­tox. To przez nie­grzeczne dzieci, takie jak wy, zmie­niają się pory roku.

Zasta­na­wia­łam się, czy pan Avery wie, z jaką nadzieją wyglą­da­li­śmy go w let­nie wie­czory, cze­ka­jąc na powtórkę pokazu. Pomy­śla­łam też, że jeśli to ma być nasza kara, to grze­sze­nie ma jed­nak swoje dobre strony. Nie musia­łam zacho­dzić w głowę, skąd pan Avery bie­rze swoje sta­ty­styki mete­oro­lo­giczne: bez wąt­pie­nia były spi­sane na kamie­niu z Rosetty.

– Jemie Fin­chu!

– Jem, panna Mau­die cię woła.

– Trzy­maj­cie się środka ogrodu. Obok werandy mam pod śnie­giem zawciągi, nie stra­tuj­cie mi ich!

– Tak jest, pro­szę pani! – odkrzyk­nął Jem. – Ależ tu pięk­nie, prawda, panno Mau­die?

– Pięk­nie? Aku­rat! Jeśli w nocy będzie przy­mro­zek, stracę wszyst­kie aza­lie!

Stary kape­lusz panny Mau­die lśnił krysz­tał­kami śniegu. Pochy­lała się nad małymi krzacz­kami, opa­tu­la­jąc je płó­cien­nymi tor­bami. Jem zapy­tał ją, po co to robi.

– Żeby im było cie­plej – odrze­kła.

– Jak może im być cie­plej? Prze­cież krew w nich nie krąży.

– Nie umiem ci odpo­wie­dzieć, Jemie Fin­chu. Wiem tylko ponad wszelką wąt­pli­wość, że jeśli wie­czo­rem będzie mróz, te rośliny zmar­zną. Dla­tego lepiej będzie je zawi­nąć. Jasne?

– Tak jest. Panno Mau­die?

– Słu­cham pana.

– Czy możemy ze Skau­tem poży­czyć od pani tro­chę śniegu?

– Wiel­kie nieba, bierz­cie choćby i wszystko! Pod domem znaj­dzie­cie stary kosz od brzo­skwiń, może­cie w nim nosić. – Panna Mau­die zmru­żyła oczy. – Jemie Finch, ale co zamie­rzasz zro­bić z moim śnie­giem?

– Zoba­czy pani – odparł tajem­ni­czo Jem.

Prze­nie­śli­śmy do nas tyle śniegu od panny Mau­die, ile się dało, choć była to dość mokra ope­ra­cja.

– Co dalej, Jem? – spy­ta­łam.

– Zoba­czysz – odrzekł. – A teraz bierz kosz i przy­cią­gnij na fron­towe podwó­rze tyle śniegu zza domu, ile zdo­łasz. Tylko sta­raj się cho­dzić po wła­snych śla­dach – zastrzegł.

– Będziemy mieli bał­wanka, Jem?

– Nie, naj­praw­dziw­szego bał­wana. Ale teraz musimy ostro popra­co­wać.

Jem pobiegł za dom, zła­pał motykę i zaczął kopać z zapa­łem obok sterty drewna na opał, odkła­da­jąc na bok zna­le­zione przy tym robaki. Po chwili sko­czył do domu i wró­cił z koszem na bie­li­znę. Napeł­nił go zie­mią i zaniósł przed dom.

Gdy mie­li­śmy pięć koszy ziemi i dwa kosze śniegu, Jem oznaj­mił, że możemy zaczy­nać.

– Nie sądzisz, że zro­bił się z tego bała­gan? – spy­ta­łam.

– Na razie bała­gan, ale to się zmieni – odpo­wie­dział.

Jem nabrał w ręce ziemi i ukle­pał z niej mały pagó­rek. Doda­jąc kolejne por­cje, z wolna ufor­mo­wał tułów.

– Jem, w życiu nie sły­sza­łam o bał­wa­nie czar­nu­chu – powie­dzia­łam.

– Nie­długo prze­sta­nie być czarny – wystę­kał Jem.

Przy­niósł z podwó­rza witki z brzo­skwi­nio­wego drzewa, zaplótł je i powy­gi­nał tak, by two­rzyły szkie­let, który następ­nie pokrył zie­mią.

– Wygląda jak panna Ste­pha­nie Craw­ford z rękami na bio­drach – zauwa­ży­łam. – Gruby pośrodku i z chu­dziut­kimi łap­kami.

