BałkanyTekst

Z serii: Linie Frontu
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Siły UNPROFOR-u w Bośni i Hercegowinie zostały zastąpione przez zorganizowane przez NATO oddziały IFOR-u, przekształcone następnie w SFOR (Stabilisation Force) i przejęte później przez Unię Europejską jako EUFOR. We wszystkich tych strukturach działali polscy żołnierze.

Społeczeństwo Serbii czuło się upokorzone i zmęczone wojnami, potworną biedą i Miloševiciem. Prezydent działał autorytarnie, nieprzejrzyście; był uwikłany w związki ze światem przestępczym. Masowe protesty przeciwko Miloševiciowi rozpoczęły się jesienią 1996 roku – po sfałszowanych lokalnych wyborach. Przez Belgrad i inne miasta przechodziły wielotysięczne demonstracje z hasłami wzywającymi polityka do dymisji. W tym czasie w Kosowie sytuacja się zaogniała. Armia Wyzwolenia Kosowa (UÇK), organizacja o charakterze partyzancko-terrorystycznym, zaostrzyła walkę o oderwanie prowincji od Serbii, organizując kolejne porwania i zamachy. Wydaje się, że Milošević uwierzył w to, w co wielu dyktatorów przed nim. Receptą na biedę i poczucie braku perspektyw odczuwane przez serbskie społeczeństwo miało być podniesienie dumy narodowej poprzez zwycięską wojnę. W lutym 1998 roku armia jugosłowiańska podjęła ofensywę w Kosowie. Zaczęła się ostania z wojen w byłej Jugosławii.


Transporter opancerzony BTR-70. Bośnia, 27.07.1995

Źródło: Krzysztof Miller / Agencja Gazeta

Gdy Milošević w 1989 roku został prezydentem Serbii, rozpoczął proces centralizacji władzy. Działania te wyjątkowo brutalnie przebiegały w Kosowie. Pod pistoletami serbskich policjantów lokalni politycy zgodzili się na zniesienie autonomii regionu. Język większości, czyli albański, zaczął być rugowany z radia, telewizji i prasy. Posady w urzędach, instytucjach i firmach państwowych były zarezerwowane dla Serbów. Ten sam proces przebiegał na uniwersytetach i w szkołach niższego szczebla. Spychanie większości na margines życia społecznego musiało zakończyć się buntem. Na lidera kosowskich Albańczyków wyrósł Ibrahim Rugova ze swoją polityką biernego oporu. Bardziej radykalne środki podjęła UÇK, czyli Armia Wyzwolenia Kosowa. Paramilitarne grupy zaczęły organizować zamachy na urzędy i porwania pracowników instytucji państwowych. Znaczenie UÇK rosło, liczebność i siła także. Rugova nie panował nad radykalizującymi się partyzantami, którzy oprócz zamachów i porwań zajęli się przemytem broni.


Francuski transporter opancerzony VAB

Źródło: Archiwum żołnierzy UNPROFOR-u

Milošević uznał, że kontynuacja planu budowy Wielkiej Serbii, tym razem „na odcinku” kosowskim, pozwoli mu na utrzymanie władzy. A jego życiowa sytuacja była już bezpośrednio związana z piastowaniem najważniejszego urzędu w państwie. Światowe media coraz głośniej domagały się rozliczenia zbrodniarzy bałkańskich. Nie mógł po prostu ustąpić ze stanowiska prezydenta Jugosławii i przejść na emeryturę, bo obawiał się aresztowania i osądzenia za zbrodnie wojenne. Dopóki był prezydentem, był bezpieczny.

Armia serbska i organizacje paramilitarne, rozpoczynając wojnę w Kosowie, przeprowadziły program czystek etnicznych. Setki tysięcy ludzi przegoniono z miejsca ich zamieszkania. Etniczne oczyszczanie terenu tłumaczono koniecznością usunięcia zaplecza dla kosowskich partyzantów. Błąd prezydenta Serbii i dowództwa armii polegał na tym, że w odpowiedzi na zbrodnie UÇK użył nieproporcjonalnie ostrych środków, a przy tym późno zauważył, że organizację tę uznawano w stolicach światowych mocarstw za niebezpieczną, terrorystyczną, jawnie deklarującą zamiar zbudowania Wielkiej Albanii, czyli zagarnięcia terytoriów sąsiednich państw. Zachód nie kwestionował potrzeby zniszczenia UÇK. Jednak wybrana przez Miloševicia metoda przyniosła mu zgubę. Obie strony konfliktu posuwały się do mordów, obie przeprowadzały czystki etniczne. Lecz możliwości partyzanckiej organizacji były w tym względzie nieporównywalnie mniejsze.

