Demokratyczne ideały a rzeczywistośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka

Strona tytułowa

Projekt okładki i stron tytułowych

Fahrenheit 451

Tłumaczenie

Grażyna Waluga

Konsultacja merytoryczna

dr Leszek Sykulski

Redakcja i korekta

Agnieszka Pawlik-Regulska

Tłumaczenie i edycja map

Andrzej Olejnik

Dyrektor wydawniczy

Maciej Marchewicz

ISBN 9788366177604

Copyright for the Polish translation by Grażyna Waluga

Copyright © for the Polish by Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2019

Wydawca

Zona Zero Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: wydawnictwo@zonazero.pl

Konwersja

Monika Lipiec

przedmowa

Prezentowana książka stanowi jedną z fundamentalnych prac geopolitycznych autorstwa urodzonego w 1861 roku w Gainsborough Halforda Mackindera. Publikacja ta w sposób kluczowy wpłynęła na rozwój geopolityki jako subdyscypliny nauk politycznych i nauk geograficznych, a także wpływa po dziś dzień na kulturę strategiczną wielu środowisk eksperckich i decyzyjnych na całym świecie.

Halford John Mackinder był twórcą najsłynniejszej koncepcji geopolitycznej. Wychodził z założenia, że mocarstwa kontynentalne mają przewagę nad morskimi. Ukończył studia geograficzne i od 1897 roku rozpoczął karierę wykładowcy na Uniwersytecie Oksfordzkim. Był również głównym założycielem powstałej w 1895 roku London School of Economics, której osiem lat później został dyrektorem. Pełnił tę funkcję do 1908. Mackinder łączył pracę naukową z działalnością polityczną. W latach 1910–1922 zasiadał w Izbie Gmin, a w latach 1919–1920 był brytyjskim komisarzem w Rosji przy generale Antonie Denikinie. W 1919 spotkał się z Józefem Piłsudskim. Po powrocie do kraju otrzymał tytuł szlachecki.

Wydane w 1919 roku Ideały demokratyczne a rzeczywistość to najważniejsza z trzech fundamentalnych prac składających się na „geopolityczną trylogię” Mackindera będącą wyrazem jego koncepcji Heartlandu. Pierwszą był wykład pt. Geograficzna oś historii wygłoszony 25 stycznia 1904 roku w trakcie posiedzenia Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w Londynie, a wydany trzy miesiące później w czasopiśmie naukowym „Geographical Journal” (tom 23, nr 4). Trzecią pracą był artykuł pt. Świat kulisty i wygrywanie pokoju opublikowany w 1943 roku na łamach czasopisma „Foreign Affairs” (tom 21, nr 4). Warto także odnotować inne publikacje Mackindera mające znaczenie w rozwoju geopolityki, przede wszystkim książkę z 1906 roku pt. Brytania i brytyjskie morza.

Mackinder stworzył własny geopolityczny model przestrzenny globu ziemskiego po raz pierwszy w 1904 roku. Centralne miejsce zajmowała w nim Światowa Wyspa (World Island), na którą składały się Europa, Azja i Afryka. Wokół niej znajdowały się wyspy: Wielka Brytania, Ameryki, Japonia, Indonezja, Australia. Mackinder pisał, iż to na Światowej Wyspie skupiony jest największy odsetek ludności świata i to na niej rozgrywały się główne wydarzenia dziejowe. Wydzielił z niej część północno-wschodnią (na północ od Azji Środkowej), którą nazwał Pivot Area – Obszar Osiowy, wokół którego toczyły się dzieje związane z wielkimi migracjami i najazdami wychodzącymi z niego na pozostałe terytoria World Island. Rejon ten ze względu na bariery naturalne był niedostępny dla ekspansji mocarstw morskich. Brytyjski geopolityk wysunął w związku z tym tezę o przewadze mocarstw kontynentalnych nad potęgami morskimi. Wokół Obszaru Osiowego rozciągała się Inner Crescent (lub Marginal Crescent) – Strefa Wewnętrzna, w skład której wchodziła Europa, Bliski Wschód, Chiny oraz Półwysep Indyjski. Strefę Wewnętrzną otaczała Outer Crescent – Strefa Zewnętrzna: obie Ameryki, Wielka Brytania, Indonezja, Australia, Japonia.

