Chiny bez wzajemnościTekst

Z serii: Czuły Punkt
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Konfucjusz:

Znajdź pracę, którą pokochasz, a nie będziesz musiał pracować ani jednego dnia.

Nauczyłem się już sporo i byłem przygotowany. Miałem w kieszeni kartkę, którą napisała mi po chińsku Mama Naxi: „Którędy do dworca autobusowego? Proszę wskazać mi właściwy kierunek”. Pokazałem ją trzy razy. Dwóm chłopakom, którzy na rowerach jechali do szkoły, co wskazywały tornistry, panu, który z lśniących misek karmił na ulicy trzy psy. Psy były duże, więc pan z pewnością nie był Chińczykiem Han, bo Han mają ograniczenia co do liczby i wielkości posiadanych psów, no i w końcu dziewczynie z walizką. Od dziewczyny na dworzec było już całkiem blisko.

Nie miałem pewności, czy będą bilety.

Ale… na pewno będą. Lijiang to jednak nie Kunming.

Hol dworca był lśniący i przestronny. Nad jedną z kas widniał anglojęzyczny napis: „Temporary Ticket Office”. Dziewczyna w okienku była bardzo ładna.

– Dzień dobry – zagadnąłem.

– Dzień dobry panu – mówiła w dodatku po angielsku. Ale była chyba w pracy pierwszy dzień, bo za jej plecami siedziała harpia, która miała na mundurze cztery gwiazdki. Ta, która mówiła po angielsku, nie miała jeszcze żadnej. Pewnie dopiero uczyła się na bileterkę.

– Jest stąd jakiś autobus do Dali?

– Pierwszy odjeżdża o jedenastej rano.

Pasowało mi. Ze stanowiska piątego. To po mojej prawej stronie.

– Bilet kosztuje osiemdziesiąt dwa juany. Dał mi pan sto dwa juany, oto pańska reszta, dwadzieścia.

– Dziękuję bardzo – odparłem. – Świetnie mówi pani po angielsku, doskonale.

Wtedy ona też się ucieszyła. Jakby spadł jej z serca ciężar.

Pomyślałem, że niewiele trzeba, żeby się przestać bać. I że ona nie będzie się już obawiać, żeby zacząć rozmowę po angielsku.



Konfucjusz:

Ten, który pyta, przez chwilę wydaje się głupcem.

Ten, który nigdy nie pyta, jest głupcem przez całe życie.

Zjadłem pierożki i znalazłem autobus. Jechał powoli. Ale wyświetlali 007 Quantum of Solace. To mój ulubiony film o Bondzie. Oglądałem go, patrzyłem na góry za brudną szybą i myślałem, że szkoda mi będzie umierać, bo kiedy umrę, Bond wciąż będzie żył i walczył, a ja nie będę już wiedział, jak mu idzie.

Autobus jechał bardzo powoli, a gdy film się skończył, przystanął w przydrożnym barze. Byłem głodny, po bułeczce od Mamy Naxi nie został już żaden ślad.

Pasażerowie wysypali się na brudny plac. Zrobiłem to, co reszta, a pan kierowca zatrzasnął drzwi i wszyscy ruszyliśmy w kierunku restauracji. Może raczej baru. Na stołach stały miski z jedzeniem. Każdy sobie nakładał i jadł.

Nie umiałem zrozumieć, jak zapłacić.

Chodziłem za ludźmi z mojego autobusu, ale szybko zniknęli w tłumie obcych.

Autobusów przybywało. Z każdego wylewali się kolejni ludzie. Wszyscy zmieszali się w jeden obcy tłum.

Żołądek kurczył się w sobie, zgrzytał i wył.

Zjadłbym cokolwiek.

Wtedy zauważyłem, że pasażerowie w mniej eleganckich ubraniach, z workami zamiast plecaków, spracowanymi dłońmi i połamanymi paznokciami nie idą do baru, ale do sklepu. Poszedłem za nimi. Kupowali chińskie zupki w kartonach po pięć juanów sztuka.

Wziąłem takie pudełko i poszedłem tam, dokąd oni szli. I tak odnalazłem ogromny kocioł z wrzątkiem.

