Pestka,drops,cukierek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Drodzy Czytelnicy,

napisanie krótkiej, ale interesującej przedmowy to wcale nie pestka. Ani też nie drops – dropsy są twarde i można sobie na nich połamać zęby.

Cukierek?

Byleby nie taki jak krówka ciągutka! Przedmowa powinna zachęcać do czytania, a nie do niego zniechęcać. Uznajmy więc, że idealna przedmowa jest jak pestka, drops i cukierek – lekka, zwięzła, lecz pełna kalorycznych wiadomości o książce.

Oto one:

Pestka… ukazała się po raz pierwszy w 2013 roku. Autor (czyli ja, Grzegorz Kasdepke) otrzymał od wydawcy niełatwe zadanie: stworzyć fantastyczną, przygodową historię, która wciąga czytelników po uszy, a jednocześnie pozwala im nauczyć się czegoś o… ekonomii.

– To niemożliwe! – autor złapał się wówczas za głowę.

– Podobno dla pana nie ma rzeczy niemożliwych – odpowiedział chytrze wydawca.

Autor dał się nabrać na pochlebstwo i wyraził zgodę – zastrzegając jednak, że suche wiadomości o ekonomii pojawią się na marginesie książki, a nie w jej treści (i że napisze je prawdziwy ekonomista, a nie bajkopisarz).

Tak właśnie powstała książka, w której wszystko, co najmądrzejsze, czytelnicy znajdą na marginesach – a w środku jedynie przygodę i rozrywkę.

Miłej lektury,

Grzegorz Kasdepke


Małe to musiało być królestwo, skoro mieściło się w kieszeni ośmioletniego chłopca. Tak w każdym razie mówiła Złośliwa Sąsiadka. Ale nie miała racji – w kieszeni było jedynie wejście do królestwa. Wystarczyło włożyć do niej cokolwiek (pieniążek, cukierka, kredkę), aby natychmiast to coś przedostawało się na drugą stronę, do krainy wiecznej zimy. Bach! – i wszystko lądowało w zaspie przy szlaku wijącym się w stronę zamku. Kredki, ołówki, papierki, monety, kulki i plastikowe żołnierzyki spadały z wysoka, spomiędzy chmur, z tego miejsca, zza którego czasami spoziera na ziemię słońce. Wokół szczerzyły się szczyty górskie. Prawdę mówiąc, nie było wiadomo, czy szczerzyły się w uśmiechu, czy przeciwnie – w gniewie.

Gdyby nie wymyślono pieniędzy, ludzie musieliby wszystko wymieniać (na przykład lizaka za pomarańczę, książkę za kilogram szynki, samochód za kilkadziesiąt ton zboża). A pracownicy, zamiast wypłat, otrzymywaliby na przykład 80 opon – gdyby pracowali w fabryce opon. Lub kilkaset gazet, gdyby byli drukarzami.

Gdy świeciło słońce, mieszkańcy otaczającej zamek wioseczki wierzyli, że góry uśmiechają się do nich życzliwie. Często jednak nad doliną wisiały gęste chmury śniegowe. A właściwie nie tyle wisiały, ile zatykały ją od strony nieba. Wtedy dolina stawała się więzieniem, z którego nawet ptaki nie mogły uciec. Zewsząd jej granic pilnowały szczyty górskie. Wystarczyło parę minut bez słońca, żeby ich uśmiech zamienił się w groźny grymas. Wtedy to już nie były góry, tylko lśniące szkliwem zęby potwora! Nikomu nie przyszłoby do głowy, że można się przez nie przeprawić. I nikt tego nigdy nie próbował. Zresztą po co? A wiadomo, co można znaleźć w kolejnej dolinie? Do kogo należy sąsiednie królestwo? Jak ciężko żyje się tam prostym ludziom? Tutaj wszystko było już znane.