– Zaraz będą grub­sze.

Jem chlu­snął wodą na błot­nego luda i dodał wię­cej ziemi. Przez chwilę przy­glą­dał się w zadu­mie swemu dziełu, a potem poni­żej talii bał­wana ufor­mo­wał wiel­kie brzu­szy­sko. Spoj­rzał na mnie z bły­skiem w oku.

– Pan Avery tro­chę przy­po­mina syl­wetką bał­wana, nie?

Jem nabrał teraz śniegu w dło­nie i zaczął oble­piać postać. Pozwo­lił mi popra­co­wać jedy­nie nad ple­cami, czę­ści widoczne z ulicy zosta­wia­jąc dla sie­bie. Pan Avery bie­lał stop­niowo.

Uży­wa­jąc kawał­ków drewna jako oczu, nosa, ust i guzi­ków, Jem wier­nie odtwo­rzył lekko zde­ner­wo­wa­nego pana Avery’ego. Ostat­nim szcze­gó­łem była laseczka z drewna na opał. Jem cof­nął się i spoj­rzał na swe dzieło.

– Jest piękny, Jem – orze­kłam. – Jakby zaraz miał zaga­dać.

– To fakt, co? – przy­znał nie­śmiało.

Nie mogli­śmy się docze­kać powrotu Atti­cusa na obiad – zadzwo­ni­li­śmy, żeby uprze­dzić, że mamy dla niego wielką nie­spo­dziankę. Rze­czy­wi­ście był zasko­czony, gdy zoba­czył przed domem więk­szość tego, co zwy­kle znaj­do­wało się za domem, ale przy­znał też, że wyko­na­li­śmy wyborną robotę.

– Nie wie­dzia­łem, że wyszy­ku­je­cie coś takiego – powie­dział do Jema. – Od tej pory nie będę się już mar­twił, co z cie­bie wyro­śnie. Wiem, że zawsze coś wymy­ślisz.

Jem zaczer­wie­nił się aż po końce uszu, sły­sząc ten kom­ple­ment, ale zaraz spoj­rzał podejrz­li­wie, gdy Atti­cus cof­nął się o parę kro­ków, by mru­żąc oczy, popa­trzeć raz jesz­cze na dzieło. Lecz Atti­cus naj­pierw uśmiech­nął się sze­roko, a potem wybuch­nął śmie­chem.

– Synu, nie wiem, kim zosta­niesz w przy­szło­ści… inży­nie­rem, praw­ni­kiem czy por­tre­ci­stą… ale stwo­rzy­łeś na naszym podwórku jawny pasz­kwil, który trzeba jakoś zama­sko­wać.

Atti­cus zasu­ge­ro­wał, by zmie­nić nieco fasadę postaci, na przy­kład uży­wa­jąc mio­tły zamiast laseczki i wkła­da­jąc bał­wa­nowi far­tuch.

Jem wyja­śnił, że jeśli to zrobi, bał­wan ubłoci się tylko i tak naprawdę prze­sta­nie być bał­wanem.

– Nie­ważne co zro­bisz, byle­byś coś zmie­nił – odparł Atti­cus. – Nie możesz tak sobie kary­ka­tu­ro­wać sąsia­dów.

– To nie kary­ka­tura – nie ustę­po­wał Jem. – To wierna kopia.

 

– Pan Avery może być odmien­nego zda­nia.

– Wiem, co zro­bię! – zawo­łał Jem.

Pobiegł na drugą stronę ulicy, znik­nął na moment na podwórku panny Mau­die i zaraz powró­cił trium­fu­jący. Wci­snął na głowę bał­wana słom­kowy kape­lusz sąsiadki, a pod jego zgięte ramię wsu­nął nożyce do żywo­płotu. Atti­cus uznał, że to wystar­czy.

Panna Mau­die otwo­rzyła drzwi fron­towe i wyszła na werandę. Spoj­rzała na nas i nagle uśmiech­nęła się od ucha do ucha.

– Jemie Fin­chu! – zawo­łała. – Ty dia­ble, w tej chwili odda­waj mój kape­lusz!

Jem spoj­rzał na Atti­cusa, który pokrę­cił głową.

– Tylko tak mówi – wyja­śnił. – Tak naprawdę jest pod wra­że­niem two­jego… osią­gnię­cia.

