Tylko kochanka

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tylko kochanka
Tylko kochanka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Tylko kochanka
Tylko kochanka
Audiobook
Czyta Bartosz Głogowski
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Podziękowania

***

Krystynie V.

z podziękowaniami za inspirację

Rozdział I

Zamykał już ostatnią aktówkę, kiedy otworzyły się drzwi. Bez pukania.

– Najmocniej przepraszam – odezwał się lekko łysiejący blondyn – ale… – Zaczerwienił się.

Pewnie myślał, że Jakub zdążył już się wynieść, a pokój, na który tak długo czekał, stał się przedsionkiem jego własnego zawodowego raju.

– Cześć, Mike, trochę mi to zajęło, ale wkrótce się zbieram.

– Nie, nie o to chodzi – powiedział Mike już pewnym siebie tonem. – Paul cię szuka.

Jakub spojrzał na zegarek. Minęła trzynasta? Po raz pierwszy od dawna pogubił się w czasie, ale przecież to tyle lat… Cóż więc znaczy jedna godzina.

– Tak, tak, pamiętam. Już idę.

– Nie musisz tego dzisiaj zabierać. – Mike stał przy jego biurku mimo wszystko zakłopotany, choć ciekawskim wzrokiem wwiercał się w bogatą zawartość stojących dokoła kartonów. Nie mógł w żaden sposób dojrzeć tego najważniejszego, bo te sprawy znajdowały się między innymi w MacBooku, właśnie zabieranym z biurka przez Jakuba.

– Ale chyba będziesz nas odwiedzał? – Mike próbował być miły. Mimo wszystko.

– Jeszcze się zobaczymy. I to nie raz! – rzucił na pożegnanie Jakub z lekko drwiącym uśmieszkiem.

Podejrzewał, że Mike wychodzi ze swojej grubej skóry, żeby dowiedzieć się czegoś więcej na temat jego zniknięcia z firmy. Nie zamierzał niczego ułatwiać. Kiedy sobie wyobraził, że człowiek, którego nie darzy ani zaufaniem, ani sympatią, będzie wycierał dupskiem ten wygodny skórzany fotel, że na co dzień mają mu towarzyszyć obrazy Fangora kupione przez niego dla firmy, że stanie przed oknem i będzie się gapił tymi lekko wyłupiastymi oczami na park – i gdy o tym wszystkim pomyślał, to trafiał go zwyczajny szlag. Jeśli od paru tygodni żałował swojej decyzji, to teraz żal zmieniał się w bulgoczącą wściekłość. Musiał ją poskromić. Ostatnie wrażenie jest równie ważne, jak pierwsze. Poprawny do końca.

– Wiedziałem, że zajmie ci to wieki! – W drzwiach pojawił się Paul Hines. Wymownie popukał palcem w zegarek. Swój ulubiony patek philippe.

– Chyba zrobiłem się sentymentalny – mruknął Jakub i wrzucił do kartonu ostatnią aktówkę.

– Po co tyle folii bąbelkowej? – Kolejny ciekawski nos w cudzych sprawach.

– Do wynoszenia zwłok prawników – odpowiedział bez wahania Jakub.

– No, nie wiem, co my bez ciebie zrobimy. – W głosie Paula słychać było nutę czułości. – Tylko nie zabierz nam całej firmy.

– Ciesz się, że nie ty płacisz za zamówienie dodatkowego kontenera na śmieci! – Coś w tym było. Właściciel kilku pokaźnych londyńskich nieruchomości i francuskiego château lubił oszczędzać na drobiazgach. Jakub sięgnął po jeden z kartonów. – Poczekasz jeszcze parę minut?

– Zostaw to. Chłopcy z administracji załatwią to w try miga. Idźmy już. Nie byłem na lunchu i konam z głodu.

– Będziesz jadł? – Jakub się zaśmiał. – A nie topił po mnie smutki w scotchu? Czyli knajpa ta sama co zawsze.

– Masz jakieś wątpliwości?

Od początku było jasne, że wylądują w The Ship Tavern, jednym z najstarszych pubów w Holborn. Paul był jego najwierniejszym fanem. Te szesnastowieczne wnętrza wypełnione mahoniowymi meblami, starymi obrazami, księgami i innymi świadectwami dawnych czasów były jego prawdziwym domem. Tu umawiał się z klientami, jak również z kolegami z pracy. Hines uwielbiał atmosferę tego miejsca, jednoznacznie nawiązującą do książek jego ulubionego pisarza, Charlesa Dickensa. Przecież właśnie w ich prawniczej okolicy, w Lincoln’s Fields Inn, rozgrywała się jedna z dramatycznych scen Samotni.