Na pewno ciężko żyje się wszystkim, którzy cierpią biedę. A co to jest bieda? To brak pieniędzy na normalne życie – jedzenie, ubrania, naukę i wypoczynek. Ale bieda wygląda inaczej w kraju bogatym, a inaczej – w ubogim.

Pośrodku, na niewielkim wzniesieniu, stał zamek, częściowo wykuty w skale. Krył się za wysokim murem. Na jego szczycie można było czasami zobaczyć stojących na warcie żołnierzy. Wzniesienie obmywał górski strumień. Poszerzono go trochę od strony bramy, bo król chciał wjeżdżać do zamku po prawdziwym moście zwodzonym, a nie po zwykłej krótkiej kładce. Prawdę mówiąc, i most, i kładka były zbędne. Strumień pokrywała tak gruba warstwa lodu, że wytrzymałaby ciężar największej karety. Albo wyładowanych drewnem sań. Albo nawet armaty. Lecz król chciał mieć most, i już.

Zresztą była to jedyna ozdoba zamku. Wielki, szary, surowy – robił przygnębiające wrażenie. Podobnie jak leżąca poza obrębem murów wioseczka. Może nawet nie przygnębiające, ale po prostu smutne. Ot, chałupy jak chałupy. Drewniane ściany z małymi okienkami, spadziste dachy kryte gontem. Może gdyby je pomalować, ozdobić? Ale nikt ich nie zdobił – wyglądały jak zmarznięte kaczki leżące obok siebie na śniegu: skurczone, nastroszone, bure.

Mieszkańcy przemykali po wioseczce od drzwi do drzwi, nie podnosząc oczu. Zamiast tego podnosili kołnierze wyblakłych, nieforemnych płaszczy i kożuchów. Wszyscy wyglądali nijako. Smutno. Jakby zmarszczki na ich twarzach rzeźbiła bezkresna nuda.



Przy końcu wsi, za trzecią studnią, tuż obok traktu wijącego się hen daleko, stała chatynka równie nędzna jak pozostałe, a mimo to sprawiająca lepsze wrażenie. Może dlatego, że mieszkało w niej aż dwoje dzieci? Mieszkańcy wioski rzadko mogli sobie pozwolić na wychowywanie więcej niż jednego dziecka, jednak w tej chatce urodziło się dwoje i nic nie można było na to poradzić. Chłopiec miał na imię Brat, dziewczynka – Siostra. Jak widać, nikt w tym mroźnym królestwie nie wysilał się zbytnio szukaniem imion dla swych pociech. Brat i Siostra. Takie były ich oficjalne imiona zapisane w zamkowych księgach. Po cichu rodzeństwo mówiło do siebie zupełnie inaczej. Gdy nikt nie słyszał, tata piekł chleb, mama robiła na drutach, nauczyciel sprawdzał zeszyty, a inne dzieci były już w swoich domach, wtedy Brat i Siostra używali wymyślonych przez siebie imion: Uśmieszek i Łezka. Ich zdaniem były one o wiele ładniejsze.

Skąd wiadomo, na co możemy sobie pozwolić? Powie nam to budżet: plan zarobków i wydatków. Jeśli dostaniemy 20 zł tygodniówki, nie kupimy co tydzień gry na konsolę. Tym bardziej, że kupujemy też coś do picia i do schrupania. Ale można stworzyć budżet na cały miesiąc: wiemy, że cztery tygodniówki to 80 zł, a na napoje i małe co nieco wydajemy co tydzień 10 zł – czyli przez miesiąc 40 zł. Zostanie drugie tyle. Wystarczy na gry? Na jedną pewnie tak. W podobny sposób tworzy się budżet rodziny, szkoły, a nawet całego państwa.


Ksiąg rachunkowych nie szukajcie w bibliotece. Kiedy do nich zajrzycie, wydadzą się nudne: prawie same liczby, żadnych ilustracji. To szczegółowe informacje o wszystkich rachunkach, uwzględniające zarobki i wydatki. I wszystko musi się zgadzać! Przy każdym wydatku musi być informacja, skąd wzięto na niego pieniądze.

