Biała MariaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Biała Maria
Biała Maria
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Biała Maria
Audio
Biała Maria
Audiobook
Czyta Lidia Sadowa
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

Część pierwsza. Ósme przykazanie

Część druga. Podwójne życie porucznika W.

Część trzecia. Dom opieki

Część czwarta. „Tajemnicą jest to…”

Część piąta. Podwójne życie Władysława Sokoła

I

II

III

IV

Podziękowania

Redaktor serii: ANITA KASPEREK

Korekta: EWA POLAŃSKA, JOANNA ZABOROWSKA

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Na okładce wykorzystano litografię ZOFII GLAZER-RUDZIŃSKIEJ

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Hanna Krall

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze w tej edycji

ISBN 978-83-08-07183-0

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

WSTĘP

Białą Marię stworzył ponad 100 lat temu Philipp Rosenthal.

To jest ten serwis, który żona Jana S. dostała od wysiedlanej Niemki. Dała Niemce na drogę słoninę i chleb, a Niemka podarowała serwis.

Żona Jana S. to ta, która nie została matką chrzestną żydowskiej dziewczynki, a Jan S. nie został ojcem chrzestnym.

Chrzest, który się nie odbył, to historia z filmu Krzysztofa Kieślowskiego Dekalog VIII.

Postanowiłam odszukać małżeństwo S. (Po co właściwie? Żeby spytać o chrzest? O co? Zdziwiliby się… Od tamtej pory mieli inne, większe kłopoty i żadnego chrztu by nie pamiętali. No to jak się państwu żyje? – spytałabym).

Znalazłam adres. Dom był, na Ziemiach Zachodnich.

Jana S. i jego żony już nie było. On umarł podczas procesu, a ona spadła ze schodów w poniemieckim mieszkaniu, powiedziała sąsiadka.

Pamięta ich, bo mieli telefon i pozwalali dzwonić.

Telefon mieli, powiedziała sąsiadka, bo S. był oficerem bezpieki.

Bezpieka? Więc Instytut Pamięci Narodowej.

Z akt Instytutu dowiedziałam się, że Jan S. wysiedlał Niemców, że poznał niemieckiego hrabiego, artystę malarza Eryka von Z., i z nim się zaprzyjaźnił.

Więc trzeba było się dowiedzieć o malarzu.

Miał córkę Gizelę. Znała ją niejaka Julianna, majster budowlany, bo naprawiała dach w domu hrabianki.

Więc o Gizeli i o Juliannie.

Artysta malarz miał stryjecznego brata, też hrabiego, który przyjaźnił się z Mileną Jesenską, tą od Kafki. Więc i o Milenie, i o tym drugim von Z.

Po polskim oficerze bezpieki, niemieckich hrabiach i czeskiej Milenie przyszła kolej na Krzysztofa Kieślowskiego. To akurat dziwne nie było, zawsze zjawiał się, kiedy nie wiedziałam, jak skończyć książkę.

Tym razem przysłał mi dwóch poruczników. Lubił takie historie, jak nie Podwójne życie Weroniki, to podwójny porucznik (albo podwójny Sokół, ale to później).

Więc o porucznikach.

I tak dalej.

Ukazała się książka Biała Maria. Składała się z trzech części, w pierwszej była krótka przypadkowa wzmianka o Stanisławie Sojczyńskim, skazanym w czasach stalinowskich na śmierć.

Dostałam list. Nieznana mi kobieta pisała o Sojczyńskim: został po wojnie w lesie i zabijał komunistów. Oraz ludzi, których za komunistów uważał. I to jej, tej kobiety ojciec, wojskowy prokurator, żądał dla Sojczyńskiego kary śmierci.

Tego samego dnia odezwał się Paweł Różewicz. Sojczyński był w AK dowódcą jego stryja, poety Tadeusza Różewicza. Stryj, powiedział Paweł, uwielbiał dowódcę.

Rano kara śmierci, wieczorem uwielbienie… Musiałam dowiedzieć się o Sojczyńskim.

Który miał łączniczkę Halinę…

Która w więzieniu prosiła o prywatnego obrońcę…

Który miał siostrzenicę…

Która miała przyjaciółkę…

Napisałam kolejną, czwartą część. Książka byłaby skończona, gdybym nie dowiedziała się o Władysławach Sokołach i ich podwójnym życiu…

Obaj ukrywali Żydów, jeden zginął, drugi żył.

Zginął, bo ktoś doniósł.

Nie znaleziono donosiciela. Może i nie szukano go, „nikt tematu nie chciał drążyć”.

Więc dobro i zło w pobliżu siebie.

Jak zawsze.

Ci, co ratują, ci, co zabijają – zawsze w pobliżu. Ten sam chleb jedzą, tym samym powietrzem oddychają, modlą się w tym samym kościele do tego samego Boga. Nawet geny mają takie same, bo często są bliską rodziną.