Mackinder rozwinął tę koncepcję w lutym 1919 roku. Wówczas w książce Ideały demokratyczne a rzeczywistość zastąpił pojęcie Pivot Area określeniem Heartland, sytuując go w środkowo-północnej części Światowej Wyspy, tak że obejmował także Europę Środkowo-Wschodnią aż po Łabę. Mackinder pisał, że jak dotąd żadnej z ekspansji wychodzących z Heartlandu nie udało się na trwałe uzyskać panowania nad światem. Argumentował, iż potencjał tego rejonu jest na to zbyt słaby. Jego zdaniem, tylko wtedy gdy mocarstwo kontynentalne władające Heartlandem zdoła podporządkować sobie Strefę Wewnętrzną, będzie zdolne do hegemonii globalnej. Wówczas żadne z mocarstw morskich nie będzie w stanie mu zagrozić. Mackinder stworzył najsłynniejsze dotąd prawo geopolityczne:

Who rules the East Europe, commands The Heartland;

who rules the Heartland, commands the World-Island;

who rules the Word-Island, controls the World.

(Kto panuje w Europie Wschodniej rządzi Śródziemiem;

Kto panuje w Śródziemiu, włada Światową Wyspą;

Brytyjski geopolityk przestrzegał przed uzależnieniem ZSRS od Niemiec. Dawałoby to Niemcom światową supremację. Po raz trzeci Sir Halford Mackinder zmodyfikował swoją teorię w 1943 roku. Wówczas przesunął Heartland bardziej na wschód, tworząc przy tym koncepcję równoważności tego rejonu z Midland Ocean – Oceanem Środkowym (Obszar Atlantycki), obszarem obejmującym Stany Zjednoczone na zachodzie, na wschodzie sięgającym zaś po Europę Środkową. Obszar Atlantycki będący synonimem cywilizacji zachodniej miał być w pełni równoważnym terytorium w stosunku do Heartlandu zajmowanego przez ZSRS. Koncepcja ta była produktem trwającej wówczas wojny i stanowiła geopolityczne podwaliny pod powstałe sześć lat później NATO, którego to wydarzenia Halford Mackinder już nie dożył, umierając w 1947 roku.

W Ideałach demokratycznych... brytyjski geopolityk podkreśla, że warunki fizycznogeograficzne w dużej mierze pozostały niezmienione pięć–sześć tysięcy lat, czyli przez okres pamięci historycznej (opartej na źródłach pisanych). Mimo faktu, iż w trakcie dziejów dochodziło do licznych wycinek lasów, pustynnienia wielu obszarów, erozji gleb, osuszania bagien, regulowania biegu rzek, główne kontury lądu czy linie gór i rzek się nie zmieniły. Nie znaczy to jednak, że można Mackindera uznać za deterministę geograficznego. Bynajmniej. Wyraźnie podkreślał, że inicjatorem w dziejach jest człowiek, nie zaś natura. Ta ostatnia spełnia tylko swego rodzaju funkcję kontrolną. To decydenci kreślą założenia strategiczne, zawierają sojusze, wszczynają wojny, podpisują pokoje. Przestrzeń geograficzna stwarza wyłącznie ramy, daje szanse i możliwości, pozwala podejmować różne wyzwania, ale stwarza również ograniczenia.

Brytyjczyk zdawał sobie także doskonale sprawę z wpływu technologii na politykę i możliwości, jakie daje ona w rozwijaniu panowania nad przestrzenią. Jego zdaniem każde stulecie przynosi nową perspektywę geograficzną. Wynika ona nie tylko z poziomu rozwoju technologicznego, ale także ze świadomości strategicznej elit decyzyjnych. W swojej książce Mackinder stawia podwaliny nie tylko pod klasyczną geopolitykę, ale także pod nurt, który współcześnie nazywany bywa geopolityką krytyczną. To obszar badawczy bliski geopolityce informacyjnej, analizujący nie przestrzeń fizycznogeograficzną, lecz wyobrażenie tej przestrzeni w świadomości społecznej. Mackinder podkreśla, że wizerunek rzeczywistości geograficznej jest wielokrotnie koloryzowany przez ludzkie wyobrażenia z przeszłości dla praktycznych celów. Wskazuje przy tym, że społeczeństwo jest zależne od realiów geograficznych nie tylko takich, jakie istnieją, ale w dużej mierze takich, jakie zostały przyswojone podczas nauki historii. Podkreśla zatem kontekst społeczny kształtowania się świadomości geograficznej.