No tak, ale skąd wziąć łyżkę? Rozejrzałem się.

W oczach ludzi, którzy mnie obserwowali, widziałem rozbawienie i politowanie. W oczach dziewczyny za kasą – ciekawość. Chwyciłem za rękę jednego z tych, którzy trzymali w rękach łyżki.

– Łyżka – poprosiłem. – Skąd wziąć łyżkę?

Popatrzył mi w oczy ze współczuciem. Musiał być buddyjskim mnichem, choć ubranie wskazywało raczej na rolnika. Współczucie nie jest czymś, co łatwo zobaczysz w oczach ludu Han. Ale byliśmy na granicy Tybetu.

Uśmiechnął się i postukał w wieczko mojego kartonu.

Pokazał gestem, żebym go otworzył.

W środku była łyżka.

Taka sama jak jego.

Roześmiałem się. Czasami nie zdajmy sobie sprawy z własnej głupoty, prawda?

Pokiwał głową z taką miną, jakby mnie zrozumiał.

Drogę do toalety znalazłem łatwo.

Napisy były po angielsku.



Konfucjusz:

Jeśli się pomyliłeś i nie próbujesz tego zmienić – popełniasz prawdziwy błąd.

Zobaczyłem ją z daleka. Tajemnicza świątynia. Trzy monstrualne stupy na niebieskim o tej porze dnia stoku Gór Jadeitowego Smoka. Pagoda San Ta. Wiedziałem o jej istnieniu z map i notatek w moim przewodniku Rough Guides. Za każdym razem, kiedy brałem go do ręki, czułem się trochę, jakbym zdradził kogoś, kogo kocham. Jeździłem w świat zawsze tylko z Lonely Planet. Polubiłem jego prześmiewczy styl i staranną dbałość o sprawdzenie, gdzie w obcym mieście powinni szukać szczęścia koleżanki i koledzy ze skłonnościami do tej samej płci.

Ale w Chiny pojechałem z Rough Guides.

Nie żałowałem. Dotąd mnie nie zawiódł. Sprawdziłem natychmiast. To Chongsheng. Trzy pagody ustawione na planie trójkąta równobocznego ponad tysiąc lat temu przez ludzi Dali. Wówczas mieli tu własne, buddyjskie królestwo i ogromną wiarę. Trzeba mieć ogromną wiarę, żeby wybudować najwyższą pagodę w całych Chinach ze zwykłej cegły otynkowanej błotem. Książę Fengyou kazał ją wybudować około 830 roku.

Jest pusta w środku. W ścianach ukrytych było kilkaset złotych artefaktów: posążków Buddy, medalionów, figurek ludzkich i zwierzęcych. I złoty paw czy może feniks. Jego model stoi teraz u wejścia do świątyni. Odnaleziono te wszystkie skarby w 1978 roku w czasie renowacji pagody Qianxun. Władze Chin opamiętały się wówczas i zatrzymały falę komunistów niszczących wszelkie przejawy tradycyjnej religijności w Państwie Środka.

Widziałem przez chwilę wielkiego pawia przez okno autobusu, a potem zakręciliśmy w kierunku miasta.

Wysiadłem z autobusu przy bramie Starego Miasta. Brama była potężna i wyglądała, jakby właśnie przeszła generalny remont. Szedłem ulicami pełnymi sklepów i restauracji. Wszystkie były pozamykane. Puste ulice. Byłem całkiem sam w mieście duchów.

Wróciłem do drogi.

Stał tam hotel, elegancki i drogi. W takich hotelach ludzie muszą znać angielski.

– Dzień dobry. – Ukłoniłem się panu portierowi. – Czy może mi pan powiedzieć, dlaczego Stare Miasto Dali, jeden z najważniejszych zabytków Chin, piękne i porywające, jest zupełnie bezludne i puste?

– Myśli pan o mieście za bramą?

– Tak.

– Ach… to tylko replika. Widzi pan, budują tu całkiem nowe Stare Miasto, które ma wyglądać jak prawdziwe. Jest jeszcze niedokończone i dlatego jest zupełnie puste. Wybrał pan nie to miasto. Prawdziwe jest trzy kilometry stąd. Na zachód.

