Duch Zagłady

Tekst
Z serii: Manitou #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zobaczył tam też Murzynkę, której jedno oko wybite z oczodołu leżało na policzku.

– Czy poznajesz kogoś? – zapytał szeryf.

Dude S.N. pokręcił głową. Usta miał pełne żółci.

– A ta? – Światło latarki przez chwilę zatrzymało się na twarzy młodej piegowatej kobiety, która miała wyrwane ręce. – Widziałeś ją już kiedyś?

– Nie, proszę pana. Nigdy.

– Czy wiedziałeś, że ci ludzie tu są?

– Nie. Czasem zdarzało się, że nocował tu jakiś włóczęga, ale ostatnio nie, od kiedy Joe zaczął zamykać drzwi.

Szeryf zgasił latarkę, lecz Dude S.N. nie mógł oderwać oczu od mrocznego kanału. Przed oczami migotały mu kości i krew, i ta okropna bladość ciała pozbawionego krwi.

– Chodź, synu – zwrócił się do niego szeryf i wyprowadził go na zewnątrz.

Dude S.N. przysiadł na beczce z olejem i wziął kilka głębokich oddechów. Musiał przyjść do siebie.

– Co się stało, szeryfie? – zapytał Jack Mackie. – Wyglądacie, jakbyście zobaczyli ducha.

Szeryf Fordyce zamknął drzwi warsztatu i wsunął łyżkę w skobel.

– Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem śmierci zbiorowej – oświadczył.

– Czy są tam martwi ludzie? Ilu?

– Trudno powiedzieć. Co najmniej pięć osób, może nawet więcej.

– Co się im stało? – dopytywał się Jack Mackie. – Zostali zamordowani czy co?

Szeryf Fordyce powoli ruszył w stronę swego samochodu.

– Wiem na pewno, że to nie był wypadek. Ale nie wiem na pewno, czy to było morderstwo. Jeżeli sprawcą było zwierzę lub zwierzęta, jak na przykład parę bulterierów, to z pewnością były wściekłe.

– A jeżeli sprawcą był człowiek?

Szeryf Fordyce podszedł do samochodu i wziął do ręki radiotelefon.

– Jeżeli to był człowiek, to był nim tylko z nazwy. Jeżeli to był człowiek, najlepiej zaraz zacznijcie się modlić, aby nigdy nie stanął na waszej drodze. Nigdy.

ROZDZIAŁ 4

Czekałem przed salą lekcyjną, aż zadzwoni dzwonek i dzieci wysypią się z klasy. Oparty o ścianę, z założonymi rękami, stałem w tym samym miejscu, obserwując Amelię, jak zbiera książki i sprząta biurko. Z włosami upiętymi w kok, typowy dla nauczycielek, wydała mi się dużo szczuplejsza niż dawniej. Duże okulary zasłaniały jej oczy.

Kiedy widziałem ją ostatni raz, miała na sobie karmazynową jedwabną kamizelkę wyszywaną paciorkami i karmazynową bandankę na włosach. Dzisiaj była w brązowym swetrze, kremowej bluzce i wygodnej układanej spódnicy. Na drzwiach klasy widniała ręcznie napisana wizytówka: PANI WAKEMAN. Na tablicy za Amelią było napisane jej ręką: Wyrazy podobne: Morze – może. Jeż – jesz. Stóg – stuk.

Nareszcie skończyła sprzątanie i zamknęła szufladę. Na biurku, w słoiku po dżemie, stały narcyzy. Cała klasa była pełna słońca. Podeszła do drzwi, po drodze składając okulary i chowając je do czerwonego etui. Nie tyle mnie zobaczyła, ile wyczuła moją obecność i zatrzymała się.

– Harry?

Stanąłem na baczność.

– Dzień dobry, pani Wakeman.

– Harry, na Boga, co ty tu robisz? Myślałam, że nie żyjesz.

Wziąłem ją za ręce, próbując pocałować, lecz ona się uchyliła.

– Wprost przeciwnie, królowo, nie tylko żyję, ale przeprowadziłem się do śródmieścia.

