NiepamięćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gustaw Dziewięcki

Niepamięć


Wydawnictwo Psychoskok

Konin 2021

Gustaw Dziewięcki

„Niepamięć”

Copyright © by Gustaw Dziewięcki, 2021

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie

może być reprodukowana, powielana i udostępniana w

jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor prowadząca: Renata Grześkowiak

Korekta: „Dobry Duszek”, Bogusław Jusiak

Projekt graficzny i skład: „Dobry Duszek”

Ilustracje: Gustaw Dziewięcki

Projekt okładki: Gustaw Dziewięcki, Jakub Kleczkowski

Ilustracja na okładce: Gustaw Dziewięcki

Skład epub i mobi: Adam Brychcy

ISBN: 978-83-8119-770-0

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/ http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Podziękowania

Należą się przede wszystkim Tobie, że zainteresowała Cię ta książka. Może właśnie dzięki Tobie, będę mógł dalej rozwijać swoją pasję i spisać resztę czekających na to historii. Ta powstawała przez wiele lat i dojrzewała wraz ze mną. Nie byłoby jej, gdyby nie moja rodzina i przyjaciele, którzy nie raz byli inspiracją i natchnieniem do dalszej pracy. Ich wiara i zaangażowanie w to dzieło pomogły mi je sfinalizować. Serdecznie dziękuję wszystkim wspierającym na OdpalProjekt.pl oraz poza kulisami zbiórki. Dziękuję całemu Wydawnictwu Psychoskok za współpracę i pomoc.

Cieszę się, że zdecydowałem się w końcu wydać tę książkę. Mam nadzieję, że wspólnie z Tobą będziemy odkrywać pochowane w wyobraźni światy.

PROLOG

Ciepła, pomarańczowa poświata bijąca od ogniska zalewała niewielką kotlinkę, wnosząc do niej życie i radość. Chyżo igrające płomienie odbijały się w oczach przygarbionego starca, siedzącego na jednym z dwóch znajdujących się w zagłębieniu pni.

Zwalone drzewa kontrastowały ze sobą, jakby odbite w krzywym zwierciadle wypaczającym idealną symetrię i harmonię. Pierwszy, na którym siedział mężczyzna – zdrowy, wytrzymały, lecz wytarty od ciągłego użytkowania. Naprzeciw drugi – sękaty, zmurszały, pokryty mchem oraz porostami, tak iż zdawało się, że już tylko magiczna siła powstrzymuje obumarły twór przed ostatecznym rozkładem.

Skwierczące drwa zakłócały panującą dookoła ciszę, a powietrze stało, nie zaszczycając siedzącego ani jednym orzeźwiającym podmuchem. Głęboko zamyślony, zdawał się na kogoś czekać. Płaszcz, którym się odział, był zapyziały, znoszony oraz postrzępiony w wielu miejscach, przypominając sfatygowany płat skóry, odklejający się od skażonego ciała.

Nie był to przyjemny widok.

Głowa starca była całkowicie łysa i niczym zwodniczy księżyc odbijała światło promieniujące z ogniska. Pełna wyrazu oraz głębi twarz, pocięta bliznami, poorana bruzdami, na pierwszy rzut oka napawała strachem i odrazą, lecz z każdym uderzeniem serca spędzonym na wpatrywaniu się w nią zdawała się milsza i cieplejsza.

Zwłaszcza oczy.

Tak… Te jego oczy. Choć przepełnione melancholią, to mądre i dobre, będące przecież odzwierciedleniem duszy. Czyż osoba o takich oczach mogła być przerażająca? Zdolna do złego?

Pozlepiana, poplątana broda, długa do pasa, zasłaniała pierś, nadając siedzącemu żebraczego wyglądu. Nie był on jednak cherlawym dziaduniem. Wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś zbliżyłby się doń, poczułby bijącą od niego energię i siłę, niespotykaną witalność oraz moc – choć doświadczony i naznaczony życiem, wciąż zachowywał żelazną, żołnierską sylwetę.

O umięśnioną, ujętą w skórzane spodnie nogę starca opierał się miecz w skromnej, również skórzanej pochwie, stykając się z ziemią tuż obok solidnego, lecz utytłanego błotem buta o wysokiej cholewie.

Nagły porywisty podmuch zerwał się ni stąd, ni zowąd, szeleszcząc mocno liśćmi, a gałązki wprawiając w opętańczy klekot. Osoba skwitowała to westchnięciem, jakby z rozczarowania, a być może poirytowania. Szczapa, podkreślając tę reakcję, osunęła się ze stosu, upadła z hałasem i odturlała na bok. Mężczyzna schylił się po leżący obok kostur i z jego pomocą wsunął kawałek drewna z powrotem do ognia.