– To jak z dziewczynami – zauważyłem.

– Nie rozumiem.

– Czasem ta, którą wybierasz, okazuje się całkiem pusta w środku.

Te trzy kilometry wędrówki na zachód okazały się prawdziwą męką, bo trzeba było iść wzdłuż drogi szybkiego ruchu, a potem pośród zarośniętych rozlewisk, na których brakowało ptaków.

W Afryce w takim miejscu byłyby ptaki.

Minąłem plac budowy monstrualnego centrum handlowego, w który przerodziło się w końcu fałszywe Stare Miasto, a potem była pustynia, pustkowie między jedną czteropasmową ulicą a drugą. W oddali, na zachodzie, majaczył hardy grzebień Gór Jadeitowego Smoka. Zasłaniał mi Himalaje, a wiatr, który od niego szedł, chociaż widziałem śnieg na szczytach, był wilgotny i gorący.

Wreszcie zobaczyłem mury miasta. I to musiało być Dali, a ja, nie było innej możliwości, wchodziłem tam od strony Jixiang Cun. Brudne bajoro było bowiem zaznaczone na mojej mapie jako jezioro.

Przeszedłem przez czteropasmówkę nie bez trudności, bo miałem na grzbiecie cały dorobek życia, a kiedy przeskoczyłem przez betonowy mur, który oddzielał szosę od miasta, zobaczyłem czerwony kabriolet.

Wyglądał na porzucony. Był ogromny, wyłożony drewnem i skórą, na masce widniał przyklejony byle jak symbol marki Rolls-Royce.

Gdyby kluczyki były w stacyjce, to bym się nie powstrzymał.

Ruszyłem na poszukiwanie Wschodniej Bramy. Do Starego Miasta, zupełnie jak w czasach dynastii Ming, wciąż prowadzą tylko cztery drogi. Cztery bramy. I choć z zewnątrz obrosło tłuszczem przedmieść, brzydkimi domami, z których do brzydkich sklepów wychodzą po zakupy zadziwiająco piękne dziewczyny, to kiedy już miniesz bramę, wszystko staje się inne. Stylowe, barwne, niezepsute.

Dali. Jedno z najlepiej zachowanych Starych Miast w tym ogromnym kraju.

Uff.

Brama była szeroka. Właściwie był to tunel pełny chłodu i cienia. Pragnąłem, żeby trwał bez końca, ale jechały tamtędy samochody w jedną i drugą stronę, więc nie można było po prostu siedzieć w cieniu.

 

Szedłem więc ku słońcu, które bezlitośnie zamieniało mój T-shirt w mokrą plamę, i było mi wszystko jedno. W życiu też nie mogłem po prostu siedzieć w cieniu i cieszyć się tym, co jest, bo zawsze znajdował się ktoś, kto sięgał po nie swoje.

Taka karma.



Konfucjusz:

Człowiek, który patrzy zbyt daleko, znajduje często smutek tuż pod ręką.

Szedłem od Wschodniej Bramy ulicą RenMin Lu – starą trasą karawan, które przez tysiąclecia ciągnęły z Chin na wschodzie do Birmy przez tybetańskie przełęcze. Na skrzyżowaniu z FuXing Lu łączyła się z trasą z Syczuanu na północy do Syjamu na południu. W miejscu, gdzie przecinały się obie drogi, lud Dali założył swoje buddyjskie królestwo, Nanzhao. Na ulicach nie pozostało nic z tamtych czasów. Zmiotło je nowe, islamskie państwo Du Wenxiu, które w połowie XIX wieku stało się centralnym punktem antychińskiego powstania wyznawców islamu.

Po meczetach też nie pozostało wiele pamiątek.

Gdybym skręcił nieco w bok od głównej drogi, w lewo, zobaczyłbym wielki kamienny kościół chrześcijan, którzy przetrwali rządy buddystów i muzułmanów, a nawet komunistów.

Przez moment chciałem tam iść, powiedzieć Panu Bogu kilka słów po polsku, ale miałem na grzbiecie czternaście kilogramów, pot płynął ze mnie jak z kranu, co Mu będę zwracał głowę swoim smutkiem. Ma przecież dość własnych.