To dlaczego jedni ratują, a inni chcą zabić?

Myślę o tym coraz częściej…

Warszawa 2020

CZĘŚĆ PIERWSZA

Ósme przykazanie

.

1. MATKA

Masz może fałszywe świadectwo? – spytałeś. (Lubiłeś zadawać podobne pytania. Masz szlachetnego komunistę? A iluzjonistę? A antykomunistę też masz?)

Tym razem chodziło o przykazanie. Ósme, dodałeś. Nie będziesz mówił…

I owszem, miałam. W sam raz dla twojego filmu.

O kobiecie i mężczyźnie, którzy stali u szczytu stołu…

Nie. O matce, która stała naprzeciw nich, w sporej odległości, bo stół był długi.

Też nie. O dziewczynce, którą matka trzymała za rękę…

Jednak o kobiecie i mężczyźnie. Uprzejmi, życzliwi, w średnim wieku, kobieta miała na ramionach góralską chustkę, kwiaciastą, obszytą frędzlami. Stół był nakryty czymś białym, serwetą czy obrusem.

Matka nie chciała usiąść. Patrzała wyczekująco na gospodarzy, na tę parę za stołem, ale widać było, coraz jaśniej było widać, że nigdzie się nie spieszą.

Jak pani wie, zaczęła kobieta, my jesteśmy wierzącymi ludźmi…

(Matka skinęła głową. Poważnie, z szacunkiem).

A trzeba kłamać.

I gdzie, w kościele. W obliczu Pana Boga.

Powinna pani…

Splotła i rozplotła końce frędzli.

Powinna pani nas zrozumieć.

Jej nazwisko (gest ręką w stronę dziewczynki).

Jej imię (gest ręką).

Dlaczego duża taka, dlaczego tak późno, a z ojcem co? Jeśli ksiądz spyta, co z ojcem?

Wszystko zmyślone, no wszystko, i gdzie, w kościele…

Mówiła coraz nieskładniej, coraz bardziej nerwowo, powinna pani…

Nie musiała tego powtarzać, matka zrozumiała za pierwszym razem. Byli wierzącymi ludźmi, nie mogą kłamać, chrztu nie będzie ani metryki.

Pożegnała się.

Zeszły po schodach.

Stanęły na ulicy.

Stały i stały.

Ile można stać na środku ulicy. Z włosami, które matka tleniła tego rana wyjątkowo starannie, pasemko za pasemkiem, a które w świetle letniego dnia były jeszcze bardziej, jeszcze fatalniej żółte niż zazwyczaj. Nie mówiąc już o oczach, ile można… Chodź, szepnęła dziewczynka. Chodź. No, chodź już.

Może być?

Jasne, ucieszyłeś się. Ale… – zawiesiłeś głos, zdjąłeś okulary i sięgnąłeś po papierosa.

Ale…?

Tam było jeszcze coś.

Tak? A co?

Nie wiem.

Nic nie było.

Zacząłeś się upierać: było, tylko nie wiemy co.

No i dodaliście gestapo – ty i twój Scenarzysta. Na wszelki wypadek. No i AK – gospodarz był w Kedywie. Ludzie, do których miała pójść z tą metryką – jakiś krawiec z żoną – pracowali dla gestapo, chrzestni rodzice mogli wpaść i cała akowska konspiracja. (Wiadomość była fałszywa, krawiec dla gestapo nie pracował, ale okazało się za późno).

Wszystko stało się dla was jasne.

Napisaliście scenariusz.

Poza gestapo dodaliście opiekuna, to on trzymał małą za rękę. Z matki zrezygnowałeś. Postanowiliście – ty i współautor scenariusza – że wieczór. „Jest wieczór, zimno, dziewczynka jest zmarznięta”.

To nie był wieczór, dzień był. Tramwaje, ryksze, sporo przechodniów i żółte włosy.

Herbaty też nie było, ale mniejsza, chciałeś, żeby herbata, niech będzie. Postawiłeś filiżanki na stole (były z dobrej porcelany, dodałeś, choć każda inna). Napij się, zachęcała gospodyni tę małą.

Znowu pokazywali Dekalog, ósmą część. W niezłym czasie, zaraz po koncercie na plaży w Rio de Janeiro.

Znowu się dziwiłam. Że Bóg – nie uwierzyłeś? Dziewczynka uwierzyła. Wiem, znałam tę małą dość dobrze.

2. RODZICE CHRZESTNI

Na głos czytaj.

Quid petis ab eccl… ecclesia… To ksiądz. A my: wiary. Po polsku.

Co – wiary?

Że żąda. Bo spyta, czego żąda od Kościoła Bożego.

Kto?

