Zestaw urodzinowyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Klepsydra od jajek na miękko


Którejś niedzieli kupiłem na targu staroci klepsydrę. Mój synek Kacper nie mógł oderwać od niej oczu – patrzył na przesypujący się piasek jak na najciekawszą kreskówkę. Piasek się sypał, sekundy płynęły – a trwało to tak długo, że w pewnym momencie wszystko zaczęło mi się mylić; miałem wrażenie, że to piasek płynie, a sekundy się sypią…

– To taki stary zegar, tak? – chciał wiedzieć Kacper.

– Coś w tym rodzaju – skinąłem głową.

– No to która teraz jest godzina?

Wzruszyłem ramionami.

– Tego nie dowiesz się, patrząc na klepsydrę… Ale… – dodałem szybko, widząc rozczarowaną twarz Kacpra – ale, gdy na przykład gotujesz jajka na miękko, to stawiasz taką klepsydrę przy kuchence, a jak już cały piasek się przesypie, to znaczy, że można wyłączyć gaz!…

Ugotowałem jajka na miękko, aby udowodnić, że mówię prawdę.

– A do czego służą większe klepsydry? – zapytał Kacper.

– Do gotowania jajek na twardo… – odparłem. Czułem jednak, że nie jest to najwłaściwsza odpowiedź.

– A jeszcze większe?


– Do przypalania garnków… – mruknąłem dość bezmyślnie, przyznaję.

– A jeszcze większe? – nie ustępował Kacper.

Już chciałem coś wymyślić, gdy w drzwiach kuchni pojawiła się Magda, mama Kacpra.

– Do wzywania straży pożarnej! – powiedziała. – Stawiasz taką klepsydrę przy garnku, a jak już cały piasek się przesypie, nie ma ani jajek, ani garnka, za to w kuchni stoją rozeźleni strażacy!…

– Naprawdę? – ucieszył się Kacper i spojrzał z podziwem na klepsydrę.

– Naprawdę – powiedziała Magda. A potem, patrząc na mnie, popukała się w czoło i rzuciła na odchodnym: – Ty to umiesz wszystko wytłumaczyć dziecku…

I wyszła.


Reklamacje

Gdy mój synek Kacper był mniejszy, ciągle strasznie się brudził.

Niby normalna sprawa, ale i normalne sprawy mogą czasami wyprowadzić z równowagi.

Na przykład:

Wykąpałem Kacpra, wyjąłem z wanny, poszedłem na chwilę do pokoju, wracam… – Kacper jest cały w paście do zębów!


Albo:

Dałem Kacprowi z rana czyste ubranie, sam się w te pędy również zacząłem ubierać, żeby zdążyć do przedszkola, już chcę wychodzić i nagle, co widzę?!…

Kacperek zdążył wysmarować ubranie czekoladą.

Najbardziej jednak brudził buzię.

– Jak ty to robisz?! – nie mogłem wyjść z podziwu. – Jak można, jedząc zwykłą surówkę, upaćkać się od brody aż po uszy?

Kacper wzruszał ramionami – można.

Jako że jednak coraz więcej osób zadawało Kacprowi to pytanie, synek mój powziął pewne podejrzenie.

– Tato… – podzielił się nim, gdy jedliśmy kolację. – A może moja buzia jest zepsuta?

Spojrzałem na Magdę, Magda spojrzała na mnie, potem obydwoje popatrzyliśmy na Kacperka. Zamyślony wpychał sobie właśnie kanapkę z serem w policzek.

– No tak… – pokiwałem głową. – Może to i prawda… Ile ty masz lat? – zwróciłem się do swego synka.

Wtedy miał trzy i pół.

– Aha, trzy i pół…. – popatrzyłem na Magdę. – Jak myślisz, nie za późno na reklamację?

– Chyba nie… – mruknęła Magda, ale nie była tego pewna.

Postanowiliśmy jednak Kacperkową buzię zareklamować.

Wziąłem kartkę i napisałem na niej, co następuje: „Niniejszym chcielibyśmy zareklamować buzię naszego synka, Kacperka, która bardzo się brudzi – a szkoda, bo fajna”.

Po czym z kartki zrobiłem kulkę i wyrzuciłem za okno.

Kacper spojrzał na mnie okrągłymi ze zdumienia oczami.

– I co teraz? – zapytał.