W reakcji na ujawnienie skali wymuszonych przesiedleń i wypędzeń Albańczyków NATO wezwało obie strony do zawieszenia broni i rozmów pokojowych. Rokowania we francuskim Rambouillet zakończyły się fiaskiem, Milošević w obawie przed aresztowaniem nie stawił się na rozmowy. Serbowie nie zgodzili się na obecność sił NATO w Kosowie. Pod koniec marca 1999 Sojusz Północnoatlantycki rozpoczął bombardowanie celów w samej Serbii, w tym w Belgradzie. Operację przeprowadzono bez mandatu ONZ-etu.


Zniszczenia w okolicy Slunja

Źródło: Zdjęcie z archiwum żołnierzy UNPROFOR-u

W Kosowie siły serbskie kontynuowały walkę z UÇK. Albańscy terroryści nie zyskali poparcia NATO. Bombardowania trwały do początku czerwca 1999 roku, kiedy to Milošević zgodził się na warunki międzynarodowego planu pokojowego, w tym przede wszystkim na wejście sił NATO do Kosowa. Ostania z wojen w byłej Jugosławii dobiegła końca. Do zaprowadzenia porządku w prowincji powołano KFOR (Kosovo Force). Polscy żołnierze byli jego częścią.

Starszy chorąży sztabowy Dariusz Zuchowicz
Absolwent Szkoły Chorążych Wojsk Inżynieryjnych i Komunikacji we Wrocławiu, weteran misji w Chorwacji, Bośni i Hercegowinie, Syrii

Misja w Jugosławii była pierwszą o charakterze operacyjnym zagraniczną misją wojska polskiego.

Do 1992 roku wojsko polskie uczestniczyło w misjach jako jednostki logistyczne. Egipt, Syria, Liban, Kambodża – tam zadania żołnierzy koncentrowały się na sprawach logistycznych i inżynieryjnych. Na Bałkany wyjechały jednostki operacyjne. Co to oznaczało? Zadania żołnierzy były szersze. Konwojowali transporty, ochraniali instalacje i cywilów oddanych pod ich nadzór, kontrolowali drogi poprzez sieć posterunków i patrolowanie terenu, zabezpieczali spotkania przedstawicieli stron konfliktu. Wykonywali też to, czym zajmowałem się ja i mój pluton, czyli rozminowywali obszary podległe pod POLBATT (polski batalion piechoty).

W kwietniu 1993 roku zostałem dowódcą grupy rozminowania. W pobliżu Slunja, gdzie stacjonował sztab Polskiego Kontyngentu Wojskowego, umieszczono samodzielny pluton saperów podlegający bezpośrednio dowódcy kontyngentu. Na co dzień sprawami plutonu zajmował się szef sztabu. Pluton dzielił się na dwie grupy rozminowania i jedną drużynę elektryków. Głównym zadaniem elektryków było utrzymywanie przy życiu generatorów prądu PAD 2 i instalacji elektrycznej. Jeśli ktoś pamięta te generatory, to wie, że pracy przy nich nie brakowało. W sumie pluton liczył od dwudziestu dwóch do dwudziestu czterech żołnierzy. Ja zostałem dowódcą jednej z grup rozminowania. W takiej grupie było zwykle osiem, dziewięć osób: saperzy, kierowcy, lekarz i sanitariusz.


Pluton saperski

Źródło: Archiwum żołnierzy UNPROFOR-u

Do saperów chciało trafić wielu żołnierzy, bo nasz pluton już wówczas (1993 rok) wyrobił sobie markę. Cieszyliśmy się uznaniem dowództwa oraz pozostałych żołnierzy kontyngentu. Byliśmy zgranym zespołem, który wykonywał niebezpieczną, ale ciekawą robotę. Poza tym otrzymywaliśmy dodatek „saperski” (dziesięć dolarów za dzień rozminowania), który był motywujący oraz częściowo rekompensował towarzyszący nam stres. Niektórzy byli tak zdeterminowani, aby dostać się do plutonu, że kręcili, mówiąc o swoich umiejętnościach saperskich. Ale od razu się w tym połapaliśmy i wprowadziliśmy rozmowy kwalifikacyjne i testy. Dowódca zlecał mi rekrutację do plutonu, zawsze dodając: „Co do człowieka możesz się mylić, co do żołnierza…”. Jeśli więc ktoś twierdził, że zaliczył przeszkolenie saperskie w kraju, to pytałem, w której szkole, jak wyglądał budynek, kto był dowódcą. I na takich pytaniach się wykładali. To było też spowodowane bałaganem w papierach. Ośrodek misyjny w Kielcach przydzielał żołnierzy według swojego rozdzielnika etatów, a gdy ci trafiali do nas, okazywało się, że ten kielecki rozdzielnik ma niewiele wspólnego z naszymi potrzebami. Musieliśmy więc na nowo poprzydzielać ludzi. A do etatu, który mieliśmy na miejscu, był przypisany stopień i czasem bywało tak, że przyjeżdżał kapral, a myśmy mieli etat szeregowego – i trzeba było jakby degradować kaprala do szeregowego. Rozmaite to miało konsekwencje. Zależało od człowieka. Niektórzy byli na to wyczuleni. Inni nie przywiązywali do tego wagi. Z czasem atmosfera zaczęła się poprawiać. Żołnierze o różnym stażu służby byli zrównywani w hierarchii, podział na dziadków i kotów przestawał mieć znaczenie.