– Wyglądasz jakoś starzej.

– Nic dziwnego. Przecież jestem starszy. Pozwól, niech ci się przyjrzę. Nic się nie zmieniłaś. Widać, że małżeństwo ci służy.

– To rozwód mi służy.

– Och… Tak mi przykro.

– Nie ma powodu. Był maklerem. Ubierał mnie u Armaniego, ale zanudził mnie na śmierć.

Szliśmy razem korytarzem. Jego ściany ozdobione były jaskrawymi, naiwnymi rysunkami. Jeden przedstawiał zejście na ląd Krzysztofa Kolumba w Indiach Zachodnich, inny – angielskich purytanów w Plymouth Rock, kolejny – spływającą krwią ostatnią redutę generała Custera. Custer miał piętnaście palców u każdej ręki, w jego ciele tkwiło tysiąc strzał. Cały budynek rozbrzmiewał dziecięcym śmiechem i piskiem gumowego obuwia.

– Jak mnie znalazłeś? – zapytała Amelia.

– To nie było trudne. Zapytałem MacArthura.

– Nie widziałam MacArthura od piętnastu lat. Jak wygląda?

– Tłusty i łysy. Jest taksówkarzem. Dobrze zrobiłaś, że dałaś mu kopniaka.

– Tobie też powinnam dać kopniaka.

– Daj spokój. Puśćmy w niepamięć dawne urazy. Co się stało, to się nie odstanie.

– Nie byłeś wobec mnie zbyt uczciwy, Harry.

Wyjąłem chusteczkę i wytarłem nos.

– Przecież cię przeprosiłem.

– Powiedzmy. – Uśmiechnęła się pobłażliwie. – Niełatwo ci to przyszło.

– Masz chwilę na kawę? – spytałem.

Spojrzała na zegarek.

– Tylko dziesięć minut. Potem mam następną lekcję.

Opuściliśmy zakurzony, ogrodzony teren szkoły i przeszliśmy na drugą stronę ulicy. Poranek był wilgotny i tak upalny, że z trudem można było oddychać. Całe miasto zasnuwała lekka mgiełka, a powietrze miało kolor spiżu. Wstąpiliśmy do małej włoskiej kawiarenki zwanej U Marco i zajęliśmy stolik pod oknem. Olbrzymia kobieta z niewygolonymi pachami i owłosionym pieprzykiem na brodzie przyjęła od nas zamówienie na dwie podwójne kawy z ekspresu.

Amelia wyjęła papierosy. Wziąłem ze stolika pudełko zapałek i podałem jej ogień.

– Od kiedy palisz? – zapytałem.

– Od rozstania z tobą – odpowiedziała. – Przez jakiś czas nie paliłam, ale po rozwodzie z Humphreyem znów zaczęłam.

– Humphrey? Czy to imię twojego męża? Czy jego matka była wielbicielką Bogarta?

– Hmm… Jego ojciec był przyjacielem Huberta Humphreya.

– Jezus Maria!

Podano nam kawę, lecz nie sądzę, by któreś z nas miało na nią ochotę. Osobiście wolałbym szklaneczkę czegoś mocniejszego. Uśmiechnięta Amelia paliła papierosa, bezwiednie bawiąc się saszetką z cukrem. Wciąż miała ten światowy szyk i urodę, która tak mnie kiedyś urzekła. W tamtych czasach Amelia prowadziła w Village księgarnię Gwiezdny Kot, w której przeważały książki z dziedziny sztuk tajemnych i okultyzmu. Działo się to w czasach, kiedy świat był jeszcze niewinny i pogodny, a czynsze niskie. Przy końcu lat siedemdziesiątych Amelia zbankrutowała, jej związek z MacArthurem rozpadł się i wówczas na horyzoncie pojawiłem się ja. Sam nie wiem, jak nazwać nasz związek. Romans czy koleżeństwo? Byłem wówczas w bardzo złej formie; zacząłem pić, po nocach prześladowały mnie koszmary i ciągle miałem zły nastrój. Amelia nie zasługiwała na to, co przeze mnie wycierpiała.