Uśmieszek – bo chłopiec lubił się uśmiechać, choć nie było to mile widziane w jego wioseczce. Ludzie, zwłaszcza starzy, nie rozumieli, czemu właściwie uśmiech miałby służyć. Co innego ziewanie – człowiek ziewa, bo jest zmęczony lub senny. Tak samo oddychanie przez półotwarte usta – widocznie ktoś się zasapał lub ma katar. Gryzienie służy temu, żeby się nie udławić jedzeniem. Ale uśmiech? Zdaniem mieszkańców wioseczki uśmiech był zbędny. Dlatego chłopiec nauczył się uśmiechać półgębkiem, ukradkiem, nieznacznie. Na jego twarzy częściej gościł właśnie uśmieszek niż szeroki uśmiech.


A Łezka? Także niemądre imię, prawda? Po co to płakać? Przecież nikomu w wiosce nie żyło się gorzej niż innym. Wszyscy żyli tak samo. Biednie, smętnie, trochę nudno, ale tak samo. Jakiż więc tu powód do płaczu? Owszem, zdarzało się czasami, że stolarz skaleczył się w rękę, a kowalowi młot spadł na stopę. Trochę się podarli, trochę poprzeklinali – no, ale bez przesady. Dzieci płakały, gdy były głodne lub gdy zrobiły siusiu w majtki, ale ich łzy przynajmniej czemuś służyły. Zastępowały słowa. Dziecko się wydziera i rodzice już wiedzą: „Oho, trzeba robić owsiankę!”. Albo: „Oho, znowu narobiło w pieluchy!”. Takie łzy są pożyteczne.

Co piąty mieszkaniec Ziemi żyje na granicy ubóstwa. Najwięcej biednych jest w krajach Azji Południowej i Afryki. A gdzie przebiega granica ubóstwa? Dla każdego gdzie indziej, ale mówi się, że naprawdę biedni są ci, którzy nie mają dostępu do wody pitnej, codziennie są głodni i nie mają w co się ubrać. Dziś żyje ponad 1,4 miliarda takich ludzi. Starczyłoby ich, aby zaludnić całą Europę oraz obie Ameryki.

Tymczasem Łezce zdarzało się czasami, że patrzyła na coś ładnego, na przykład na tęczę, i naraz… po jej policzkach spływały łzy! Albo wyobrażała sobie, że mama kiedyś zestarzeje się, a potem umrze – i także natychmiast płakała. Ba! – nieraz wystarczał widok drepcącego do piekarni skulonego taty, aby jej oczy robiły się wilgotne.

Wyobraźnia ma wiele wspólnego z kreatywnością. Człowiek kreatywny to ktoś, kto ma dużo ciekawych pomysłów. Na przykład znajduje nowe zastosowanie dla zwykłych przedmiotów. Tak było z kołem: ludzie używali go tylko jako ozdoby. Aż ktoś wpadł na pomysł, by przy pomocy koła przemieszczać ciężary.

Wszystko przez tę nieszczęsną wyobraźnię. Wyobraźnia, zdaniem mieszkańców wioski, nie była pożyteczna. Nie wynikało z niej nic dobrego. Dlatego Łezka nauczyła się ukradkiem ocierać powieki, natychmiast, gdy tylko czuła, że zaraz wytryśnie spod nich źródełko. Jeżeli czasami zdarzało się, że po jej policzkach płynęła słona perła, była wielkości łezki, a nie normalnej łzy.

 

Stąd imię.



Pamiętacie jeszcze o kieszeni, przez którą można się dostać do zimowego królestwa? O kieszeni w spodniach ośmioletniego chłopca? Była o niej mowa na samym początku opowieści. Musimy teraz do niej wrócić, bo tak naprawdę wszystko, co do tej pory opowiedziano, to zaledwie wstęp. Jeżeli mamy uratować Uśmieszka i Łezkę, musimy poznać właściciela kieszeni.