No ona, przecież chrzczona będzie. Fides quid… to ksiądz. Co daje ci wiara.

Co daje?

Życie wieczne. To my.

A ksiądz do niej tylko?

Chrzczona będzie, to do niej.

Jak do niej, niech mu odpowiada.

Nie może. Do siedmiu lat mówią chrzestni, jak za niemowlę. A jakby rodzice umarli, to chrzestni już w ogóle.

W ogóle?

Opieka, wychowanie. Wszystko. Ksiądz mówił.

 

Z kartki nie można by?

Z pamięci, ksiądz prosił. Ale kościelny podpowie jakby co.

To i kościelny będzie?

Musi być. Teraz zapytają o szatana. Czy odrzekasz się ducha złego? Odrzekam. Powtórz.

Odrzekam.

I wszystkich spraw jego?

Odrzekam.

I wszelkiej pychy jego? No i chrzci ją. I świecę nam podaje, i…

Czekaj. Jaki on jest?

Kto?

Kościelny. Pytał o coś?

Dlaczego tak późno. Dopiero chrzcicie? – dziwił się. Tłumaczyłam, że ojciec bezbożnik był, a dziadek, pyta, też bezbożnik? A matka z babką nie mogły chrztu dopilnować?

Tak pytał?

No. A jeszcze organista. O matkę. Będzie ją wpisywał do księgi chrztów. Chwalił się, że kaligrafii się uczył… To chcesz słuchać? Bierzemy świecę i ksiądz mówi: weźmij świecę płonącą i nienagannie strzeż chrztu swojego, abyś, gdy Pan przybędzie na gody, mogła wyjść na spotkanie Jego… Ładne to. Jakbyśmy dzieci mieli, też byśmy chrzcili tak pięknie… Co milczysz?

Myślę.

Że co?

Że jak rodzice… Ojca już nie ma, matka w każdej chwili… Wtedy my z nią już na zawsze?

Na zawsze. Ksiądz mówił.

Co milczysz?

W zakrystii będziemy chrzcili, pod krzyżem. Krzyż aż do sufitu, z całą postacią taką wyraźną. Patrzałam na twarz. Na stopy. Dobrze tak kłamać przy Nim? Ani wiary od Kościoła ona nie żąda, ani w Kościół nie wierzy, nawet imienia prawdziwego nie wymawia. Wiesz chociaż, jak ma na imię?

Tak mogło to wyglądać.

Tak mogliby rozmawiać i w twoim filmie, trzeba tylko dodać okupacyjne realia. Mdłe światło karbidówki, chleb z solą i odrobiną oleju, zaciemnione okna, twój scenograf wie zresztą, jak to się robi.

No nic, innego filmu już nie będzie.

3. MAREK (GENERAŁ)

Mieszkała u nich (ta mała) – kilka? kilkanaście dni? Budziła się w nocy, znowu nie wiedziała, gdzie jest i jak idzie się do łazienki. Duża taka i moczy się, dziwiła się rano gospodyni. Nie było źle, mimo wszystko. W szafie szczelina, potem wnęka, dało się przysiąść. Wchodziła, kiedy mieli przyjść obcy ludzie. Pewnego dnia przyszedł mężczyzna. Nie zapukał. Może miał klucz, może gospodarze drzwi za sobą nie zamknęli. Raczej klucz. Od razu ją zauważył. Jeszcze palta nie zdjął, jeszcze trzymał rękę na klamce, a już patrzał na nią. Zasunął wreszcie zamek – i uśmiechnął się.

Dzień dobry, powiedział.

Milczała.

Powtórzył: dzień dobry, Marek jestem…

Podniosła się.

Minęła mężczyznę i…

Czy to możliwe? Osoba, która nigdy w kryjówce nie zapłakała, nie zakasłała, która była roztropną sześcioletnią dziewczynką… Co zrobiła? Weszła do szafy!

Przy obcym!

Rozgarniała ubrania, szukając przejścia! Nie, nie bała się. Była zła. Więcej, wściekła była. Bo proszę, jak się zachowuje, i to przy ludziach. Jak idiotka. Nie dość, że dała się zaskoczyć, to jeszcze się chowa. I co on pomyśli o niej? Że głupia jakaś. Ze złości i wstydu zaczęła płakać. Jej płacz słychać było z szafy, spod palt, które zsunęły się z wieszaków… Daj spokój, mówił Marek, wyplątując ją z ubrań. Dziewczynko, daj spokój…

Nowi gospodarze zażądali metryki chrztu. Dawni mieli być rodzicami chrzestnymi. Resztę znasz: mężczyzna i kobieta u szczytu stołu – stół nakryty czymś białym…

4. ***

No, nie jest po kolei, przecież wiem.

Powinno być – „Marek jestem”.

Potem rozmowa o chrzcie.