Atti­cus pod­szedł do panny Mau­die i wdali się w oży­wioną kon­wer­sa­cję, z któ­rej posły­sza­łam jedy­nie „…spre­pa­ro­wał skoń­czo­nego her­ma­fro­dytę w ogródku! Atti­cusie, ty ich ni­gdy nie wycho­wasz!”

Po połu­dniu prze­stał padać śnieg, a tem­pe­ra­tura opa­dła. Przed wie­czo­rem speł­niła się więk­szość ponu­rych prze­po­wiedni pana Avery’ego: Cal­pur­nia paliła we wszyst­kich pie­cach, ale i tak było nam zimno. Gdy Atti­cus wró­cił z pracy, powie­dział, że wie­czór mamy spę­dzić w domu, i zapro­po­no­wał Cal­pur­nii, żeby została z nami na noc, jeśli ma ochotę. Rozej­rzała się tylko po wyso­kich stro­pach i dużych oknach, a potem stwier­dziła, że u sie­bie będzie miała cie­plej. Atti­cus odwiózł ją samo­cho­dem.

Zanim poło­ży­łam się do łóżka, ojciec dosy­pał węgla do pieca w moim pokoju. Powie­dział, że ter­mo­metr wska­zuje minus dzie­więć stopni, że nie pamięta tak zim­nej nocy i że nasz bał­wan na podwórku zamarzł na kamień.

Wyda­wało mi się, że led­wie parę minut póź­niej ktoś obu­dził mnie ener­gicz­nym potrzą­sa­niem. Byłam przy­kryta płasz­czem Atti­cusa.

– Już rano?

– Wsta­waj, kocha­nie.

Atti­cus trzy­mał w wycią­gnię­tych rękach mój szla­frok i płasz­czyk.

– Włóż naj­pierw szla­frok – powie­dział.

Jem stał obok niego zaspany, ze zmierz­wioną czu­pryną. Jedną ręką zaci­skał koł­nierz płasz­cza pod szyją, a drugą trzy­mał głę­boko w kie­szeni. Wyglą­dał dziw­nie masyw­nie.

– Prę­dzej, skar­bie – pona­glił mnie Atti­cus. – Masz tu skar­petki i buty.

Wło­ży­łam je cał­kiem ogłu­piała.

– Już rano?

– Nie, dopiero po pierw­szej. Szyb­ciej.

Wresz­cie dotarło do mnie, że dzieje się coś złego.

– O co cho­dzi?

Wła­ści­wie nie musiał odpo­wia­dać. Podob­nie jak ptaki wie­dzą, dokąd uciec, gdy pada deszcz, tak i ja wie­dzia­łam, że ktoś na naszej ulicy ma kło­poty. Stłu­mione sze­le­sty i odgłosy krzą­ta­niny prze­peł­niły mnie stra­chem i poczu­ciem bez­rad­no­ści.

– Czyj?

– Panny Mau­die, skar­bie – odparł łagod­nie Atti­cus.

Sto­jąc w drzwiach fron­to­wych, zoba­czy­li­śmy pło­mie­nie bucha­jące z okien jadalni panny Mau­die. Jakby na potwier­dze­nie tego, co widzie­li­śmy, roz­le­gło się wycie syreny stra­żac­kiej – dźwięk wzno­sił się wolno i pozo­stał w wyso­kiej, prze­raź­li­wie prze­ni­kli­wej tona­cji.

– Już po nim, prawda? – jęk­nął Jem.

– Tak przy­pusz­czam – odparł Atti­cus. – A teraz posłu­chaj­cie mnie. Sta­nie­cie przy domu Radleyów. Nie wchodź­cie nikomu w drogę, jasne? Widzi­cie, w którą stronę wieje wiatr?

– Och – jęk­nął Jem. – Atti­cu­sie, sądzisz, że powin­ni­śmy już wyno­sić meble?

– Jesz­cze nie, synu. Rób­cie, co każę. Bie­giem. Pil­nuj Skauta, sły­sza­łeś? Nie spusz­czaj jej z oka.

Atti­cus popchnął nas lekko w stronę furtki do pose­sji Radleyów. Sta­nę­li­śmy tam, przy­glą­da­jąc się, jak na ulicy przy­bywa samo­cho­dów i ludzi, pod­czas gdy ogień bez­gło­śnie trawi dom panny Mau­die.