Przyklejam się więc do cienia pod domami i zaglądam do wiader oraz miednic pełnych wszystkiego, co mógłbym zamówić do jedzenia, gdybym miał z kim usiąść w którejś z restauracji.

Węgorze, minogi, karasie, żaby i ogromne zielone ropuchy o wilgotnych, smutnych oczach. Ciekawe, czy rozumieją, gdzie się znalazły. Czy wiedzą, że to ostatnie słońce, jakie widzą w życiu? I czy wolałyby, żeby nie było cienia?



Konfucjusz:

Ogród jest miejscem, w którym człowiek śmieje się, śpiewa, uprawia kwiaty, obserwuje motyle i pisklęta, kocha się z pannami i bawi się z dziećmi.

Ogród jest zatem miejscem, gdzie w spontaniczny sposób odkrywa swoją naturę i ujawnia swoją szlachetność.

Ogród jest też miejscem, w którym może pogrzebać smutek i kłopoty, aby dzielić z innymi nadzieję i ideały.

Miałem szczęście. Dostałem łóżko w ośmioosobowej sali, na dole, przy oknie. Miałem lampkę, gniazdko elektryczne typu chińskiego, ale już wiedziałem, jak go używać bez odcinania kabli i bez dodatkowych wtyczek. Ściany były białe, pokryte wielobarwnymi napisami. Nie rozumiałem tych po chińsku i koreańsku, lecz potrafiłem już odróżnić litery. Chińskie udają spokój i opanowanie, ale są pełne napięcia i emocji. Koreańskie stoją w równych szeregach i mają kształty pozwalające im w razie czego ukryć się w jednym pudełku. I było w nich coś zabawnego, jakby chciały żartować ze świata.

Umyłem twarz i poszedłem na poszukiwanie muzeum. Słynie ono z unikatowych kamiennych stalli, na których buddyjscy pisarze spisali przypowieści i historie z życia tego skrawka gór. No i kamiennych posągów Buddy. Niewiele ich przetrwało rewolucję kulturalną, tym bardziej cenne są te, które dziś można obejrzeć.

Okazało się, że wejście do muzeum nie będzie proste, bo właśnie odbywają się finały jubileuszowego konkursu na najpiękniejszą orchideę całych Chin. Zobaczyłem na dziedzińcu i w salach wystawowych tysiące kwiatów i miliony zwiedzających. Buddowie oddychali równo w cieniu kwiatów, a sędziowie krążyli pomiędzy nimi z grubymi plikami protokołów. Na niektórych doniczkach widniały już naklejki z ocenami.

Nie rozumiałem niczego, ale wiedziałem już, że Chińczycy do przedmiotów, które mają wysoką ocenę, ustawiają się w kolejce z aparatami. Przyszło mi więc na myśl, że pierwsze miejsce otrzymał ten niepozorny storczyk mający maleńkie kwiaty, zielone niczym liście.

Obejrzałem też Buddów. Byli zadowoleni z tego zamieszania. Rozsyłali dziś sto razy więcej błogosławieństw niż innego dnia, kiedy w muzeum krążyły zwyczajne wycieczki. Ich spiżowe ręce wcale się jednak nie męczyły.

Na dziecińcu podeszła do mnie dziewczyna w wianku na głowie i zapytała, czy może sobie zrobić zdjęcie z białym chłopakiem.

– Jesteś tu jedynym białym, więc sam jesteś trochę jak ten kwiat. – Zaśmiała się i nie mogłem jej odmówić. Nie odmawia się przecież dziewczętom, które noszą wianki.

Poprosiłem, żebym też miał takie zdjęcie na wieki wieków, a ona tylko się roześmiała.

Komunistyczny milicjant z pomnika przed muzeum patrzył na to bez zrozumienia. Nie rozumiał chyba zachwytu nad kwiatami.



Ban Zhao:

Możliwe jest, żeby mężczyzna żenił się dwa razy, ale kobiecie nie wolno mieć innego męża, mężczyzna jest bowiem jak niebo, którego nie można podzielić, a więc kobieta należeć ma do jednego męża.