Mackinder obrazowo tłumaczy mechanizmy tworzenia się nowoczesnych mocarstw i akumulacji bogactwa dzięki handlowi morskiemu. Dominacja floty napędzała najpierw fortunę hiszpańską, portugalską, holenderską i francuską, a następnie brytyjską i amerykańską. Wyparcie transportu lądowego jako głównej drogi wymiany handlowej zrewolucjonizowało stosunki międzynarodowe. Brytyjski geograf niemal do znudzenia powtarza, że fundamentem kultury strategicznej każdego państwa jest problematyka mobilności, ruchu, krwiobiegu transportowego.

Zagadnienie dominacji nad Światową Wyspą, kontroli systemu transportowego, w tym głównych szlaków handlowych Eurazji, zwłaszcza w perspektywie obserwowanej zmiany hegemonicznej i chińskiego projektu Jednego Pasa Jednej Drogi, stanowi jedną z osiowych kwestii współczesnych studiów strategicznych i analizy polityki międzynarodowej w perspektywie długookresowej. Bez gruntownej znajomości klasyki myśli geopolitycznej, która po dziś dzień kształtuje świadomość strategiczną i horyzonty myślowe decydentów i analityków najważniejszych państw świata, trudno także prowadzić odpowiedzialną politykę państw o niższej randze. Dlatego prezentowana książka powinna stać się lekturą obowiązkową dla polityków, naukowców, analityków i dziennikarzy także w Polsce.

 

Leszek Sykulski

wprowadzenie

Książka niniejsza, niezależnie od jej wartości, jest czymś więcej niźli tylko owocem gorączki myśli czasu wojny; koncepcje, na których się opiera, zostały opublikowane dobrych kilkanaście lat temu. W 1904 roku w referacie Geograficzna oś historii (The Geographical Pivot of History), który wygłosiłem w Królewskim Towarzystwie Geograficznym, naszkicowałem pojęcia Wyspy Świata (World-Island) i Śródziemia (Heartland*), zaś w roku 1905 napisałem do „National Review” artykuł Siła żywa jako miernik narodowej i imperialnej potęgi**, który – jak uważam – jako pierwszy spopularyzował termin „siła żywa”. W terminie tym zaś zawiera się koncepcja nie tyle bogactwa jako głównego przedmiotu myślenia ekonomicznego, ile raczej potencjału bojowego, a także produkcyjnego. Jeśli zatem teraz ośmielam się pisać nieco obszerniej na te tematy, to dlatego, że czuję, iż wojna nie tylko nie zachwiała moimi wcześniejszymi opiniami, a wręcz je utrwaliła.

1 lutego 1919 r.

H.J.M.

*Heartland tłumaczone jest na j. polski przez różnych autorów jako „serce lądu” bądź Śródziemie. Tu konsekwentnie używać będziemy terminu: Śródziemie (przyp. tłum.).

**Oryg.: Man Power as a Measure of National and Imperial Strength(przyp. tłum.).

ROZDZIAŁ 1
perspektywa

W naszej pamięci ciągle żywe są obrazy wszechogarniającej wojny; nadal jest jakaś zasłona pomiędzy nami a tym, co wydarzyło się wcześniej, nawet w naszym życiu. Nadszedł wreszcie czas, by spojrzeć z szerszej perspektywy i zacząć myśleć o naszej długiej wojnie jak o jednym wielkim wydarzeniu, katarakcie tamującej nurt historii. Ostatnie cztery lata były doniosłe, stanowiły bowiem zamknięcie jednego wieku i preludium do kolejnego. Powoli narastały konflikty pomiędzy narodami, a teraz nastąpiło to, co w języku dyplomacji zwie się odprężeniem. Obecna chwila kusi, aby uwierzyć, że zapadnie wieczny pokój tylko dlatego, że zmęczeni ludzie postanowili, iż nie będzie więcej wojny. Ale międzynarodowe napięcia znowu będą narastać, choć początkowo powoli. Po Waterloo przez jedno pokolenie panował pokój. Któryż spośród dyplomatów zasiadających w 1814 roku do kongresowego stołu w Wiedniu przewidział, że Prusy staną się zagrożeniem dla świata? Czy możemy wyrównać łożysko nurtu naszej przyszłej historii, aby nie było więcej katarakt? Takie właśnie, a nie mniejsze czeka nas zadanie, jeśli chcemy, aby potomni mieli o naszej mądrości nieco lepsze zdanie niż my o mądrości dyplomatów z Wiednia.