Jakub zawsze uważał, że bezgraniczna miłość Paula do starej Anglii musi mieć psychologiczne uzasadnienie. Z pewnością wiele jej nie zaznał w dzieciństwie. Wychował się w portowej dzielnicy Liverpoolu i wszystko wskazywało na to, że tam zostanie na zawsze – w towarzystwie swoich kumpli z ulicy, których aspiracje nie sięgały nawet zwykłego ogólniaka. Tymczasem Hines dostał się do liceum, i to w dodatku do prywatnej szkoły z internatem. Miał tę niezwykłą inteligencję i talent do zjednywania sobie ludzi, które otwierały mu wszystkie drzwi. I upór. I to jaki! Obecnie nawet jego akcent w żaden sposób nie zdradzał miejsca urodzenia.

Jakubowi – mimo iż prawdopodobnie pracował nad swoją wymową z równym uporem – nigdy się to nie udało. Pod koniec nawet najkrótszej konwersacji i tak każdy orientował się, że ma do czynienia z cudzoziemcem. Takie drobiazgi, ale to przecież one zadecydowały o rozwoju jego kariery i w zasadzie całym życiu. Nie mógł jednak narzekać na brak pracy. Kiedy w pierwszej dekadzie nowego wieku w Londynie pojawiły się tysiące jego rodaków, był chyba najbardziej zapracowanym prawnikiem w kancelarii Hughes & Wilde.

– Wiosna przyszła – zauważył Paul, kiedy mijali skwer. Na trawniku leżeli ci, którym upał dał się zbyt solidnie we znaki.

– Jest już maj. Miała prawo przyjść.

– Ha. Tak jakbym nie wiedział. Jestem przecież z Paddock Wood. I wiem, że tam też już zawitała. Tylko że ja, mimo iż mieszkam w wiejskiej rezydencji, nie mam nawet czasu, żeby spojrzeć przez okno. O wyjściu przed chałupę nawet nie wspomnę!

– Hmm – mruknął Jakub. Był wiele razy w domu Paula, przebudowanego z suszarni chmielu, i najbardziej zazdrościł mu widoków i okolicy.

– I jestem na to wszystko wkurzony. Ale jeszcze kilka lat. Tak obiecałem Cathy. Inaczej się wyprowadzi z domu. Zagroziła mi. A jest konsekwentna.

O tak, Jakub cenił pełną humoru żonę przyjaciela.

– A wiesz, co jeszcze bardziej mnie wkurza? – ciągnął Hines, kiedy już weszli do pubu i wdrapali się na pierwsze piętro, do części restauracyjnej. Obsługa, znająca ich od lat, od razu pokazała im wolny stolik.

Jakuba wkurzał krawat. Po wyjściu z kancelarii miał ochotę natychmiast go ściągnąć, gdyż po raz pierwszy od wielu lat zaczął go dusić. Tak jakby miał własny rozum i wiedział, że jego czas dobiegł końca.

– Mnie wkurza tak wiele rzeczy, że już nie liczę.

– I to jest dowód na to, że wciąż jesteś młody – triumfalnie oznajmił Hines.

– Młody? Podobno jesteś dobry z matematyki.

– Czterdzieści cztery lata? To dużo? I właśnie to mnie wnerwia. Że jesteś ode mnie młodszy o osiem lat i możesz wszystko zacząć od nowa.

– Paul, daj spokój, przecież to nie jest mój wybór. Jestem tym wszystkim przerażony.

– Zupełnie w to nie wierzę. Przestań się przede mną zgrywać. Jakby ci to nie pasowało, załatwiłbyś sprawy zupełnie inaczej. Wykorzystałeś sytuację, żeby się od nas wyrwać.

– Tak, po prostu marzyłem o tym. – Jakub nie dawał za wygraną. – Misterny plan, żeby rozwalić sobie całą karierę po… dwudziestu latach.

– O mój Boże, to my ile czasu się znamy? – Hines poprawił okulary i zaczął się wczytywać w menu podane przez kelnerkę. – Osiemnaście, prawda? Przyszedłeś do nas jako praktykant.

To prawda! Jak to przeleciało? Odpowiedź była prosta. Głównie na słuchaniu dramatycznych historii, bieganiu po sądach i urzędach i waleniu w klawiaturę komputera. Przeciekło przez palce, zadumał się Jakub. Ocknął się dopiero, kiedy stanęła przed nimi skośnooka kelnerka. Zamówił to samo co Paul. Nie chciało mu się jeść. Chyba jednak przeżywał to wszystko mocniej, niż przypuszczał.

– Mam nadzieję, że to nie koniec naszej przyjaźni – powiedział Jakub i zabrzmiało to bardzo sentymentalnie.

Hines spojrzał na niego podejrzliwie.

– Aaa, ktoś ci coś mówił?

– O czym? – zdziwił się Jakub.

– O tym, że chcę cię o coś poprosić?

– Poprosić?

