AfganistanTekst

Z serii: Linie Frontu
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kluczowy dla przyszłości państwa i regionu był rok 1893, gdy ustalono przebieg granicy między brytyjskimi Indiami a Afganistanem. Linia Duranda (od nazwiska sekretarza rządu Indii Brytyjskich Mortimera Duranda), choć biegła głównie linią rzek i pasm górskich, rozdzieliła społeczność Pasztunów – część z nich żyła odtąd na terenie Afganistanu, część na terenie Pakistanu.

Afganistan uzyskał pełną niepodległość w 1919 roku (do tego czasu to Brytyjczycy reprezentowali kraj na arenie między­narodowej). Ustanowiono królestwo Afganistanu, a system monarchiczny, wstrząsany zamachami i wojnami między­plemiennymi, wytrwał do 1973 roku. Wtedy to doszło do zamachu stanu i proklamowania republiki. Zimnowojenna logika zdarzeń nakazywała zainteresować się Afganistanem obu światowym mocarstwom: USA i ZSRR. Mimo pewnego zbliżenia ze Stanami Zjednoczonymi, lata siedemdziesiąte skończyły się kolejnym zamachem stanu, w wyniku którego władzę przejął lewicowo nastawiony Nur Mohammad Taraki. Jego rządy nie spotykały się z sympatią społeczeństwa przywiązanego do tradycyjnych wartości, dochodziło do zamieszek. Tarakiego zastąpił nieco bardziej umiarkowany Hafizullah Amin, jednak jego polityka zaczęła wzbudzać podejrzliwość Moskwy. Wtedy Leonid Breżniew i Jurij Andropow (ówczesny szef KGB) podjęli jedną z najgłupszych politycznych decyzji w dziejach Rosji. Na zgubę Związku Radzieckiego postanowili obalić Amina i wprowadzić do Afganistanu swoje wojska.

Wprowadzenie 40 Armii do Afganistanu poprzedziła operacja „Sztorm-333”. Radzieccy komandosi, głównie Tadżycy, Turkmeni i Uzbecy, przebrani w afgańskie mundury, mieli wedrzeć się do pałacu prezydenckiego w Kabulu i zabić Amina. Plan akcji oparto na świetnym rozpoznaniu – komandosi znali rozkład pomieszczeń pałacu łącznie z kierunkiem otwierania się drzwi do poszczególnych pokoi. Operacja ruszyła wieczorem 27 grudnia 1979 roku i zakończyła się sukcesem, jeśli chodzi o zakładany cel – po niespełna godzinie walk prezydent Afganistanu został zabity, do końca nie zdając sobie sprawy, że zamachowców przysłała Moskwa. Sama akcja jest dziś jednak przestrogą w szkoleniu oddziałów specjalnych. Komandosi radzieccy ponieśli duże straty, podaje się nawet liczbę dwudziestu dwóch zabitych, z których większość zginęła z broni własnych kolegów. Przebranie w afgańskie mundury sprawiło, że zaczęli strzelać do samych siebie. Dowodzący operacją pułkownik Grigorij Bojarinow także zginął od kuli własnych żołnierzy.

Przywódcą Afganistanu został zaufany człowiek Moskwy Babrak Karmal. I choć oficjalny rząd z Kabulu nie toczył walki przeciwko najeźdźcy, to jednak okres 1979–1989 można śmiało nazywać czasem wojny radziecko-afgańskiej. Lokalni przywódcy wypowiedzieli wojnę okupantowi i jego sprzymierzeńcom w stolicy i utworzyli oddziały partyzantów. Skłócone plemiona często stawały razem do walki z żołnierzami Armii Radzieckiej. Mudżahedini, wspierani przez USA i Pakistan, rośli w siłę, a momentem przełomowym okazał się rok 1986, w którym to CIA rozpoczęła zaopatrywanie afgańskich bojowników w wyrzutnie rakietowe typu Stinger. Dominacja Rosjan w powietrzu została zagrożona. Mimo przewagi technicznej zaczęli ponosić dotkliwe straty również na ziemi.

Historia tego konfliktu jest doskonałym materiałem szkoleniowym dla wojska biorącego udział w wojnie partyzanckiej. Świetnie pisze o tym Artur Zielichowski, analizując losy Armii Radzieckiej w Afganistanie w tomie Afganistan 2014 – rok zwycięstwa czy rok porażki? Doświadczenia dla przyszłości. Lekcja, którą odebrało wojsko radzieckie, nie została do końca odrobiona przez dowództwo NATO. Powielono wiele błędów, które popełnili wcześniej żołnierze z ZSRR.