– Nie wiem – wzruszyłem ramionami. – Chyba musimy czekać.

Czekaliśmy, czekaliśmy – i nic.

– A może trzeba było tę buzię dołączyć do reklamacji? – zastanawiała się Magda.

Kacper w tym momencie nie wytrzymał – wstał od stołu i rzucił nam pełne litości spojrzenie.

– A może wystarczy po prostu bardziej uważać przy jedzeniu?… – zapytał; nie byliśmy jednak w stanie odpowiedzieć, bo ja krztusiłem się właśnie ze śmiechu kanapką, a Magda – herbatą.

Kacperek wzniósł oczy do nieba, westchnął: „Jak dzieci…”, a potem ruszył do łazienki.

Nadęty jak balon

Zrobić obiad to wcale nie jest taka prosta sprawa. Dlatego, gdy pewnego dnia ugotowałem – bez niczyjej pomocy! – spaghetti, bardzo byłem z siebie dumny. Wprawdzie jestem już dorosły, więc niby nie ma czym się chwalić, no ale zawsze…

Mój synek Kacper, gdy zmusiłem go do zjedzenia całego talerza pysznego makaronu, a potem zażądałem jeszcze pochwał, stwierdził, że robię się nieznośny.

Później nakarmiłem przyjaciół, którzy wpadli w odwiedziny – powiedziałem, że nie wypuszczę ich, jeżeli nie złożą mi wyrazów uznania; Kacper z westchnieniem zauważył, że staję się zarozumiały.

Wreszcie sam sobie zaproponowałem dokładkę, a gdy już ją zjadłem, poczułem, że pęcznieję – z dumy i z przejedzenia…

– Ale jesteś nadęty! – burknął Kacper, przyglądając mi się spod oka.

– To dobrze czy źle? – zapytałem, mając nadzieję, że Kacper nie wie, co tak naprawdę znaczy słowo „nadęty”.

– Oczywiście, że źle! – Mój syn najwyraźniej znał to słowo. – Nie wiesz, że jak ktoś jest nadęty, to nikt go nie lubi?!

– Tak?… – Poczułem, że muszę powiedzieć coś, co uratuje mój autorytet. – A ja znam pewną historię, która udowadnia, że czasami dobrze być nadętym… Posłuchaj: były sobie dwa balony. Jeden czerwony, a drugi niebieski. No i ten czerwony był duży, wesoły i napompowany jak należy, a ten niebieski – mały, pomarszczony – leżał w kącie i nikt nie chciał się nim bawić. „Dlaczego leżysz w kącie?” – pytał czerwony balon. Ale niebieski nie chciał z nim gadać, bo uważał, że czerwony balon jest źle wychowany. A wiesz dlaczego tak uważał?… Bo stwierdził, że czerwony dlatego jest taki duży, bo jest nadęty. No i miał rację! Ale to tym czerwonym balonem bawiły się dzieci, a niebieskiego wyrzuciły w końcu do śmietnika… Czyli czasami dobrze być nadętym! – stwierdziłem triumfalnie.

– Oj, tato, tato… – Kacper westchnął ciężko, jakby miał do czynienia z nieuleczalnym przypadkiem. – Po pierwsze, nie jesteś balonem. Po drugie, w tej historii to właśnie niebieski balon jest nadęty, a nie czerwony… Nadęty, czyli zarozumiały… A po trzecie – nie rób ze mnie balona!

– A chcesz jeszcze spaghetti? – zapytałem, bo nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć.

– Nie chcę – powiedział Kacper. – I ty też już nie jedz. Bo masz brzuch jak balon!…


Przysłonia

Mój synek Kacper robi się coraz bardziej przemądrzały. A wszystko przez przedszkole, gdzie go uczą różnych rzeczy. Na przykład ostatnio, gdy ubieraliśmy się przed wyjściem na spacer, wypalił ni stąd, ni zowąd:

– Kiedy luty, obuj buty!

– Przecież już marzec… – spojrzałem na niego zdziwiony.

Kacper westchnął ciężko.

– Tato, ty chyba nie wiesz, co to są „przysłonia”…

Rzeczywiście, nie wiedziałem, co to są „przysłonia”.

– To są takie… – próbował mi wyjaśnić Kacper. – Takie… mądre zdania!