Wielkie wojny historii – a w ciągu ostatnich czterech stuleci mieliśmy wojnę światową mniej więcej co sto lat – są bezpośrednim lub pośrednim skutkiem nierównomiernego rozwoju narodów, a ten nierównomierny rozwój nie jest wyłącznie wynikiem większego geniuszu i wysiłku niektórych narodów w porównaniu z innymi; w dużej mierze jest on skutkiem tego, że żyzność gleby i strategiczne możliwości są nierównomiernie rozłożone na powierzchni globu. Innymi słowy, nie ma czegoś takiego w przyrodzie jak równość szans poszczególnych narodów. O ile źle nie odczytałem geograficznych faktów, to poszedłbym jeszcze dalej i powiedział, że ukształtowanie lądów i mórz oraz naturalnych dróg, a także stopień urodzajności jest tego rodzaju, że przyczynia się do rozwoju imperiów, a w końcu do powstania jednego światowego imperium. Jeśli mamy zrealizować nasz ideał Ligi Narodów, który zapobiegnie wojnie w przyszłości, musimy uznać istnienie tych geograficznych faktów i podjąć kroki, by przeciwdziałać ich wpływowi. W ostatnim stuleciu, pod urokiem darwinizmu, ludzie zaczęli myśleć, że przetrwają te formy organizacji, które najlepiej przystosują się do swojego naturalnego środowiska. Dziś, kiedy wychodzimy z tej ciężkiej próby, jesteśmy świadomi, że zwycięstwo ludzkości wymaga wzniesienia się ponad taki zwykły fatalizm.

Cywilizacja opiera się na takiej organizacji społeczeństwa, abyśmy wzajemnie świadczyli sobie usługi, a im wyższa cywilizacja, tym bardziej szczegółowy jest podział pracy i tym bardziej złożona organizacja. W konsekwencji wielkie i zaawansowane społeczeństwo ma potężny impet, przez co bez zniszczenia tegoż społeczeństwa nie da się nagle go powstrzymać ani zmienić jego kursu. To sprawia, że obiektywni obserwatorzy z wieloletnim wyprzedzeniem są w stanie przewidzieć nieuchronne starcie społeczeństw podążających zbieżnymi kursami rozwoju. Historyk zazwyczaj poprzedza opowieść o wojnie wstępem o ślepocie ludzi, którzy nie chcieli zobaczyć przepowiedni na ścianie, faktem jest jednak, że społeczeństwo narodowe – podobnie jak każde inne działające przedsiębiorstwo – można uformować w pożądany sposób, kiedy jest młode, bo kiedy jest już stare, jego charakter jest ukształtowany, przez co staje się niezdolne do jakiejkolwiek większej zmiany sposobu swojego istnienia. Dzisiaj wszystkie narody mają zacząć od początku. Czy mieści się w granicach ludzkiej przezorności tak wyznaczyć ich kursy, aby – pomimo geograficznych pokus – nie zderzyły się one w czasach naszych prawnuków?

Czy w naszym dążeniu do odrzucenia idei historycznie powiązanych z równowagą sił nie kryje się, być może, niebezpieczeństwo, że nazbyt pozwolimy prawnym koncepcjom rządzić planami wobec Ligi Narodów? Naszym ideałem jest, aby pomiędzy narodami zapanowała sprawiedliwość, niezależnie od tego, czy są małe, czy duże, dokładnie tak samo jak naszym ideałem jest, aby sprawiedliwość zapanowała pomiędzy ludźmi niezależnie od ich pozycji społecznej. Aby utrzymać sprawiedliwość pomiędzy ludźmi, przyzywa się potęgi państwa, a teraz – po porażce prawa międzynarodowego, któremu nie udało się zapobiec Wielkiej Wojnie – przyznajemy, że musi być jakaś siła lub – jak mówią prawnicy – jakaś sankcja zdolna utrzymać pokój pomiędzy poszczególnymi narodami. Jednak władza, jakiej potrzeba dla utrzymania rządów prawa pomiędzy obywatelami, łatwo przechodzi w tyranię. Czy jesteśmy zdolni ustanowić taką światową władzę, która wystarczy do utrzymania prawa pomiędzy wielkimi i małymi państwami, a nie zamieni się w światową tyranię? Są dwie drogi do takiej tyranii: jedną jest podbój wszystkich innych narodów przez jeden naród, a drugą – wypaczenie tej właśnie władzy międzynarodowej, która ustanowiona zostanie do okiełznania niepraworządnego narodu. W naszym ponownym rozplanowaniu społeczeństwa musimy uznać, że zdolności złodzieja i okazja poprzedzają prawo rozboju. Innymi słowy, musimy wyobrazić sobie nasz wielki problem w taki sposób, jak ludzie biznesu zajmujący się realiami rozwoju i możliwości, a nie jak prawnicy definiujący prawa i zadośćuczynienia. Na kolejnych stronach postaram się określić relatywne znaczenie ukształtowania naszego globu poddane próbie przez wydarzenia dziejowe, w tym historię czterech ostatnich lat, a następnie zastanowię się, jak możemy w najlepszy sposób dostosować nasze ideały wolności do trwałej rzeczywistości naszego ziemskiego domu. Najpierw jednak musimy rozpoznać pewne skłonności ludzkiej natury, jakie przejawiają się we wszystkich formach organizacji politycznych.