Z pewnością zasługiwała na znacznie przyjemniejszego partnera. Mnie z kolei potrzebny był ktoś silniejszy od Amelii. W rezultacie zraniłem ją, żeby się od niej uwolnić.

– MacArthur wspominał mi, że uczysz w szkole od prawie sześciu lat.

– Uczę dzieci niedorozwinięte. Biedne maleństwa nie potrafią nawet powiedzieć, jaka jest różnica między „rakiem” a „makiem”. Lubię je uczyć. Ta praca daje mi wiele satysfakcji.

– Już nie zajmujesz się okultyzmem i podobnymi sprawami?

– Broń Boże. A ty?

– W dalszym ciągu przepowiadam przyszłość. Czytam z ręki, stawiam karty, zgłębiam tajemnice istnienia.

– Myślałam, że z tym skończyłeś.

– Zarabiam tym na życie. Ludzie chcą wierzyć, że poza rzeczywistym światem istnieje coś jeszcze.

Amelia piła kawę małymi łykami.

– Mam mało czasu – powiedziała. – Czy oprócz wspominania dawnych czasów jest jakiś konkretny powód, dla którego chciałeś ze mną porozmawiać?

– Jest pewna drobna sprawa – odparłem ostrożnie. – Chciałbym, żebyś mi wyświadczyła przysługę, jak przyjaciel przyjacielowi.

– Prawdopodobnie chodzi o przyjaciółkę.

– Znasz ją. To Karen Tandy. Obecnie Karen van Hooven. Jest rozwiedziona tak jak i ty.

– Mów dalej – powiedziała Amelia; w jej głosie dał się wyczuć ton ostrzeżenia.

– To bardzo trudno wytłumaczyć. Musiałabyś sama to zobaczyć. Karen przyjaźni się z niejakimi Greenbergami. Mieszkają przy Siedemnastej Wschodniej. Nie jest to może oaza zieleni, lecz ich mieszkanie jest zupełnie przyzwoite. Jakieś trzy tygodnie temu pan Greenberg poszedł w piątek do synagogi, a kiedy wrócił, zastał w domu niezwykłą sytuację.

– Harry, jeżeli ma to związek z siłami nadprzyrodzonymi, nie chcę nawet o tym słyszeć.

– Amelio, przecież prócz ciebie nie znam nikogo, do kogo mógłbym zwrócić się o radę!

– Nic mnie to nie obchodzi. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego! Czyżby ostatnie wydarzenia nie były dostatecznie okropne? Dobrze wiesz, że przez lata nie mogłam pozbyć się koszmarów. Jeszcze teraz nie potrafię spojrzeć na blat stołu bez strachu, że coś z niego wyjdzie. Jeszcze dzisiaj!

Odchyliłem się na krześle i w geście rezygnacji uniosłem ręce.

– Przepraszam cię. Masz rację. Nie powinienem był tutaj przychodzić.

– Wiesz co, Harry – powiedziała Amelia. – Tobie wydaje się, że możesz ustawiać ludzi jak aktorów w twoim serialu telewizyjnym. Wydaje ci się, że ilekroć poprosisz mnie o przysługę, to natychmiast z radością będę na twoje zawołanie. Nie zważając na to, jak się ze mną obszedłeś, nie zważając na to, że przez piętnaście lat ani nie napisałeś, ani nie zatelefonowałeś, ani nawet nie przysłałeś kartki świątecznej. Nie zważając też na ryzyko. Zwłaszcza nie zważając na ryzyko.

Wpatrywałem się w filiżankę. Starałem się wyglądać możliwie najprzyzwoiciej. Prawdę mówiąc, wiele bym dał, żebym nie musiał zwracać się do Amelii o pomoc. Nie miałem jednak wyboru, ponieważ nikogo poza nią nie znałem. Była jedyną znaną mi osobą, która potrafiła zrobić to, co ja udawałem, że potrafię – nawiązać kontakt z duchami. Była tak wyczulona na świat duchów, że przechodząc przez cmentarz, słyszała szepty. Bo – wierzcie mi – zmarli szepczą do siebie.