Po rozmowach i testach tym, których wybraliśmy do grup saperskich, przeprowadzaliśmy szkolenie i egzamin. Dopiero po zaliczeniu żołnierz mógł uczestniczyć w pracy na ścieżce.

Terenem naszego działania był obszar o około osiemdziesięciokilometrowym promieniu od sztabu. Okolica miała charakter wiejski, nie licząc Slunja – małego miasteczka, które sprawiało wrażenie wymarłego. Krajobrazy górskie i pagórkowate. Dużą część powierzchni stanowiły lasy. Przez obszar naszego działania biegła jedna droga główna na linii północ–południe z Karlovaca do Bihacia, która ze względu na zmieniającą się sytuację na froncie bywała drogą prawie graniczną albo dojazdową do granicy. Obecne jej oznaczenie to droga numer jeden. Ona była w jako takim stanie. Inne drogi lokalne były marnej jakości. Dziurawy, pokruszony asfalt lub drogi czysto szutrowe, gdzieniegdzie utwardzone kamieniami. Nikt nie zajmował się wtedy utrzymaniem dróg, więc ich stan się pogarszał, a pobocza zarastały trawą i krzakami. Od czasu do czasu miejscowi utwardzili w prowizoryczny sposób jakiś kawałek. Pomagaliśmy im wtedy w pozyskaniu surowca. Z powodu embarga nic tam nie było, żadnych materiałów budowlanych, więc nie mogli marzyć, by wyasfaltować sobie drogę na nowo. Ale w okolicy był kamieniołom. Serbowie potrzebowali grubszego kamienia do utwardzenia, my drobniejszego do worków na posterunki. Pół tony materiału wybuchowego potrafiło zejść jednego dnia w kamieniołomie, ale i oni, i my byliśmy zadowoleni.

 

Jednak poza doraźnymi i prowizorycznymi naprawami stan ogólny dróg był fatalny. Montaż ładunku wybuchowego w takiej nawierzchni jest łatwy: bez problemu w rozjeżdżonej drodze można wykopać dziurę, założyć minę i ją przysypać. Takie miejsce niczym nie różni się od całej reszty drogi. Jeśli ruch kołowy jest sporadyczny, a te rejony przez wiele tygodni i miesięcy bywały wymarłe, mina może leżeć latami. Pokryje ją trawa, śnieg; czasem nawet woda potrafiła przemieścić minę, jeśli były intensywne opady. Dla sapera takie miejsca oznaczają konieczność najwyższej koncentracji. Jugosłowiański przemysł zbrojeniowy na szeroką skalę produkował miny. Wydajność w tej branży odczuwają po dziś dzień mieszkańcy Chorwacji, Bośni i Hercegowiny, Serbii. Rozminowanie trwa nadal.