ROZDZIAŁ 2
społeczny impet

Bo kto ma, temu będzie dodane*

W roku 1789 rozsądny lud francuski w swoim stołecznym mieście Paryżu doświadczył wizji – wspaniałych wizji Wolności, Równości i Braterstwa. Wkrótce jednak francuski idealizm stracił kontakt z rzeczywistością i zdał się na łaskę losu w osobie Napoleona. Ten, jako zdolny żołnierz, zdołał zaprowadzić porządek, ale w tym celu przyznał władzy takie uprawnienia, których samo istnienie było zaprzeczeniem wolności. Historia wielkiej rewolucji francuskiej i cesarstwa wywarła wpływ na każdą późniejszą myśl polityczną; wydaje się być tragedią w starogreckim znaczeniu, gdzie klęska jest nieuchronnie zapisana w samym charakterze rewolucyjnych ideałów.

Kiedy zatem w 1848 roku narody Europy ponownie zaczęły doświadczać wizji, ich idealizm miał już znacznie bardziej złożony charakter. Do Wolności dodana została zasada Narodowości – w nadziei, że niezależny duch narodów zdoła ochronić wolność przed nazbyt rozzuchwalonym organizatorem. Niefortunnym zbiegiem okoliczności w tym samym rewolucyjnym roku dobry okręt Idealizmu znów urwał się z kotwicy i wkrótce został uniesiony przez los w osobie Bismarcka. Ten zaś z pruską skutecznością wypaczył nowy ideał niemieckiej Narodowości, tak samo jak Napoleon zdeformował prostsze francuskie ideały Wolności i Równości. Jednak tragedia idealizmu narodowego, której dopiero co byliśmy świadkami, nie tkwiła w degradacji wolności, lecz w materializmie organizatora, powszechnie znanym jako Kultur. Tragedia francuska była prostą tragedią załamania się idealizmu, zaś dramat niemiecki był – w istocie rzeczy – dramatem zastępczego realizmu.

W 1917 roku, kiedy upadł carat a republika amerykańska przystąpiła do wojny, narody demokratyczne na całej ziemi sądziły, że widzą silne światło nawigacyjne. Na razie rewolucja rosyjska biegnie zwykłym rewolucyjnym trybem, niemniej my nadal pokładamy nadzieję w powszechnej demokracji. Do osiemnastowiecznego ideału wolności i dziewiętnastowiecznego ideału narodowości dodaliśmy dwudziestowieczny ideał Ligi Narodów. Jeśli dojdzie do trzeciej tragedii, będzie ona tragedią na ogromną skalę, bo ideały demokratyczne są dzisiaj życiowym credo większej części ludzkości. Niemcy ze swoją Realpolitik – będącą czymś więcej niż tylko polityką praktyczną – uważają, że katastrofa jest nieunikniona prędzej czy później. Może być tak, że minister wojny i pruska kasta wojskowa walczą o samo utrzymanie się u władzy, ale duża i inteligentna część niemieckiego społeczeństwa pozostaje pod wpływem politycznej filozofii, która nie jest wyznawana mniej szczerze tylko dlatego, że uważamy ją za błędną. W tej wojnie niemieckie rachuby pod wieloma względami okazały się błędne, ale to myśmy je takimi uczynili dzięki kilku mądrym zasadom rządzenia i ogromnemu wysiłkowi, pomimo błędów naszej polityki. Najcięższa próba jednak wciąż jest przed nami. Jaki stopień międzynarodowej przebudowy jest konieczny, aby świat na długo pozostał bezpiecznym miejscem dla państw demokratycznych? A jeśli chodzi o wewnętrzną strukturę tych demokracji – jakie warunki muszą być spełnione, abyśmy zdołali zaprząc do ciężkiego pługa społecznej rekonstrukcji te ideały, które pobudzały do bohaterstwa w czasie wojny? Trudno o donioślejsze pytania. Czy uda się nam trzeźwy mariaż nowego idealizmu z rzeczywistością?