– Wiem, dobrze wiem, że już za chwilę będziesz miał na głowie swoje sprawy. Ale to jest taka szczególna historia. I szczególna przysługa. Ten człowiek zgłosił się do mnie parę dni temu. I powiem ci, że od samego początku myślałem, że to jest sprawa dla ciebie. Nie, niczego mu nie obiecywałem – szybko dodał Hines, widząc popłoch w oczach Jakuba. – Ale myślę, że jak się dowiesz, o co chodzi, to sam się tym zainteresujesz. Poza tym nadajesz się do tego idealnie. Jak nikt inny.

 

– Paul, nie kokietuj. Znamy się, jak sam mówisz, już bardzo długo. Bez tych twoich kwiecistych wstępów. Mów, o co chodzi, i nie kręć. Obaj jesteśmy prawnikami.

– Ojoj, jaki spryciarz – zauważył Hines i zaczął streszczać sprawę.

Po dłużej chwili Jakub przerwał monolog:

– Ale ja się na tym nie znam. Zajmowałem się przecież imigrantami. I w ogóle się do tego nie nadaję…

Ale Paul nie reagował na jego protesty, tylko kontynuował opowieść, której Jakub już nie przerywał, słuchając z rosnącym zainteresowaniem.

– Chyba zdurniałem, prawda? – poskarżył się Jakub swemu odbiciu w lustrze.

Odpowiedź nie padła, ale przecież ją znał. To nie była kwestia asertywności. Chciał się zgodzić, bo to oznaczało dalszy związek zawodowy z kancelarią. Nieostateczne zerwanie. Widać nie był jeszcze gotów na ostateczność. Złapał więc desperacko tych parę nitek, żeby szybko spleść je w linę ratunkową. Po prostu się bał, co go czeka. W zamian wolał się zająć tą dziwną sprawą, która o parę tygodni odwlecze moment rozstania ze starym życiem.

Wciąż stojąc przed lustrem, zdjął jedwabny krawat od Hermesa i zmierzwił włosy.

– I nawet siwy włos nie ustrzeże przed głupotą – wymyślił sentencję, której głębia prawdopodobnie była wynikiem trzech szklaneczek scotcha wypitych w towarzystwie Hinesa. Ale może powinno ich być więcej?

Odwrócił się od lustra i wyszedł z łazienki. Barek znajdował się pod biurkiem. Pośród różnych papierzysk i innych gratów. Od kiedy podjął decyzję o wyjeździe, postanowił nie korzystać z usług sprzątaczki. Po co, skoro zamierzał się pakować? Ale teraz otaczało go pobojowisko brudnych kubków po kawie, przeczytanych tygodników, a nawet, jak zauważył, bielizny. Wszystko to rozpanoszyło się podstępnie aż na stu metrach kwadratowych. Za chwilę zaatakuje, przytłoczy i wchłonie. Trzeba się stąd jak najszybciej zbierać.

A może Paul Hines doskonale wiedział, że Jakub robi dobrą minę do złej gry, że w środku czuje się sparaliżowany na myśl o wyprowadzce? Tak, to chyba było to, pomyślał i sięgnął po single malt. Ten jego nagły entuzjazm, rzekoma zazdrość. Paul nawet nigdy nie lubił nadmiernego ryzyka. Ileż to spraw przeszło mu koło nosa! Ten świat, do którego się wdarł, używając łokci i pięści, był dla niego zbyt dużą wartością, by go bezmyślnie trwonić. Bo jak inaczej wyjaśnić ten jego gest pod koniec wspólnie spędzanego wieczoru?

– Będziemy się jeszcze spotykać wiele razy – oznajmił, kiedy dopijali kawę. – Ale jak już mówiłem, zaczynasz nowy etap. Chciałem ci coś podarować. Miałem nawet parę koncepcji, ale tak naprawdę były zbyt banalne. Tylko się nie obraź. – Paul chrząknął i zdjął swój ukochany zegarek. Patrzył na Jakuba w napięciu i z powagą.

Parę godzin później Jakub przyglądał się podarunkowi przyjaciela na swoim nadgarstku.

– Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze razem żyło – powiedział, stwierdzając, że patek philippe może być ciekawszym rozmówcą niż jego własne odbicie w lustrze. Nie rozwinął jednak tematu, gdyż zadzwonił telefon.

Stało się coś złego, pomyślał, zobaczywszy, kto dzwoni. Sięgnął po kawałek folii bąbelkowej leżącej na stoliku.

– Wszystko w porządku?

Jednak nic nie wskazywało na kolejną katastrofę. Mimo to przebił pierwszy pęcherzyk folii. Już samo ciche pyknięcie potrafiło sprawić mu ulgę.

– Kiedy przyjedziesz? – padło pytanie. Od miesiąca dokonał się postęp i zaczęła do niego regularnie dzwonić.

– Będę za dwa tygodnie. W połowie czerwca. Właśnie się pakuję. Mam nadzieję, że ci to pasuje.