– A! Przysłowia! Teraz rozumiem…

Wyszliśmy na podwórko. Świeciło słońce, było cieplutko. Sople lodu spuściły na kwintę swe zakatarzone nosy. Kacper zaczął podskakiwać, robić skłony, machać rękami – zastanawiałem się nawet przez chwilę, czy nie zwariował.

– Synu, co ty robisz? – zapytałem.

– Gimnastykuję się!… – wysapał Kacper. – W zdrowym ciele, zdrowy duch!

Naraz pośliznął się i rymsnął na ziemię.

– Gdyby kózka nie skakała… – nie mogłem powstrzymać się od złośliwości – toby nóżki nie złamała.

– Nie złamałem nóżki!… – powiedział, leżąc na śniegu.

– Przecież to tylko przysłowie. Kozą też nie jesteś…

Kacper wstał i spojrzał mi prosto w oczy – ponuro i groźnie.

– A wiesz, co teraz robię? – zapytał po chwili.

Pokręciłem głową.

– Patrzę na ciebie wzrokiem bazyliszka!

– No to… – wykrztusiłem, powstrzymując się od śmiechu – nie taki diabeł straszny, jak go malują!

Chyba się obraził, bo udając, że nie zwraca na mnie uwagi, zaczął lepić bałwana. Śnieg był mokry i bardzo lepki – Kacper szybko utoczył trzy kule. Ale gdy przyszło do ustawiania ich jedną na drugą, okazało się, że mój obrażony synek ma za mało sił, aby podołać temu zadaniu.

– Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie – powiedziałem, ruszając mu na pomoc. Nie minęła minuta, jak bałwan był gotowy!

 

Zasapani przyglądaliśmy się naszemu dziełu w milczeniu.

Szczerze mówiąc, widziałem piękniejsze bałwanki…

– Jakiś taki… – Kacper popatrzył na niego z niesmakiem.

– Lepszy rydz niż nic… – mruknąłem pocieszająco. – Następny będzie ładniejszy…

Naraz usłyszeliśmy za sobą kroki. Spojrzałem do tyłu i…

– Mama! – krzyknął Kacper i rzucił się w objęcia Magdzie, czyli swojej mamie, a mojej żonie.

– Panowie! – Magda spoglądała to na mnie, to na Kacpra. – Jak wy wyglądacie?! Mokrzy, brudni, spoceni! Kacper, to, że tata robi głupstwa, to dobrze wiem, ale dlaczego ty je powtarzasz?! Naprawdę – niedaleko pada jabłko od jabłoni!

Kacper i ja spojrzeliśmy na siebie ze zdziwieniem.

– Słyszałeś, synku? Mama też zna „przysłonia”.

– Widocznie chodziła do przedszkola – pokiwał głową Kacper.

A potem poszliśmy się przebrać.


Najlepiej być sobą

Ostatnio mój synek Kacper oświadczył, że jak dorośnie, to zostanie konduktorem i… zmieni sobie imię na Rysio.

Dlaczego?

Dlatego, że jego dziadek ma na imię właśnie Rysio.

– Ale on jest maszynistą – zdziwiłem się.

– No, nie mogę być przecież zupełnie taki sam – powiedział Kacper.


Poza tym jednak postanowił całkowicie się do dziadka upodobnić. Zamiast biegać, skakać, bawić się klockami lego, porusza się wolno i dostojnie, codziennie zmusza się do przeglądania gazety, wzdycha, oglądając telewizję, a o swoich koleżankach i kolegach z przedszkola mówi lekceważąco: „dzieciaki…”.

– Nie uważasz, że twoje zachowanie jest trochę niemądre? – zapytałem.

– Nie uważam – odpowiedział mój dziadko-synek.

W takim razie dlaczego i ja nie miałbym się do kogoś upo-dobnić?

Ubrałem się na czarno, wlazłem na stół i zeskoczyłem z niego z głośnym sykiem, potem zaś kilkakrotnie powtórzyłem całą operację.

Kacper patrzył na mnie osłupiały.

– Zawsze chciałem, jak Batman, pomagać ludziom – wyjaśniłem swemu synkowi. – A Batman tak wspaniale potrafi zeskakiwać z wysokości!…

Gdy wdrapałem się na szafę, Kacper wyciągnął spod swetra poduszkę, która dotąd udawała brzuch, mający go upodobnić do dziadka Rysia, i położył ją w miejscu, w którym najprawdopodobniej miałem wylądować.