Armia Radziecka przed wojną afgańską podczas szkoleń kładła nacisk na obronę własnych granic. Zakładano, że kolejny konflikt, w którym przyjdzie wziąć udział radzieckiemu żołnierzowi, będzie miał podobny charakter do tego z czasów II wojny światowej, gdzie przeciwnik był znany, a linie frontów dość precyzyjnie określone. Podobnie szkolono żołnierzy sił NATO. Wykształcone nawyki miały się sprawdzić na polu działań konwencjonalnych, tymczasem w Afganistanie potężne armie stanęły przed rozproszonym, prawie niewidzialnym przeciwnikiem, prowadzącym wojnę partyzancką. Stąd podobna liczba strat w przypadku Armii Radzieckiej i NATO oraz zbliżony schemat działań. Początek operacji przejęcia władzy nad państwem przebiegł szybko i bez dużych strat własnych. Wraz z upływem czasu, który partyzanci wykorzystali na poznanie zwyczajów obcych wojsk, straty zaczęły jednak rosnąć.

Armia Radziecka i wojska NATO doświadczyły też podobnych problemów ze sprzętem. Ten również był projektowany głównie z myślą o działaniach konwencjonalnych i na początku okazywał się mało przydatny w walce partyzanckiej (czołgi i ciężkie wozy opancerzone, działka przeciwlotnicze). Dopiero kolejne modyfikacje i generacje dostosowywały go do warunków afgańskich.

Stałym problemem, na który natykali się i Brytyjczycy, i Rosjanie, i żołnierze NATO, były warunki geograficzne i infrastruktura (góry, marne drogi, liche mosty), jak również dziurawa granica z Pakistanem. Armia Radziecka nie mog­ła sobie pozwolić na wkroczenie w głąb sąsiedniego państwa. Nieco inaczej wyglądała sprawa podczas interwencji NATO. Wojska wielokrotnie przekraczały granicę, jednak nie czyniły tego dużymi oddziałami, tylko małymi drużynami sił specjalnych, którym powierzano zadanie szybkiego uderzenia i wycofania się.

Początek działań w Afganistanie dla żołnierzy radzieckich oraz wojsk zachodnich na początku XXI wieku to czas nauki i dostosowania się do warunków nowego rodzaju konfliktu zbrojnego. Nic w procesie nauki nie zastąpi doświadczenia, a to musiało przyjść z czasem.

*

IX zmiana wojsk polskich jechała do Afganistanu w kwietniu 2011 roku już ze sprzętem dostosowanym do panujących tam warunków i po szkoleniu, które miało dać żołnierzom umiejętności w walce z partyzantem i terrorystą.

Gdy wybieraliśmy się do Iraku w 2004 roku, szkolenie trwało trzy miesiące. Nie było czasu na zgranie drużyn, na przećwiczenie procedur współpracy oddziału ze śmigłowcami, z ewakuacją medyczną (MEDEVAC – Medical Evacuation) kołową czy powietrzną. Strzelanie żołnierze trenowali wtedy na strzelnicy, oddając strzały głównie w pozycji leżącej – a nie jest to pozycja, w której walczy się z partyzantami na ulicach miast czy między wiejskimi chatami.

Po kilku zmianach w Iraku i Afganistanie armia polska nabrała wprawy i te doświadczenia znalazły wyraz w szkoleniu żołnierzy misyjnych. Szkolenie przed wyjazdem na IX zmianę trwało ponad rok. Dysponowaliśmy już potężnym zasobem informacji wyniesionym z poprzednich misji i na bieżąco uzupełnianym przez aktualnie stacjonujące w Azji wojska. To już nie czas kwartalnego obiegu dokumentów – mieliśmy dostęp do internetu, baza danych aktualizowana była praktycznie codziennie. Posterunki w Afganistanie i Iraku non stop informowały, co się dzieje na teatrze działań, jaka jest ich sytuacja, co jest nie tak, nad czym trzeba popracować, czego się spodziewać. Tymi informacjami, które spływały mailami lub niejawnym kanałem, żyli dowódcy przygotowujący się do misji.