Zapytany, sam nie byłby w stanie określić, co pierwsze przykuło jego uwagę. Wyłaniająca się z mroku mała, wątła postać czy jej wyrośnięty, jak na ironię, trzymający się na uboczu wilk.

Starzec łypał na nich spod krzaczastych brwi z widoczną niechęcią. Potęgowali nieznośny hałas, którego i przedtem było dość.

– Mogę się przysiąść? – zapytał stanowczo chłopczyk, spoglądając wprost w śledzące każdy jego ruch źrenice.

Mężczyzna zwiesił głowę i zdawało się, że popadł w jeszcze większą zadumę niż poprzednio. Jakby rozważał, czy chce, by ktoś zakłócał mu czas w tej właśnie chwili. W końcu z wieczoru, jak każdego uprzednio przeżywanego tutaj od niezliczonych dni, wyszły nici. Już od dawna nikt nie mącił jego naturalnego, niezmiennego rytuału. Miał prawo być rozdrażniony.

I w istocie rzeczy był, nie starając się tego ukrywać.

– Tyle już czasu minęło – odrzekł, spoglądając na wciąż stojące dziecko i gestem pełnym wahania wskazał drugi pniak.

Przybysz zajął miejsce i drzewo stęknęło cicho, a potem ożyło, zdrowiejąc w mgnieniu oka. Wyładniały pień upodobnił się do swojego pierwowzoru, wiernie kopiując każdy centymetr jego powierzchni.

Wielgachne zwierzę o groźnym, drapieżnym spojrzeniu i nie mniej srogim uzębieniu, do tej pory stojące poza kręgiem światła, teraz zbliżyło się i położyło u stóp swojego pana. A może tylko towarzysza?

Stary żołnierz czuł na sobie niepokojący i wręcz niezwierzęcy wzrok stworzenia, który być może kiedyś przyprawiłby go o dreszcze, ale teraz? Teraz było mu wszystko jedno.

– A więc? – odezwał się ponownie. – Czego chcesz?

W ręku dziecka, nie wiadomo skąd, pojawił się długi kijek, na którego bogato rzeźbionej powierzchni światło tańczyło i załamywało się, tworząc fantazyjne, wijące się kształty.

Kotlinka rozbrzmiała parsknięciem.

– Będziesz się tym bawić czy pozazdrościłeś mi mojego kija? –

zapytał z bladym uśmiechem, teatralnie poklepując kostur.

Dziecku nie było jednak do śmiechu. Z grobową miną wsadziło przedmiot w ogień na sztorc i wszystko wokół zamarło. Dosłownie. Płomienie zastygły, jakby wyciosane z jaśniejącego, górskiego kryształu. Liście i gałęzie przestały szumieć, sztywno wisząc nad ich głowami jak gipsowe odlewy.

– Już wystarczająco długo gnijesz na tym pustkowiu. Jak jakiś pustelnik. – Splunął w bok.

Znów odpowiedział mu głośny, szczery śmiech. Futro na karku wilka zjeżyło się, a mięśnie napięły. Ukazując bogaty garnitur paskudnych zębisk, zawarczał demonstracyjnie.

Starzec wyprostował się w odpowiedzi, wypiął szeroką pierś, a na twarzy pokusił się o szeroki, drwiący uśmieszek.

– Co cię to obchodzi? Ciebie?

Pytanie zostało zignorowane. Lustrowali siebie nawzajem, tworząc przedziwny, skłócony obraz. Jak wcześniej pniaki, tak teraz oni zaprzeczali sobie. Młody i stary. Duży i mały. Rozbawiony i poważny. Samotny i z towarzyszem.

– Pragnę namówić cię do powrotu. – Nie wytrzymał w końcu, przykręcając głowę w bok, by za wszelką cenę nie patrzeć w te drwiące, pełne życia oczy.

– Namówić mnie? Do powrotu? – Parsknął, po czym kilkakrotnie pokręcił dynamicznie swoją łysą głową. – A to ci dopiero!

– Nie widzę w tym nic śmiesznego.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo jest to zabawne. Swoją drogą…

– podjął po efektownej pauzie. – Ciekawe, że aż tak długo kazałeś na siebie czekać.

Na te słowa usta chłopca ściągnęły się w wąską kreskę, lecz ruchem dłoni uspokoił pupila, który wiercił się, wysłuchując drwin rzucanych w twarz malca.

