OstatniTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

Dzień trzeci

Dzień szósty

Dzień szósty (2)

Dzień ósmy

Dzień osiemnasty

Dzień dwudziesty

Dzień dwudziesty pierwszy

Dzień dwudziesty drugi

Dzień dwudziesty szósty

Dzień dwudziesty siódmy

Dzień czterdziesty

Dzień czterdziesty ósmy

Dzień czterdziesty dziewiąty

Kroniki pierwszych miesięcy postnuklearnej rzeczywistości spisane przez prawdopodobnie ostatniego żyjącego historyka dr. Jona Kellera

Dzień pięćdziesiąty

Dzień pięćdziesiąty (2)

Dzień pięćdziesiąty (3)

Dzień pięćdziesiąty pierwszy

Dzień pięćdziesiąty drugi

Dzień pięćdziesiąty trzeci

Dzień pięćdziesiąty czwarty

Dzień pięćdziesiąty czwarty

Dzień pięćdziesiąty piąty

Dzień pięćdziesiąty ósmy

Dzień pięćdziesiąty ósmy (2)

Dzień pięćdziesiąty dziewiąty

Dzień sześćdziesiąty

Dzień sześćdziesiąty (2)

Dzień sześćdziesiąty (3)

Dzień sześćdziesiąty pierwszy

Nathan

Dzień sześćdziesiąty drugi

Dzień sześćdziesiąty drugi (2)

Dzień sześćdziesiąty drugi (3)

Dzień sześćdziesiąty trzeci

Dzień sześćdziesiąty trzeci (2)

Dzień sześćdziesiąty trzeci (3)

Dzień sześćdziesiąty czwarty

Dzień sześćdziesiąty czwarty (2)

Dzień sześćdziesiąty czwarty (3)

Dzień sześćdziesiąty czwarty /Dzień sześćdziesiąty piąty

Dzień sześćdziesiąty szósty

Dzień sześćdziesiąty szósty (2)

Dzień sześćdziesiąty szósty (3)

Dzień sześćdziesiąty szósty (4)

Dzień sześćdziesiąty szósty (5)

Dzień sześćdziesiąty siódmy

Dzień sześćdziesiąty ósmy

Dzień sześćdziesiąty ósmy (2)

Dzień sześćdziesiąty ósmy (3)

Dzień sześćdziesiąty ósmy (4)

Dzień sześćdziesiąty dziewiąty

Dzień siedemdziesiąty

Dzień siedemdziesiąty (2)

Dzień siedemdziesiąty (3)

Dzień siedemdziesiąty (4)

Dzień siedemdziesiąty (5)

Dzień siedemdziesiąty (6)

Dzień siedemdziesiąty (7)

Dzień siedemdziesiąty pierwszy

Dzień siedemdziesiąty pierwszy (2)

Dzień siedemdziesiąty drugi

 

Dzień siedemdziesiąty trzeci

Dzień siedemdziesiąty trzeci (2)

Tytuł oryginału: The Last

Redakcja: Agnieszka Niegowska

Projekt okładki: Penguin Books UK

Adaptacja okładki: KAV Studio Pola Rusiłowicz

Korekta: Aleksandra Ślósarska, Monika Łobodzińska-Pietruś

Copyright © Hanna Jameson, 2019

Copyright for the Polish translation by Paulina Broma

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-949-5


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Wspólna 35 lok. 5, 00-519 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Lee, ku pamięci

„Ciągle będą pojawiać się i wkraczać na arenę nowi antagoniści, i kawałek po kawałku rozpadnie się nasz piękny świat. Niczym starożytna ruina, przez której rozsypujące się ściany przenika pogwizdujący wiatr i deszcz. Każdego dnia rozpadnie się inny fragment, aż zostanie tylko sterta kamieni, która wskaże miejsce, gdzie stał kiedyś, w czasach świetności. Wszyscy bierzemy udział w tej okrutnej grze, kryjąc się za złudzeniem, że uda nam się doprowadzić do szczęśliwego zakończenia. Przygnębia mnie myśl o tym, jaki będzie koniec”.

– Hans Keilson, The Death of the Adversary

Prolog

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Dzień trzeci

Któregoś dnia Nadia powiedziała mi, że nie mogła w nocy spać, bo przeczytała w telefonie powiadomienie o koncepcji zwiastującej koniec świata. Może nie była to porywająca przemowa w stylu Kennedy’ego, który zagrożenie nuklearne porównał do miecza Damoklesa, ale w pamięci zapadło mi każde słowo.