Potem – „Masz może fałszywe…”.

A musi być po kolei?

To sobie przestaw.

5. KRZYSZTOF W.

– o ojcu chrzestnym.

Że był strachliwy.

(Nie był).

Jak to – nie. Boga nie bał się?

(A, Boga. No może…)

Ciekawe, kiedy bardziej. Kiedy zgodził się na kłamstwo i chrzest czy kiedy chrztu odmówił.

A może, zwyczajnie, zląkł się, że już się od niej nie uwolni?

(Od tej małej, czarnej, z zezowatymi, wielkimi, przerażonymi oczami…)

No tak. Jak tylko człowiek dotknie żydowskiej sprawy, czysty z tego nie wyjdzie. Tylko patrzeć, jak zacznie się nieszczęście w rodzinie. Tylko przyglądać się – co jeszcze spadnie na człowieka. Niech tylko dotknie…

I tyle twój imiennik, reżyser zresztą, kolega po fachu.

6. JAN S., OJCIEC CHRZESTNY

Miałeś rację, było jeszcze coś.

Partyzantka, okazało się. Termitówki i zadania specjalne. Nie AK, na odwrót, komunistyczne wszystko.

Termitówki? Ładunki odpalane z opóźnieniem, umieszczali je w niemieckich wojskowych pociągach jadących na front. O zadaniach specjalnych nadal nie wiem. Wspominał o nich, jak chciał po wojnie do kombatantów. Przyjęli go, miał doskonałe papiery: odręczny list od Marka, generała brygady, jednego z dowódców polskiego wojska. Znam Jana S., oddany jest naszej sprawie – napisał generał. – Może przydać się w milicji lub bezpieczeństwie na Ziemiach Zachodnich.

7. ***

Przydał się na Ziemiach Zachodnich. Na życzenie generała brygady. (O którym mówiono Marek, taki pseudonim miał podczas wojny).

8. JAN S., CIĄG DALSZY

Najpierw ślubował: obowiązki będzie spełniać gorliwie, polecenia wykonywać dokładnie, tajemnicy przestrzegać, a w postępowaniu kierować się honorem, uczciwością i równością społeczną. (Tekst dostał na kartce, wystarczyło podpisać).

Następnie otrzymał: dwa oficerskie mundury – z szewiotu i z gabardyny – trzewiki chromowe i z juchtu, pas parciany i skórzaną teczkę. Onuc letnich ani zimowych nie otrzymał, w rubryce onuce wpisano – orzełek, jedna sztuka.

Powierzono mu odcinek niemiecki, Niemców i autochtonów. Niemców wysiedlał, autochtonów pilnował, by nie ulegli podszeptom wroga. Od czasu do czasu przesłuchiwał ludzi z AK. Jednej z akowskich dziewczyn zwierzył się, że wprawdzie ma na czapce orła bez korony, ale prawdziwego zachował. Przyjdzie czas, że będę go znowu nosił, zapewnił dziewczynę z AK, sięgnął w głąb szuflady i wyjął orła w koronie.

Dziewczyna z AK skłonna była pracować dla bezpieki. Słuchaj, mała, dobrotliwie odradził S., daj spokój, wystarczy, że jeden z nas już jest tutaj. Co opisał w specjalnym raporcie specjalny agent o kryptonimie S-10.

Jana S. aresztowano siedem lat później.

Za Eryka von Z., którym zajmował się na odcinku niemieckim.

9. HRABIA

Eryk von Z. był Niemcem, hrabią i artystą malarzem. Mieszkał w miejscowości nadmorskiej. Dobiegał sześćdziesiątki. Był wysoki, chudy, mało mówił, dużo palił, spacerował z psami po plaży i patrzał na morze.

Najchętniej malował słońce – wschody i zachody, ale i fale wiosenne, jesienne sztormy, przypływy, odpływy, wydmy, plaże kamieniste… Malował Jezusa kroczącego przez fale, a także marszałka Rolę-Żymierskiego. Marszałek był bez fal i miał pięćdziesiąt na trzydzieści sześć centymetrów. Nieco więksi byli Lenin, Stalin i Bierut, po pięćdziesiąt cztery na siedemdziesiąt cztery każdy.

Przy Leninie, Stalinie i Bierucie w rejestrze dzieł Eryka von Z. widnieje informacja: na zamówienie Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.



Obrazy Eryka von Zedtwitza, z archiwum Julianny Rogowskiej

najbardziej bał się najgorszego: rozłąki z morzem

A więc portrety zamawiał S. Płacił godziwie, miejmy nadzieję, i artyście starczało na farby. Na alkohol może i nie, ale butelkę Jan S. przynosił ze sobą.

Często przychodził, zwykle wieczorem.