– Nie możesz pomagać ludziom jako tata, a nie jako Batman? – zapytał.

– A ty nie możesz być kiedyś konduktorem jako Kacper? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

W tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju weszła Magda, moja żona, a Kacpra mama. Zbaranieliśmy na jej widok. Jeszcze rano była długowłosą brunetką, a teraz stała przed nami krótkowłosa blondynka.

– Zwariowałaś? – wykrztusiłem.

– Chciałam wyglądać jak ciotka Ilona – Magda pociągała nosem.

Kacper westchnął ciężko.

– Oj, mamo, mamo… – pokiwał głową. – Nie wiesz, że najlepiej być samym sobą?

No, ale Magda już to wiedziała…


Wyścigi

Od dawna tak już jest u nas w domu, że to ja odprowadzam Kacpra, naszego synka, do przedszkola; moja żona śpi sobie wtedy snem głębokim, ale i pełnym poczucia winy – dręczy ją przeświadczenie, że mogłaby chociaż raz obudzić się wcześniej, niż ma to w zwyczaju, nigdy to jej jednak nie wychodzi.

Ja zaś lubię te poranki i blask dnia, który nie zdążył nabrać jeszcze mocy. Myjemy się, ubieramy, a potem idziemy w stronę przedszkola, przekomarzając się i żartując, a gdy docieramy na miejsce, zawsze w ostatniej chwili, pani Grażynka albo pani Ala woła w stronę kuchni: „Jest jeszcze Kacper!”, pani kucharka szykuje dla Kacpra śniadanie, my mówimy sobie „cześć!”, a potem Kacper idzie do sali Krasnali, a ja wychodzę na zewnątrz. Pani Grażynka lub pani Ala zamyka za mną drzwi – i mogę spokojnie pójść po gazetę czy do sklepu, a potem wrócić do domu, gdzie moja żona, Magda, dręczona wyrzutami sumienia, przewraca się z boku na bok i bełkotliwie mówi przez sen: „Nie wstawaj, ja dzisiaj odprowadzę Kacperka…”.

Te poranki kojarzą mi się ze spokojem i radością, kiedyś jednak było inaczej, opowiem wam o tym…

Otóż gdy Kacper był troszkę młodszy, a i ja również – niewiele, ale zawsze – wówczas każdego dnia budziłem się zdenerwowany. Budzik wskazywał ósmą pięć, mieliśmy więc dwadzieścia minut na ubranie się, umycie i dojście do przedszkola; niby mało, ale od przedszkola dzielił nas dystans najwyżej dwustu metrów – w pośpiechu więc budziłem Kacpra, jedną ręką myłem zęby, a drugą zawiązywałem sznurowadła butów. Pokrzykiwałem na swego zaspanego synka, by się pospieszył; budziłem nie tylko nasz dom, ale chyba i całą klatkę, a potem, nakładając w biegu kurtki, gnaliśmy w dół po schodach, później zaś wzdłuż bloku do przedszkola. Ze wszystkich stron lecieli i inni rodzice, potargani i w źle dopiętych ubraniach, ich senne dzieci ziewały, a co poniektóre ściskały w piąstkach szczoteczki do zębów – nie zdążyły zostawić ich w domach, tak bardzo poganiali je tatusiowie i mamusie; a my biegliśmy na końcu i zawsze dobiegaliśmy do przedszkola w tym momencie, gdy pani Grażynka lub pani Ala chciała już zamknąć drzwi wejściowe na zamek…

Najbardziej jednak cieszyło nas nie to, że w ogóle zdążyliśmy dobiec na czas, ale to, że byliśmy pierwsi przed tatą Sylwii, no i przed Sylwią – z grupy Kacpra.

– Patrz, tato! – wołał Kacper, gdy wypadaliśmy z klatki. – Tam idzie Sylwia z tatą!