Według mnie właśnie coś takiego wydarzyło się trzy dni temu, gdy jadłem śniadanie wliczone w cenę pokoju hotelowego.

Siedziałem przy oknie i patrzyłem na pobliski las oraz okalającą budynek ścieżkę, prowadzącą na parking za rogiem.

Słychać było cichy gwar, kilka par i jedna czy dwie rodziny wymeldowywały się wczesnym rankiem. Spośród uczestników konferencji na śniadanie przybyłem jako pierwszy. Wprawdzie poprzedniego wieczora nieco się zasiedzieliśmy i wypiliśmy o kilka drinków za dużo, ale zazwyczaj staram się nie robić odstępstw od rutyny, nawet jeśli jest to czasem dotkliwe.

Na początku mieliśmy mieszkać w innym miejscu. Konferencja miała się odbyć w hotelu bliżej Zurychu, bardziej na północ. Lecz osiem miesięcy temu wybuchł tam pożar. Zmiana planów poszła gładko i finalnie zakwaterowano nas w L’Hotel Sixième, który, jak sobie żartowaliśmy, znajdował się tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Cholernie ciężko było tu dojechać.

Czytałem właśnie pierwszy rozdział rozprawy o rekonesansie fotograficznym, jego aspektach prawnych i historii dokonań wywiadu lotniczego. Robiłem notatki do nadchodzącego cyklu wykładów. Mój telefon był wyciszony.

Po lewej stronie stała szklanka soku pomarańczowego. I czarna kawa. Trochę rozlałem na obrus, gdy zbyt gwałtownie po nią sięgnąłem, ale zaraz dostałem dolewkę. Czekałem na jajka po benedyktyńsku.

Banał nad banałami.

Ostatnia wiadomość, jaka nadeszła od Nadii, została wysłana poprzedniej nocy, o jedenastej trzydzieści. Oto jej treść: „Uważam, że wszyscy w moim fachu robią więcej szkody niż pożytku. I jak ja mam dalej kochać swoją pracę? Bardzo za Tobą tęsknię. Ty zawsze wiesz, co mi powiedzieć w takiej sytuacji. Przykro mi, że rozstaliśmy się w taki sposób. Kocham Cię”.

Nie zareagowałem na jej kryzys egzystencjalny, ponieważ wiedziałem, że lekkie opóźnienie w napisaniu odpowiedzi ujdzie mi płazem. Wiedziała, czym jest różnica czasu i że muszę ją odespać. Chciałem zebrać myśli i rano napisać coś bardziej wyważonego, pokrzepiającego. Że świat potrzebuje wysokiej klasy dziennikarstwa, że wciąż może zmieniać je na lepsze… Coś w tym stylu. Pewnie mejl byłby lepszy.

Wszystkim nam się wydawało, że mamy czas.

A teraz nie możemy wysłać już żadnego mejla…

Przy jednym ze stolików rozległ się dziwny hałas, piskliwy krzyk. Jakaś kobieta. Nie powiedziała niczego konkretnego, tylko krzyknęła.

Podniosłem głowę. Siedziała ze swoim partnerem, jak sądzę, i patrzyła w ekran telefonu.

Podobnie jak pozostali goście sądziłem, że zareagowała tak na jakąś wiadomość lub zdjęcie. Wróciłem więc do lektury. Lecz po chwili głos kobiety poinformował wszystkich wkoło:

– Zbombardowali Waszyngton!

A przecież nawet nie chciałem jechać na tę cholerną konferencję.

Nie pamiętam dokładnie, co działo się przez kolejne godziny. Lecz gdy sprawdziłem powiadomienia i media społecznościowe w telefonie, zdałem sobie sprawę, że Nadia miała rację. Stało się dokładnie to, czego się obawiała. Właściwie pamiętam jedynie nagłówki wiadomości.

Z OSTATNIEJ CHWILI: TRWA ATAK NUKLEARNY NA WASZYNGTON. CZEKAMY NA KOLEJNE DONIESIENIA.

Z OSTATNIEJ CHWILI: 200 TYSIĘCY ZABITYCH – SZACUJĄ EKSPERCI.

Z OSTATNIEJ CHWILI: POTWIERDZONO, ŻE PREZYDENT I PERSONEL BIAŁEGO DOMU ZGINĘLI W ATAKU NUKLEARNYM. CZEKAMY NA KOLEJNE DONIESIENIA.