Rosomak ozdobiony krajowym szalikiem

Do wyjazdu delegowano całe struktury etatowe – w rejon walk wysłano pododdział jednej brygady, nie było więc tak jak na pierwszych misjach, gdy tworzyło się specjalne etaty z żołnierzy zebranych z różnych brygad, z różnych części kraju. Tym razem żołnierze się znali, byli zgrani, wiedzieli, czego mogą się spodziewać po kolegach.

A dzięki temu, że żołnierze i dowódcy wiedzieli z ponadrocznym wyprzedzeniem, gdzie i po co jadą, była możliwość nie tylko lepszego zapoznania się z tym, co ich czeka na misji, ale również wejścia w misję w rytmie już właściwie bojowym.

Dowódcy na długo przed wylotem wizytowali nie tylko swoje przyszłe bazy, ale i inne, ucząc się, jak są prowadzone. I tak wizytując na przykład bazy niemieckie w północnym Afganistanie, musiałem potwierdzić stereotypową opinię o tym, że jeśli chodzi o umiejętność utrzymania porządku i higieny, Niemcy są niezrównani. Ale wizyty te nie kończyły się na oględzinach kuchni i miejsc noclegowych. Dowódcy jeździli na patrole ze stacjonującymi tam oddziałami, robili rekonesans terenu, na którym mieli służyć przez sześć miesięcy, zapoznawali się z charakterem relacji bazy z ludnością miejscową, zbierali informacje o warunkach pogodowych, o tym, co każdy żołnierz oprócz standardowego ekwipunku powinien ze sobą zabrać.

Instruktaż w Polsce organizowaliśmy przede wszystkim własnymi zasobami – zebrane przez lata doświadczenia pozwalały już obejść się bez Amerykanów. Oni prowadzili tylko część szkoleń saperskich. Dysponowaliśmy sprzętem, który mieliśmy wykorzystywać w Afganistanie, wprowadzaliśmy też takie procedury, jakbyśmy byli już na miejscu. Poligon działał jak baza: posterunki na wieżach pracowały dwadzieścia cztery godziny na dobę, zamówienia zaopatrzenia składane były tak jak na misji, po poligonie, w kuchni, sypialni, do toalety chodziło się non stop z bronią. Zdarzały się przypadki pozostawienia broni na stole czy pod łóżkiem – to najczęściej robili nowi, bez wcześniejszych doświadczeń misyjnych.

2011 rok to już czas armii w pełni zawodowej. Wśród nas nie było rekrutów z zaciągu powszechnego, tylko sami profesjonalni żołnierze, dla których armia jest zakładem pracy. Na misję jechali głównie weterani poprzednich misji, zaprawieni w boju żołnierze i niewielki odsetek nowych. Wszyscy wiedzieliśmy, że udajemy się w teren ogarnięty wojną. Nikt już nie mówił o misji stabilizacyjnej, o policyjnym charakterze wyjazdu. Talibowie nie składali broni, co więcej, stawali się coraz aktywniejsi.

Dlatego szkolenie miało charakter głównie wojenny. Ćwiczenia były symulacjami akcji, do których codziennie dochodzi w Afganistanie. Kładliśmy nacisk na strzelanie indywidualne, wszak to podstawowa umiejętność żołnierza, ale do tego mieliśmy zajęcia ze strzelania całą drużyną, działania ze śmigłowcem, z medevakiem. Dużo czasu poświęcaliśmy na strzelanie dookrężne – wyjeżdżaliśmy na środek poligonu i każdy członek drużyny strzelał w innym kierunku, osłaniając resztę. Chodziło tu o wyrobienie nawyku niewychodzenia przed kolegę, tylko przemieszczania się za jego plecami. Ćwiczyliśmy najazd pojazdu na ładunek wybuchowy, ewakuację rannych, pościgi za przeciwnikiem. Uczyliśmy się wykorzystywać transportery opancerzone Rosomaki i ich wyposażenie. Trenowaliśmy też wejście oddziału w teren zabudowany. Ten wielomiesięczny cykl szkoleń przerywały wyjazdy na badania, szczepienia i krótkie spotkania z rodziną.