Samej broni też było mnóstwo wśród ludności cywilnej. Gdy podczas misji SFOR-u w Bośni w latach 2003–2004 przeprowadziliśmy zbiórkę, zgromadziliśmy setki ton. Stacjonowaliśmy wtedy w części muzułmańskiej. Operacja nazywała się „Active Harvest”, czyli aktywne żniwa, i odbywała się cyklicznie. Trzeba przyznać, że zbiory były nadspodziewanie udane. Ogłoszono wśród ludności cywilnej, że należy oddać posiadaną broń i że nikt nikogo nie będzie o nic pytał. Ludność była trochę nieufna, nie ma się co dziwić, przeżyli piekło. Przekazywali, ale czy wszystko? Chodziliśmy po domach i zabieraliśmy, co nam dawano. Najczęściej były to granaty i materiały wybuchowe. Ludzie trzymali różne uzbrojenie w domu, po dniu chodzenia robiły się z tego setki, a potem tysiące sztuk. Były oczywiście pistolety, karabiny i amunicja. Pamiętam, że pewnego dnia wraz z amerykańskimi saperami zniszczyliśmy rakiety ziemia–ziemia. Była to poważna operacja, ale dała nam możliwość doświadczenia czegoś wyjątkowego. Nie na co dzień polscy saperzy likwidowali taką broń. Niekiedy ludzie przynosili broń sami, bezpośrednio do nas, mówiąc, że znaleźli ją w lesie. Broń osobistą zawoziliśmy do huty w Zenicy, gdzie była przetapiana. Na amunicję mieliśmy w Doboju specjalne kotły. Wrzucało się naboje do środka i podgrzewało taki kocioł. Dekle kotła miały otwory, przez które uchodziła fala eksplozji, po tym jak pod wpływem temperatury wybuchały kolejne naboje. To dość widowiskowy pokaz światła i dźwięku. Całą resztę wywoziliśmy na specjalnie wyznaczone miejsce na pustkowiu i tam razem z żołnierzami amerykańskimi prowadziliśmy detonacje. Jednego dnia mieliśmy do wysadzenia ze dwie tony materiału wybuchowego. Dwie tony po jednym dniu zbiórki! To pokazuje, dlaczego ta wojna była tak krwawa. Ludność cywilna nie mogła czuć się bezpiecznie. W wojnie domowej dla wojska albo oddziałów partyzanckich wiek czy płeć wroga często nie mają znaczenia. A cywil musi zapewnić sobie ochronę sam.


Wnętrze bombowozu. Stalowa osłona chroni szoferkę, naczepa ciężarówki pokryta jest brezentem

Źródło: Archiwum żołnierzy UNPROFOR-u


Materiały wybuchowe i granaty zebrane wśród ludności cywilnej

Źródło: Archiwum żołnierzy SFOR-u


Miny wydobyte z bośniackiej ziemi

Źródło: Archiwum żołnierzy SFOR-u

Krajobraz rejonu wysadzania przygnębiał. Okolica kiedyś musiała być piękna. Lasy, góry, wąwóz. Teraz pojedyncze uschnięte drzewa i ziemia tak przeorana i wysuszona, jakby to był krater na obcej planecie. Później spychacz próbował wyrównywać teren, ale to wcale nie czyniło go bardziej przyjaznym.

Dzień zaczynał się odprawą w wydziale operacyjnym, apelem i omówieniem bieżących spraw. Sytuacja polityczna była dynamiczna i nastroje wśród ludności cywilnej się zmieniały, więc należało uczulić żołnierzy na nowe zagrożenia czy inne okoliczności. Powiadomić, skąd w nocy poszedł ogień albo co spotkało inne grupy wojsk ONZ-etu operujące w okolicy. Kiedyś na przykład dość ostro ostrzelano Francuzów. Dziwiliśmy się, bo ludność była ogólnie pozytywnie nastawiona do błękitnych hełmów. Nie wiedzieliśmy, skąd taka agresja. Potem się okazało, że któryś z francuskich polityków palnął, że należałoby zamknąć granice tego bałkańskiego kotła, by ludność się sama powyrzynała.

Po apelu obie grupy rozminowania rozjeżdżały się do swoich zadań. Mieliśmy honkery – muszę przyznać, że radziły sobie całkiem nieźle – i stara do przewozu min. Przede wszystkim zabezpieczaliśmy siły UNPROFOR-u poprzez sprawdzanie dróg i okolic planowanych posterunków. Nieraz na jeden krótki odcinek drogi jeździliśmy dzień w dzień przez tydzień, rozminowując go po kawałku. Dzienny urobek to było kilka, kilkanaście min. Łatwo sobie więc wyobrazić, ile tego było w całym kraju – i ile jeszcze jest. Czasem jeździliśmy na pojedyncze interwencje. Zadania sapera obejmują też działalność inżynieryjną, więc pomagaliśmy stawiać posterunki i budować bunkry. Nie każdy żołnierz wie, jak ułożyć worki zabezpieczające posterunek, jak sporządzić mieszankę do wypełnienia worka. Sam piasek nie wystarcza, trzeba w odpowiednich proporcjach wymieszać go z grubszym gresem.

Bywało, że nasza wiedza bardzo przyspieszała pracę nad budową posterunku. Przejeżdżaliśmy raz obok miejsca, w którym żołnierze budowali schron. Dwóch wojskowych kilofami kopało ziemię, starając się ją jakoś rozkruszyć. Teren kamienisty, a mieli dojść do 1,1 metra w dół. Kopaliby tak do rana. Zaproponowaliśmy, że ładunkiem wybuchowym pokruszymy im grunt, a luźną ziemię wykopią sobie łatwo łopatami. Dowódca spojrzał na nas zaskoczony, chyba się obawiał, że może się stać coś złego albo że to nielegalne. Wytłumaczyłem, że niewielka moc ładunku nie stworzy leja, tylko spulchni podłoże. Oczywiście poprosiliśmy sztab o zgodę na użycie ładunków wybuchowych, takie są procedury. Góra się zgodziła, założyliśmy ładunek (naboje wiertnicze 75 g), przeprowadziliśmy małą detonację. Ziemia została spulchniona, można było kopać łopatami. Takie zadania urozmaicały dzień, ale były też dramatyczne wydarzenia.