– Dla­czego się nie pospie­szą?… Dla­czego się nie pospie­szą?… – mam­ro­tał Jem.

W końcu zoba­czy­li­śmy dla­czego: tłum ludzi pchał od strony mia­sta wóz stra­żacki, który na mro­zie nie chciał zapa­lić. Gdy wresz­cie pod­łą­czono węże do hydrantu, woda wystrze­liła w górę, zale­wa­jąc chod­nik gra­dem kro­pel.

– O Boże, Jem…

Jem oto­czył mnie ramie­niem.

– Cicho, Skau­cie – powie­dział. – Jesz­cze nie czas, żeby się mar­twić. Powiem ci kiedy.

Męż­czyźni z May­comb, nie­któ­rzy nie­kom­plet­nie ubrani, wyno­sili meble z domu panny Mau­die i usta­wiali je na podwórku po dru­giej stro­nie ulicy. Zauwa­ży­łam Atti­cusa, który dźwi­gał ciężki dębowy fotel na bie­gu­nach, i pomy­śla­łam, jakie to miłe z jego strony, że pomy­ślał o rato­wa­niu tego, co panna Mau­die ceniła naj­wy­żej.

Od czasu do czasu sły­sze­li­śmy krzyki. Wresz­cie w oknie pokoju na pię­trze uka­zała się twarz pana Avery’ego. Wypchnął przez okno mate­rac, a w ślad za nim wyrzu­cał drob­niej­sze meble, póki sto­jący na dole nie zaczęli wołać:

– Złaź już, Dick! Schody się zajęły! Niech pan ucieka, panie Avery!

Pan Avery zaczął się gra­mo­lić przez okno.

– Skaut, on utknął! – zawo­łał z prze­ję­ciem Jem. – O Boże…

Pan Avery rze­czy­wi­ście zakli­no­wał się w oknie. Wtu­li­łam twarz w ramię Jema i nie patrzy­łam wię­cej, póki nie krzyk­nął:

– Uwol­nił się! Skau­cie, nic mu nie jest.

Unio­słam głowę i doj­rza­łam pana Avery’ego na bal­ko­nie. Prze­rzu­cił nogi nad barierką i zaczął się zsu­wać po kolum­nie. W pew­nej chwili ześli­znął się w nie­kon­tro­lo­wany spo­sób i z krzy­kiem wylą­do­wał w krza­kach pod domem panny Mau­die.

Zauwa­ży­łam nagle, że ludzie odda­lają się od pło­ną­cego domu panny Mau­die i idą w naszą stronę. Już nie nie­śli mebli. Ogień sza­lał już na pię­trze i pochło­nął więk­szość dachu. Ramy okienne odzna­czały się czer­nią na tle sza­le­ją­cych poma­rań­czo­wych pło­mieni.

– Jem, dom wygląda jak dynia…

– Patrz!

Dym uno­sił się teraz nad naszym domem i nad domem panny Rachel jak mgła nad brze­giem rzeki. Stra­żacy zaczęli prze­kła­dać węże w ich stronę. Za naszymi ple­cami wóz z Abbot­t­sville wypadł zza zakrętu i zatrzy­mał się gwał­tow­nie przed naszym domem.

– Ta książka… – ode­zwa­łam się.

– Jaka? – spy­tał Jem.

Tom Swift… Nie jest moja, tylko Dilla…

– Nie przej­muj się, Skau­cie. Nie czas jesz­cze na takie zmar­twie­nia – pocie­szył mnie Jem. – Spójrz tam – dodał, wska­zu­jąc pal­cem.

W gru­pie sąsia­dów dostrze­głam Atti­cusa, który stał z rękami wbi­tymi w kie­sze­nie płasz­cza. Rów­nie dobrze mógłby oglą­dać mecz fut­bo­lowy. Panna Mau­die stała obok niego.

– Widzisz? On się jesz­cze nie mar­twi – zauwa­żył Jem.

– Ale dla­czego nie sie­dzi teraz na dachu któ­re­goś z domów?

– Jest na to za stary, skrę­ciłby sobie kark.

– Myślisz, że powin­ni­śmy popro­sić, żeby zabrał już nasze rze­czy?

– Nie będziemy mu zawra­cać głowy, sam wie, kiedy nadej­dzie czas – odparł Jem.