Popijali. Rozmawiali. Milkli. Popijali…

O czym mogli rozmawiać – niemiecki hrabia z polskim oficerem bezpieki?

O termitówkach? Zadaniach specjalnych? Co do von Z., to był na wojnę za stary, poza tym miał astmę. Podobno w jakimś obozie kopał rowy. Mógł jednak wspomnieć o bracie stryjecznym, Joachimie von Z., zwanym Jochi. Też był hrabią, ale i lewicowcem i przyjaźnił się z innymi lewicowcami, na przykład z Jesenską.

Z kim? – mógł w tym miejscu spytać Jan S.

Z Mileną, przyjaciółką Kafki.

Czyją przyjaciółką? – mógł dopytywać się, bo ani w siedmioklasówce w Nakle, ani na kursach piekarniczo-cukierniczych, które ukończył, o Kafce im nie mówiono.

Kuzyn Jochi pomagał Żydom – von Z. przeszedł na grunt znacznie pewniejszy dla rozmówcy. Jak Hitler zajął Czechosłowację, Jochi wywoził ich do Polski.

Wzmianka o Żydach mogła coś przypomnieć Janowi S. Powiedział na przykład: „i ja…”. Albo: „i u nas…”, albo nawet: „była kiedyś taka historia…”.

Nie, tego nie powiedział. Co hrabiego mógł obchodzić chrzest, który się nie odbył. Zajęty był własnymi kłopotami. Bał się, że go wysiedlą. Że nie dadzą obywatelstwa ani nawet prawa pobytu. Że nie wpuszczą Gizeli, jego córki. Że o parabellum się dowiedzą. A najbardziej bał się najgorszego: rozłąki z morzem.

Jan S. pomógł we wszystkim.

Hrabia został w Polsce.

Z Niemiec przyjechała Gizela. Była pielęgniarką, dostała pracę, S. poprosił dyrektora szpitala.

I tylko to parabellum… Hrabia ukrył, S. nie powiadomił. A jeszcze te rozmowy wieczorne… Agent S-10 nie miał wątpliwości: niemieckiego hrabiego i polskiego oficera bezpieki jedno mogło łączyć – siatka szpiegowska.

Jana S. aresztowano.

Zdał do depozytu legitymację partyjną, zdjęcie żony – drobnej szatynki o regularnych rysach, z której dzisiejsze wizażystki zrobiłyby prawdziwą piękność – i kalendarzyk na rok 1952. Nie był to dobry rok dla przyjaciół Jana S., tych z partyzantki komunistycznej, ale prokurator nie dopatrzył się szkodliwości. Przedwojenne parabellum ukrył przed Armią Czerwoną niedołężny starzec, a co do szpiegostwa (ciągnął prokurator), to nie znaleziono „momentów, które wskazywałyby…”.

Jan S. odebrał legitymację, zdjęcie i kalendarzyk i zameldował się u dowódcy. Niestety. Szpiegiem może i nie był, ale dopuścił się karygodnej bezczynności władzy.

Tym razem należało zdać już wszystko. Mundury oficerskie, parciany pas, skórzaną teczkę i orzełka, jedną sztukę. I należało przyrzec, że utrzyma się w tajemnicy. I nigdy, w żadnych okolicznościach, tajemnicy tej się nie zdradzi. Tekst był na kartce, wystarczyło podpisać.

Misja powierzona Janowi S. przez generała Marka była skończona.

10. MAREK – CIĄG DALSZY

Maj był ciepły, kwitły forsycje i bzy, Jan S. miał cywilną pracę, na statkach, wreszcie masz czas, cieszyła się żona. W kinie szła Pieśń tajgi. Kupili bilety, żona włożyła letnią sukienkę. Zgasło światło i zaczęła się kronika.

Zobaczyli salę sądową. Głos spikera poinformował, że w Warszawie trwa proces generałów, zeznaje świadek, generał…

Przed stołem sędziowskim stanął Marek. Chudy, smutny, z przerażeniem w oczach mówił o zdradzie. Zdradzili, powtarzał…

Kto? – nie zrozumiała żona.

Cicho, szepnął S.

Spisek miał miejsce w naszych szeregach… – ciągnął Marek.

Co miało? – szepnęła żona.

Ciszej, proszę cię…

Świadek w pełni potwierdził akt oskarżenia, zawiadomił spiker.

Boże drogi, szeptała żona.

Zaczął się film. Na ekranie pojawił się aktor, w którym kochały się wszystkie pracownice Urzędu Bezpieczeństwa – Władimir Drużnikow.

(Czy wyrzekasz się… Jak to było? – spytał Jan S.

Był wieczór, wracali z Pieśni tajgi.

Nie zrozumiała.

Z tym szatanem… Wyrzekasz się…

Odrzekasz. Czy odrzekasz się ducha złego. Po co pytasz?