Przeszedłem przez bramę Wuhua Lou, która uchodzi za najpiękniejszy zabytek miasta, choć jest współczesną konstrukcją – młodszą, lepszą wersją Nanmen – Wschodniej Bramy. To trochę tak, jakby z drugiej strony krakowskiej Starówki postawić kolejny Barbakan. Chińczykom takie sprawy zupełnie nie przeszkadzają. Repliki, jeśli są dobrze zaprojektowane, mają swoje miejsce w krajobrazie. Sto milionów ludzi robi sobie selfie z nowym zabytkiem i wydaje się, że stał tu od zawsze. I tak można pomyśleć, że Wuhua Lou oddzielała od zawsze północną część Dali od Zakazanego Miasta. Dziś w Zakazanym Mieście jest muzeum Dali. Wspiąłem się potem na Wschodnią Bramę, pokłoniłem demonom, które mają w niej swoją świątynię, i zobaczyłem jezioro Er Hai we mgle oraz Góry Jadeitowego Smoka. I trzy dalijskie pagody. Yi Ta była na wyciągnięcie ręki, a San Ta daleko w górach, jakby na samym skraju świata. Spojrzałem w dół, a tam pod bramą w cieniu trzech pagód i pod błękitnym tchnieniem nieba panny młode ustawiały się do zdjęć ze swoimi kawalerami. One były przebrane jak księżniczki, a oni mieli garnitury.

One miały czerwone suknie z niebieskimi elementami, oni wpięli w klapy marynarek czerwone rozety. A może to były żywe kwiaty? Jak długo kwiat w ślubnej butonierce może pozostać żywy i świeży?

Fotografowie przypominali barwne, szybkie ptaki. Skacząc i gestykulując, wzbudzali w powietrzu jakiś niezwykły, elektryczny ruch – napięcie, które sprawia, że ludzie prostują się, spinają, że znikają im zmarszczki, fałdy, smutek, pewnie nawet cellulit.

Dzięki temu fotografowie chińscy mają mniej pracy z Photoshopem.

Robiło mi się żal, kiedy patrzyłem na panny młode. Były takie piękne, że wydawały się kompletnie nie z tego świata, aż do bólu serca. Są sprawy, na które człowiek ze złamanym sercem nie powinien patrzeć w pojedynkę.

Zszedłem na ziemię po krętych schodach i myślałem, jak wiele zmieniło się w chińskiej tradycji aranżowanych małżeństw, w których kobieta nie miała nic do powiedzenia, chłopak zresztą też. Decydowali rodzice porównujący majątki obu stron i szanse, jakie będą mieli na własne szczęście, albowiem najważniejszym celem małżeństwa było przecież objęcie opieką rodziców męża.

To dlatego chłopak jest dla Chińczyków błogosławieństwem. Dziewczyna będzie się troszczyć w przyszłości o teściów.

W pradawnej chińskiej poligamicznej tradycji małżeńskiej pośród szlachty własnością męża stawały się żona oraz jej służebnice i dwórki. Mąż współżył z nimi, jeśli chciał, na zasadach konkubinatu, ale jeśli któraś powiła syna, również stawała się żoną, tylko że drugą i nie miała wszystkich przywilejów pierwszej małżonki. Ten obyczaj przetrwał tysiące lat, nawet rewolucję Mao. Jeszcze kilkanaście lat temu powszechna była kohabitacja, kiedy to mężczyzna mieszkał z dwiema kobietami, żoną i konkubiną, ale od początku XXI stulecia takie postępowanie jest uznawane za bigamię i karane. Dziś zachodnia kultura wywiera poważny wpływ na małżeńskie zwyczaje, ale wciąż to nie sentyment decyduje o wyborze życiowego partnera, lecz rozsądek, więc bogaci chłopcy biorą sobie żony z bogatych rodów, a biedne, piękne dziewczyny o małych piersiach czytają nocami książki o Kopciuszku i płaczą, oglądając w internecie Pretty Woman.