A z naprzeciwka nadchodzili rzeczywiście Sylwia z tatą. „Nadchodzili” to złe słowo – przodem leciał tata Sylwii, a Sylwia, trzymana przez niego za rękę, powiewała z tyłu niczym flaga, a jeśli było już bardzo późno, to – słowo daję – miałem wrażenie, że Sylwia łopocze na wietrze…

Od razu na ich widok przyspieszaliśmy – ja, bo chciałem być pierwszy przed tatą Sylwii, a Kacper, bo chciał być pierwszy przed Sylwią. Najpierw szliśmy szybko, a potem bardzo szybko, a potem zaczynaliśmy truchtać, wkrótce jednak, jako że i Sylwia wraz ze swym tatą przyspieszali, wkrótce więc biegliśmy – najszybciej jak się dało – i dobiegaliśmy do przedszkola z wywieszonymi językami, i zasapani, i brudni, bo w tym szaleńczym biegu wpadaliśmy w kałuże i błoto, a po chwili nadbiegali tata Sylwii i Sylwia, ledwo żywi z wysiłku, a pani Grażynka lub pani Ala poganiała nas i mówiła: „Szybciej, szybciej, bo zamykamy”, machaliśmy więc sobie na pożegnanie, a potem Kacper i Sylwia szli do sali Krasnali, a ja i tata Sylwii wychodziliśmy z przedszkola. Niby na siebie nie patrzyliśmy, ale zawsze rzucałem tacie Sylwii tryumfalne spojrzenie, no, chyba że to jemu zdarzyło się wygrać, wówczas to on rzucał mi tryumfalne spojrzenie; ja wtedy zaciskałem zęby, udawałem, że nie dostrzegam jego wzroku, a w myślach obiecywałem sobie, że nazajutrz to tata Sylwii zostanie daleko w tyle, a ja będę pierwszy…

Wieczorem nastawiałem budzik na trochę wcześniejszą godzinę niż zwykle; gdy więc następnego dnia wybiegaliśmy z klatki schodowej, byliśmy – teoretycznie przynajmniej – w lepszej sytuacji niż dzień wcześniej; ale chyba i tata Sylwii nastawiał budzik na wcześniejszą porę, bo widzieliśmy od razu po wyjściu z klatki, jak cwałuje, ciągnąc za sobą Sylwię; przyspieszaliśmy od razu; wpierw szliśmy szybko, potem bardzo szybko, aż wreszcie zaczynaliśmy truchtać, ale i ten trucht przemieniał się wkrótce w gwałtowny galop; wszystko więc odbywało się dokładnie jak zwykle, a pani Grażynka lub pani Ala kiwała głową, mówiąc: „Szybko, szybko, bo zamykamy!…”.

Sam nie wiem, ile dni to trwało; codziennie wychodziliśmy z domu wcześniej, codziennie ciągnęliśmy – ja i tata Sylwii – nasze coraz bardziej niewyspane dzieci do przedszkola, codziennie też biegliśmy tak szybko, jak tylko było to możliwe, jak gdyby od tego biegu zależało nasze życie; a pani Grażynka lub pani Ala nic już nie mówiła, tylko kiwała głową i wzdychała ciężko, a czasami uśmiechała się, nie wiedzieliśmy jednak dlaczego…

Aż wreszcie nadszedł ten dzień…

Zerwałem się o świcie, wcześniej niż zadzwonił budzik; zrzuciłem z Kacpra kołdrę, zacząłem gorączkowo myć się i ubierać, a wszystko w takim tempie, że gdy wybiegłem na podwórko, nie minęło i dziesięć minut od momentu, gdy wyskoczyłem z łóżka; słońce dopiero przeciągało się po nocy, ptaki ledwo co zaczęły kwilić – a z naprzeciwka już nadbiegał tata Sylwii. „Start!” – zabrzmiało w mej głowie; jak pocisk runąłem naprzód, przeskakując kałuże i krzaki, a tata Sylwii leciał z naprzeciwka, przesadzając płotki i samochodowe przyczepy; i tak pędziliśmy w stronę przedszkola, wytężając wszystkie siły i całą ambicję; jeszcze tylko dwadzieścia metrów, jeszcze tylko dziesięć!… – wbiegliśmy po schodkach na górę, do przedszkola, prawie że wyważyliśmy drzwi wejściowe, a gdy byliśmy już w środku, gdy dobiegliśmy w tym samym niemal czasie do szatni naszych dzieci, wówczas pani Grażynka spojrzała na nas szeroko otwartymi ze zdumienia oczami i zapytała, wpierw mnie: „A gdzie Kacper?…”, a potem tatę Sylwii: „A gdzie Sylwia?…”; a my odwróciliśmy się za siebie, szukając wzrokiem: ja – Kacpra, tata Sylwii – Sylwii; i musieliśmy mieć strasznie niemądre miny, bo pani Grażynka wybuchnęła takim śmiechem, że z trudem tylko rozumieliśmy jej słowa; „Och, ci ojcowie!…” – zaśmiewała się pani Grażynka; nam zaś nie pozostało nic innego, jak wrócić do domów…