Potem pokazano film nakręcony z lotu ptaku nad Londynem – patrzyliśmy, jak na naszych oczach obracają się w pył budynki i jak nic po nich nie zostaje, tylko chmura dymu. Był to jedyny dostępny materiał, więc oglądaliśmy go raz za razem, na okrągło. A jednak nie robił takiego wrażenia jak nagłówki. Pewnie wszystkich nas znieczuliły podobne obrazy pojawiające się w filmach. A tu nagle bezdźwięcznie znika na naszych oczach z powierzchni Ziemi całe miasto – zbyt szybko, zbyt cicho.

Nad przedmieściami Berlina samolot zaczął spadać i to wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że Berlin też zniknął – jedna z pasażerek wrzuciła do internetu film, nagrany podczas gdy samolot pikował. Pewnie do silników dostał się pył. Nie pamiętam, co powiedziała. Płakała i nie mówiła po angielsku. To były pewnie słowa pożegnania.

Z OSTATNIEJ CHWILI: ZDETONOWANO LICZNE ŁADUNKI NUKLERNE W CAŁYM WASZYNGTONIE, SETKI TYSIĘCY OFIAR I POSZKODOWANYCH.

Z OSTATNIEJ CHWILI: KANADYJSKI PREMIER PROSI O ZACHOWANIE SPOKOJU PO ATAKU NUKLEARNYM NA STANY ZJEDNOCZONE.

Z OSTATNIEJ CHWILI: STANY ZJEDNOCZONE BEZ RZĄDU. BOMBA NUKLEARNA ZNISZCZYŁA WASZYNGTON.

Może miałem szczęście, że oglądałem koniec świata w sieci, zamiast słyszeć eksplozje i wycie alarmów bombowych.

Jeszcze żyjemy. Dziś jest dzień trzeci i nie ma już internetu. Siedzę w pokoju hotelowym i patrzę na horyzont za oknem. Jeśli coś się wydarzy, postaram się opisać to najdokładniej, jak potrafię. Mój wzrok sięga daleko, daleko ponad lasem, więc gdy przyjdzie nasza kolej, zauważę zagrożenie dużo wcześniej. Przynajmniej mam taką nadzieję. Choć w sumie nie ma tu nikogo, z kim chciałbym się pożegnać.

Nie mogę uwierzyć, że nie odpisałem Nadii na jej wiadomość. Nie mogę uwierzyć, że wydawało mi się, że mam na to mnóstwo czasu.

Dzień szósty

Myślę, że powinienem wszystko zapisywać. Chmury mają dziwny kolor, ale nie wiem, czy to nie kwestia tego, że jestem w szoku. Może wyglądają jak zwykle.

Zacząłem zaznaczać dni słoneczne i deszczowe. Jak dotąd minęło pięć dni.

Prawdopodobieństwo, że zacznie się armagedon, wydaje się teraz mniejsze, choć nie mamy internetu, a nasze telefony odmawiają jakichkolwiek połączeń. Nie wiemy więc, co dzieje się w wielkim świecie. Tak czy siak, nie siedzę już ciągle w oknie swojego pokoju. Muszę jeść.

Rozmawiałem z kilkoma znajomymi w restauracji, gdzie nieliczny już personel ciągle jeszcze serwuje posiłki. Chcą się stąd wydostać na piechotę. Ja zamierzam poczekać na pomoc i oficjalnie zorganizowaną ewakuację. Brak sieci i telewizji sprawia, że nie mamy pojęcia, kiedy to nastąpi. Ale w końcu ktoś po nas przyjdzie.

Dzień szósty (2)

Kłamałem. To nieprawda, co wcześniej napisałem. Chciałem przyjechać na tę konferencję. Cieszyłem się, że mogę uciec od Nadii i naszych dzieci. Niedługo mogę umrzeć, więc nie ma sensu kłamać.

Przepraszam, Nadio. Jeśli kiedykolwiek to przeczytasz. Bardzo, bardzo przepraszam.

Nie wiem, czy ktoś po nas przyjdzie.

Dzień ósmy

Pogoda ciągle taka sama.

Wyszedłem na spacer wokół hotelu i znalazłem dwóch ludzi, którzy powiesili się na klatce schodowej. Dwóch mężczyzn. Nie wiem, kim byli. Dylan, szef ochrony hotelu, pomógł mi ich zabrać z widoku i pochować. Kilka innych osób przyszło do nas ze świecami w rękach. Zorganizowaliśmy spontaniczne czuwanie.

Wracając do hotelu, zapytałem Dylana, czy ktoś przyjdzie nam z pomocą. Powiedział, że nie, raczej nie, ale nie chce, żeby ludzie wpadli w panikę. Na co dzień staramy się przynajmniej względnie regularnie wykonywać rutynowe czynności. Schodzimy na dół na śniadania i kolacje. Resztę czasu spędzamy w swoich pokojach.