Ale teraz, dzięki programowi budowy klasy średniej, wszystko się zmienia. Coraz więcej kobiet jest wykształconych, samodzielnych, pracujących, odważnych i zdecydowanych. Zdaje mi się, że to początek największej przemiany w chińskim społeczeństwie od czasów Konfucjusza. Tylko jedno się nie zmieni: w chińskiej tradycji najpiękniejsze z kobiet mają małe piersi oraz małe stopy. Zwyczaj bandażowania utrzymał się przez całe tysiąclecia, właściwie do naszych czasów, a w niektórych prowincjach wciąż odbywają się konkursy urody kobiecych stóp.


Konfucjusz:

Niebiosa powołały mnie do dobrego.

Cóż więc może uczynić przeciw temu zwykły człowiek?

Trzy pagody świątyni Chongsheng stoją na granicy światów. Z jednej strony masywny, pokryty śniegiem łańcuch górski Cangshan. Z drugiej wysokogórskie jezioro Er Hai. Dwa tysiące metrów nad poziomem morza. Woda jest chłodna, czysta i święta. Jezioro jest olbrzymie. Wierzący twierdzą, że ma kształt ucha Buddy. Dobrze jest mieszkać w takim uchu, więc na jeziorze, na trzech wyspach, mieszka lud Bai. Kobiety noszą czepce w kolorze złota i czerwone długie chałaty. Mężczyźni uczą kormorany, żeby, uwiązane na linkach, łowiły ryby dla swoich opiekunów. Czynią tak od tysięcy lat, a ptaki wciąż nie rozumieją, że to pierścień na szyi nie pozwala im połknąć dużej ryby, i przyzwyczajają się do tego, że karmi je człowiek.

A człowiek karmi je resztkami tak małymi, że ptaki mogą je połknąć.

Za jeziorem wznosi się Jizu Shan – Góra Kurzej Stopy. Z nieba ze swoimi trzema wierzchołkami wygląda właśnie jak ptasie pazury wbite po rąbki w lasy bambusów. Na wierzchołku stoi buddyjski klasztor. Najstarsza świątynia w kompleksie pochodzi z VII stulecia, z Epoki Trzech Królestw. Stupy San Ta i klasztor Kurzej Stopy patrzą na siebie ponad Uchem Buddy.

Jak mógłbym wątpić, że stąpam po świętej ziemi?

Pojechałem do San Ta miejskim autobusem.

To wymagało odwagi i hartu ducha.

– San Ta? – pytasz ludzi przed Południową Bramą i pokazujesz palcem autobus za autobusem, ale nie masz pewności, że cię rozumieją. I że nie potakują ze zwyczajnej grzeczności. A potem spoglądasz ze strachem w okno, podczas kiedy autobus krąży po wszystkich możliwych zaułkach, jakby chciał strząsnąć z siebie ten lepki kurz codzienności, zanim wreszcie zatrzyma się u stóp schodów, za którymi zaczyna się Święte.

Nie możesz wejść na schody ot tak, jak do katedry.

Musisz zapłacić sto osiemdziesiąt juanów. Plus dziesięć za zdjęcia. To bardzo wysoka cena za wstęp do świątyni. Było mi przykro, że aż tyle. To w końcu dwadzieścia obiadów. Albo sześćdziesiąt puszek piwa, jeśli kupujesz je w supermarkecie. Powodem mojego smutku było chrześcijańskie przekonanie, że do świątyni wchodzi się za „Bóg zapłać”.

Wszedłem przez monumentalną bramę, chronioną przez dwa spiżowe lwy wielkości prawdziwych lwów, i rozpocząłem wspinaczkę na tysiąc schodów. To była pierwsza buddyjska świątynia w tej podróży. Pierwsza tak olbrzymia i rozległa.

Ale pierwszy taras, najstarszy, z ogrodem, stawami i trzema pagodami, był nisko. Najstarsza pagoda – Qianxun – ma szesnaście pięter. Do ósmego piętra jest pusta w środku. Mury mają po trzy i pół metra szerokości i zbudowane są z mułowej cegły. Od ósmego piętra w górę konstrukcja jest pełna. Na każdym piętrze siedzi w niszy mały marmurowy Budda.

 

Kiedyś wnętrze wypełniały święte posążki, ale naukowcy wyciągnęli je wszystkie w czasie renowacji.

Ciekawe, czy pusta świątynia wciąż jest tak samo święta.