Wóz stra­żacki z Abbot­t­sville zaczął pom­po­wać wodę na nasz dom; stra­żak sie­dzący na dachu wska­zy­wał miej­sca, które wyma­gały naj­pil­niej­szego chło­dze­nia. Patrzy­łam, jak nasz Skoń­czony Her­ma­fro­dyta czer­nieje i roz­pada się. Na szczy­cie kupki błota spo­czął kape­lusz panny Mau­die. Nie widzia­łam tylko jej nożyc do żywo­płotu. W gorączce panu­ją­cej mię­dzy trzema domami męż­czyźni już dawno zrzu­cili płasz­cze i szla­froki. Pra­co­wali w piża­mach i koszu­lach noc­nych wci­śnię­tych w spodnie, a tym­cza­sem ja zaczy­na­łam czuć, że zama­rzam na sto­jąco. Jem pró­bo­wał mnie roz­grzać, lecz jego ramię nie wystar­czało. Uwol­ni­łam się z uści­sku i oto­czy­łam wła­snymi ramio­nami. Potań­czy­łam chwilę i odzy­ska­łam czu­cie w sto­pach.

Kolejny wóz stra­żacki zatrzy­mał się przed domem panny Ste­pha­nie Craw­ford. Bra­ko­wało hydrantu dla kolej­nego węża; stra­żacy pró­bo­wali pole­wać budy­nek ręcz­nymi gaśni­cami.

Bla­szany dach domu panny Mau­die tonął w pło­mie­niach. Wresz­cie kon­struk­cja zawa­liła się z rykiem i pło­mie­nie buch­nęły we wszyst­kie strony. W tej samej chwili zatrze­po­tały koce w rękach ludzi sie­dzą­cych na dachach sąsied­nich budyn­ków i tłu­mią­cych deszcz iskier oraz pło­ną­cych odłam­ków.

Świ­tało już, gdy ludzie zaczęli się roz­cho­dzić, naj­pierw poje­dyn­czo, a potem gru­pami. Popchnęli wóz z May­comb z powro­tem w stronę cen­trum. Wóz z Abbot­t­sville odje­chał o wła­snych siłach; trzeci pozo­stał na miej­scu. Następ­nego dnia dowie­dzie­li­śmy się, że przy­je­chał aż z Clark’s Ferry, mia­steczka odle­głego o sto kilo­me­trów.

Prze­mknę­li­śmy z Jemem na drugą stronę ulicy. Panna Mau­die wpa­try­wała się w dymiącą czarną dziurę, która była jej domem. Atti­cus pokrę­cił głową, dając nam znak, że nie powin­ni­śmy z nią teraz roz­ma­wiać. Zapro­wa­dził nas do domu, opie­ra­jąc dło­nie na naszych ramio­nach, gdy szli­śmy po oblo­dzo­nej jezdni. Powie­dział, że na razie panna Mau­die zamieszka u panny Ste­pha­nie.

– Chce ktoś gorą­cej cze­ko­lady? – zapy­tał.

Poczu­łam dreszcz, gdy roz­pa­lił w kuchence.

Gdy pili­śmy kakao, zauwa­ży­łam, że Atti­cus przy­gląda mi się naj­pierw z zacie­ka­wie­niem, a potem jakby srogo.

– Zda­wało mi się, że kaza­łem wam zostać w jed­nym miej­scu – powie­dział.

– Prze­cież zosta­li­śmy.

– Zatem czyj to koc?

– Koc?

– Tak, panienko, koc. Prze­cież nie nasz.

Spoj­rza­łam po sobie i zoba­czy­łam, że ści­skam w dłoni brzegi brą­zo­wego weł­nia­nego koca, narzu­co­nego na moje ramiona na spo­sób indiań­ski.

– Atti­cu­sie… ojcze, ja naprawdę nie wiem… ja…

Spoj­rza­łam na Jema, szu­ka­jąc pod­po­wie­dzi, ale on był jesz­cze bar­dziej zdu­miony. Powie­dział, że nie ma poję­cia, skąd się wziął ten koc, bo prze­cież postą­pi­li­śmy dokład­nie tak, jak kazał nam Atti­cus: sta­li­śmy przy furtce Radleyów, z dala od tłumu, nie odda­la­jąc się ani na krok… Jem urwał.