Zastanawiam się, czy nadal trwają bombardowania i czy w nas też coś uderzy. Może tak byłoby lepiej. Nie mogę znieść tej niewiedzy.

Dziś po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że pewnie już nigdy nie zobaczę Nadii, Ruth ani Marion. Ani mojego ojca i jego żony, ani moich studentów, ani moich przyjaciół. Nie ma nawet ludzi, którzy przyjechali tu na konferencję. Odeszli.

Jest mi niedobrze. Nie wiem, może to choroba popromienna, a może nie.

Dzień osiemnasty

Jak dotąd nikt jeszcze nie umarł od choroby popromiennej.

Nikt po nas nie przyjedzie. Nie będzie żadnej ewakuacji.

Dylan wraz z kilkoma mężczyznami wyszli dziś z hotelu zaopatrzeni w strzelby i wrócili z jeleniem. Wygląda na to, że chwilę tu pobędziemy. Rano w restauracji policzyłem, ilu nas jest. Dwadzieścia cztery osoby. W tym przynajmniej dwójka małych dzieci i para staruszków, z których jedno nie słyszy.

Tak ma wyglądać koniec? Ludzkości, mam na myśli. Czy jestem ostatnim żyjącym człowiekiem robiącym notatki o końcu świata? Nie wiem, ale chyba wolałbym już nie żyć.

Dzień dwudziesty

Pogoda się nie zmienia.

W hotelu jest lekarka. Jeszcze nie wiem, jak się nazywa.

Wiem tylko, że tu jest, ponieważ jedna Francuzka zabiła się na klatce schodowej. Związała sznurowadła od butów i rzuciła się w dół ze schodów, trzymając w ramionach malutką córeczkę. Niestety, lekarka nie mogła już pomóc matce, ale dziewczynka szczęśliwie przeżyła. Zajęła się nią para Japończyków.

Znów rozmawiałem z Dylanem. Chce pod koniec tygodnia odciąć gaz i prąd na górnych piętrach. Nie wie, na jak długo starczy nam jednego i drugiego, więc czułby się pewniej, oszczędzając na nadchodzące miesiące energię do mrożenia żywności, a gaz do gotowania.

 

Wcześniej, podczas obiadu, zrobiliśmy szybkie głosowanie. Dylan wyjaśnił, jak wygląda sprawa z jedzeniem, i wszyscy poparli jego pomysł. Potem odłączono gaz i prąd w naszych pokojach. Jest początek lipca, a mimo to od razu zrobiło się zimno.

Dzień dwudziesty pierwszy

Odeszły kolejne dwie osoby. Para staruszków wyskoczyła z okna na najwyższym piętrze. Nie chce ich oceniać ze względu na okoliczności, ale przeszliśmy gehennę przy sprzątaniu i pochówku.

Dzień dwudziesty drugi

Zauważyłem, że ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać podczas posiłków. Wcześniej nikt się do nikogo nie odzywał. Aż do teraz.

Wydaje mi się, że znam skądś jedną osobę. Pewną blondynkę. Ale nie wiem skąd, ponieważ nie przyjechała tu na naszą konferencję. Wydaje mi się, że to ostatnia Amerykanka, jaka została. Nie rozmawiałem z nią. Chyba chce być sama.

Facet o imieniu Patrick mieszka kilka pokoi ode mnie. Czasem biega wte i wewte po korytarzu pod moimi drzwiami. Tupot stóp bywa w nocy nieco niepokojący.

Dzień dwudziesty szósty

Młody barman, Australijczyk, powiedział mi dziś:

– Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie śmierć w wojnie nuklearnej, ale cieszę się, że mamy nieograniczony dostęp do baru.

Dzień dwudziesty siódmy

Jestem pewien, że zeszłej nocy słyszałem dźwięki gitary. Poszedłem się przejść. Było przerażająco, mimo zapalonej świecy. Chciałem znaleźć pokój, z którego dobiega muzyka. Ale go nie znalazłem. W sumie nikogo nie znalazłem. Kilkanaście pięter, jakieś tysiąc pokoi, a ja nie spotkałem żywego ducha. Ten hotel jest o wiele większy, niż sądziłem. Wzbudza we mnie niepokój.

Droga Nadio!

Minął już miesiąc i nie wydaje mi się, żebyś to kiedykolwiek przeczytała. Nie wiem nawet, czy nadal żyjesz. Lecz skoro jest cień szansy, że może jednak przeczytasz moje zapiski, chciałbym, żebyś wiedziała, że zasłużyłaś na kogoś lepszego ode mnie. Może nawet sama zdałaś sobie już z tego sprawę.