– Nic nie mówisz? Przecież przyszedłeś tu, by mówić, prawda? Delikatna szczęka zacisnęła się jeszcze mocniej, a twarz nabrała purpury. W końcu zeskoczył z kłody i biorąc się pod boki, wyrzekł coś, co może kiedyś starzec mógłby wziąć za groźbę.

– Może zanim zacznę mówić, powinienem ci o czymś przypomnieć?

Teraz nie miał jednak nad nim władzy. Przecież przyszedł tu skruszony, po tylu latach, które ciągnęły się już w nieskończoność. Ośmieszony, zdławił w sobie dumę, by skomleć o jego powrót. Pozostawało jedyne pytanie, które musiał sobie zadać, a może musieli uczynić to obaj. Jak bardzo go potrzebował?

***

Nerwowe łomotanie pięścią do drzwi wyrwało go ze snu. Rozbieganym spojrzeniem zlustrował pomieszczenie, w którym się znajdował. Wszystko tonęło w nieprzeniknionym mroku. W ślad za namolnym, uciążliwym dobijaniem się do jego uszu poczęły dochodzić inne, stłumione hałasy z zewnątrz.

– Co się dzieje?! – wykrzyknął zaspany, rozgrzebując miękką, aksamitną kołdrę, pod którą jeszcze przed chwilą słodko spał.

Usiadł nagi na łóżku, a stopy mechanicznie poczęły szukać skórzanych sandałów. Wstał i natychmiast upadł z jękiem na marmurową posadzkę. Eksplozja, która zatrzęsła budynkiem, wybudziła go do cna. Była jak kubeł lodowatej wody wylany wprost na twarz.

 

Wybuch nie zdążył do końca przebrzmieć, gdy, niczym w akcie jedności, rozległy się dźwięki spadających i roztrzaskujących się dzieł sztuki. Misternie zdobione przedmioty z najprzeróżniejszych zakątków świata obracały się wniwecz, drażniąc swymi nieprzyjemnymi odgłosami.

– Panie, musimy uciekać! – odpowiedział mu zniekształcony głos zza ogromnych dębowych drzwi pokrytych inkrustacją. Głos jakby znajomy, lecz zachrypnięty i pełen niepokoju.

Mężczyzna podniósł się z klęczek, lecz jego uwagę przyciągnęła intrygująca, blada poświata wędrująca po podłodze. Bez namysłu podbiegł do miejsca, z którego się wyłaniała, energicznym ruchem odgarnął ciężkie zasłony i otworzył obydwa skrzydła wiodące na szeroki taras. Dopiero teraz, gdy ciepłe nocne powietrze owiało mu twarz, uświadomił sobie, jaka duchota panowała w komnacie.

Głuchy pomruk znów się powtórzył, budynkiem targnęło, a szybki pękły z przeraźliwym jękiem. Mocno wczepione we framugę palce uchroniły go przed kolejnym upadkiem. Przestępując nad pokruszonym, szkłem, z pośpiechem dopadł do balustrady, a oparłszy o nią ręce, niepewnie wychylił się do przodu, spoglądając w dół.

Zachwiał się, zaskoczony widokiem.

Na przedpolu okalającym pałac Ther Fal kłębiły się setki żołnierzy, a o ile pamiętał, nie była to pora na audiencję. Biegnący po murowanym moście, wdzierający się na zewnętrzny dziedziniec nie wyglądali też na orszak petentów.

Skierował wzrok gdzie indziej, obejmując dalszą okolicę pobieżnym spojrzeniem. Zabudowania gospodarcze płonęły, a nerwowe jęzory trawiły w szczególności pałacowe stajnie. Dobiegające stamtąd głośne i trwożliwe rżenie oraz kwik uwięzionych w pułapce koni rozwścieczyły go.

– Co, do jasnej cholery?! – warknął wściekle, podświadomie uderzając pięścią w poręcz.

Jego ukochane wierzchowce… Ciemny dym zakrył wszystko niczym całun, pogrążając otoczenie w nieprzeniknionym chaosie.

Wracając do pomieszczenia, chwycił przewieszone przez fantazyjnie rzeźbiony wieszak ubrania. Palce drżały mu ze złości i strachu. Wkładając tylko to, co konieczne, narzucił luźną, głęboko wyciętą pod pachami suknię, przewiązawszy ją pasem Nie był to strój do walki, ale i tak nie miało to znaczenia.

W zamieszaniu zapomniał o zawieszonym na ścianie mieczu. Dobiegając do źródła uporczywych uderzeń, potknął się ze dwa razy, ale zdołał wyprostować ciało i utrzymać je w pionie. Złapał za uchwyt, zamierając natychmiast, zdjęty nagłym strachem.