– Pasuje? – żachnęła się. – Co mi ma nie pasować? Przecież jestem teraz całkowicie od ciebie uzależniona. Nie mam wyboru.

Jakub zacisnął lewą pięść i przebił trzy bąbelki naraz. Szantażystka emocjonalna. Nienawidziła go od pierwszej chwili. Że sztywny, mało spontaniczny, że ma za małe albo za duże mieszkanie, że prowadzi samochód po lewej stronie, że nienawidzi jej bigosu. I tak można jeszcze długo…

– To kiedy mam być, żeby ci pasowało? – zadał w końcu pytanie, na które nie mogło być odpowiedzi.

Wywinęła się, rozpoczynając pokrętną opowieść o stanie polskiej służby zdrowia, o kolejkach do lekarza i paskudnym jedzeniu podawanym w szpitalach. Czy ona mu chciała dać coś do zrozumienia?

– No cóż. Przyjedziesz, kiedy będziesz mógł, prawda?

– Oczywiście.

Mówiła jeszcze przez parę minut o rzeczach zupełnie go nieinteresujących. Nauczył się już jednak, że najlepiej nie zadawać żadnych pytań, bo i tak niczego sensownego się nie dowie. Alicja Regulska była specjalistką od robienia z igły wideł i już niejednokrotnie napędziła mu porządnego stracha.

– Wiesz, ona jest artystką – tłumaczyła mu zawsze Zyta, ale nie przyjmował takich tłumaczeń.

Bo co to oznaczało? Że jak jest się słynną malarką, to nie trzeba mieć oleju w głowie? Przykład Alicji okazał się dla niego tak odstraszający, że Jakub od czasu spotkania z nią unikał wszelkich twórców jak zarazy. Czuł, że nie znajdzie z nimi wspólnego języka.

Po kwadransie skończyli rozmowę, on zużył długi kawałek folii, lecz niczego się nie dowiedział. Z przyjemnością wychylił połowę szklaneczki z single maltem. Reszta później, obiecał sobie, stwierdzając, że jest dopiero siódma wieczór i powinien jeszcze coś sensownego zrobić. Na przykład zarezerwować bilet na samolot do Gdańska. Czy do Warszawy? Nie, z Gdańska jest bliżej, stwierdził i postanowił najpierw zajrzeć do aktówki, którą pod koniec kolacji wręczył mu Hines.

Chwilę wertował papiery, a potem wsadził sobie w usta koniec ołówka, który, w jego wyobrażeniu, miał imitować papierosa.

– Jak Humphrey Bogart? – odezwał się znowu do lustra.

Nigdy się nie spodziewał, że taki będzie finał jego kariery w Hughes & Wilde. Miał zostać prywatnym detektywem! Tylko że to wszystko go przygnębiało. Przebił ostatni bąbelek z folii.

Rozdział II

Jasnowłosa dziewczynka wyciągnęła do mnie ręce, a ja złapałam ją w ramiona i zakręciłam dokoła. Obie śmiałyśmy się tak głośno, że mnie to obudziło. I bach! – nastał nowy dzień. Otworzyłam szeroko oczy i uśmiechnęłam się na jego powitanie. Jaka ja jestem nieskomplikowana! Wiem, idiotka skowronek, ale działo się tak, od kiedy pamiętam. Poranek przynosił jedynie dobre rzeczy i same obietnice; lęki i obawy przychodziły wraz z zachodem słońca. Zrywałam się na równe nogi, by niecierpliwie rzucić się do pierwszego rogu i zacząć sprawdzać, czy szczęście jest tuż-tuż. Po latach nauczyłam się trochę panować nad tym entuzjazmem, który – szczególnie teraz – był mało uzasadniony. Zmusiłam się do wypicia kawy w łóżku. Starałam się nie myśleć, co mnie czeka. Po co psuć ten dobry humor. Wstałam więc z łóżka. A potem… potem dzień potoczył się zwykłym trybem. Do czasu.

– Jak leci, sąsiadko? – przywitał mnie miejscowy menel pod piekarnią.

Chyba mu się pomyliły sklepy, zazwyczaj wyczekiwał mnie zupełnie gdzie indziej.

– Wspaniale. Jak dzisiaj pięknie. Zanosi się na upalne lato. – Uśmiechnęłam się tak szeroko, że zabolały mnie mięśnie twarzy.

– Goście jadą?

Pokiwałam głową i teatralnie westchnęłam.

– Tyle pracy, panie Krzysiu, sam pan rozumie.

– Zawsze mogę pomóc!

Aha, już raz się nabrałam. Jak rozpalił ognisko w moim ogrodzie, żeby spalić zgrabione liście, trzeba było wezwać straż pożarną.