Przepraszam, że nie ma mnie przy Was w obliczu końca świata. Jak zwykle spóźniony! Zawsze miałem problem z tym, żeby być we właściwym miejscu o właściwym czasie. Przepraszam, że musiałaś tolerować moje liczne wpadki. Wszystko, co najlepsze, nasze dzieci odziedziczyły po Tobie.

Błagam, bądźcie bezpieczne najdłużej, jak to możliwe.

Uważałem, że na wszystko mam czas. Przepraszam.

Kocham Cię. I nigdy nie przestanę. Przysięgam, że Cię znajdę, nawet jeśli miałoby to być w kolejnym życiu.

Twój na zawsze

Jon

Dzień czterdziesty

Przez jakiś czas nie wychodziłem z pokoju. Byłem za bardzo zdołowany, żeby pisać czy z kimś porozmawiać. Dziś po raz pierwszy od tygodnia wyszedłem na zewnątrz. Na spacer przed hotelem.

Zapytałem barmana, który ma na imię Nathan, co sądzi o kolorze nieba i czy zgodzi się ze mną, że chmury przybrały dziwną barwę.

– Rdzawą – powiedział.

Lekarka Tania – bo już wiem, jak ma na imię – poszła pobiegać w lesie otaczającym hotel. Zatrzymała się obok nas i spojrzała w górę, podążając za naszym wzrokiem. Jest bardzo zimno. Nikt przecież nie wziął ze sobą zimowych ubrań, bo nie wiedzieliśmy, że zastanie nas tu koniec lata. I cywilizacji.

– Rozmawiacie o chmurach? – zapytała.

– Taaak, dziwnie wyglądają, prawda? – odparł Nathan.

– Są pomarańczowe. – Zmrużyła oczy, mimo że nie świeciło słońce. Chyba zrobiła to odruchowo.

– Cieszę się, że nie tylko ja to widzę – stwierdziłem. – Myślałem, że może z powodu szoku zaczynam mieć zwidy.

– Myślicie, że to… jakieś promieniowanie?

– Nie – powiedziała Tania z pewnością w głosie. – Ten kolor to pewnie pył i odłamki unoszące się po eksplozjach. Gdyby w Ziemię uderzyła asteroida, tak samo by to wyglądało.

Przez chwilę w milczeniu przypatrywaliśmy się obłokom w kolorze oranżu. W pewnej chwili Tani zrobiło się zimno i zaczęła mieć dreszcze.

– Straszne. – Wskazała głową na las. – Lada moment zaczną umierać drzewa.

Pogoda się nie zmienia.

Dzień czterdziesty ósmy

Staram się trzymać.

Dzień czterdziesty dziewiąty

Będę pisał dalej. Wydaje mi się, że jak przestanę, to położę się i umrę.

Kroniki pierwszych miesięcy postnuklearnej rzeczywistości spisane przez prawdopodobnie ostatniego żyjącego historyka dr. Jona Kellera

Dzień pięćdziesiąty

Woda w kranach zrobiła się mętna i źle smakuje, więc Dylan, Nathan i ja weszliśmy na dach, żeby sprawdzić zbiorniki.

Dylan to jeden z niewielu członków obsługi, który nie uciekł. Pozostał na posterunku. Ten wysoki, czarnoskóry mężczyzna pod pięćdziesiątkę, z zaraźliwym uśmiechem i krótko przystrzyżonymi włosami, zaraz po wybuchu wojny automatycznie został naszym przywódcą. Lepiej niż ktokolwiek inny zna hotel i okolicę, ponieważ pracuje w tym miejscu od ponad dwudziestu lat. Gdy mówi po angielsku swoim głębokim głosem, prawie w ogóle nie słychać obcego akcentu. Nie mam pojęcia, skąd pochodzi. Może jest Szwajcarem…

– To pewnie martwe ptaki – orzekł, gdy wdrapaliśmy się na trzynastą kondygnację budynku. – Też musiały szukać wody.

Chciałbym, żeby to były tylko martwe ptaki.

Na dziesiątym piętrze musiałem się zatrzymać i przysiąść na swojej skrzynce z narzędziami. Nathan poszedł w moje ślady.

Dylan wzruszył ramionami. Nawet nie zadał sobie trudu, żeby odstawić narzędzia, podczas gdy my próbowaliśmy złapać oddech.

– Jak ty to robisz, że jesteś w takiej formie? – zapytał Nathan.

– Regularny wysiłek fizyczny.