– Panie! Otwórz w końcu te pieprzone drzwi! – zabrzmiał błagalny ton, poprzedzony mocniejszym łupnięciem. – Nie mamy czasu!

Targany niepokojem, przemógł się wreszcie i przekręcił mosiężny klucz. Nie musiał nawet pociągać drzwi do siebie, bo same poszły mu na spotkanie. Ratując się w popłochu, niezgrabnie odskoczył do tyłu i byłby runął, gdyby nie żelazny uścisk przybysza. Młody, wysoki żołnierz o czarnych włosach bez słowa przestąpił próg, chwytając monarchę pod ramię i pociągając gwałtownie za sobą.

Krótka, zmierzwiona czupryna przylepiona do mokrego od potu czoła. Duże, ciemnoniebieskie oczy niczym głębokie jeziora, na których dnie, jak wrak okrętu, spoczywał strach. Nabrzmiałe żyły, przez które tłoczona krew pompowała w ciało adrenalinę. Przyspieszony, urywany oddech pełen zdenerwowania.

Tego gwardzisty nie znał za dobrze, więc musiał być zapewne tym świeżo mianowanym po śmierci poprzedniego, chociaż… Niespokojna myśl zaświtała mu w głowie. Wyrwał się i przystając dumnie wyprostowany, spojrzał nań z ukosa. Przecież należało mu się choć słowo wyjaśnienia. Był królem, nie bydłem, a dał się ciągnąć jak ono.

W wolnej od biegu chwili przyjrzał się poddanemu zakutemu w szmaragdowozłotą, zbroję, pod którą tu i tam prześwitywała ciemna kolczuga. Szeroka, trójkątna tarcza, zawieszona na plecach, przyciskała wypływający kaskadą fałd i załamań brunatny płaszcz. Obusieczny, półtoraręczny miecz o szerokim i długim ostrzu, na co dzień zapewne koloru piaskowca, teraz hipnotyzował złowrogim ciemnopomarańczowym odcieniem. Zdawało się, że kawał meteorytowej stali, będący najszlachetniejszym z okolicznych materiałów, zbroczony krwią, zasysał ją niczym rozjuszony wiekami abstynencji wampir.

Z zamyślenia wyrwało go pociągnięcie za nadgarstek, ale ani myślał gdziekolwiek się ruszać. Zdezorientowany żołnierz, nie wiedząc, co uczynić, wykrztusił z siebie trzy krótkie słowa:

– Panie! Wybuchł bunt!

– To widzę! – żachnął się. – Nie ruszę się, póki nie powiesz, dokąd mnie prowadzisz!

Znajdowali się na najwyższym piętrze, a rozwścieczona masa kłębiąca się u dołu niczym fala powodziowa napływała, zalewając z pewnością coraz to wyższe kondygnacje. Gwardzista zdawał sobie sprawę, że jeśli ucieczka miała się powieść, musieli czym prędzej ruszać dalej, bo każda chwila zwłoki mogła oznaczać katastrofę.

– Zaufaj mi, panie! Nie mamy czasu do stracenia! Musimy… – Gdzie są moi synowie?! Gdzie moja małżonka?!

– Przykro mi – wypowiedział ledwo słyszalnie. – Nie mam najmniejszego pojęcia, gdzie mogą się znajdować.

– Jak to?! – zaryczał, a twarz poczerwieniała mu ze złości. Gęste, falujące włosy koloru miedzi objęły ją z chwilą, gdy pochylił się do przodu, nadając jego osobie groźniejszego wyglądu. – Co to znaczy, że nie masz najmniejszego pojęcia?! Nigdzie…

– DOŚĆ! – Żelazny chwyt niczym cęgi ścisnął mu ramię. – Dostałem rozkaz i go wypełnię, choćbym miał przypłacić to głową! Ani słowa więcej!

Wybuch młodzieńca był tak oszałamiający, że królowi zaparło dech w piersi. Poprowadzony dalej, czuł wypełniające go zniesmaczenie. Pozbawiony jednak większego wyboru i lepszego pomysłu, podporządkował się, licząc tylko, że ujdzie z życiem.

Wspólnie przemierzywszy korytarz otwierający się na szerokie schody, zbiegli po nich w pośpiechu, zaraz znajdując się wśród bezradnej, rozgorączkowanej służby, którą ktoś rozsądniejszy nawoływał do zebrania się i zorganizowania oporu.