I… czego jeszcze? I wszystkich spraw jego… Po co to? I z czego się śmiejesz?

Śmiał się coraz głośniej.

Zdrada miała miejsce… Odrzekam.

Spisek miał miejsce… Odrzekam.

Przestań, przestraszyła się żona, ale ulice były puste i ciemne).

11. MAREK – CIĄG DALSZY

Powołano sztab. Miał zabezpieczyć „obiekt M”, M. to był generał.

Na czele sztabu stanął kapitan z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Do pomocy miał dwóch innych oficerów, dziesięciu agentów po cywilnemu, dwóch kierowców, kobietę do prowadzenia gospodarstwa i dozorcę. Miał także samochód, sześciocylindrowego citroëna.

Dozorca obserwował dom generała. Gospodyni gotowała rodzinie generała, podsłuchiwała i spisywała treść rozmów. Oficerowie pilnowali, by obiekt M. nie uciekł za granicę; gdyby próbował uciekać, sztab miał przeszkodzić, nie używając jednak broni palnej.

Generał wrócił do zawodu architekta i pracował w biurze projektów. Przyszedł do pracy, w pokoju czekał oficer. Znali się, generał podał mu rękę, oficer ujął rękę i jej nie puścił.

Obiekt M. spędził w więzieniu sześć lat. Przesłuchiwano go codziennie. Oskarżono, że spiskował, szpiegował, chciał zmienić ustrój i zagarnąć władzę. Przyznał się gorliwie, natychmiast. Wróg przeniknął, mówił, a ja od wroga nie umiałem się odciąć. Dywersja miała miejsce oraz sabotaż, ospałość i brak rewolucyjnej czujności…

Przyjaciółce z partyzanckich czasów powiedziano, że chciał ją zabić. Uwierzyła. To łotr, mówiła, ale dlaczego? Bo agent? Ale jaki agent? Miała być świadkiem na procesie generała i jeden z szefów bezpieki mówił jej, jak ma się zachować. „Nie podnoście głowy zbyt wysoko, nie wypada… Ale też nie opuszczajcie głowy zbyt nisko, to nie przystoi towarzyszowi. Mówić nie powinniście zbyt głośno ani zbyt płynnie… Ani też zbyt cicho, żebyście nie sprawiali wrażenia skrajnie przygnębionej. Zwłaszcza patosu wystrzegajcie się. Macie odpowiadać na pytania głosem spokojnym i beznamiętnym…”

 

Generał bardzo pragnął pomóc śledczym. Wszystko powiem, zapewniał ich, przyrzekam, co tylko pamiętam, a jeśli czegoś nie pamiętam, to podpowiedzcie, ja się przyznam, ja chcę jeszcze służyć naszej partii… Z całą mocą pragnął się odciąć od błędów, ale do odcięcia trzeba dorosnąć, a on jeszcze nie dorósł, chociaż wie, że błądził, ale na jego błędach partia uzbroi się i umocni swoje siły.

Cela była wilgotna i chłodna, dzień i noc paliła się żarówka.

Rano dostawał kawę zbożową i kromkę chleba, w południe wodnistą zupę. Nie dostawał gazet, książek ani listów. Często płakał. Próbował się okaleczyć. Krzyczał przez sen, było mu stale zimno. Prosił śledczych, żeby go zabili. Szkoda waszego czasu, powtarzał, wy, towarzysze, lepiej już ze mną skończcie.

12. M.E.

Telefon z Meranu: zaproszenie na wieczory literackie. Poezje Sebalda, proza Herty Müller i mój Król kier.

Meran? Chętnie. Zobaczę, dokąd się wybierał Marek Edelman z Grażyną Kuroniową.

Grażyna umierała, Jacek siedział, a M.E. opowiadał bajkę. (M.E. nie lubił strachu. Cudzego, bo własnego nie doświadczał. Dlatego przeprowadzał ludzi przez śmierć. Przy nim się nie bali, nie wiedzieli nawet, że umierają).

Jak wyzdrowiejesz, mówił Grażynie M.E., kupię ci sukienkę z organdyny. I parasolkę od słońca ci kupię, jedwabną, z falbankami. I wybierzemy się do Meranu.

Wolałabym do Ziemi Świętej, oponowała Grażyna. Drogę Krzyżową zobaczyłabym…

Dobrze, zgadzał się M.E., wstąpimy na Drogę Krzyżową, ale na krótko, będziemy się spieszyli do Meranu.

Powozem mieliśmy jechać, opowiadał mi M.E.

Powozem? – pytałam zgorszona. Mąż w więzieniu, a wy…

Nie martw się, uspokajał M.E. Pojechałby z nami, koło woźnicy by usiadł.

Wy w powozie, a mąż koło woźnicy?!