– Pan Nathan poma­gał przy poża­rze – pod­jął po chwili. – Widzia­łem go. Widzia­łem na pewno, jak cią­gnął mate­rac. Przy­się­gam, Atti­cu­sie…

– W porządku, synu. – Na twa­rzy Atti­cusa z wolna poja­wił się uśmiech. – Wygląda na to, że wszy­scy miesz­kańcy May­comb w ten czy inny spo­sób wyszli dziś na ulice. Jem, zdaje mi się, że mamy w spi­żarce tro­chę papieru pako­wego. Przy­nieś, zapa­ku­jemy ten…

– Ojcze, nie!

Jem spra­wiał wra­że­nie obłą­ka­nego. Znie­nacka zaczął wyrzu­cać z sie­bie wszyst­kie tajem­nice, ani tro­chę nie przej­mu­jąc się swoim czy moim bez­pie­czeń­stwem, niczego nie pomi­ja­jąc, ani dziury po sęku, ani spodni, ani niczego.

– …Pan Nathan wlał cement do tego drzewa, Atti­cu­sie, a zro­bił to, żeby­śmy prze­stali znaj­do­wać tam różne rze­czy. To wariat, jak to mówią, ale przy­się­gam na Boga, Atti­cu­sie, że ni­gdy nas nie skrzyw­dził, przeni­gdy. Mógł pode­rżnąć mi gar­dło od ucha do ucha tam­tej nocy, ale on zamiast tego spró­bo­wał napra­wić moje spodnie… Ni­gdy nas nie skrzyw­dził, Atti­cu­sie…

– Spo­koj­nie, synu – prze­rwał mu Atti­cus tak łagod­nie, że i mnie pod­niósł tym na duchu. Stało się jasne, że nie nadą­żał za gada­niną Jema. Powie­dział tylko: – Masz rację. Lepiej zatrzy­mamy ten koc. Może pew­nego dnia Skaut będzie miała oka­zję, żeby podzię­ko­wać.

– Komu? – spy­ta­łam.

– Boo Radley­owi. Byłaś tak zain­try­go­wana poża­rem, że nawet nie zauwa­ży­łaś, kiedy okrył cię kocem.

Żołą­dek zmie­nił mi się w wodę i omal nie zwy­mio­to­wa­łam, gdy Jem, trzy­ma­jąc koc w roz­po­star­tych ramio­nach, zaczął iść w moją stronę.

– Wyśli­znął się z domu… odwróć się… pod­kradł się bli­sko… i zro­bił tak!

– Niech cię to nie zachęca do dal­szego boha­ter­stwa, Jeremy – upo­mniał go kwa­śno Atti­cus.

Jem skrzy­wił się.

– Prze­cież nic mu nie zro­bię – powie­dział, ale iskra nowej przy­gody nie zga­sła w jego oku. – Pomyśl tylko, Skau­cie – dodał po chwili. – Gdy­byś się tylko obró­ciła, zoba­czy­ła­byś go.

Cal­pur­nia obu­dziła nas w połu­dnie. Atti­cus powie­dział, że nie ma sensu iść tego dnia do szkoły, bo po bez­sen­nej nocy i tak niczego się nie nauczymy. Cal­pur­nia zarzą­dziła, że mamy dopro­wa­dzić podwórko do porządku.

Kape­lusz panny Mau­die zastygł zawie­szony w cien­kiej war­stewce lodu, niczym mucha w bryłce bursz­tynu; seka­tor zna­leź­li­śmy dopiero po prze­ko­pa­niu górki błota. Samą pannę Mau­die zasta­li­śmy w jej ogro­dzie, zapa­trzoną w zmar­z­nięte i osma­lone aza­lie.

– Odno­simy pani rze­czy, panno Mau­die – powie­dział Jem. – Strasz­nie nam przy­kro.

Panna Mau­die rozej­rzała się dokoła i na jej ustach poja­wił się cień daw­nego uśmie­chu.

 

– Zawsze chcia­łam mieć mniej­szy dom, Jemie Fin­chu. Wię­cej miej­sca zostaje na ogród. Pomy­śl­cie tylko… wię­cej miej­sca na moje aza­lie!

– To pani nie roz­pa­cza, panno Mau­die? – spy­ta­łam zdu­miona. Atti­cus mówił, że dom był prak­tycz­nie całym jej mająt­kiem.

– Roz­pa­czać, moje dziecko? Prze­cież ja nie­na­wi­dzi­łam tej sta­rej sto­doły! Mnie samą ze sto razy kusiło, żeby pod­ło­żyć tu ogień… tylko że by mnie za to zamknęli.