 

– To nieprzyzwoite z twojej strony – podjęła znów Amelia – prosić mnie o coś takiego.

– Masz rację – zgodziłem się. – Powinienem był poszukać kogoś innego. Problem polega na tym, że nie wiemy, do kogo się zwrócić.

– Czy mówiłeś Karen że zamierzasz się ze mną spotkać?

Pokręciłem głową.

– Nie chciałem w niej wzbudzać próżnych nadziei, podobnie jak w Michaelu Greenbergu.

– Jak się czuje Karen? – Widać było, że Amelia krąży wokół tematu, z jednej strony pragnąc poznać więcej szczegółów, z drugiej zaś obawiając się wplątania w tę sprawę.

– U Karen wszystko w porządku. – Dotknąłem ręką karku. Wciąż ma tę bliznę, ale to wszystko. Myślę, że my wszyscy mamy jakąś bliznę.

– Mówiłeś, że się rozwiodła.

– To prawda. Nie mogła znieść myśli, że kiedykolwiek mogłaby mieć dzieci. Uważam, że to zrozumiałe.

– A ci przyjaciele Karen. Na czym polega ten ich dziwny problem?

Dotknąłem jej ręki o długich, bladych paznokciach. Dotykanie kogoś, z kim było się tak blisko, po wielu latach rozłąki wywołuje uczucie niepewności.

– Amelio, wolałbym, żebyś nie wiedziała, jeżeli nie chcesz się angażować.

Spojrzała na mnie uważnie przez oświetloną słońcem wstążkę dymu z papierosa. Na ulicy mały Hiszpan przycisnął buzię do szyby i zrobił zeza.

– Co za miłe sąsiedztwo – zauważyłem i gestem nakazałem chłopcu, żeby się oddalił. On jednak nie uciekł, tylko zaczął robić jeszcze inne śmieszne miny.

Amelia uśmiechnęła się.

– Opowiedz mi, co się tam dzieje. Może będę mogła coś poradzić albo kogoś polecić.

– No dobrze – rzekłem. – Sądzę, że najbliższe prawdy będzie stwierdzenie, że jest to działanie kołatków. Kiedy Michael Greenberg wrócił z synagogi do domu, żona nie otworzyła drzwi. Musiał wezwać straż pożarną, żeby je wyważyć. Znalazł żonę w jadalni; siedziała na krześle, kurczowo się go trzymając, podczas gdy pozostałe meble były zsunięte pod przeciwległą ścianę.

– Jakby się same przesunęły?

– Nie jakby, one się naprawdę przesunęły.

– Skąd ta pewność? Może ona je przesunęła, nie?

– Amelio, widziałem to na własne oczy. Wszystkie meble zwalone są pod ścianą, a ilekroć ktoś spróbuje któryś odstawić, natychmiast znajduje się tam z powrotem. Sam z siebie.

Amelia spojrzała na mnie z dezaprobatą.

– Nic nie rozumiem. Chcesz powiedzieć, że one wciąż są pod tą ścianą?

– Właśnie. Nikomu nie udało się ich przesunąć. Naomi Greenberg siedzi pośrodku pokoju na krześle, unieruchamiając je własnym ciężarem. Za nic nie chce wstać. Już prawie trzy tygodnie siedzi na tym przeklętym krześle. Je na nim, śpi, nie chce go opuścić.

– Czy nie mogą jej przenieść?

– Naomi odwiedza regularnie dwóch psychiatrów. Obaj są zdania, że wszelkie próby przeniesienia jej mogą spowodować katatonię.

– Co, u Boga, ja mogłabym tu pomóc? Jestem spirytystką, nie egzorcystką.

– Naomi mówi, że widziała cienie na ścianie… rodzaj postaci.

– I co?

– Wydaje mi się, że ja też je widziałem.

Amelia znów bawiła się saszetkami z cukrem.