Uratować? Grozi im niebezpieczeństwo?

Ooo, i to spore!

Wszystko przez czas. Uśmieszek i Łezka rosną i są coraz starsi. Na razie lubią jeszcze się śmiać (choć ukradkiem) i potrafią płakać (choć w tajemnicy). Zauważają, że gdy świeci słońce, świat wokół skrzy się kolorami, a gdy pada śnieg, płatki wirują, jakby bawiły się w berka. Kiedy patrzą w ogień, potrafią wyobrażać sobie dalekie wyprawy, nawet poza szczyty górskie. Albo huczny bal na zamku. Potrafią, choć nikt nigdy im o tym nie opowiadał. Widocznie w każdym człowieku, gdzieś w środku, jest taka pesteczka, taki drops, taki cukierek ulepiony z marzeń. To jedyny bagaż, jaki dostajemy na drogę, gdy mamy urodzić się tu, na tym świecie. Ale gdy już się urodzimy, to zaczynamy rosnąć. Rośniemy i rośniemy, stajemy się coraz więksi i ponoć coraz mądrzejsi. Mamy coraz więcej obowiązków i coraz mniej czasu na zabawę. A cukierek topnieje, rozpuszcza się, aż pewnego dnia znika zupełnie. Wtedy mówią o nas, że dorośliśmy, że wywietrzały nam z głowy głupie pomysły. Robimy tylko to, co pożyteczne. Sprzątamy, zamiast się bawić. Dyskutujemy, zamiast po prostu rozmawiać. Wolimy mądre książki od tych zabawnych. I lubimy się wyśmiewać, a nie śmiać. Smutne.

Dlatego trzeba uratować Uśmieszka i Łezkę. Zanim dorosną i zaczną się wstydzić swoich imion. Zanim uznają, że „Brat” i „Siostra” brzmią mniej dziecinnie. Zanim nuda i zmęczenie wyrzeźbią na ich twarzach mapę zmarnowanego życia. Właśnie dlatego musimy jak najszybciej odszukać tajemniczą kieszeń. Kieszeń w spodniach ośmioletniego chłopca.



Wydawałoby się, że wejście do niezwykłego królestwa powinno znajdować się w niezwykłym miejscu – a tu proszę: kieszeń. Z drugiej strony, gdyby tak się zastanowić, to trudno o miejsce dziwaczniejsze. Co ma wspólnego dziurawa kieszeń chłopięcych spodni z mroźnym królestwem? Na pozór nic. No właśnie. I dlatego można uznać, że to wejście jest genialnie zakamuflowane. Nikomu nie przyszłoby do głowy szukać go w kieszeni wyświechtanych dżinsów.

Tym bardziej, że i sam ich właściciel wygląda dość niepozornie. Ot, zwyczajny ośmiolatek. Lekko potargany drobny blondynek z aparatem prostującym zęby. Trochę się tego aparatu wstydzi, mimo że w jego klasie jeszcze dwie osoby noszą podobne. Podobne, ale nie takie same. Tamte są ładne, kolorowe, a jego zwyczajny, metaliczny – gdy chłopiec otwiera usta, wygląda jak robot. Zresztą tak na niego wołają w szkole. Robot. Nie Julek czy Juliusz, lecz Robot. Nie wszyscy oczywiście. Pani wychowawczyni mówi po prostu „Julek”. Pani Woźna – „młodzieńcze”. Tata – „Juliuszu”. Mama – „Juleczku”. A Złośliwa Sąsiadka stara się do niego w ogóle nie mówić, choć czasami jest do tego zmuszona:

Słowo „kieszeń” kojarzy się między innymi z tak zwanym „kieszonkowym”, czyli z pieniędzmi, jakie otrzymują czasem dzieci na swoje drobne wydatki. Drobne wydatki, bo pieniądze na nie mieszczą się w kieszonce.

– Niech tu podejdzie! – skrzeczy.