* * * * *

Idealiści są solą ziemi – gdyby oni nas nie pobudzali, społeczeństwo szybko popadłoby w stagnację, a cywilizacja by obumarła. Idealizm jednakże wiąże się z dwoma bardzo różnymi rodzajami postaw. Dawniejsze idealizmy – takie jak buddyzm, stoicyzm czy średniowieczne chrześcijaństwo – opierały się na wyrzeczeniach; franciszkanie ślubowali czystość, ubóstwo i służbę. Jednak współczesny idealizm demokratyczny, idealizm rewolucji amerykańskiej i francuskiej, opiera się na samorealizacji. Dąży do tego, aby każda istota ludzka żyła pełnią życia i w szacunku do siebie samej. Według preambuły do amerykańskiej Deklaracji Niepodległości wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi sobie oraz obdarzeni prawem do wolności i dążenia do szczęścia.

Historycznie te dwie tendencje idealizmu odpowiadają dwóm poziomom rozwoju rzeczywistości. W dawniejszych czasach natura wciąż miała silną władzę nad człowiekiem. Twarda rzeczywistość stawiała granice jego ambicjom. Innymi słowy, świat jako całość był biedny, a jedyną ogólną drogą do szczęścia była rezygnacja. Oczywiście byli i tacy nieliczni, którzy coś w życiu osiągnęli, ale jedynie kosztem poddaństwa wielu innych. Nawet tak zwana demokracja ateńska czy platońska utopia opierały się na niewolnictwie w gospodarstwie domowym i produkcji. Ale świat współczesny jest bogaty. Obecnie człowiek w znacznym stopniu kontroluje siły natury, a całe warstwy społeczne, niegdyś skazane na swój los, przepojone są ideą, że przy sprawiedliwszym podziale bogactwa bliższa stanie się równość możliwości.

Ta współczesna rzeczywistość kontroli człowieka nad naturą, bez której ideały demokratyczne byłyby jałowe, nie jest wyłącznie skutkiem postępu wiedzy naukowej ani wynalazków. Większa kontrola, jaką człowiek obecnie sprawuje, jest warunkowa, nie jest też absolutna jak kontrola natury nad człowiekiem za pośrednictwem głodu czy zarazy. Bogactwo ludzi i względne bezpieczeństwo opierają się dziś na podziale i koordynacji pracy oraz na nieustannej naprawie skomplikowanej maszynerii, która zastąpiła proste narzędzia społeczeństwa prymitywnego. Inaczej mówiąc, wydajność współczesnego bogactwa jest uwarunkowana sprawnością naszej organizacji społecznej i kapitału. Społeczeństwo jest Działającym Przedsiębiorstwem i całkiem sporą część naszej pomyślności można porównać do nienamacalnej wartości renomy firmy. Właściciel przedsiębiorstwa polega na nawykach swoich klientów w nie mniejszym stopniu niż na systematycznej pracy maszyn w swojej fabryce; jedne i drugie muszą być w działaniu, a kiedy są w działaniu, mają wartość Działającego Przedsiębiorstwa. Kiedy jednak przestaje ono funkcjonować, mają one wartość nieledwie demontażową – maszyny stają się złomem, a wartość firmy sprowadzona zostaje do jej księgowych wierzytelności.

 

Społeczeństwo zasadza się na fakcie, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Łącząc rozmaite nawyki wielu ludzi, społeczeństwo tworzy strukturę, którą można porównać do działającej maszyny. Pani Bouncer była w stanie stworzyć prostą społeczność dla wynajmowanego przez siebie pokoju dlatego, że pan Box spał w nocy, a pan Cox w ciągu dnia, ale jej społeczność została zakłócona, gdy jeden z jej lokatorów poszedł na urlop i na jakiś czas zmienił swój nawyk*. Jeśli zastanowimy się, co by się z nami stało, gdyby ludzie, na których polegamy – listonosze, maszyniści pociągów, rzeźnicy, piekarze, drukarze i wielu, wielu innych – nagle zmienili swoje codzienne nawyki, wówczas zaczniemy dostrzegać, w jak wielkim stopniu władza współczesnego człowieka nad naturą jest skutkiem faktu, że społeczeństwo jest Działającym Przedsiębiorstwem czy też – mówiąc językiem inżynierów – ma pewien impet. Jeśli wstrzyma się działanie na wystarczająco długo, aby nawyki ludzi przestały się zazębiać, społeczeństwo szybko wyhamuje, sprowadzając się do prostej rzeczywistości, w której to natura przejmie nad nim kontrolę. Konsekwencją będzie śmierć wielu ludzi.