– Muszę ci powiedzieć, Harry, że to wcale nie wygląda na robotę kołatków. Kołatki nie potrafią tak przyciągać i trzymać przedmiotów. Są bardzo kapryśne i gwałtowne. Są duchowym wyrazem czyjegoś gniewu. Nikt nie potrafi gniewać się przez trzy tygodnie. Chyba że mamy do czynienia z bardzo nierównym charakterem.

Nie chciałem powiedzieć Amelii o tym, jak Naomi zakrywa twarz rękami. Byłoby to zbyt dotkliwym przypomnieniem wydarzeń, które miały miejsce w Szpitalu Sióstr z Jerozolimy. Zwłaszcza że Naomi, powtarzając parokrotnie te gesty, dawała mi do zrozumienia, że ja jednak wiem, co one oznaczają. Sama myśl, że istnieje związek pomiędzy tymi wydarzeniami, napawała mnie obłędnym przerażeniem. W gruncie rzeczy nie wierzyłem, że jest taki związek. Za nic nie chciałem przestraszyć Amelii, a tym bardziej samego siebie.

To, co zobaczyłem w mieszkaniu Greenbergów, było dostatecznie przerażające.

– Czy masz jakiś pomysł? – zapytałem Amelii.

– Raczej nie. Nigdy o czymś takim nie słyszałam.

– Może to nie ma nic wspólnego z duchami. Może to jakaś wada instalacji elektrycznej.

– Wada instalacji? – powtórzyła Amelia takim tonem, jakby zwracała się do jednego ze swoich podopiecznych, chcąc mu wyjaśnić różnicę między postaciami z kreskówek a prawdziwym życiem. Pamiętam, że jako dziecko miałem w szkole kolegę, który z uporem twierdził, że pan Magoo mieszka u niego w domu, ale to była zupełnie inna historia.

– Chciałem się upewnić, że to, co się stało w mieszkaniu Greenbergów, nie jest sprawą duchów – powiedziałem. – Dlatego odsunąłem na bok dobre wychowanie, przezorność i zwykłą ludzką uczciwość i odważyłem się poprosić cię o radę.

Amelia wyjęła pióro i wyprostowała papierową serwetkę.

– Posłuchaj – rzekła. – Jest człowiek, który mieszka na Central Park West. Nazywa się Martin Vaizey. Jest niezwykle wyczulony na świat duchów i ma zdolność nawiązywania kontaktów nawet z najbardziej kapryśnymi. Sądzę, że on więcej może ci pomóc niż ja.

Nie czytając, wsadziłem serwetkę do kieszeni.

– Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.

– Nie wolno ci nie doceniać Martina. Jest bardzo dobry. Parokrotnie rozmawiał z Johnem Lennonem. Byli sąsiadami.

– Naprawdę rozmawiał z Lennonem? Chcesz powiedzieć, że rozmawiał z nim po tym, jak go zastrzelono?

Skinęła głową.

– Czy poprosił go o autograf? – zażartowałem.

– Harry, nie lekceważ Martina. Proszę. Jest trochę ekscentryczny, ale to genialny człowiek. O wiele lepszy niż ja. Potrafi jakby sterować własnym nastrojem. To fantastyczne.

– Dobrze – zgodziłem się. – Dam mu szansę.

– Nie bądź taki zawiedziony.

– Robię, co mogę.

Spojrzała na zegarek.

– Muszę wracać do szkoły. Cieszę się z naszego spotkania. Przykro mi, że nie mogę ci sama pomóc.

– Mnie również. Może kiedyś zjedlibyśmy razem kolację? Właśnie otworzyli nową wspaniałą restaurację koreańską przy Pięćdziesiątej Drugiej Ulicy. Niedaleko ode mnie. Jadłaś kiedyś ojingu chim?

Spojrzała na mnie uważnie.

– Nie wiem dlaczego, ale coś mi mówi, że ojingu chim to prawdziwe obrzydlistwo.

– Daj spokój, Amelio. Cóż może być niedobrego w ośmiornicach nadziewanych kiszoną kapustą i siekanych kalmarach?

Wstała i podeszła do drzwi, uśmiechnięta, ręką zasłaniając oczy przed słońcem. Zapłaciłem rachunek i wyszedłem za nią na ulicę.