(W domyśle – Julek).

Albo:

– Proszę zamilknąć!

(Wiadomo kto – Julek).

– Sprzątamy!

(Czyli Julek sprząta, a Złośliwa Sąsiadka patrzy z dezaprobatą na porozrzucane zabawki).


Złośliwa Sąsiadka chyba nigdy nie odezwała się do Julka po imieniu. A przecież od ponad pół roku widzą się prawie każdego popołudnia. Czasami nawet po kilka godzin dziennie. Zdarza się bowiem, że rodzice nie mogą wcześniej wrócić z pracy. Szczerze mówiąc, zdarza się to całkiem często. Wówczas dzwonią do Złośliwej Sąsiadki, bo ich zdaniem Złośliwa Sąsiadka wcale nie jest Złośliwą Sąsiadką, lecz Prawdziwym Skarbem. Tak w każdym razie powtarza mama:

Praca to działanie podejmowane przez człowieka, aby osiągnąć jakiś cel (na przykład umyć okno) albo zarobić pieniądze. Jest bardzo ważna dla ludzi, bo dzięki niej cały czas zdobywają nowe doświadczenia. Ale zanim ktoś zacznie pracować, musi się dużo uczyć – od dzieciństwa. A im lepiej się uczy, tym łatwiej potem będzie mógł znaleźć pracę, która będzie dla niego ciekawa i przyjemna.

– Prawdziwy skarb z tej naszej pani Eli!

(Czyli ze Złośliwej Sąsiadki).

A to dlatego, że zawsze mogą na nią liczyć. Złośliwa Sąsiadka mieszka dokładnie naprzeciwko, drzwi w drzwi, na tym samym piętrze żoliborskiej kamienicy. Wystarczy, że Julek wdrapie się na przytargany z kuchni taboret, przytknie oko do wizjera i już widzi wejście do jej mieszkania. Niestety działa to w obie strony. Złośliwa Sąsiadka, zwabiona najmniejszym hałasem, może w każdej chwili stanąć ukradkiem przy swoim wizjerze i obserwować mieszkanie Julka. Nie ma mowy, by wymknął się na podwórko niepostrzeżenie albo cichaczem wrócił ze szkoły.

A Julek marzy o tym, by wejść do pustego domu, zamknąć za sobą starannie drzwi, a potem bawić się w samotności klockami czy żołnierzykami, rysować potwory, grać na komputerze… Przecież nic by mu się nie stało – jest rozsądny. Nie otwierałby obcym. Nie włączałby kuchenki. Nie pożerałby lekarstw. Nie sięgnąłby po zapalniczkę.

Skarb kojarzy się ze skrzyniami pełnymi złota i klejnotów. Termin „skarb państwa” oznacza, że każde państwo ma trochę skarbów, tak na wszelki wypadek. Skarby to nie tylko złoto (Polska ma go ponad 100 ton), ale także najważniejsze waluty świata, na przykład euro i dolary (w sumie po przeliczeniu na jedną walutę posiadamy ich ponad 80 miliardów euro). Takie zapasy nazywane są rezerwami – walutowymi lub złota. Są przechowywane na trudne czasy.

I co? Pstro! Rodzice i tak uważają, że osiem lat to zbyt mało, aby samemu przebywać w domu. Dlatego mówią o Złośliwej Sąsiadce „Prawdziwy Skarb” lub „Nasza Kochana Pani Ela” i kiedy tylko muszą zostać dłużej w pracy, dzwonią do niej z prośbą o pomoc. Złośliwa Sąsiadka ma wówczas na Julka oko. Odbiera go ze szkoły. Pilnuje, by starannie zawiązał szalik (gdy wieje zimny wiatr) lub zdjął bluzę (gdy panuje upał). Sprawdza, czy Julek wszystko zjadł. Upiera się, że surówki też są ważne. Kontroluje zeszyty. Zmusza do odrabiania lekcji. A najgorsze jest to, że każe Julkowi grać na pianinie. Na starym podrapanym pianinie, które stoi w jej staroświeckim saloniku.