Działania wojenne przeszły tu wcześniej. Zostały puste domy, gdzieniegdzie całe wymarłe wioski. Walki trwały, ale daleko od nas. My słyszeliśmy jedynie krótkie wymiany ognia. Trudno było nawet powiedzieć, czy to jakiś incydent na granicy, czy ktoś strzela na wiwat. Wśród cywilów panowało napięcie. Oni wojny bali się nieustannie. I pewnego razu w ciągu kilku dni w naszą strefę działania dotarła ogromna, kilkunastotysięczna fala uchodźców z rejonu miasta Velika Kladuša. To teren niedaleko Slunja, ale już po stronie bośniackiej. Byli to Muzułmanie bośniaccy, którzy uciekali przed wojną. Pokojowo nastawieni, chcieli jedynie przeżyć. Miejscowej ludności już wcześniej było ciężko, zaopatrzenie działało słabo, rynek nie zaspokajał potrzeb, sklepy były puste. Oni tam żyli z dnia na dzień. I nagle zaczęli się pojawiać głodni i chorzy ludzie, i to tysiącami. Nie ma żadnej decyzji, co robić. Czy ich gdzieś przekierować, czy zawrócić, czy przyjąć? A jeść i spać trzeba. Zajęli więc budynki, które były puste. A przy takiej liczbie ludzi duża część zamieszkała w kurnikach, stodołach, w piwnicach. Zorganizowaliśmy racje żywnościowe z naszych zapasów i wodę, ale to mogło starczyć ledwie na zaspokojenie pierwszego głodu. Nasi lekarze zaczęli przyjmować pacjentów. A uchodźcy byli w nie najlepszym stanie. Kolejki do konsultacji medycznej liczyły setki osób. Lekarze nie dawali rady, ale nie odmawiali pomocy. Pamiętam, że gdy raz wezwaliśmy lekarza na wyjazd do rozminowania, przyszedł ledwo żywy i zaczął nam dziękować, że go zabieramy. Powiedział, że właśnie przyjął trzechsetnego pacjenta. Położył się na noszach w karetce i w jednej chwili zasnął. Po pięciu dniach opanowaniem kryzysu w miasteczku zajęły się ONZ i organizacje humanitarne.


Saper na służbie

Źródło: Archiwum żołnierzy UNPROFOR-u

Któregoś dnia, latem, dostaliśmy wezwanie od miejscowych. Mówili, że dwóch chłopców poszło kąpać się nad rzekę i jeden nastąpił na minę – leży na brzegu i umiera. Usłyszała o tym matka tego rannego i rzuciła się na ratunek. Informacja była taka, że właśnie biegnie do syna. Zebraliśmy się szybko i pojechaliśmy na miejsce. Dojechaliśmy spóźnieni. Kobieta, dobiegając do syna, też weszła na minę i nastąpiła eksplozja. Ledwo żywą dwójkę miejscowi zabrali do szpitala. Nam pozostało tylko zabezpieczyć teren. Znaleźliśmy stopę chłopaka.

Innym razem, jadąc na miejsce rozminowania, otrzymaliśmy informację o wypadku. Łączność w terenie górskim była utrudniona. Mieliśmy wtedy motorole. Wyjeżdżając z bazy, traciliśmy kontakt ze sztabem i po drodze należało szukać połączenia z najbliższym posterunkiem. A potem znowu kontakt się urywał i trzeba było przełączać się na następny. Gdy coś się działo, informacja przechodziła przez kilka punktów jak w głuchym telefonie. Tylko że to nie była zabawa.