– To załatwia sprawę. – Nathan spojrzał na mnie. – A ty, Jon?

– Och, ja wkładam w mój absolutny brak sylwetki zero wysiłku. – Spojrzałem na swoje ciało. – W pracy głównie siedzę. Dużo czytam i rozmyślam.

– Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo możemy być bezużyteczni, dopóki nie spróbowałem rozpalić ognia bez zapalniczki – parsknął barman. – Nie mogłem uwierzyć, że nikt z nas nie wie, jak to zrobić. To znaczy, wiedziałem, że ja nie potrafię, ale miałem nadzieję, że ktoś jednak umie.

– Nie znosiłem biwaków – oznajmił Dylan. – Wakacje bez sznapsa i relaksu w szlafroku to nie wakacje.

– Ja też nie znosiłem biwaków – zgodziłem się z nim.

– Ja nie znosiłem sznapsów – wciął się Nathan.

Uśmiechnąłem się.

– Chyba tylko dzieci lubią wakacje pod namiotem. Mam dwójkę, więc jeździłem częściej, niż bym chciał.

– Czyli ile razy? – zapytał Dylan.

– Nigdy.

Nathan zaczął się śmiać. Jest chudym Australijczykiem rasy mieszanej. Prowadził hotelowy bar. Ma opadające powieki i monotonny głos, więc na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie apatycznego. W rzeczywistości jest jednak duszą towarzystwa o niespożytej energii. Ciągle potrafi nas rozbawić, a ostatnimi czasy o to niełatwo.

– Nie wiedziałem, że masz dzieci – powiedział Dylan, odstawiając w końcu swoją skrzynkę na podłogę. – Ja mam córkę.

– W jakim wieku? – zapytałem.

– Trzydzieści lat.

– Gdzie… gdzie teraz jest?

– Mieszkała z mężem w Monachium. – Nie musiał nam tłumaczyć, co to oznacza. – A co z twoimi?

– Są w domu, w San Francisco, z matką. Mają sześć i dwanaście lat.

– Co tu robisz? Przyjechałeś na konferencję?

– Tak.

– Myślałem, że wszyscy uczestnicy konferencji dawno stąd uciekli.

– Taaak, ci, co chcieli dostać się na lotnisko, to byli właśnie moi koledzy po fachu, znajomi z innych uczelni.

– Spodziewałem się, że więcej z nich wróci – odezwał się Nathan, wstając – gdy w końcu zdadzą sobie sprawę… Tak się zastanawiam… Dlaczego w ogóle stąd uciekli? Przecież ogłoszono, że lotniska nie działają, a na drogach panuje istne szaleństwo. Powinno ich wrócić zdecydowanie więcej.

– Nie, nie zgadzam się. Myślę, że jak już zdecydujesz się ruszyć w drogę, to nie chcesz zawracać, tylko idziesz dalej. Byle do przodu. – Dylan podniósł swoją skrzynkę z narzędziami.

– Zdziwiło mnie, że wszyscy wyjechali – ciągnął dalej Nathan. – Aż tyle osób? Jakby mieli zamiar co zrobić, złapać samolot?

Wstałem, przyciągnąłem swoją skrzynkę do biodra i kontynuowaliśmy wspinaczkę po schodach.

– Dużo ludzi myli bycie w ruchu z robieniem postępów – stwierdził Dylan. – Wiedziałem, że odejście stąd to zły pomysł, ale co mogliśmy zrobić? Pozamykać ich? Nie byli w stanie stawić czoła prawdzie.

Oparłem się o ścianę klatki schodowej, podczas gdy Dylan wyjmował pęk kluczy. Powietrze na górze było gęste, duszące i pełne pyłu. Śmierdziało. Nie podobała mi się ta klatka schodowa, ale windy oczywiście nie działały. Już od niemal dwóch miesięcy. W zasadzie to od pierwszego dnia.

– Mylenie ruchu z postępem… Szkoda, że ludzie nie pomyśleli o tym wcześniej – rzekłem. – Można było tego wszystkiego uniknąć.

– Jon, trafiłeś w sedno. Gdzie byłeś podczas wyborów, gdy ludzie potrzebowali rozsądnego kandydata?

Nie wiedziałem, co mu na to odpowiedzieć.