Moc produkcyjna, mówiąc krótko, jest znacznie ważniejszym elementem rzeczywistości w odniesieniu do współczesnej cywilizacji niż nagromadzone bogactwo. Całkowite widoczne bogactwo cywilizowanego kraju, niezależnie od tego, jak stare są niektóre z jego skarbów, jest na ogół równowarte wytwórczości nie więcej niż siedmiu czy ośmiu ostatnich lat. Waga tego stwierdzenia nie zasadza się na jego precyzji, lecz na szybkim wzroście jego praktycznego znaczenia dla współczesnych ludzi z powodu ich uzależnienia od machin produkcyjnych, mechanicznych i społecznych, które w czasie ostatnich czterech czy pięciu pokoleń stawały się coraz bardziej delikatne i skomplikowane. Każdemu bowiem postępowi w nauce towarzyszyła odpowiednia zmiana w organizacji społecznej. Nie było dziełem przypadku, że Adam Smith omawiał podział pracy w czasie, gdy James Watt pracował nad wynalezieniem maszyny parowej. Tak jak w naszych czasach nie jest dziełem ślepego przypadku, że wynalezieniu silnika o spalaniu wewnętrznym – klucza do produkcji samochodów, łodzi podwodnych i samolotów – towarzyszyć musi niespotykany rozwój systemu kredytowania. Naoliwienie metalowej machiny zależy od nawyków żyjących ludzi. Założenie niektórych entuzjastów nauki, że studiowanie humanistyki straciło na znaczeniu, nie sprawdzi się; zarządzanie ludźmi, wysoko czy nisko postawionymi, jest trudniejsze i ważniejsze w warunkach współczesnej rzeczywistości, niż było kiedykolwiek wcześniej.

Menedżerów machiny społecznej nazywamy mianem organizatorów, ale w tym ogólnym terminie mieszczą się dwie odmienne kategorie. Przede wszystkim mamy administratorów, którzy wcale nie są stricte organizatorami – to znaczy ojcami nowych organów w organizmie. Zadaniem administratora jest utrzymywanie w ruchu machiny społecznej i doglądanie jej naoliwienia. Kiedy ludzie umrą albo odejdą z powodu złego stanu zdrowia bądź podeszłego wieku, jego obowiązkiem jest obsadzenie zwolnionego miejsca ludźmi odpowiednio wcześniej przeszkolonymi. Brygadzista w fabryce jest w zasadzie administratorem. Sędzia zarządza prawem, z wyjątkiem faktycznego, choć nie teoretycznego stanowienia go. W pracy administratora nie ma po prostu czegoś takiego jak postęp. W dowolnej organizacji jego ideałem jest wydajność – doskonała płynność pracy. Jego charakterystyczna choroba zwie się „biurokracją”. Złożone społeczeństwo, dobrze zarządzane, zmierza w istocie rzeczy do „chińskiej stagnacji” samą siłą swojego impetu. Markę długo istniejącego i dobrze zarządzanego przedsiębiorstwa często można sprzedać za dużą sumę na rynku. Być może najbardziej uderzającą ilustracją społecznego impetu jest statyczność samych rynków. Każdy sprzedający pragnie być tam, gdzie mają zwyczaj zbierać się kupujący, aby mieć pewność, że znajdzie nabywcę swoich dóbr. Zarazem każdy kupujący idzie, jeśli ma taką możliwość, do miejsca, gdzie zazwyczaj gromadzą się sprzedający, by móc kupić tanio wskutek ich konkurencyjności. Władze często na próżno próbowały zdecentralizować rynki w Londynie.