– Oczywiście, pamiętam – powiedziałam i zakończyłam kwestię wetknięciem dwuzłotówki we wdzięczne dłonie pana Krzysia.

Weszłam do piekarni. Na mój widok wszyscy stojący w kolejce się odwrócili, by mnie obrzucić ciekawskimi spojrzeniami.

– Dzień dobry, pani Ma… Leno.

Pozwoliłam im się dobrze napatrzeć na siebie. Przecież to im poświęciłam niemal pół godziny mego cennego życia. Podkreślająca figurę bluzeczka bez rękawów w kolorze ultramaryny. Do tego obcisłe dżinsy – to dla tych, którzy w tym mieście uważają, że po czterdziestce nie należy ich nosić – i poranny makijaż, subtelny i elegancki. Powinni też zobaczyć, że dzięki odżywce, którą dostałam od Ilony, imponująco urosły mi rzęsy. Na wszelki wypadek jednak wymownie nimi zatrzepotałam.

– A dzień dobry państwu. Jak dzisiaj pięknie! – Ciekawe, ile razy jeszcze to powtórzę?

Pomruczeli coś w odpowiedzi. Byli tacy brzydcy z tymi swoimi ponurymi minami i wymuszoną grzecznością. Och, jak bardzo brakowało mi radosnych południowców!

– Poproszę mój chlebek – powiedziałam po dojściu do lady.

– Ten z nasionkami? – spytała biuściata Klamannowa. Ta młodsza.

– Tak, z nasionkami.

Kupowałam ten cholerny chleb codziennie i jeśli jeszcze usłyszę…

– Nasionka dobre na zdrówko. Pani to wie, jak się odżywiać, żeby tak wyglądać.

Czułam, jak jeży mi się skóra na karku.

– Tylko jeden chlebek?

– Tak, dzisiaj tylko jeden.

– To turyści nie dopisali. – I tak mi gada babsko przed całą kolejką.

– Dopisali, dopisali. Tylko, wie pani, oni są bezglutenowi i na specjalnej diecie. Sama dla nich piekę. Tak jest jeszcze zdrowiej – oświadczyłam i obróciwszy się na pięcie, opuściłam ciasne pomieszczenie.

Po tym drobnym występie aktorskim poczułam się znacznie lepiej, mimo iż wiedziałam, że wkrótce całe miasto się dowie, że kupiłam tylko jeden bochenek. I nic więcej. Zawsze to doskonały temat zastępczy, jeśli Nowakowi nie uda się sprać swojej żony lub też Kaczucha nie zbluzga kolejnej osoby. W związku z tym na większe zakupy starałam się jeździć do Tczewa albo Nowego, a nawet Trójmiasta, ale teraz ze względu na kryzys, tak to nazwijmy, cenna była każda kropla benzyny. Powinnam sprzedać moje ukochane volvo, tylko że nie byłam już jego właścicielką.

I jak tu nie zwariować i wytrzymać bez alkoholu, którego duże ilości jakoś tajemniczo wyparowały. W dodatku znów rzuciłam palenie, pomyślałam z żalem, ale ten stan trwał bardzo krótko, gdyż ponownie, idiotka skowronek, zachwyciłam się promieniami słonecznymi. Też jednak na krótko, bo adrenalina wywołana teatralnym popisem w piekarni zaczęła szybko opadać.

Chciałam się dalej oszałamiać piękną pogodą, na przykład podczas spaceru nad Wisłę, ale nie mogłam sobie na to pozwolić. Bynajmniej nie dlatego, że planowałam piec chleb dla bezglutenowców, ci oczywiście byli zmyśleni, jak większość mojego życia, lecz musiałam pozałatwiać inne palące sprawy.

– Dzień dobry, pani Leno.

Już myślałam, że uda mi się wrócić do domu i nikogo więcej nie spotkać, gdy ten pojawił się nie wiadomo skąd. Mój były ogrodnik.

– Dobrze, że pana widzę, panie Januszu. Miałam dzwonić wczoraj do pana. Będę mogła panu zapłacić, ale dopiero za dwa tygodnie. – Widziałam, jak smutnieje mu twarz. On nie należał do tych, którzy krzyczeli i się awanturowali o swoje. – Wie pan, jak to jest.

Pokiwał głową z rezygnacją, a ja, tknięta wyrzutami sumienia, sięgnęłam do torebki, żeby z niej wyciągnąć ostatnią stówę.

– Proszę. To może akonto?

– Pani już tak kolejny raz. To może ja coś podpiszę? – Widać było, że nawet taka kwota wiele dla niego znaczy.

– Nie musi pan. To będzie dodatkowo, za pana cierpliwość – oświadczyłam z uśmiechem, który sobie o poranku przylepiłam do twarzy, i weszłam do domu, mając pełną świadomość, że oprócz uśmiechu zostało mi do końca tygodnia dwadzieścia złotych.