– Ależ…

– Nie martw się o mnie, Jean Louise Finch. Ist­nieją spo­soby zała­twia­nia spraw, o któ­rych nie masz jesz­cze poję­cia. Wybu­duję sobie mały domek, przyjmę paru sub­lo­ka­to­rów i, na miłość boską, będę miała naj­pięk­niej­szy ogró­dek w całej Ala­ba­mie. Bel­lin­gra­tho­wie wypadną blado, kiedy zabiorę się do dzieła!

Spoj­rze­li­śmy z Jemem po sobie.

– A skąd ten pożar, panno Mau­die?

– Sama nie wiem, Jem. Pew­nie z prze­wodu komi­no­wego w kuchni. Napa­li­łam tam na noc, żeby mi rośliny donicz­kowe nie pomar­zły. Sły­sza­łam, panno Jean Louise, że mia­łaś tej nocy nie­spo­dzie­wane towa­rzy­stwo?

– A skąd?

– Atti­cus mi powie­dział, idąc rano do mia­sta. Szcze­rze mówiąc, żałuję, że nie byłam przy tobie. Pew­nie intu­icja kaza­łaby mi się odwró­cić.

Panna Mau­die nie prze­sta­wała mnie zdu­mie­wać. Stra­ciła więk­szość swego dobytku i swój uko­chany ogród, a mimo to tak szcze­rze inte­re­so­wała się moimi i Jema spra­wami.

Zdaje się, że zauwa­żyła moje zmie­sza­nie, bo dodała:

– Mar­twi­łam się wczo­raj tylko o to, jak nie­bez­pieczna dla innych jest sytu­acja i jakie powstało zamie­sza­nie. Cała dziel­nica mogła pójść z dymem. Pan Avery spę­dzi w łóżku dobry tydzień, nie­źle się poobi­jał. Za stary jest na takie ewo­lu­cje i oczy­wi­ście już mu to powie­dzia­łam. Gdy tylko domyję ręce i Ste­pha­nie Craw­ford nie będzie patrzeć, upiekę mu cia­sto. Ste­pha­nie od trzy­dzie­stu lat pró­buje wykraść mi prze­pis, ale jeśli myśli, że dosta­nie go tylko dla­tego, że u niej pomiesz­kuję, to lepiej niech pomy­śli o czymś innym.

Prze­mknęło mi przez głowę, że nawet gdyby panna Mau­die pękła i zdra­dziła prze­pis, panna Ste­pha­nie i tak nie mogłaby z niego sko­rzy­stać. Kie­dyś dane mi było zoba­czyć, że wśród innych ingre­dien­cji potrzebna była duża szklanka cukru.

Dzień jesz­cze się nie skoń­czył. Powie­trze było tak zimne i czy­ste, że sły­sze­li­śmy rzę­że­nie i kle­kot zegara na wieży sądu, gdy szy­ko­wał się do wybi­cia godziny. Nos panny Mau­die miał nie­co­dzienną barwę. Nie omiesz­ka­łam o to zapy­tać.

– Jestem tu od szó­stej rano – powie­działa. – Dziwne, że jesz­cze nie zamar­z­łam – wyja­śniła, uno­sząc ręce. Jej dło­nie pocięte były siatką drob­niut­kich linii wypeł­nio­nych bru­dem i zaschniętą krwią.

– Znisz­czyła pani sobie ręce – zauwa­żył Jem. – Dla­czego nie wzięła pani kolo­ro­wego do pomocy? – Po chwili, bez krzty wymu­szo­nego poświę­ce­nia w gło­sie dodał: – Albo Skauta i mnie. Prze­cież możemy pomóc.

– Dzię­kuję, mój panie – odparła panna Mau­die. – Ale wy macie wła­sną robotę do wyko­na­nia – dodała, wska­zu­jąc na nasze podwórko.

– Ma pani na myśli Her­ma­fro­dytę? – spy­ta­łam. – Kur­czę, możemy go zgra­bić raz-dwa.

Panna Mau­die popa­trzyła na mnie z góry, bez­gło­śnie poru­sza­jąc ustami, a potem nagle przy­ci­snęła dło­nie do twa­rzy i zakasz­lała. Gdy odcho­dzi­li­śmy, wciąż jesz­cze chi­cho­tała.

Jem powie­dział, że nie wie, co jej się stało – taka już była nasza panna Mau­die.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?