Starszy chorąży sztabowy Dariusz Zuchowicz z kolegą na misji SFOR. Bombowóz marki Star

Źródło: Archiwum żołnierzy SFOR-u

Jadąc do zwykłych zadań, dostaliśmy komunikat o wypadku. Samochód najechał na minę, dwóch oficerów rannych. Polak i Duńczyk, obserwatorzy wojskowi. Posterunek informował, że polski major wyszedł o własnych siłach i dotarł w bezpieczne miejsce, skąd został zabrany. Pasażer, Duńczyk, żyje, ale nie może wyjść z samochodu. Dotarliśmy w pobliże miejsca zdarzenia. Było tam już kilku żołnierzy, w oddali, kilkadziesiąt metrów przed nami na drodze stał przekrzywiony dżip. Nikogo nie było obok samochodu. Posterunek podawał, że Duńczyk może być ciężko ranny, ale żywy, więc należało się spieszyć. Zdecydowałem, że trzeba iść, ale żołnierze ostrzegli, że droga może być zaminowana. Był też serbski major. Dogadaliśmy się, że idziemy razem. Ruszyliśmy. Widać było, że zna mniej więcej rozmieszczenie min. Ale podprowadził mnie do pewnego punktu, po czym stwierdził, że dalej nie pójdzie. Tu był już teren graniczny, bał się, że chorwacki snajper go zastrzeli. Odpowiedziałem, że weźmiemy flagę i podejdziemy spokojnie. Nawet jeśli po drugiej stronie był strzelec, to przecież widział, że ratujemy człowieka. On jednak nie chciał ryzykować. Wskazał tylko, jak szukać, jak się poruszać, ale już dalej nie poszedł. Miałem wykrywacz, więc przeszedłem żwirowy kawałek drogi. Potem droga zmieniła się w kamienistą. A tam, gdzie kamienie, prawdopodobieństwo natrafienia na minę jest mniejsze. Nabyliśmy już trochę doświadczenia i wiedzy, jeśli idzie o lokalne metody podkładania ładunków. Gołym okiem potrafiliśmy ocenić, czy pozycja kamienia na drodze była poruszona, czy leżał tam od lat. Ale trzeba było się spieszyć, więc delikatnie następując na kamienie, zbliżałem się do samochodu. Dżipem rzuciło tak, że stanął w poprzek drogi, a że teren był pochyły, a pobocza gęsto porośnięte, wyglądało to tak, jakby wóz zawiesił się na podwoziu. Drzwi od strony kierowcy były otwarte. Pod nimi dostrzegłem małą zieloną „pasztetkę”. Jugosłowiańska mina PMA-2. Charakterystyczna, wygląda jak puszka z pasztetem. To po prostu cud, że gdy kierowca wychodził oszołomiony po wybuchu z auta, nie nadepnął na nią. Podszedłem do Duńczyka i wtedy naszła mnie myśl, że przecież nie znam angielskiego. Pasażer siedział na swoim fotelu odchylony. Lekko nim potrząsnąłem, coś do niego powiedziałem. Nie reagował. Wróciłem po lekarza. Ten dopiero co przeżył wypadek, w którym zginęło dwóch polskich saperów i w którym sam odniósł rany. Widać było, że bał się iść. Tłumaczyłem, że już przeszedłem tę drogę, że wiem, jak bezpiecznie przejść, przekonywałem, że jeśli pójdzie za mną powoli i ostrożnie, to będzie bezpieczny. W końcu zaufał mi i ruszyliśmy. Dotarliśmy do rannego. Lekarz sprawdził jego stan i stwierdził zgon.

 

Zdecydowałem, że trzeba wyciągnąć ciało. Problem był taki, że samochód, zawieszony na podwoziu, kołysał się przy gwałtowniejszym ruchu kogoś w środku. Gdyby przeważył na jedną stronę, mógłby się stoczyć ze zbocza i zdetonować kolejne miny. Oficera duńskiego należało wyjąć delikatnie, by nie poruszyć za bardzo autem. Wybraliśmy najmniejszego i najlżejszego żołnierza, był nim sierżant Rybicki, i zabezpieczyliśmy go pasami. Zatem gdyby samochód poleciał po zboczu, zdążylibyśmy go wyciągnąć. Nikt nie był do końca przekonany, czy ta metoda zadziała, ale innej nie było. Daliśmy mu drugi pas, by nim przewiązał zmarłego. Wróciliśmy do auta. Leszek bardzo powoli wszedł do środka od strony kierowcy i odchylił fotel pasażera. Ciało oficera łagodnie ułożyło się na oparciu. Wtedy zauważyliśmy, że w jego czole tkwił duży kawałek blachy. Musiał zginąć na miejscu. Nogi miał rozszarpane. Mina najpewniej wybuchła pod jego stopami i to on przyjął główną falę. Była to mina przeciwpancerna TMM-1, rozpoznałem ją po fragmentach korpusu. Żołnierz oplótł zmarłego pasem i zaczęliśmy go powoli wyciągać. Gdy ciało było już na zewnątrz, opanowała mnie jakaś niemoc. Przypomniał mi się niedawny wypadek śmiertelny w naszym plutonie. Nie mogłem złapać za ciało i przenieść go na nosze. Szeregowy Nehring zrobił to za mnie.