Na dachu rozdzieliliśmy się i każdy zajął się jednym zbiornikiem. W sumie były cztery wysokie pionowe cysterny z drabinkami po bokach. Przymocowałem szufelkę do paska i zacząłem się wspinać. Musiałem zdjąć rękawiczki, żeby chwycić się szczebelków. Było lodowato. Wydawało mi się, że wiem, co to zimno, ale to było nic w porównaniu z tym tutaj. Zimno nigdy się nie kończyło i bardzo dawało w kość. Dosłownie przeobrażało sylwetkę. Człowiek zaczynał chodzić ze zwieszoną głową, zgarbionymi plecami i zapadniętymi ramionami. I tak cały czas.

Gdy wszedłem na szczyt, odwróciłem się i spojrzałem w dół, na las. Podczas oddychania powietrze wydawało się czyste, ale powłoka z chmur wisiała nisko nad ziemią i wszystko tonęło w mroku. W pierwszą noc po przyjeździe słyszałem brzęczenie owadów ze swojego pokoju na trzecim piętrze. Teraz drzewa milczały, brązowiały i umierały, choć był dopiero sierpień. Żadnych ptaków, jedynie martwa cisza. Do najbliższego miasta była ponad godzina drogi, a za nim znów ciągnęły się kilometry lasów.

Nie przypominam sobie, kiedy widziałem słońce w pełnej krasie. Owszem, widziałem, jak przemyka gdzieś za chmurami, daleko poza zasięgiem, jak płaski, dwuwymiarowy dysk za szarym woalem.

Zastanawiałem się, ilu z moich kolegów dotarło do lotniska i co tam zastali. Nie wszyscy wsiedli od razu do samochodów. Niektórzy opuścili to miejsce nieco później, sami czy w dwu-, trzyosobowych grupach, na piechotę, nie zdając sobie sprawy z rozmiarów lasu i niskich temperatur. Próbowałem niektórych z nich zatrzymać, ale zdroworozsądkowe argumenty przestały do nich przemawiać.

Choć w sumie wcześniej też ludzie ignorowali zdrowy rozsądek. Na tym właśnie polega cały problem.

Zaczęła we mnie rosnąć kula emocji, ścisnęła mi gardło i odcięła oddech.

Wepchnąłem ją z powrotem gdzieś w głąb siebie.

– Wszystko okej? – krzyknął do mnie Dylan.

Złapałem uchwyt na pokrywie zbiornika i zaraz zimno sparaliżowało mi palce. Zacząłem tracić w nich czucie. Nie czułem już ani ust, ani nosa.

– Tak, tak, ale pokrywa jest bardzo ciężka! Ani drgnie!

– Poczekaj, idę do ciebie! W moim zbiorniku wszystko w porządku. – Dylan zaczął schodzić.

– Nie musisz wchodzić na górę. Chyba mi się uda! – Sięgnąłem za plecy po szpadel i włożyłem go w szparę przy krawędzi cysterny, próbując podważyć pokrywę. Metal zgrzytał i piszczał, aż zęby bolały. W końcu pokrywa zaczęła odpuszczać, włożyłem więc szpadel głębiej, żeby ją podważyć.

Ciemność.

Próbowałem złapać równowagę na drabince i nie rozmyślać ani o wysokości, ani o zimnie. Włożyłem prawą rękę z łopatką jeszcze głębiej i zacząłem przeszukiwać wodę. Jej poziom był tak niski, że ledwo mogłem do niej dosięgnąć, ale z tego co widziałem, nie było w niej żadnej padliny ani gruzu.

Zdałem sobie sprawę, że niedługo skończy nam się woda.

Poczułem bezduszny łopot paniki, która dwa miesiące temu zagościła na stałe w mojej klace piersiowej i powodowała zawroty głowy. Atak przychodził, gdy tylko przestawałem koncentrować się na zadaniu i myślałem o czymś innym. Musiałem więc skupić się na tym, co tu i teraz, i całkowicie zablokować rozmyślania o przeszłości czy przyszłości. To był jedyny sposób, żeby nie postradać zmysłów.

– Tu też wszystko okej! – krzyknąłem, ale mój głos zniknął w podmuchach wiatru.

Usłyszałem głośne i nerwowe „Kurwa!” i spojrzałem na drugą stronę dachu dokładnie w momencie, gdy Nathan poślizgnął się i runął w dół.

Instynkt wziął górę i chcąc go odruchowo złapać, straciłem równowagę i grunt pod nogami. Nathan zniknął mi z oczu, a ja zawisłem, trzymając się tylko jedną ręką szczebelka. Moje ciało uderzało jak kukła o ścianę zbiornika.

Myślałem, że zwichnąłem sobie bark, bo w klatce piersiowej i obojczyku poczułem przeszywający ból. Ale nic takiego się nie stało. Udało mi się stanąć z powrotem bezpiecznie na drabince. Palce mi krwawiły. Zorientowałem się też, że wypadł mi szpadel.