 

Żołnierze na zajęciach byli obserwowani i czasem dowódca musiał podjąć decyzję o cofnięciu rozkazu wyjazdu któremuś z chłopaków. To bolesne, ale jeśli ktoś nieco odstawał, to te braki na misji mogłyby doprowadzić do tragedii. A nasza 17 Wielkopolska Brygada Zmechanizowana z Międzyrzecza do 2011 roku odbyła kilka misji w Afganistanie i Iraku i z każdej wracała w komplecie. Podtrzymanie tej passy to priorytet każdego wyjazdu.

Oprócz szkoleń bojowych mieliśmy sporo zajęć teoretycznych z kulturoznawcami. Były spotkania poświęcone relacjom wojska z rdzenną ludnością; na miejscu za te relacje odpowiadali żołnierze z CIMIC (Civil-Military Co-operation) – komórki do spraw współpracy cywilno-wojskowej. Ale były też wykłady z historii i religioznawstwa oraz zajęcia językowe. Każdy żołnierz otrzymał Vademecum żołnierza. Afganistan – książeczkę, w której znalazły się niezbędne informacje o życiu w Afganistanie podane w przystępnej formie. Oprócz tego w naszej brygadzie sporządziliśmy listę lektur do przeczytania przed wyjazdem. Podstawową była Modlitwa o deszcz Wojciecha Jagielskiego, czytaliśmy też Prochy świętych Radka Sikorskiego i dla przestrogi przed tym, co może nas czekać po przyjeździe, Cynkowych chłopców Swietłany Aleksijewicz. Dla bliższego poznania Afganistanu od strony turystycznej dołożyliśmy Podróż do Afganistanu Rogera Willemsena. Jednak największe wrażenia zrobiły książki poświęcone losom kobiet: Kamień cierpliwości Atiqa Rahimiego czy Zdławiony krzyk Any Tortajady.

Oczywiście nikt nie wymagał od żołnierzy, by zaliczyli tę listę lektur w całości, i nie będę udawać, że wszyscy jadący na misję byli obeznanymi w tradycjach pasztuńskich znawcami, jednak z bliższych rozmów wynikało, że wielu żołnierzy sięgało po książki przed wyjazdem. Armia się profesjonalizuje na wielu poziomach i chce mieć dobrze wyszkolonych i wykształconych żołnierzy, a ci, którzy do niej trafiają, rozwijają się, bo wiedzą, że od tego zależy ich kariera i wysokość zarobków. I takich żołnierzy potrzebujemy najbardziej – nie maszyn do zabijania, ale myślących profesjonalistów. A rozumienie kultury miejsca, do którego się jedzie na misję, jest oznaką rzetelnego podejścia do obowiązków. Ponadto podczas misji ważne są dobre stosunki z rdzenną ludnością – wcześniejsze poznanie ich zwyczajów, kilku zwrotów grzecznościowych pozwala na lepszą współpracę. Z kolei nieznajomość zwyczajów w kraju, gdzie prawem jest zbiór honorowych reguł, może doprowadzić do nie tyle niezręcznych, ile wręcz niebezpiecznych sytuacji.

Mieliśmy zajęcia z prawa wojennego, poznaliśmy nasze rules of engagement – zasady funkcjonowania na miejscu i przede wszystkim normy postępowania z wrogiem. Reguła podstawowa – nie strzelamy pierwsi.

Wojsko dysponowało też własnymi materiałami o historii i sytuacji bieżącej Afganistanu, o zwyczajach, kulturze. Dostaliśmy je na płytach, przyjeżdżali instruktorzy z prezentacjami. Otrzymaliśmy obszerne opracowania dotyczące portretu socjologicznego Afgańczyka, uwarunkowań religijnych i etnicznych obszarów, do których się wybieraliśmy. Doświadczeniami podzielili się ukraińscy oficerowie, weterani wojny w Afganistanie z lat osiemdziesiątych, służący wtedy w Armii Radzieckiej. Widać było, że to dla nich trudny temat. Podpytywani podczas wspólnych szkoleń nie za bardzo chcieli opowiadać, dopiero w trakcie nieformalnych wieczornych spotkań trochę bardziej się otwierali. Nikt się temu nie dziwił. Armia Radziecka straciła w Afganistanie prawie piętnaście tysięcy żołnierzy. Wyjeżdżającym wmawiano, że jadą budować fontanny i sadzić drzewa w parkach, a miejscowi czekają na nich z otwartymi ramionami. Wracający – pokonani i zdruzgotani przeżyciami – zostali pozostawieni samym sobie.