Kacper czekał już, ubrany i umyty, z taką miną, jakby uważał, że zwariowałem; wziąłem go za rękę i po raz pierwszy od bardzo dawna poszliśmy sobie do przedszkola powolutku, spacerkiem, żartując i przekomarzając się, a z naprzeciwka szli pomalutku, spacerkiem, tata Sylwii i Sylwia – i oni także śmiali się i przekomarzali; a przed wejściem do przedszkola zatrzymaliśmy się nawet i powiedziałem, patrząc na tatę Sylwii: „Proszę bardzo…”, a on pokręcił głową i powiedział: „Proszę bardzo…”; więc weszliśmy do przedszkola razem, ramię w ramię, pani Grażynka wciąż jeszcze się śmiała, Kacper i Sylwia również, a na końcu i my również się roześmialiśmy – ja i tata Sylwii…

I właśnie na pamiątkę tej niemądrej przygody lubię wstawać teraz wcześnie rano; Magda przewraca się z boku na bok i mówi przez sen: „Zostań, ja dzisiaj odprowadzę Kacperka…”; myjemy się, ubieramy, a potem spokojnie idziemy do przedszkola; gdzieś tam z naprzeciwka nadchodzi Sylwia z tatą – i jest fajnie.


Kto pokocha pajacyka?

Gdy wracaliśmy z przedszkola, mój synek Kacper wymyślił, że będziemy się bawić w rodzinę – on będzie tatą, a ja mamą.

– Dlaczego mam być mamą? – zapytałem.

– Bo zawsze jesteś tatą! – odpowiedział Kacper.

Trudno się z tym nie zgodzić.

– A będziemy mieli dzieci? – pytałem dalej.

Kacper zrobił smutną minę i pokręcił przecząco głową.

No tak, niektórzy dorośli nie mogą mieć dzieci, chociaż bardzo tego chcą.

Staliśmy w milczeniu na podwórku, patrząc na bawiące się maluchy.

Kacper westchnął ciężko. Potem podszedł do leżącego pod drzewem plastikowego pajacyka; widziałem go w tym samym miejscu już rano, gdy szliśmy do przedszkola.

– Dlaczego tak tu leżysz, w błocie? – usłyszałem głos Kacpra.

– Bo nie mam gdzie iść – zapiszczał pajacyk.

Kacper spojrzał na mnie wymownie.

– A gdzie twoi rodzice?

– Nie mam rodziców – piszczał pajacyk.

Zrobiło nam się żal pajacyka – taki fajny, a nie ma rodziców. Mało to jednak dzieci nie ma rodziców?

– Kacper, mam pomysł! – szepnąłem Kacprowi na ucho i odciągnąłem go na bok. – Może byśmy go adoptowali, co?

Mój synek usiłował zrobić mądrą minę, ale widać było, że nie wie, o co chodzi.


– To znaczy… – próbowałem wyjaśnić – usynowilibyśmy go! Stalibyśmy się jego rodzicami! Nie takimi rodzonymi, ale też prawdziwymi – mieszkalibyśmy razem, dbalibyśmy o niego, kochalibyśmy naszego pajacyka!

Kacprowi zabłysły oczy. Podbiegł do przyglądającego się nam spod drzewa pajacyka.

– Słuchaj, pajacyku! Chciałbyś mieć dom?

 

Pajacyk z wahaniem pokiwał głową.

– To może byś z nami zamieszkał? – zaproponował Kacper. – Jak ci się będzie u nas podobało, to cię adoptujemy. Ja będę twoim tatą, a mój tata twoją mamą, i zostaniesz już z nami na zawsze, co?!

Pajacyk zaczął podskakiwać z radości do góry.

Cieszyliśmy się zupełnie jak dzieci.

W tym momencie nadeszła Magda – moja żona, a Kacpra mama.

– Mamo! – krzyknął Kacper. – Ja i tata mamy synka! A ty będziesz jego siostrzyczką!

Magda spojrzała w zdumieniu najpierw na mnie, a potem na pajacyka.

– Nawet jesteście do siebie podobni – usłyszałem.

I ruszyliśmy we czwórkę do domu.