Świat wokół wydawał się taki nierealny. Noc wypełniona krzykami i jaskrawymi barwami mąciła mu w głowie, po której kołatały się niespokojne myśli o rodzinie. Wszystko naokoło się sypało, w przenośni i dosłownie, a w dodatku patrzył na to bezsilnie. Z trudem powstrzymywał napierające na ścianki powiek łzy, lecz zaraz naszła go refleksja i opamiętanie. Kim był, że pozwalał sobie na takie sentymenty? To w nim powinno się upatrywać oparcia.

Biegnąc na tyły budynku i co rusz na kogoś wpadając, rozglądał się na boki. Do niedawna wszędzie tutaj, w każdym przejściu, sali i komnacie, panował podniosły spokój i cisza. Harmonia. Scheda, jaką przejął po ojcu, która teraz rozsypała się w proch.

Kolejne skręcające się w eliptycznej klatce stopnie prowadzące w dół. Kolejne stopnie w dół przybliżające go do piekła. Przybliżające do upodlenia, jakim było wygnanie lub śmierć.

„Zawiodłem cię – pomyślał. – Być może pomyliłeś się, być może Aedhen nie było gotowe na takie zmiany, ojcze”.

Znów wspomniał przepadłych bez śladu bliskich, czując się bez nich jak tchórz. A co, jeśli go opuścili? Gdzie byli zaprzysiężeni mu wojownicy? Czemu u swego boku miał tylko jednego? W głowie rozbrzmiały mu słowa przysięgi, jaką składali bracia królewskiej gwardii w obecności bogów, kapłanów i całego dworu: „Przysięgam być mieczem oraz tarczą w twej dłoni. Zbroją na twym ciele, pochodnią w otaczającej cię ciemności oraz liną w przepaści. Przysięgam nie opuścić cię do końca moich dni, zginąć za ciebie i twoje tajemnice. Przysięgam. Przysięgam i niech tak dopomogą mi bogowie”.

Hałasy przycichły, sytuacja wokół uspokoiła i zdawało się, że oddalili się od niebezpieczeństwa. Ktoś na krótko do nich dołączył, ale monarcha nie zarejestrował żadnego szczegółu, bo rozmazana sylwetka równie szybko zniknęła, jak się pojawiła.

Nagle coś targnęło nim w bok, obaliło na zimną podłogę i zaraz potem zaciśnięta na rękojeści noża dłoń wzniosła się nad jego głową. Uwolniona spod ciała ręka sama powędrowała w okolice boku, lecz nie natrafiła na znajomy kształt.

„No tak, przecież zostawiłem miecz w komnacie”.

Poruszył się pod napastnikiem, usiłując wytrącić go z równowagi, zanim zada cios, ale nie zdążył. Jakaś dłoń w rękawicy chwyciła rękę niedoszłego zamachowca tuż przed twarzą króla i odgięła na bok. Reszta była już mgnieniem oka. Gwardzista wyłuskał nóż i ściągając wroga z leżącego, zagłębił mu go po samą rękojeść.

Umierający odetchnął jękliwie.

– Dziękuję – wysapał król rozdrganym głosem.

Mężczyzna pomógł mu wstać i bez dalszego słowa ruszyli w drogę, pozostawiając za sobą sieć korytarzy i spajające je krużganki. Szum znów począł narastać, wibrując nieprzyjemnie. Czy podążali w dobrym kierunku?

– Jesteś pewien…

– Tak – uciął krótko.

Gdy znaleźli się w reprezentacyjnym westybulu, kuszącym bogatą dekoracją, przed nimi otworzył się widok na rozległy, brukowany plac, ujęty po bokach galeriami, oraz na wiodącą w dół kaskadę schodów. Schodów, po których wdzierała się brunatna masa – jej widok przypomniał mu o braku uspokajającego ciężaru zbroi. Ciężaru, który w przeszłości tak wielokrotnie przeklinał.

– Oszalałeś?! – wrzasnął, rozglądając się i rozpaczliwie szukając innej drogi ucieczki.

Za ich plecami znajdowała się sala tronowa, z której nie było drugiego wyjścia. Po bokach seria pomieszczeń, a także te zajmowane przez służbę, z których zapewne nie dało się już wydostać. Po co więc było tu biec? Czemu przyboczny stał nieruchomo, zdając się na coś czekać? Na co? Aż zaleje ich ta tłuszcza?

– Co ty wyprawiasz?!

– Zaufaj mi, panie! – Odtrącił jego rękę.

Dłonie króla poczęły drżeć. Przeczesał opadające na ramiona włosy, aby wytrząsnąć z nich pył i zrobić cokolwiek. Cokolwiek, by przestały drżeć.