– Jeszcze raz! – rozkazuje, ilekroć Julek uderzy nie w ten klawisz, co trzeba.

– Źle! Skoncentruj się!

– Szybciej!

– Wolniej!

– Głośniej!

– Ciszej!

Z każdą minutą jej usta stają się coraz węższe i bledsze, aż wreszcie zaczyna przypominać węża. Wtedy Julek przestaje grać. Boi się, że pod wpływem fałszywych tonów Złośliwa Sąsiadka zamieni się w Jadowitą Żmiję. Siedzi więc przy czarno-białej klawiaturze ze spuszczoną głową, a Złośliwa Sąsiadka syczy kąśliwe uwagi o braku uwagi i ambicji.

Potem idą do mieszkania Julka, żeby odrabiać lekcje. Do wieczora, kiedy zazwyczaj przyjeżdża mama. I tak jest prawie dzień w dzień od ponad sześciu miesięcy!


Teraz trochę o dziurze w kieszeni.

Julek przez długi czas nie wiedział o jej istnieniu. Zresztą który ośmiolatek zwróciłby uwagę na taką błahostkę? Owszem, czasami bywał zdziwiony, że gdzieś mu się zawieruszyła jakaś drobna moneta, guma do żucia czy kulka… – zwykle jednak składał wszystko na karb swego roztrzepania. Bo Julek słynął z roztrzepania! Potrafił, siedząc na lekcji, tak bardzo zatopić się w marzeniach, że pani wychowawczyni kilkakrotnie musiała wywoływać jego nazwisko, zanim odpowiedział: „Jestem!”. Albo, pogrążony w myślach, nie słyszał dzwonka wzywającego do klasy. Bywało też, że rysując czy malując coś w bloku, mamrotał sam do siebie, a jego koledzy w tym czasie pękali ze śmiechu.

Prababcia monety przypominała trochę zrobione ze złota ziarno fasoli, oznakowane odciskiem pieczęci. Takimi ziarnami płacono 2700 lat temu w Lidii (na mapie jej nie znajdziecie, bo teraz to tereny Turcji). Fenicjanie, o których mówi się, że wynaleźli pieniądze, wpadli na ten pomysł dużo później.

Taki był Julek. Julek, Julian, Robot. Pakował do kieszeni gumki, kredki, mazaki, temperówki, niedbale złożone rysunki, czasami też coś słodkiego (na przykład batoniki). Potem zaś dziwił się, że niczego nie może znaleźć, że wciąż musi temperować nowe ołówki (ale czym, czym je zatemperować – nożem?!), że ciągle musi prosić tatę o gumkę, że nie wiadomo, gdzie się podziały malowane przez niego portrety. A przecież był z nich taki dumny! Na jednym z nich pani wychowawczyni, zaokrąglona i uśmiechnięta od ucha do ucha, zdaniem Julka, wyszła wyjątkowo korzystnie. Na innym mama, szczupła, trochę zmęczona, ale rozparta wygodnie na fotelu z chmur (Julek pogratulował sam sobie pomysłu). Obok tata, siedzący okrakiem na biurowym krześle, jakby był dżokejem dosiadającym konia wyścigowego. I Złośliwa Sąsiadka, bez rąk i nóg, wypełzająca z czarnego fortepianu… Julek nie lubił tego portretu.



Julek najchętniej portretuje chomika Leonarda. Leonard jest cierpliwy, trochę leniwy – tylko by jadł i spał. A nietrudno namalować leżącego chomika. W każdym razie łatwiej niż pełznącą po podłodze sąsiadkę w skórze węża. Dlatego to właśnie chomik jest najczęściej angażowany przez Julka jako model.

Złośliwa Sąsiadka nie mówi o nim inaczej jak „ten gryzoń”.

– Dlaczego ten gryzoń jest poza klatką?