Z żołnierzami oglądaliśmy też filmy fabularne zahaczające o Afganistan, z rosyjską 9 kompanią na czele. Próbowaliśmy także czytać Koran, ale to trudna lektura. I podobnie jak Biblia wymagająca głębokiej refleksji, a nie dosłownego przyjęcia każdego słowa.

Oglądaliśmy filmiki z Afganistanu, Czeczenii, Gruzji kręcone przez talibów, Czeczenów, Rosjan, Gruzinów – były drastyczne, ale miały przygotować każdego żołnierza na to, co może zastać na wojnie. Żołnierz wyjeżdżający do Afganistanu musiał wiedzieć, że udaje się w miejsce surowych i brutalnych reguł.

I może dzięki takiemu kompleksowemu przygotowaniu, a na pewno dzięki długoletnim pobytom polskiej armii w Afganistanie i Iraku, można postawić tezę, że żołnierze to grupa lepiej znająca problemy ludności Bliskiego Wschodu niż większość naszego społeczeństwa. Osobiste doświadczenie pomaga zrozumieć, że muzułmanie w większości oczekują od życia tego, czego wszyscy inni mieszkańcy tej planety – spokoju. Jako żołnierze widzieliśmy na własne oczy źródła problemów, które rozlewają się teraz na inne kontynenty – biedę i zacofanie, brak perspektyw. Przeciętny człowiek Zachodu nigdy nie był w środku afgańskiej kalaty. Nie potrafi sobie wyobrazić, co oznacza życie w glinianej chatce bez szyb w oknach, bez elektryczności, na klepisku, w ciągłym strachu przed partyzantami. Stąd wielu żołnierzy wie, że tym ludziom w zdecydowanej większości nie chodzi o żaden dżihad przeciwko Zachodowi, tylko o takie proste rzeczy jak bezpieczeństwo, dostęp do czystej wody czy opieki medycznej.

Ale widzieliśmy też na własne oczy, jak kultywowane przez wieki zwyczaje przekładają się na codzienne zachowania. Jak nieszanowane są kobiety i dziewczynki. To przynosiło smutną refleksję, że nawet jeśli w kolejnych latach uda się wybierać władze Afganistanu w sposób demokratyczny, demokracji w życiu codziennym w stylu zachodnim, opartej na prawach człowieka, długo się tam nie zaszczepi.

*

Do Afganistanu jechaliśmy z wyposażeniem, którego nie musieliśmy się już wstydzić. Mieliśmy nowe, wygodne mundury, dużo lepsze niż jeszcze kilka lat wcześniej buty, i to nie jeden model na całą armię, ale kilka, spośród których żołnierz mógł wybrać najwygodniejsze dla siebie; do tego lekkie hełmy kompozytowe i kamizelki z przydatnymi kieszeniami i paskami na rzepach, które służą do mocowania drobnych sprzętów. Mieliśmy świetne celowniki do broni w technologii HWS – holograficzne, doskonale sprawdzające się za dnia i w nocy. Dostaliśmy dobre okulary przeciw­słoneczne firmy Uvex. Do tego wyposażono nas w noktowizory MU-3AD, które mocuje się przy hełmie. Zazdrościli ich nam nawet Amerykanie. U nas były na wyposażeniu standardowym, u nich nie każdemu je przydzielano. Noktowizory okazały się szczególnie ważnym elementem wyposażenia, bo służba trwała dwadzieścia cztery godziny na dobę, a talibscy rebelianci lepiej znali teren. Noktowizory ich przewagę nocą nieco niwelowały.