Nagle w blaskach płomieni dostrzegł przedzierające się w ich kierunku trzy opancerzone sylwetki. Ukłucie nadziei, na krótko pozwalające mu się opanować, przygasło, gdy jeden z biegnących runął na twarz rażony bełtem kuszy.

– Nasza obrona upada, panie! – natychmiast zameldował starszy z dwóch nowo przybyłych, jednocześnie co rychlej podając mu ciepły, wełniany płaszcz zdjęty z własnych ramion. – Wycofujemy się z zewnętrznego dziedzińca! Przygotujemy obronę w sali tronowej!

Generał gwardii przyklęknął.

– Służba dla ciebie była zaszczytem, o wielki Mirandhirze von Odher. Wybacz mi, przeliczyłem się.

Co mogły oznaczać te słowa? W czym się przeliczył?

– Na mnie już niestety czas. Hefnar ruszy z wami. – Wskazał na druha o drapieżnej, ptasiej twarzy, której wyraz potęgował hełm z wielkim pióropuszem. – W kuchniach znajdziecie przygotowane zapasy, o resztę zadba Ahref.

Wstał, odtroczył niewielkie zawiniątko od nabijanego złotymi guzami pasa i wcisnął je młodzieńcowi, obarczając wymownym, ciężkim spojrzeniem. Potem rozstali się w pośpiechu, a Mirandhir żałował później, że nie odezwał się słowem, czerwieniąc jeno i zaciskając mocniej szczęki.

Oddalając się, na tle totalnej zawieruchy usłyszeli jeszcze krzyki generała nawołującego pozostałych przy życiu obrońców, a niedługo potem do ich uszu dochodziły już tylko przeraźliwe wrzaski mordowanych, triumfalne odgłosy zabijających oraz najgłośniejsze ze wszystkich, choć nieliczne, ryki obrońców. Dźwięki, które zapadną im w pamięć na długie lata. Dźwięki, które będą przypominać o sobie zwłaszcza nocną, samotną porą, gdy każdy pozostaje zagłębiony we własnych myślach, odcięty od zewnętrznego świata.

Mirandhir natchniony nowym duchem, pozbawiony uprzednich wątpliwości, pozwolił zagłębić się w gmatwaninę pomieszczeń. Po wyczerpującym kluczeniu oraz przedzieraniu się przez rozrzucone w popłochu rzeczy, z których każda opowiadała swoją własną, niepowtarzalną historię, nazwany Ahrefem w końcu pchnął ciężkie skrzydła kuchennych odrzwi i z grubsza zlustrowawszy obszerną, sklepioną komnatę, bez wahania rzucił się do myszkowania po niej.

– Aż dziw bierze, że nikt jeszcze się tu nie wdarł – bąknął drugi z żołnierzy, spoglądając z uwagą na zaryglowane drzwi osadzone na bocznej ścianie. Z ulgą ściągnął z głowy hełm, ukazując całość trójkątnej twarzy o leciutko zapadniętych policzkach i orlim nosie, a także gruby warkocz zapleciony z brunatnych włosów. – Jak chcesz nas stąd wydostać, Ahrefie? – spytał, odrzucając trzymany w rękach przedmiot.

W ruchach szamoczącego się ze stołami, skrzyniami i regałami mężczyzny było widać determinację i pewność siebie. Zapytany, rzucił pełne wyrzutu spojrzenie, skinięciem przywołując go do siebie.

 

– Co ty zamierzasz? – szepnął mu do ucha Hefnar, korzystając ze sposobności. – Stąd nie ma innej ucieczki niż ta, o tam… – Odchylił głowę w bok.

Zignorował go. Rozbrzmiało sapnięcie, a po nim jęk przesuwanego mebla wraz z nieprzyjemnym brzdękiem spadających i rozpryskujących się w drobny mak szklanych naczyń. Twarz króla skrzywiła się. Nie poskarżył się jednak, dostrzegłszy skulone w zakamarkach niepozorne postaci, wpatrujące się w nich z przestrachem.

– Pomóż, miast tyle ględzić! – warknął, przystanąwszy na chwilę, i wręczył mu skrawek płótna.

– Ledwo coś widzę – poskarżył się.

Ahref westchnął ciężko, zaraz pstryknąwszy palcami. Na uderzenie serca mrok wokół mężczyzn schował się, jakby zawstydzony rozbłyskiem niewielkiego, bladożółtego świetlika.

– Zdążyłeś?

W odpowiedzi kiwnął głową, zaraz jednak przygryzając w zamyśleniu wargę.

– A nie mógłbyś…

– Nie! – uciął zirytowany.