Ciało należało przewieźć do Zagrzebia do szpitala. Było już grubo po południu, a przejście graniczne zamykali o godzinie szesnastej. Nie zdążylibyśmy dojechać. Ciało ugrzęzłoby na noc u nas, rodzina nie zostałaby poinformowana do następnego dnia. Ktoś wymyślił, by podać do Zagrzebia przez radio, że żołnierz jest ranny. Po rannego zawsze przysyłali śmigłowiec. Tak też się stało. Poczekaliśmy na śmigłowiec i pożegnaliśmy zmarłego.

Po tym wypadku przez długi czas nie dawało mi spokoju to, że nie znam angielskiego. Czułem się bezradny wtedy, gdy powinienem był działać, w sytuacji życia i śmierci. Potem w innych okolicznościach – i na służbie, i w życiu prywatnym – też zdarzały się sytuacje, gdy tego języka brakowało. Przeszkadzało mi to. Wreszcie się zawziąłem i zrobiłem kurs. A potem następny.


Wyjazd w rejon dotknięty wojną źle wpływał na psychikę niektórych żołnierzy. Szczególnie z pierwszej tury było dużo powrotów do kraju. Na miejscu nie było psychologa i by poradzić sobie z sytuacją, ten i ów popijał trochę za dużo. Przygotowani w Kielcach mieliśmy po przyjeździe do Slunja zadbać o dyscyplinę, ale jednocześnie zatroszczyć się o dobrą atmosferę. Mieliśmy w plutonie jednego żołnierza, który za często pił. Próbowaliśmy pomóc. Upominaliśmy, dyscyplinowaliśmy, na próżno. Pewnego dnia przyszedł do mnie, do pokoju w campie.

Zaczął wrzeszczeć, że nie da sobą pomiatać, że jest kapralem, że należy mu się szacunek. Był bardzo zdenerwowany. I gdy tak mi wygarniał, do pokoju wszedł drugi chorąży. To trochę kaprala zbiło z tropu. Chorąży po chwili go uspokoił. Żołnierzem zajął się lekarz. Było jasne, że najlepszym wyjściem będzie odesłanie go do domu. Ale taka procedura zajmowała trochę czasu.

Kilka dni potem kapral znowu popił, tym razem z kolegą, i razem wpadli na pomysł, by skrócić sobie służbę w sposób nieoficjalny. Ukradli stara i ruszyli w stronę linii frontu serbsko-chorwackiego. Zostawili list, w którym informowali, że jadą do Włoch. Nie było ich już jakiś czas, gdy zauważyliśmy brak stara i ten list. Dowództwo wydało rozkaz – ścigać i zatrzymać za wszelką cenę, ale tak, by nie zrobić krzywdy cywilom czy innym żołnierzom. Szybka odprawa: jaką drogą mogli jechać? Były dwie, więc podzieliliśmy się na dwa zespoły. Żandarmeria obrała jeden kierunek, moja grupa drugi. Zapakowaliśmy się do honkerów i ruszyliśmy. Martwiło mnie to, że dwóch pijanych wariatów pruje starem przez wioski po fatalnych drogach. A ten star to był oznaczony bombowóz. Z paką na miny i z kogutem na dachu. Jechaliśmy naszą drogą, zaczynało już zmierzchać. Po jakimś czasie wreszcie ich zobaczyliśmy. Mieli włączonego koguta i migające światła, gazowali po drodze, na ile star pozwolił. W nas się zagotowało na ten widok. Dojechaliśmy na niewielką odległość, musieli już nas widzieć, migaliśmy światłami, ale oni nie zwalniali. Jakaś kobieta szła poboczem. Mnie się zrobiło gorąco. Ledwo ją ominęli. Starem zarzuciło, ale udało im się wyjść na prostą i dalej uciekali. Na drodze było pusto, pozwoliłem na oddanie strzałów. Chorąży Pernal wycelował z pistoletu, oddał kilka strzałów w opony. Wyraźnie widzieliśmy, jak pociski odbijają się od opon ciężarówki. To był dziewięciomilimetrowy P-64. Strzały nie poskutkowały, dezerterzy nic sobie z nich nie robili. Próbowaliśmy ich wyminąć, ale droga była wąska, a kierowca stara tak manewrował, by zastawić przejazd. Zbliżaliśmy się już do granicy. Pierwszy był checkpoint Serbów. Ci widząc, że oznaczony bombowóz pruje z włączonym kogutem i miga światłami, w pośpiechu rozsunęli na drodze kozły i pozwolili przejechać. Pewnie myśleli, że to wyjazd na jakieś pilne rozminowanie. My przejechaliśmy za starem. Za chwilę był checkpoint chorwacki. Tam stały ciężkie betonowe kozły, które można było ominąć tylko slalomem. Nawet nie zwolnili i star na pełnej prędkości rozpoczął manewrowanie. Pierwszego kozła minęli, weszli w zakręt i już nie zmieścili się, by przejechać obok drugiego. Wyrzuciło ich na pobocze, ciężarówka wylądowała w krzakach. Wyskoczyliśmy z auta i dopadliśmy do stara. Tamci, przerażeni, zatrzasnęli drzwi od środka. Zaczęliśmy walić w okna i drzwi, wygrażać. Musieli widzieć naszą determinację, bo po chwili jeden z nich sam otworzył. Chłopacy wywlekli obu, rzucili na ziemię i zakuli w kajdanki, tak że tamci zaczęli płakać. Wrzuciliśmy ich na pakę honkera i wracaliśmy do sztabu już uspokojeni. I tylko ten płacz cały czas dobiegał z tyłu.