Rosomaki, które jechały z nami, to świetne pojazdy. Modernizacja, jakiej dokonano w tych wozach, jest zdumiewająca. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że pojawiały się głosy, że trzeba się z nimi po prostu pożegnać. Te, które dotarły do Afganistanu, miały bardzo dobry pancerz, armatę 30 mm, kamery, by lepiej z wewnątrz obserwować okolicę, także kamery termowizyjne do pracy w nocy. Rozbudowano w rosomakach systemy łączności i elektroniczne systemy ochrony, jak Symfonia i Orkiestra. Systemy te zakłócają sygnały łączności telefonicznej wokół wozu po to, by rebelianci obserwujący z daleka drogę nie mogli odpalić przez telefon komórkowy ładunku wybuchowego w momencie, w którym przejeżdża obok niego pojazd. W środku rosomak zrobił się wygodny i pojemny – jest miejsce dla żołnierzy, sprzętu, amunicji. Obecnie rosomaki mają też wielosensorowy system rozpoznania i dozorowania. Na maszcie umieszczonym na pojeździe zamontowane są kamery, anteny, detektory ruchu, dalmierz laserowy. Maszt pozwala żołnierzom mieć oczy dookoła głowy i widzieć na cztery, pięć kilometrów do przodu. Takie rosomaki współpracują też z bezzałogowym statkiem powietrznym, który jest częścią systemu – dzięki temu zdolności widzenia rozszerzają się do dziesięciu kilometrów.

Już w Afganistanie dostaliśmy od Amerykanów pojazdy z kategorii MRAP (Mine Resistant Ambush Protected). To transportery opancerzone, których konstrukcja chroni przed zasadzkami – silnym ostrzałem i minami. Są wysokie, mają duży prześwit, mocny pancerz i łódkową konstrukcję podwozia – dzięki temu wybuch ładunku, na który pojazd najedzie, rozchodzi się po jego bokach. Nie są to wozy tak zwinne jak rosomaki, ale mają inne zalety. W konwoju patrolowym mrap zwykle jedzie pierwszy, za nim reszta. Jeśli mrap natknie się na minę, jego konstrukcja powinna osłonić załogę podczas wybuchu, a zwinny rosomak w takim momencie na przykład szybko zabezpieczy dojście do rannych w mrapie i poprowadzi ogień w celu osłony konwoju.

Na wyposażeniu osobistym żołnierza był też karabinek automatyczny 5,56 mm Beryl. Żołnierze otrzymali też przed wyjazdem dodatek finansowy na indywidualne doposażenie, które z braku dobrej oferty krajowej realizuje się głównie w PX – amerykańskich sklepach ciągnących się za US Army po całym świecie. Można w nich kupić wszystko: od długopisu po meble i czołg. Dla żołnierza najważniejszy jest oczywiście drobny asortyment militarny. Produkty tam sprzedawane są tańsze niż w innych sklepach i pochodzą z najwyższej półki. Żołnierz, jak każdy chłopiec, lubi gadżety i rzeczywiście część zakupów można w takich kategoriach potraktować. Jednak jest tam też mnóstwo potrzebnych rzeczy, których nie ma w standardowym wyposażeniu żołnierza lub które żołnierz już posiada, ale model dostarczony przez armię z jakichś przyczyn mu nie odpowiada: nie pasuje, uwiera, jest za duży, za mały, nieporęczny, jest dla praworęcznych i tak dalej. Kupujemy tam więc takie rzeczy jak buty, okulary, latarki, noże – przydatne drobiazgi.

Jeśli porównać to wyposażenie do uzbrojenia partyzanta, wniosek z takiego zestawienia może być jeden – przewaga techniczna (i w wyszkoleniu) była po naszej stronie miażdżąca. Gdy dodać do tego wyposażenie baz zastane po przylocie do Afganistanu, można by uznać, że wojna powinna trwać nie lata, lecz kilka tygodni. Trwa jednak do dzisiaj. Czy to oznacza, że wojsko źle przeprowadziło swoją misję?

By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba chyba wrócić do problemu podstawowego, który rodzi wszelkie inne problemy w Afganistanie – braku sprawnie działających struktur państwowych. Choćby nie wiadomo ilu rebeliantów żołnierze zachodniej koalicji zatrzymali lub zabili, grupy zbrojne będą działały nadal, jeśli będą czuły, że rząd w Kabulu to nie jest ich rząd albo że jest za słaby, by wymóc na nich podległość.