Albo:

– Czy ten gryzoń już coś jadł?

Albo:

– Gdzie jest ten gryzoń?

Właśnie, gdzie?!

Nieobecność chomika trochę Julka zaniepokoiła. Przecież chomik to nie cukierek. Nie mógł się zapodziać ot tak. Gdzie w takim razie jest?

Julek marszczy brwi i wygląda teraz jak własny tata.

– Zet-eS odebrała mnie ze szkoły… – szepcze i odruchowo zerka na rozglądającą się Złośliwą Sąsiadkę. – Przyszliśmy tutaj, zjadłem obiad. Leonard siedział w tym czasie u siebie w klatce…

Złośliwa Sąsiadka zagląda pod łóżko i biurko.

– Potem mieliśmy grać na pianinie… – przypomina sobie Julek – ale wyszło słońce, więc Zet-eS wymyśliła, że najpierw pójdziemy na powietrze, na plac zabaw do parku Żeromskiego. Wziąłem Leonarda. Niosłem go na rękach, ale Leonard, swoim zwyczajem, chciał schować się do mojego kaptura. Później przelazł niżej, do kieszeni bluzy na brzuchu. W końcu zaczął się wpychać do kieszeni spodni. Czyżby?…


Julek klepie się po udach. W lewej kieszeni są jakieś monety, w prawej nie ma nic. Chłód się nie liczy, prawda? Chłodu nie można wziąć do ręki. Zimnego podmuchu także nie. Ani mroźnego wiatru. Julek nagle przypomina sobie coś dziwnego…

Szedł z mamą na spacer, skwerem wzdłuż alei Wojska Polskiego. Świeciło słońce, ale drzewa wiedziały, że lato już nie wróci, i rzucały kolorowe liście prosto pod ich stopy. Wypatrywali błyszczących kasztanów. Nie za wcześnie? Za wcześnie – jeszcze dojrzewały w nastroszonych kolcami łupinach gdzieś wysoko, wysoko.

 

Julek schował ręce do kieszeni i zerknął w górę. Wtedy właśnie wyczuł chłód. Jakby opuszkami prawej dłoni dotknął zimnej szyby albo zanurzył rękę w zmrożonej wacie cukrowej. Wyjął ją ze zdziwieniem i spojrzał na zsiniałe palce. Przeszły go dreszcze. Miał wrażenie, że po nogawce jego dżinsów hula zimowy wiatr. Ale mama roześmiała się, widząc zdziwienie na twarzy Julka, i sekundę później on także śmiał się (co za zdumiewające złudzenie!).

Może to jednak nie było złudzenie?

Julek spogląda szeroko otwartymi oczami na Złośliwą Sąsiadkę.

– Gdzie jest Leonard? – szepcze.

– Właśnie, gdzie?! – słyszy w odpowiedzi.

Przez chwilę mierzą się wzrokiem. I wtedy Julek postanawia coś sprawdzić. Sięga po cukierka („Przed obiadem?!” – strofuje go Złośliwa Sąsiadka), wkłada go do prawej kieszeni i… nic. Kieszeń okazuje się pusta. Potem chowa do niej scyzoryk, guzik, zakrętkę od pasty do zębów. Wszystko znika. Julek maca się po udzie, łydce, potrząsa nogawką u dołu spodni, sprawdza nawet w skarpetce, w bucie – niczego jednak nie znajduje. Prostuje się i patrzy oszołomiony na Złośliwą Sąsiadkę. Oszołomiony, ale też zrozpaczony („Gdzie jest Leonard?!”).

– Niemożliwe – mamrocze Złośliwa Sąsiadka, obracając nerwowo pierścionek na swoim palcu. – Sprawdź jeszcze raz.

Julek sprawdza.

– Dokładniej!

– Sprawdziłem dokładnie.

– Daj, na pewno coś przeoczy…

– Nie! – Julek wyszarpuje się gwałtownie. Nie chce, żeby go dotykała.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?