Bombowóz marki Star i śmigłowiec Sikorsky S-92

Źródło: Archiwum żołnierzy UNPROFOR-u

Gdy ścigaliśmy uciekinierów, myślałem, że żołnierze ich rozszarpią, tak byli na nich wkurzeni. Sam też byłem porządnie wnerwiony. W takich sytuacjach żołnierz podświadomie czuje, że reprezentuje coś więcej niż tylko siebie. Oczywiście nie jest tak, że podczas codziennej służby rozmyśla się o ojczyźnie czy wartości munduru. Ale wtedy, kiedy trzeba, żołnierz czuje, że jest częścią czegoś większego i ważniejszego. Że bierze na siebie kawałek odpowiedzialności za coś istotnego. Że w jakimś sensie zhańbienie munduru przez jednego szaleńca jest też sprawą jego towarzyszy broni. Trzeba tu wspomnieć o czymś jeszcze, szczególnie młodym ludziom, którzy rozważają wstąpienie do armii. Wojsko opiera się nie tylko na hierarchii i poczuciu obowiązku, ale również na koleżeństwie. Żołnierz jest gotowy zrobić dla kolegi prawie wszystko. Pomaga w rozwiązaniu problemów. Ale gdy staje się jasne, że dla kogoś nie liczy się nic poza nim samym, nie szanuje munduru ani towarzyszy broni, to z koleżeństwa się wypisuje. Dla takich ludzi nie ma miejsca w armii. Misja to też sprawa polityczna, kwestia wizerunku państwa na arenie międzynarodowej. Żandarmeria wzięła się ostro do kontroli, jeździli z alkomatem, pojawiali się niezapowiedziani. W sumie w UNPROFOR-ze zaliczyłem trzy tury – i postęp w dyscyplinie był widoczny. Żołnierze zaczęli się sami pilnować, spożycie alkoholu znacznie się zmniejszyło.

Pożegnanie z alkoholem to był jeden z warunków modernizacji wojska. Pod tym względem Jugosławia bardzo się armii przysłużyła. Uwidoczniła problem, zawstydziła też w jakimś sensie sztab i tym samym zdeterminowała wszystkich do walki z patologią. To była sprawa honoru i wizerunku wojska polskiego. Myśmy tam nie byli sami. Kontakty z żołnierzami innych państw były częste. Godne reprezentowanie kraju to jeden z obowiązków żołnierza. Wtedy zaczął się również zmieniać styl zarządzania zasobami ludzkimi. Dotychczas często było tak, że żołnierz bał się przełożonego. To się przenosiło na niższe szczeble i kończyło tym, że kapral pomiatał szeregowcem. W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych do dowództwa zaczęło wchodzić nowe pokolenie oficerów, którzy przeszli kursy na Zachodzie. Trafiłem na wspaniałych ludzi. Dowódcą kontyngentu był pułkownik Jan Kempara, jego zastępcą pułkownik Zdzisław Goral, a szefem sztabu pułkownik Dobrowolski. Kempara był po kursie rangersów w USA. To chyba był w ogóle pierwszy polski oficer po przeszkoleniu na Zachodzie. Od razu rzucał się w oczy: inny styl, inna mentalność. Szacunku nie budował krzykiem, ale fachowością, pewnością siebie, kulturą. I dzięki temu od razu zyskiwał poważanie u żołnierzy. Wiedział, jak pochwalić i jak zganić. Przy takim przełożonym ludzie chcą się uczyć, współpracować, jest zaufanie. Przenosi się to na oficerów niższego szczebla, na dowódców plutonu. Ludzie się szanują, respektując hierarchię.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?