Trzeba było działać bardziej zdecydowanie, stwierdziłam i otworzyłam zeszyt, w którym parę tygodni temu, zupełnie przyparta do muru, spisałam listę osobistych dłużników. Ze zdumieniem zauważyłam, że jest dość długa. Na jej czele znajdowało się nazwisko mojego brata. Niegdyś nie mogłam się go pozbyć z domu, teraz coraz rzadziej odbierał moje telefony. „Źle słyszę”. Znalazł sobie doskonałą wymówkę.

Tym razem udało mi się go zażyć.

– Przyjedziesz do mnie – mówiłam, nie dając mu dojść do słowa – bo musimy pogadać. Chcę wyjechać za parę tygodni i dobrze byłoby, gdybyś dopilnował biznesu.

– Wyjeżdżasz?

– Tak! – Zaśmiałam się perliście. – A myślałeś, że tu uschnę na wieki?

Byłam przekonana, że zjawi się dość szybko. Nie było sensu zabierać się do długo odkładanych porządków czy innych spraw. Poprawiłam jedynie stojące na komódce zdjęcia i uśmiechnęłam się do fotografii mamy. „Królowa” wyglądała na nim wyjątkowo pięknie i jak zwykle, od najwcześniejszej młodości, dostojnie. Jednak najwspanialszą cechą jej charakteru była tolerancja. Westchnęłam, myśląc o swoim życiu, którego nigdy przecież nie krytykowała. Była też jedyną osobą, która mnie bezwarunkowo akceptowała. Reszta… reszta to byli reformatorzy z powołania.

 

Zastanowiłam się przez chwilę, po czym postawiłam przy zdjęciu mamy widokówkę z Hiszpanii. Taaa, była w tym miejscu bardzo widoczna.

Nie minął kwadrans, gdy usłyszałam na korytarzu kroki brata. Emeryt rencista z bożej łaski. Silny jak tur, ale rzeczywiście na głowę niedomagał. I to od dziecka.

– Ty to, Magda, chciałabyś, żeby cały świat się wokół ciebie kręcił – zaczął od progu Marian. – Nie wiesz, że ludzie mają pracę?

Ucałowałam mojego głupawego brata w policzek. Nie było sensu pytać go o tę robotę. Z pewnością został do czegoś zagnany przez bratową. Wciąż pracowała jako pielęgniarka w przychodni, minęła się jednak z powołaniem. Zdecydowanie zrobiłaby większą karierę jako domina w jakimś klubie dla masochistów. Może też byłaby z życia bardziej zadowolona, kto wie.

– Napijesz się kawy?

Nie odpowiedział od razu. Pewnie szybko kalkulował, co jest lepsze. Śmierć z powodu nadciśnienia czy wypicie kawy, na którą w domu miał szlaban.

– A, jakąś małą może…

Musiałam przynajmniej spróbować go urobić, choć wątpiłam w ostateczny wynik. Poszłam do kuchni i nastawiłam mój szaleńczo drogi ekspres. Nie zdążył nawet zasyczeć…

– Magda!

Udałam, że nie słyszę.

– Lena!

Tym razem się obróciłam. Brat stał przy drzwiach, trzymając kartkę.

– A to do ciebie? – spytałam kąśliwie.

– Przepraszam, ale zobaczyłem znajomy widok. To od Carla, prawda?

Skinęłam głową i zrobiłam tajemniczą minę.

– Tak, od niego.

– I co?

– Jak to co?

– Przestań. Sama wiesz co.

No niby wiedziałam.

– Zaprasza mnie na wakacje.

– Dokąd?

– Tam, gdzie będę chciała. Sam rozumiesz, że mogę wybierać.

Pokiwał głową, która musiała aż huczeć od kłębiącego się w niej chaosu myśli. Postanowiłam mu więc ulżyć.

– Domyślasz się, że muszę jechać, ale ktoś musi się zająć domem.

Podałam mu filiżankę z kawą.

Najbardziej obawiałam się tego, że oni wszystko rozdrapią, kiedy wyjadę. Nie mam akurat na myśli brata i jego dominy, ale tych innych, o których nie chce mi się wspominać. Moi krewniacy jedynie wszystkiemu się przyjrzą. Bardzo dokładnie przyjrzą, a potem pomacają. Mówię, bo tego nieraz doświadczyłam.

– A ktoś tu przyjedzie? – zaniepokoił się Marian.

– Jak chcesz, to możesz przyjmować gości. Cała kasa dla ciebie. Aha, potrzebuję dwóch tysięcy na podróż – zaatakowałam niespodziewanie.

Brat milczał. Widocznie aluzja była zbyt subtelna.

– Pożyczycie mi?

Nienawidziłam tych słów, ale ostatnio musiałam się ich nauczyć. Pewnie do tej pory życie mnie rozpieszczało.

– Ale Magda!