M.E. się zniecierpliwił: na koźle wieje, stary jestem, chcesz, żeby mi nerki przewiało? Jacek młody jest, niech siedzi sobie.

Grażyny nie ma.

Jacka nie ma.

W przewodniku piszą, że klimat łagodny, śródziemnomorska roślinność i wpływy kulturalne Europy Środkowej, niezapomniana atmosfera dla artystów. Franciszek Lehár przyjeżdżał, i Béla Bartók. I Kafka. I liczni kuracjusze, bo w Domu Zdrojowym (piszą w przewodniku) przyjmowali wybitni żydowscy lekarze.

Kafka zatrzymywał się w Ottoburgu, mógłby i M.E. Skromny, przyjemny pensjonat. Jaszczurki i ptaki przychodzą do pokoju, a kwitnące krzewy wrastają w balkon, opowiadał Milenie Franz Kafka.

Spacery – obowiązkowo po Corso della Liberta. Z rzeką po lewej, po prawej stronie z Kurhausem (jaki wielki, mówiłaby Grażyna z podziwem, a jaki biały…). To tutaj ci wybitni lekarze. Czy pomogliby Grażynie w tajemniczej chorobie płuc? Pewnie nie, skoro M.E. jej nie wyleczył. Też w końcu wybitny żydowski lekarz.

Nie ma dam z jedwabnymi parasolkami.

Turyści są. W adidasach, dżinsach i przepoconych bawełnianych podkoszulkach. Pozują do zdjęć przed Domem Zdrojowym i wśród kwitnących oleandrów. W pasażu pod arkadami mierzą chińskie sweterki. W restauracji czekają godzinę na kelnera. Po podłodze spacerują wróble, sikorki i gołębie, od stolików rzuca im się resztki pizzy.

Drogi M.E., miałam powiedzieć. Nie zdążyliście. Nie żałuj, tamtego Meranu już nie ma.

Nie zdążyłam powiedzieć.

Nie ma M.E.

13. JOCHI

Los Franza Kafki przeraził Milenę i ten strach tkwił w niej przez całe życie. Przeraziła ją jego choroba i śmierć. Jego inność. Inność najbardziej. Zdawało się jej, że córka się zakochała. Zaczęła krzyczeć: nie chcę, żebyś kochała się w obcym! A jeśli zakochasz się, nie wychodź za niego! A jeśli wyjdziesz, nie miej z nim dzieci. Przyrzeknij mi, nie miej dzieci z obcym!

To nie była niechęć do obcych. To był strach przed ich losem. Tak uważała Jana, córka Mileny. Strach. Mimo że ów obcy nie był Żydem. Na odwrót. Był uosobieniem nieżydostwa. Aryjczyk. Niemiec. Blondyn z błękitnymi oczami. Do tego hrabia: Joachim von Z.

Miał własny zamek, Neuschloss, gdzieś na północy, przodkowie zamieszkali w Czechach w trzynastym wieku. Miał też samochód, eleganckie aero – białe z czarnym odsuwanym dachem i brązowymi błotnikami. W trzydziestym dziewiątym woził nim Żydów i socjalistów. Pomagał im przejść do Polski przez zieloną granicę, w Polsce załatwiano im angielskie wizy. Była wiosna.

Zbierali się w Pradze, w mieszkaniu Mileny. Przez kilka, czasami kilkanaście dni czekali na Joachima. Hrabia przyjeżdżał i oglądał bagaże. Mówił: to trzeba będzie zostawić. Ludzie rozpaczali. Wiosną trzydziestego dziewiątego nie było łatwo rozstać się z walizką. Córka Mileny przyglądała się z politowaniem. O jednym z uciekinierów powie po wojnie: człowieczek. Człowieczek był Żydem i trząsł się ze strachu. Jochi? Nigdy się nie trząsł, niczego się nie bał, zachwycał Janę fantazją i brawurą. Człowieczek natomiast załamał się i postanowił iść na gestapo. Jak sam się zgłoszę, mówił, uznają to za okoliczność łagodzącą. Nie wiedział, co gestapo powinno mu złagodzić, ale rwał się do wyjścia. Joachim i Milena położyli go do łóżka i dali środki nasenne, rano obaj wsiedli do aero. Auto było dwuosobowe i Joachim mógł wieźć jednego pasażera. Jeździł wiele razy. Po wojnie pasażerowie pisali do niego listy. Są w Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie, bo Joachim jest Sprawiedliwym wśród Narodów Świata. Szczęśliwy jestem, że pan żyje, pisali. Ratował pan, ryzykując życie. Listem gończym mnie ścigali, mój Boże, mało brakowało i byłoby po wszystkim. Nocą uciekaliśmy, lasem, w ulewie, ten las ciągnął się bez końca. Czy mogę coś zrobić dla pana? Proszę mi powiedzieć, ale koniecznie. Biedna Milena. Nadzwyczajny człowiek. Wstyd mi, że żyję, że uratowałem własne życie, a ona, taka wspaniała…

Wśród pasażerów aero był Evžen Klinger, ostatni mężczyzna Mileny Jesenskiej. Przyrzekła, że przyjedzie do niego do Londynu. Minęło lato. Pierwszego września skończyły się przeprawy przez granicę. Milenę aresztowano w listopadzie. Umarła w Ravensbrück.