Abyśmy byli w stanie docenić drugi rodzaj organizatora, twórcę mechanizmu społecznego, zastanówmy się przez chwilę nad ogólnym przebiegiem rewolucji. Voltaire krytykuje działające przedsiębiorstwo zwane francuskim rządem; Rousseau maluje ideał szczęśliwszego społeczeństwa; autorzy Wielkiej encyklopedii dowodzą, że istnieje materialna podstawa takiej społeczności. I oto nowe idee opanowują umysły różnych entuzjastów – pełnych dobrych chęci, ale niedoświadczonych w trudnej sztuce zmieniania nawyków przeciętnych ludzi. Wykorzystują oni sposobność, by zmienić strukturę francuskiego społeczeństwa. Przypadkowo – i niefortunnie – wyhamowują jego działanie. Przestój w pracy, faktyczne zatrzymanie maszyn produkcyjnych i zaprzestanie zarządzania, usunięcie doświadczonych administratorów i zastąpienie ich nieodpowiednimi amatorami składają się w sumie na zmniejszenie tempa produkcji artykułów pierwszej potrzeby, co powoduje wzrost cen, ale także spadek zaufania oraz możliwości kredytowania. Bez wątpienia przywódcy rewolucyjni skłonni są przez czas jakiś pozostać biedni, aby urzeczywistniać swoje ideały, ale wokół nich pojawiają się miliony głodnych. By zyskać na czasie, pozwala się tym milionom podejrzewać, że braki są skutkiem jakichś ingerencji obalonych władz, po czym nieuchronnie następuje Terror. W końcu ludzie stają się fatalistami i – porzucając ideały – zaczynają szukać jakiegoś organizatora, który przywróci wydajność. Konieczność tę potęguje fakt, że terytorium narodowe jest atakowane przez zewnętrznych wrogów, zaś zmniejszona produkcja i rozluźniona dyscyplina obniżyły zdolności obronne państwa. Jednak organizator potrzebny do odbudowy nie jest li tylko administratorem – musi umieć projektować i tworzyć machinę społeczną, a nie tylko naprawiać ją i oliwić. Stąd dzięki swej kreatywności wieczną sławę zyskuje Carnot*, który „organizuje zwycięstwo”, i Napoleon ze swoim kodeksem cywilnym.

Potencjał organizacji w sensie konstruktywnym zależy od dyscypliny. Działające społeczeństwo składa się z miliardów połączeń przeróżnych nawyków wielu ludzi; jeśli działająca struktura społeczna ma zostać zmieniona, nawet pod jakimś maleńkim względem, to ogromna liczba kobiet i mężczyzn musi jednocześnie zmienić różne swoje zwyczaje w sposób wzajemnie się uzupełniający. Wprowadzenie czasu letniego mogło się odbyć wyłącznie na mocy edyktu rządowego, bowiem wszelka lokalna zmiana godziny zaowocowałaby chaosem w społeczeństwie. Powodzenie przedsięwzięcia zależne było zatem od społecznej dyscypliny, na którą nie składają się nawyki ludzi, lecz zdolność do jednoczesnej i powiązanej zmiany tych nawyków. W zorganizowanym państwie poczucie dyscypliny staje się wrodzone, a policja jedynie z rzadka wzywana jest do jej narzucania. Inaczej mówiąc, dyscyplina społeczna czy też raczej zmiana nawyku z chęci bądź polecenia sama staje się przyzwyczajeniem. Dyscyplina wojskowa, o ile składa się z pojedynczych działań na rozkaz, jest prostszego rodzaju, ale zawodowy żołnierz doskonale zna różnicę pomiędzy dyscypliną zwyczajową a nawet najinteligentniejszą walką pospiesznie przeszkolonych ludzi.

W czasach niepokojów sprzężenie produktywnych nawyków kruszy się krok po kroku, a społeczeństwo jako całość staje się coraz biedniejsze, nawet jeśli różnego rodzaju złodzieje chwilowo się bogacą. Jednak poważniejszym problemem jest osłabienie nawyku dyscypliny, bowiem pociąga ono za sobą utratę zdolności powrotu do normy. Spójrzmy, do czego została doprowadzona Rosja przez rok kumulujących się rewolucji; znalazła się w stanie straszliwego paraliżu, kiedy umysł wciąż działa i kieruje, lecz nerwy nie są w stanie wywołać żadnej reakcji mięśni. Naród nie umiera, gdy znajdzie się w takim położeniu, ale cały mechanizm jego społeczeństwa musi zostać ponownie zbudowany, i to szybko, aby ludzie, którzy przeżyją zubożenie, nie zapomnieli nawyków i nie zatracili zdolności, od których zależy ich cywilizacja. Historia nie zna na to innego lekarstwa prócz siły, na której można wyhodować w takich warunkach nowy zarodek dyscypliny. Jednak organizator, który polega na sile, w sposób nieunikniony zaczyna traktować przywracanie wydajności jako cel sam w sobie. Pod jego rządami nie rozwinie się idealizm. To dlatego historia jasno mówi w tym względzie, że tak wielu idealistów w ostatnich dwóch pokoleniach było internacjonalistami; przywrócenie dyscypliny siłą militarną zazwyczaj dokonuje się bądź to w drodze podboju przez inną narodowość, bądź w efekcie skutecznego oporu narodowego wobec obcego najazdu.