Westchnęli. Wspólnie biorąc się do roboty, za cel obrali szafę, którą przy okazji zabarykadowali wejście. Niewtrącający się do tej pory monarcha zaczął zaglądać im z ciekawości przez ramię.

– Chyba nie czas na zmianę wystroju – sarknął zaraz po tym, gdy wywołane emocjami dreszcze przeszyły jego ciało.

– Bynajmniej – odparł Ahref, po namyśle rzucając władcy pogięty zwitek. – Jeśli rzuci ci się coś podobnego, panie…

– Co to ma być? – oburzył się, z trudem łapiąc materiał i obracając w palcach, nie wiedząc, gdzie góra, a gdzie dół. – Ale tu nic nie widać – podjął po chwili.

Zignorowany, zasępił się, skupiając całą swoją uwagę na nieczytelnym, dziwacznym znaku. Po zdawałoby się niemających końca, przepełnionych sapaniem oraz wizgiem, a także płaczliwymi odgłosami tłukących się naczyń chwilach rozległ się jego uradowany krzyk:

– Coś się tam skrzy!

Rzeczywiście. Na płycie, uwolnionej spod solidnego ciężaru, ukazał się wyryty, połyskujący złotawym blaskiem relief, identyczny kształtem do namalowanej na płótnie sygnatury. Kamień wyróżniał się spośród pozostałych także fakturą i kolorem.

– No, no…

Ahref podszedł do paleniska pod ścianą i wyjął z niego pogrzebacz. Wróciwszy, wetknął go w niewielki otwór, zapierając się z całych sił. Kuchnię przeszył wydobywający się zza zaciśniętych zębów ryk, lecz element ani drgnął. Gwardziści zamienili się. Bez widocznego skutku.

– Psiakrew!

Przymierzywszy się we dwóch, również nie zdziałali niczego. Po czerwonych z wysiłku twarzach spływały z celebracją perliste krople potu, a z opakowanych kilogramami blachy płuc wyzierało rzężące charczenie. Młodszy odepchnął towarzysza na bok i zdecydował się na kolejne samotne podejście.

– No dalej, kochanieńka – wysapał. – Otwórz się przede mną! Głuchy łomot rozległ się tuż obok. Król obrócił twarz w tamtym kierunku.

– Pośpiesz się! – krzyknął.

Żołnierz zawył. Po przedramionach i dłoniach przepłynęły mu pulsujące, bladoniebieskie iskry, zapachniało przypalonym mięsem. Uderzenia, podekscytowane krzyki i nawoływania przybierały na sile, zaciskając się wokół nich jakby garota. Ktoś spróbował wybiec, ktoś podszedł bliżej, z niemą ciekawością przypatrując się doznającemu cierpień, których przysparzały przeszywające ciało raz po raz wyładowania.

Coś zgrzytnęło. Rozległ się ogłuszający jęk, łomot wypełnił pomieszczenie i...

Mirandhir obejrzał się przez ramię, gotowy na najgorsze. Dźwięk nie pochodził jednak z zewnątrz. Ahref oklapł ciężko i trzymając w dymiących rękawicach ułamany kawał pręta, zaniósł się opętańczym śmiechem. Król zbladł, dostrzegłszy zniszczony kawał metalu, lecz szczęśliwie również kamienna płyta została wydarta ze swojego miejsca, przestając być przeszkodą.

Ciemność i duchota ogarnęły ich, gdy zagłębili się w podziemiach pałacu, a ostatnia nieśmiała poświata dochodząca z góry zniknęła wraz z głuchym odgłosem. Jeszcze do dzisiejszej nocy władca Aedhen uważał istnienie starych katakumb jedynie za legendy, ale teraz, czując chłód na swej skórze, przekonał się, jak bardzo się mylił.

– W jaki sposób będziemy się przemieszczać, gdy niczego nie widać? – poskarżył się.

– Połóżmy sobie dłonie na ramionach i liczmy na łut szczęścia – odpowiedział mu szyderczym tonem towarzysz.

– Zapominasz się!

Ahref po raz kolejny pstryknął palcami, a w powietrzu, tym razem na stałe, zawisła świetlista sfera, ukazując wąski, wyciosany z niemałą precyzją chodnik. Kula migotała nieregularnie, to rozjaśniając się, to znów niemalże gasnąc, a drobinki kurzu wirowały w jej blasku.

– Wiesz, dokąd zmierzamy? – spytał z dozą niepewności starszy gwardzista.