*

Wkrótce po naszym przyjeździe do Afganistanu świat obiegła wiadomość o zabiciu Osamy bin Ladena. Amerykański oddział specjalny Navy SEALs przeprowadził błyskawiczną akcję w jego kryjówce w Pakistanie. Okazało się, że lider Al-Kaidy żył spokojnie od lat w dużym chronionym domu kilkadziesiąt kilometrów od Islamabadu. ISI i tym samym pakistański rząd musieli o tym wiedzieć. Stosunki Stanów Zjednoczony z Pakistanem kolejny raz się załamały. Choć Osama bin Laden nie miał już znacznego wpływu na religijnych bojowników, to jednak wiadomość wreszcie mogła się wydawać symbolicznym przełomem w walce z religijnym szaleństwem. Niestety nic takiego nie nastąpiło. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jedziemy w niebezpieczny rejon, w którym prowadzone są działania wojenne. Wcześniejsza – VIII zmiana polskiego kontyngentu – straciła trzech żołnierzy. Jeszcze wcześniejsza aż sześciu. Talibowie działają praktycznie w całym Afganistanie, ale najsilniejsi są na południu, w Kandaharze i wzdłuż drogi głównej. A właśnie wzdłuż tej drogi zlokalizowano polskie bazy. Na południu i wschodzie talibowie czują się najpewniej ze względu na bliskość granicy pakistańskiej. Łatwo się schronić w sąsiednim państwie. Już kilka dni po zabiciu Osamy bin Ladena talibowie rozpoczęli dużą regularną ofensywę – próbowali zdobyć Kandahar. Miasto zostało obronione, ale sam fakt, że religijni szaleńcy, których tak łatwo rozbito prawie dekadę temu, są teraz zdolni do zorganizowania szturmu na duży ośrodek miejski, pokazywał, że odzyskali siły i byli zdeterminowani, by wrócić do władzy.

 

Tymczasem kolejne kraje, widząc, że zwiększenie sił amerykańskich nie poprawiło sytuacji, deklarowały chęć ­wyjścia z Afganistanu. W Polsce też coraz głośniej mówiło się o końcu naszej misji i wycofaniu żołnierzy. Wojna zmęczyła już wszystkich. Trwała już prawie dziesięć lat, nie widać było jej końca, co gorsza – sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Opinia publiczna była co chwila zasypywana informacjami o zamachach i śmierci zachodnich żołnierzy. W Polsce toczyła się sprawa Nangar Khel. Przed sądem stanęli polscy żołnierze, którzy podczas patrolu w prowincji Paktika w sierpniu 2007 roku ostrzelali wioskę. W wyniku ostrzału zginęło sześć osób, trzy zostały ciężko ranne. Wśród poszkodowanych były kobiety i dzieci. Żołnierze zostali oskarżeni o dokonanie zbrodni wojennej. Dziś już wiemy, że ten zarzut się nie potwierdził. Ludzie chcieli powrotu żołnierzy do kraju, politycy byli w przededniu podjęcia decyzji o zakończeniu naszego udziału w operacji afgańskiej.

Afganistanem rządził Hamid Karzaj, Pasztun, który przywrócił swobody obywatelskie, otworzył na powrót szkolnictwo dla dziewcząt i kobiet, z pomocą amerykańską budował administrację, wojsko i policję. Przez krótki okres wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Talibowie zostali pokonani, władza w Kabulu była uznawana przez liderów plemion z zachodu i północy kraju.

Talibowie zaczęli jednak coraz śmielej podnosić głowy. Od 2003 roku organizowali coraz krwawsze zamachy, w tym wiele samobójczych. Po kilku latach Karzaj i Amerykanie doszli do wniosku, że bez talibów nie zaprowadzi się porządku, dlatego wystosowano do nich zaproszenie do rozmów. Talibowie zgodzili się i zorganizowano spotkanie z ich przedstawicielem. Wydawało się to dobrym posunięciem. Mimo wszystko talibowie to duża siła polityczna z poparciem części społeczeństwa; włączenie jej do rządu mogło uspokoić sytuację. Do spotkania doszło już podczas naszej zmiany w Afganistanie. Na miejsce rozmów wybrano dom Burhanuddina Rabbaniego – prezydenta Afganistanu z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, sojusznika Ahmada Szaha Masuda jeszcze z czasów walk z Armią Radziecką. Rezydencja znajdowała się w tak zwanej Green Zone – pilnie strzeżonej strefie Kabulu, zamieszkanej przez dyplomatów, wojskowych, polityków i wyższych urzędników. Sam dom także był ochraniany przez ludzi Rabbaniego. 20 września przedstawiciele talibów wzięli udział w negocjacjach tylko po to, by wysadzić się w miejscu rozmów i zabić Afgańczyków z drugiej strony. Ładunek wybuchowy ukryty był w turbanie jednego z talibskich wysłanników. Burhanuddin Rabbani zginął na miejscu. Jeśli talibowie mieli swoich ludzi wśród ochrony Rabbaniego, to znaczyło, że ich wpływy są ogromne.