– Lena! – Ach, gdyby umiał sobie przypomnieć, kto wybudował mu dom, kto finansował studia syna, o reszcie nie wspomnę. Przekonałam się jednak w życiu, że pamięć ludzka jest niezwykle ułomna i lepiej powoływać się na „chwile, których nie znamy”. – Jak wrócę, to załatwię wam ten wyjazd do spa, o którym mówiła Renata. – Tak miała na imię domina. – Inne sprawy też ogarnę.

– Porozmawiam z Renią – obiecał mój brat, wychodząc po wypiciu kawy.

Nauczę go obsługiwać ekspres. Będzie miał dodatkową motywację, żeby tu zaglądać podczas mojej nieobecności.

Przeszłam do pokoju i ponownie zajrzałam do listy dłużników, starannie omijając wzrokiem drugą listę – z wierzycielami. Nie, to jutro, postanowiłam i zamknęłam zeszyt. Mogłam iść na spacer, czytać książkę, leżeć w łóżku, robić w zasadzie wszystko. Na nic jednak nie miałam ochoty. Siedziałam w domu z tłumem bezglutenowych gości widm i zastanawiałam się nad przyszłością. Mówiłam już, że nie jestem skomplikowana? No właśnie. W związku z tym myślenie nie trwało długo. Poszłam poprawić sobie humor i pooglądać stare kiecki. Ledwo weszłam do garderoby, gdy zadzwonił telefon. To był Carl. Zadzwonił do mnie po raz pierwszy od trzech lat. Był właśnie w Stanach.

Mężczyzna w czerwonym kontuszu robił się coraz bardziej natarczywy. Stał, podpierając się pod boki, i patrzył na siedzące przy stole barwne towarzystwo.

– My, waćpanie, potrzebujemy jedynie jadła i napitku. Wpuśćcie nas do izby!

Drugi szlachcic w fantazyjnym kołpaku nie zamierzał się tak łatwo poddać. Podniósł się z miejsca i podkręcił sumiasty wąs.

– Mówiłem waszeci, że nie ma miejsca w karczmie. Jam się z Żydem nie ugadywał. Byliśmy tu pierwsi. – Ostrzegawczo sięgnął do karabeli przy boku.

– Zatem niech szabla rozsądzi, kto z nas bardziej godzien tego przybytku! – wrzasnął ten w czerwonym kontuszu.

Na zamkowym dziedzińcu się zakotłowało. Paru krewkich młodych mężczyzn rzuciło się do walki. Panny siedzące przy długim stole piszczały z przerażenia.

Jakub spojrzał na Marka Kowalczyka, który właśnie ocierał pianę z ust. Wyciągnął do niego kufel z piwem.

W tej samej chwili, kiedy stuknęli się kuflami, skrzyżowano szable na dziedzińcu zamkowym. Rozpoczął się pierwszy pojedynek.

– I jak, Kubusiu? Zadowolony?

– No ba! – Zupełnie się tego nie spodziewał. Jeszcze parę dni wcześniej Londyn dwudziestego pierwszego wieku, a dzisiaj średniowieczny zamek! – Co za przypadek!

– Jaki przypadek? Nasza impreza integracyjna planowana była od pół roku. – Marek zachichotał zadowolony. – Ale, prawdę mówiąc, zaskoczyłeś mnie telefonem. Nie widzieliśmy się od… od kiedy?

– Cztery lata. – Jakub dokładnie wiedział, kiedy przestał utrzymywać kontakty z dawnymi przyjaciółmi. Nie dlatego, że nie chciał z nimi rozmawiać czy się z nimi spotykać. Po prostu nie miał siły opowiadać tego samego w kółko Macieju.

– Jak długo tutaj zostajesz?

– W Gniewie? – zażartował. – Nie wiem – odpowiedział na serio po chwili. – Nie mam bladego pojęcia, jak się to wszystko ułoży.

– A co z robotą?

– Jeszcze o tym nie myślę.

– Szczęściarz – skwitował Marek, obecnie prezes funduszu powierniczego w Warszawie.

Poznali się na studiach prawniczych w Gdańsku dawno, dawno temu. Razem szaleli po klubach studenckich, brali udział w strajkach studenckich i czekali na nadejście nowych czasów. Kiedy w końcu nadeszły, Jakub wyłamał się ze wspólnej wizji przyszłości i wyjechał do Anglii na zaproszenie kuzynki, Anny Folton. Jej mąż był szychą w jednym z banków w City i załatwił mu praktykę u siebie, a potem namówił na studia prawnicze.

Zatem okres transformacji w Polsce był dla Jakuba czasem własnych zmian. Gdy Marek podejmował już pierwsze ryzykowne zakupy spółek, on sam zgłębiał tajniki brytyjskiego prawodawstwa. Ich drogi zawodowe i prywatne się rozeszły, choć Jakub doskonale wiedział, że zawsze może liczyć na starego przyjaciela. Wystarczyło zadzwonić. Jak teraz.