14. JULIANNA

Pociąg nabierał szybkości, minął szlaban, chłopiec próbował wskoczyć, chwycił poręcz, potknął się… Leżał na torach, jakiś rozrzucony. Książki, zeszyty, biały szalik, włosy jasne, wszystko rozrzucone, ale nie było widać, że rozjechany. Dopiero jak podbiegła. Krew się dobywała, bo serce dalej pompowało krew, bo nie wiedziało, że nie żyje.

Chodziła do niego prosto ze szkoły. Opowiadała, co na lekcjach, co w domu i że w żadnym chłopaku nigdy się nie zakocha. Codziennie chodziła, w szarówkę, w mróz, zawsze sama i codziennie mijała kobietę z rowerem. Nie siedziała na nim, nie jeździła, prowadziła rower jak juczne zwierzę. Na bagażniku leżały kwiaty, na kierownicy wisiały torby i konewka, w torbach brzęczały butelki z wodą. Krzątała się przy sąsiednim grobie. Potem siadała, wyjmowała robótkę i dziergała na drutach. Niemłoda, niepozorna, stara panna raczej, we flanelowej bluzce i w kamizelce włóczkowej, tej, co sobie udziergała. Do tego okulary, chustka na głowie, jesienią kalosze, latem tenisówki i podkolanówki opadające do kostek. Dziwne, bo przychodziła na grób rodziców, a na grobie widniało, że hrabiostwo, Eryk i Theodora von Z.

Spotykały się w każde popołudnie i tylko dzień dobry – Grüss Gott – trzysta sześćdziesiąt pięć razy – Grüss Gott – dzień dobry, a tak to nie, nie było rozmowy.

Przyszła po latach. Podlała kwiaty, zapaliła mu znicz. Powiedziała: wychodzę za mąż. Spotkałam go przy torze, za szlabanem, gdzie ty… gdzie twój pociąg. Znowu pociąg był, ale wyskoczył z szyn i się zatrzymał. Przyjechał dźwig i podnosił wagony. Ludzie stali, przyglądali się, ja też stałam. Wiatr zaczął wiać. Miałam długie jasne włosy, pamiętasz, prawda? Rozsypały się, walczyły z wiatrem… On stał koło mnie, wysoki, milczący. Nie patrzał na pociąg, przyglądał się włosom…

Była majstrem budowlanym i robiła remonty. Dostała zlecenie na dach – przeciekał i strych zalewało. Obejrzała ściany, wilgoć, grzyb, kilka kotów. Najmniejszy siedział lokatorce na kolanach. Była zgarbiona, siwa, w okularach, we włóczkowej kamizelce. Kobieta z cmentarza, hrabianka, Gizela von Z. Weszły na poddasze i zobaczyła morze. Sztormowe i czarne albo błękitne, spokojne jak kołysanka, w ramach i nieoprawione, na ścianach, na podłodze, oparte o meble i o piec pomalowany na brązowo.

Przyrzekła, że przyśle robotników.

Hrabianka była konkretna: kiedy, pani majster?

Jak wytrzeźwieją, powiedziała równie rzeczowo i podeszła do obrazów. Wszystko to – pani ojciec?

Wszystko, potwierdziła hrabianka. Tutaj malował, tutaj umarł. Mutti na dole leżała, nie wstawała już, nie powiedziałam, że on umiera. Usłyszała hałas. Znosiliśmy go po schodach, długi był i niewygodnie było nieść. Nie długi właściwie, tylko wysoki, ale przy noszeniu to długi. Co za hałas, narzekała Mutti, spać nie mogę przez ciebie. Tłumaczyłam, że zdun przyszedł i piec naprawia. Brązowy? Innego nie ma, śpij, już naprawili. Co za pomysł, żeby piec malować, i to na brązowo, mówiłam mu, kto to widział, i to farbą olejną… Mówiłaś, Mutti, ale już za późno, już śpij… Umarła miesiąc po nim. Tak bywa, że jedno zabiera drugie za sobą, i on ją zabrał. Pani majster tylko od remontów jest? – dopytywała się hrabianka. A od węgla? Szkoda, bo dostałam miał. Prosiłam o węgiel, a miał przysłali, całą tonę, mnie się węgiel należy, pani majster, proszę im tam powiedzieć.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?