Nathan leżał na dole, ale próbował już wstać o własnych siłach. Nic mu się nie stało. Tuż obok niego zobaczyłem Dylana, który również próbował się podnieść.

Migiem zszedłem z drabinki i przebiegłem przez dach.

– Co się stało? Wszystko w porządku, chłopaki?

– Coś tam jest! Ja, kurwa, nie żartuję. – Nathan oglądał swoje ramiona, podciągając trzy warstwy ubrania. – Zbiornik jest prawie pusty, ale coś tam jest.

Dylan wyglądał, jakby ktoś go pobił. Po chwili domyśliłem się, że to Nathan na niego spadł.

– To wyglądało na zwłoki… – powiedział Nathan.

– Ludzkie zwłoki?

– Tak, tak mi się zdaje… Nie wiem, może zwierzę, coś takiego. Nachyliłem się i chciałem to wyciągnąć. – Nathan zamilkł i położył dłoń na ustach. – To było coś małego, ale… nie, to nie mogło być zwierzę… Miało włosy jak… jak dziewczynka… Kurwa! Czy dziecko w ogóle dałoby radę tam wejść?

– Dziecko? – odezwał się Dylan. – Jezu!

Spojrzałem w górę na zbiornik. Miał ponad sześć metrów wysokości. Może nawet z dziewięć.

– Kto jeszcze ma klucze na dach? – spytałem.

– Jest kilka kompletów, ale tylko personel miał do nich dostęp. – Dylan zmarszczył czoło.

Nathan usiadł na podłodze i zaczął rozmasowywać sobie przedramiona oraz prawą kostkę.

– Musimy odciąć zbiornik od obiegu lub wyjąć z niego to coś – powiedział. – Wszyscy… cholera… wszyscy piliśmy z niego wodę. Kurwa. Kurwa! Za chwilę się porzygam! Nie wierzę, że piliśmy tę wodę.

Musiałem oprzeć rękę o cysternę i uspokoić się. Strasznie mnie mdliło.

Nawet Dylan wyglądał na zszokowanego, ale szybko się opanował, w każdym razie szybciej niż ja.

– Musimy otworzyć pozostałe zbiorniki – zarządził. – Na stałe. Trzeba odpiłować pokrywy, żeby zbierała się tam deszczówka.

– A czy w ogóle jeszcze pada deszcz? – spytałem.

Spojrzeliśmy po sobie, ale nikt nie miał pewności. Naprawdę nie byłem w stanie sobie przypomnieć, czy od pierwszego dnia padało. Tamten dzień był słoneczny. Nic specjalnego dotyczącego pogody nie zapisało się w moim umyśle od tego czasu. Żyjemy pod grubą warstwą chmur, jedne dni są bardziej szare, inne mniej. To tyle.

– I tak musimy to zrobić. Jeśli nie będzie padać, to niedaleko jest jezioro, mamy więc źródło wody. Nath, przenieś jakiś brezent albo folię plastikową. I przyprowadź Tanię. Jon, będę potrzebował szpadla.

Pomogłem Nathanowi wstać. Zszedł z dachu i wrócił z plastikowym brezentem. Po kolorze jego twarzy domyśliłem się, że płakał.

Dylan wziął szpadel i z brezentem przewieszonym przez ramię zaczął wspinać się na zbiornik. Cieszyłem się, że sam się zaoferował i że nie musieliśmy ciągnąć zapałek czy coś takiego. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy dałbym radę to zrobić.

Gdy Dylan powoli schodził po drabince, przytrzymując ramieniem drobne ciało zawinięte w plastik, uderzyła mnie kolejna fala smutku. Tym razem omal nie zwaliła mnie z nóg.

Nathan trzymał się na uboczu.

– Dziewczynka. Sądząc po wzroście, miała jakieś siedem lub osiem lat. Nie wiem, nie jestem pewien. – Dylan położył zwłoki na ziemi. – Gdzie Tania?

Za pierwszym razem nie usłyszeliśmy odpowiedzi Nathana. Musiał odchrząknąć i powtórzył:

– Ona… Teraz zajmuje się kimś innym, ale powiedziała, że możemy zanieść ciało do jej pokoju.

– Małe dziecko nie dałoby rady samo tam wejść – powiedziałem, nie mogąc oderwać wzroku od zwłok. – Ktoś musiał ją tam wrzucić.

– Może weszła tam, bo szukała…

– Nie weszłaby tam sama – uciął Dylan. – Nam, trzem facetom, ledwo udało się otworzyć te pokrywy.