– Jeśli będziesz czegoś potrzebował, zadzwoń – oznajmił Marek. – Nie domyślę się, jak mi sam nie powiesz.

Jak dobrze go nadal znał. Doskonale wiedział, że zamknięty w sobie Jakub niechętnie opowiada o swoich problemach. Jeśli zechce, to coś o nich wspomni, a jak nie, to trzeba było tę decyzję uszanować. Wzajemny szacunek był podstawą ich przyjaźni.

– Muszę ułożyć sobie parę spraw. Zyta… – zaczął mówić Jakub, ale donośny dźwięk rogu zagłuszył jego słowa.

– Szwedzi idą! – krzyknął posłaniec.

Wkrótce na dziedziniec zamkowy wpadło kilku żołnierzy obcej armii w kapeluszach z charakterystycznym szerokim rondem. Polscy szlachcice porzucili swary i ruszyli na nieprzyjaciela zza morza.

– Koniecznie musisz tu wrócić na inscenizację Vivat Vasa. Bodajże w sierpniu. – Marek gładko przeszedł do niezobowiązujących tematów, uznawszy, że impreza integracyjna w formie biesiady na zamku nie jest najlepszą okazją do zwierzeń.

– Aaa, bitwa dwóch Wazów. – Jakub przypominał sobie historyczne fakty jak przez mgłę. – Ale to była chyba…

– Porażka polskiej husarii – dokończył za niego Marek. – No cóż, ale świetne widowisko. Widziałem to kiedyś i dlatego tak gładko się zgodziłem na pomysł imprezy na zamku. Ale chyba są zadowoleni, jak myślisz?

Jego pracownicy wyglądali na zachwyconych. Z entuzjazmem oklaskiwali adeptów szkoły fechtunku, którzy właśnie zakończyli występ. Następnym punktem programu miała być nauka strzelania z kuszy.

– Pan prezes też. – Marka wyciągnęła zza stołu jego sekretarka. Poszedł za nią bez ociągania, jak integracja, to na całego.

Jakuba też postawili przed tarczą. Stopniowo coś się w nim rozluźniło i zaczął się bawić. Po biesiadzie ruszył nawet do tańca.

– Zupełnie zapomniałem. Kasia cię pozdrawia. – Marek dolał piwa do kufla Jakuba, kiedy ten rozgrzany taneczną gimnastyką zasiadł przy stole.

Kasia również była koleżanką ze studiów i dziewczyną Marka. Pobrali się w tym samym roku, kiedy obronili dyplomy: on z prawa, ona z psychologii. Mimo zmiennych kolei losu i rosnącego jak grzyby po deszczu majątku nadal byli małżeństwem, i to w dodatku szczęśliwym, a poza tym rodzicami trójki dzieci. Niektórzy się w czepku urodzili, stwierdził Jakub, gdyż od razu rzuciły mu się na myśl smutne porównania.

– Ucałuj ją ode mnie. Mam nadzieję, że się spotkamy, gdy już dotrę do Warszawy – powiedział.

– Naprawdę nie chcesz z nami nocować? Śpimy w pałacu Marysieńki, a ja mam tam apartament.

– Serdeczne dzięki, ale nie tym razem.

– Ta twoja tajna misja, tak?

Średnio tajna, bo dokładnie opowiedział o niej Markowi. A teraz mu się zupełnie odechciało wszelkich akcji. Najchętniej ruszyłby do pokoju z przyjacielem i jeszcze z nim pogadał, a potem zalałby się w trupa czymś mocniejszym niż zamkowe piwo. Ale Jakub był człowiekiem znającym swoje obowiązki, co czasem doprowadzało go do niemej rozpaczy.

– Powiedzmy. – Wzruszył ramionami. – Ale jeszcze stąd się nie zabieram.

Wyszedł z całą grupą o dwunastej. Grubo przesadził. Pozostali ruszyli do hotelu. Tymczasem on przez ten brak zdecydowania będzie jeszcze musiał nocować pod gołym niebem.

Może nie byłoby nawet tak źle, stwierdził, skręcając w stronę miasta. Ciepła księżycowa noc, nie czuć było nawet wilgoci znad Wisły. Maszerował coraz raźniej, a wraz z powietrzem wdychał coś dziwnego. Energia, młodość – wolał tak to nazywać, a nie promilami po wypitych hektolitrach piwa. Jeszcze da sobie radę ze wszystkim. Pobyt w Polsce będzie jedynie przystankiem, czasem odkupienia win i zebrania sił. A potem ruszy dalej. Może do jakiegoś egzotycznego kraju. A co! Koniec ze stagnacją i rutyną. A Zyta tyle razy go do tego namawiała. Gdyby jej wówczas posłuchał…