– To się okaże – odparł, wyciągając małe, drewniane puzderko, o chropowatych, zdobionych żelazem krawędziach. Wyraz na jego twarzy wskazywał, że sam nie do końca wiedział, jak posługiwać się przedmiotem, ale zdecydował się go otworzyć, ukazując znajdujący się w środku mechanizm.

– Co to? – zaciekawił się Mirandhir.

– Chyba jakiegoś rodzaju kompas – rzucił czarodziej i wymijając monarchę, ruszył w kierunku, jaki wskazywała leniwie poruszająca się wskazówka.

Świetlik podążył za swoim stwórcą, zostawiając resztę w tężejącym mroku. Mężczyźni spojrzeli po sobie i ze wzruszeniem ramion pośpieszyli za nim.

– Jeśli jego orientacja dorównuje charakterowi, to chyba nigdy się stąd nie wydostaniemy – rzucił niedbale król do podążającego za nim poddanego, który, widocznie przyzwyczajony, tylko parsknął.

Idąc podziemiami Ther Fal, oflankowani wysokimi ścianami, wsłuchiwali się w głuche echo swoich kroków. Droga rozwidlała się, meandrowała i wiła niczym rzeka. Czasem rozszerzała, tworząc wrzecionowate pomieszczenia, czasem zwężała tak, że ledwo byli w stanie się przecisnąć. Brakowało tylko zniżającego się sufitu, ale Mirandhir, jako osoba niewysoka, nie martwił się tym.

– Nie wiedziałem, że znasz się na czarach, żołnierzu – zagadnął w końcu, nie mogąc znieść ciągłego milczenia.

– Na czym to ja się nie znam, królu – odparł i choć nie odwrócił się, to władca był niemal pewien, że uśmiechnął się kpiąco.

Poruszająca się co jakiś czas wskazówka maleńkiego urządzenia prowadziła ich przez zmienne wielkością i kształtem, opustoszałe sale. Ustabilizowane, żółtawe światło ślizgało się po załamaniach i wypukłych reliefach, ożywiając historię nimi zapisaną, przez co Mirandhir nie był w stanie oderwać od nich wzroku. Liczące zapewne tysiące lat, choć wyrwane z kontekstu oraz niezrozumiałe, zdawały się o czymś mu opowiadać, a być może nawet przestrzegać.

Pogrążając się w zadumie, von Odher modlił się do bóstw o zmiłowanie, jeśli nie nad sobą, to chociaż nad swoją biedną rodziną, którą pozostawił. „Cóż złego uczyniłem, że zasłużyłem na ten los? Czy źle wypełniałem wolę swojego ojca? A może przyszło mi zapłacić za jego pomyłkę?”. Pytania nadymały się z każdą chwilą, stając się nieznośne.

Nagle coś zachrzęściło mu pod stopą. Oderwał wzrok od rzeźbionej ściany, spoglądając poniżej, na rozsypujące się w proch szczątki, a wręcz usypane z nich pagórki. Puste oczodoły, wyszczerzone, dziwnie ukształtowane uzębienie, rozchylone klatki piersiowe z brakującymi żebrami, fragmenty połamanych kręgosłupów i setki innych kości jeszcze żywiej niż płaskorzeźby oddziaływały na jego wyobraźnię. Aranżacja przyprawiała go o zawroty głowy.

– Ojej – wyrwało mu się.

– To tylko malutki cmentarzyk – padło z przodu. – Igła zaczęła przyspieszać, chyba zbliżamy się do celu.

„Jeśli tak prezentuje się przedsionek, to co znajduje się u celu?”. Starając się zająć głowę czymś innym, znów wlepił wzrok w ciągnący się w nieskończoność mur. Potknąwszy się o coś, na co patrzeć nie chciał, podświadomie wyobraził sobie samego siebie, leżącego tu, na tej zimnej, przykrytej grubą warstwą kurzu posadzce. „Czy równie dobrze nie mógłbym skończyć właśnie tutaj? Samotny, opuszczony, zdradzony?”. Zimny dreszcz ponownie przeszył jego ciało. „Paranoik ze mnie” – pomyślał.

Ahref zaklął pod nosem.

Jak się okazało, igła osobliwego kompasu zwariowała niespodziewanie i kręcąc się dookoła, nie była już żadną pomocną wskazówką. Co prawda i tak nie było innej możliwości, jak iść przed siebie, ale jednak. Pozostając w ciągłym napięciu i niepewności, dotarli niebawem do małego centralnego pomieszczenia, w całości wykonanego z czarnego, matowego kamienia. Pomieszczenia, w którym, prócz czegoś na kształt ośmiobocznego paleniska, nie było nic.