Talibowie nie chcieli rozmów. Szaleniec nie może pójść na kompromis, bo przecież jest przekonany, że tylko on ma rację, że to reszta jest w błędzie. W takich okolicznościach wyjeżdżaliśmy do Afganistanu i służyliśmy w tym kraju.

*

Wiosną 2011 roku pierwsi na IX zmianę pojechali przyszli kierowcy mrapów. Zostali przeszkoleni na miejscu i gdy dołączyła reszta zmiany, oni już sprawnie potrafili poruszać się mrapami i rosomakami po afgańskich drogach.

Całością kontyngentu wojskowego IX zmiany, który operował w prowincji Ghazni, dowodził generał Sławomir Wojciechowski. To w bazie FOB (Forward Operating Base) Ghazni zlokalizowano sztab, dowództwo i jeden batalion. Drugą polską bazą w hierarchii był FOB Warrior dowodzony przez pułkownika Tomasza Biedziaka. Żołnierze naszej 17 Brygady zostali podzieleni na dwa mniejsze posterunki podlegające Warriorowi: COP (Combat Outpost) Qarabagh (dowódca major Kaliciak) i FB (Fire Base) Giro (dowódca kapitan Paweł Szczyszek).

Lecieliśmy przez Manas w Kirgistanie – dużą amerykańską bazę, gdzie aklimatyzowaliśmy się do warunków Azji Środkowej. Przez tę bazę przewijały się tysiące żołnierzy. Na potężnej stołówce w oczy rzucali się nowi na misjach – świeże mundury i talerze napełnione po brzegi amerykańskim fast foodem. Nie wiedzieli jeszcze, że nie dadzą rady zjeść takich ilości tego rodzaju jedzenia.

Baza w Manas już nie istnieje. Kirgistan nie przedłużył Amerykanom umowy na korzystanie z jej terenu – władze państwa przekalkulowały sobie, że czynsz wpłacany przez US Army nie pokryje szkód wynikających z pomruków niezadowolenia dobiegających z Moskwy.

Z Manas udaliśmy się do Bagram. Tu już czuć było niebezpieczeństwo. Talibowie porywali się na ostrzały – słabe, niecelne, ale świadczące, że rebelianci nie śpią. Zagrożenie spowodowało, że w Bagram wydano nam amunicję i sprzęt medyczny. Z Bagram polecieliśmy do bazy Sharana w prowincji Paktika, skąd było już blisko do naszej docelowej prowin­cji – Ghazni. Do poszczególnych baz przerzucano nas śmigłowcami – część należała do armii amerykańskiej, część pilotowana była przez prywatnych kontraktorów, ku naszemu zdziwieniu: Rosjan, głównie weteranów wojny afgańskiej. Kto by pomyślał w czasach żelaznej kurtyny, że przyjdą dni, gdy weterani Armii Radzieckiej z Afganistanu będą dorabiać, pracując dla NATO.

Ghazni to prowincja we wschodnim Afganistanie, na południe od Kabulu. Przez nią przechodzi afgańska droga okrężna i jej najbardziej zatłoczony odcinek: Kabul–Kandahar. Drogę nazywaliśmy zgodnie z amerykańską nomenklaturą Highway 1. Choć jak wcześniej wspomniałem – określenie „high­way” jest na wyrost. Ta droga jednak, jako jedyny w miarę przejezdny szlak w Afganistanie, ma znaczenie strategiczne dla wojska, gospodarki i codziennego życia ludności.

Warrior i Qarabagh ulokowały się przy Highway 1, Giro głębiej na wschód od drogi. Podstawowa zaleta takich małych baz: w Giro i Qarabaghu mieliśmy swoich kucharzy. W dużych bazach serwowano jedzenie fastfoodowe, rozmrażane i tylko dopiekane. To zrozumiałe – łatwiej obsłużyć dużą liczbę żołnierzy, podając hamburgery, nuggetsy i frytki. Nasi kucharze, gotujący dla setki osób – a to przecież mniej, niż obsługuje szkolna stołówka – mieli pole do popisu. W Giro wypiekali własny chleb, w Qarabaghu mieliśmy osoby pracujące kiedyś w pizzeriach.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?