– Wciąż jeszcze mi ciebie brakuje – powiedziała, całując mnie delikatnie w policzek. – Ale już nie tak bardzo!

Zanim nawiązałem kontakt z Martinem Vaizeyem, poszedłem do mieszkania Greenbergów. Drzwi otworzył mi Michael. Żółty i spocony wyglądał jak człowiek chory na malarię. Karen siedziała przy oknie, popijając mrożoną herbatę.

– Udało się? – zapytał Michael.

– Jeszcze nie wiem. Amelia odmówiła, twierdząc, że od lat nie zajmuje się spirytyzmem. Podała mi nazwisko człowieka, który mieszka w Central Park West. Podobno godny najwyższego polecenia. Tak przynajmniej mówi Amelia. – Zwróciłem głowę w stronę jadalni. – A co tam się dzieje?

– Okropnie… zimno, strasznie. W kółko śpiewa tę samą pieśń. Psychiatrzy orzekli, że jeżeli pod koniec tygodnia nie nastąpi poprawa, zabiorą ją stamtąd siłą, czy dostanie ataku, czy nie.

Podeszła Karen. Ubrana była w luźną jedwabną koszulę koloru szafranu i jedwabne spodnie od piżamy. Włosy miała spięte żółtą plastikową zapinką.

– Napijesz się mrożonej herbaty? – zapytała. Dobrze wiedziała, że na nic nie mam ochoty. Chciała tylko pokazać, że się o mnie troszczy.

– Na pewno znajdę kogoś, kto pomoże. Nie martw się, powiedziałem Michaelowi, kładąc mu rękę na ramieniu. – Gwarantuję ci, że tak czy inaczej oczyszczę twoje mieszkanie. Jestem tego zupełnie pewien.

Już miałem wychodzić, kiedy z sąsiedniego pokoju dobiegł mnie przeszywający śpiew Naomi. Zawodziła i rozciągała każdą strofę bez końca. Każda wydawała się inna. Podszedłem do uchylonych drzwi jadalni. Uważnie wsłuchiwałem się w śpiew kobiety, nie mogłem jednak zrozumieć ani jednego słowa.

– Czy to jest po hebrajsku? – spytałem Michaela.

Pokręcił głową.

– Nigdy w życiu nie słyszałem takiego języka.

– A ty, Karen?

– Ja też nie – odpowiedziała Karen.

Przejmujący i uporczywy śpiew rozbrzmiewał nadal, aż Michael podszedł do drzwi i zamknął je.

– Przez całą noc tak śpiewa – wyjaśnił. – Nie mogę już tego znieść.

– Czy możesz coś dla mnie zrobić? – zapytałem. – Czy mógłbyś nagrać jej śpiew? Masz chyba magnetofon?

– Sądzisz, że to może się na coś przydać?

– Nie wiem. Może. Cóż to szkodzi? To nie boli.

Musnąłem policzek Karen, uścisnąłem spoconą dłoń Michaela Greenberga i wyszedłem. Wsiadłem do taksówki. Taksówkarz był świeżym przybyszem z Soweto lub czegoś takiego i prawie piętnaście minut woził mnie po śródmieściu, zanim zrozumiałem, że zamiast Central Park West szuka Sanitary Parts Waste. Kazałem mu zatrzymać się na rogu, przy Radio City, wysiadłem i dosadnie wytłumaczyłem mu, gdzie może sobie wsadzić swoje żądanie napiwku. Resztę drogi przeszedłem pieszo. Zanim dotarłem do Montmorency Building, koszula przykleiła mi się do pleców, a moje spodenki przypominały przepaskę zapaśnika. Ciężki, gorący, pachnący kwasem smog pokrywał wszystko. Park wokół miał kolor spiżu. Nade mną wznosił się ponury masyw Montmorency Building, ubogi krewny Dakoty, cały z czerwonej cegły, ozdobiony kopułami, chimerami i mansardowymi dachami. Tablica wmontowana w ścianę informowała, że to jest pierwszy dom w Nowym Jorku, w którym zainstalowano światło elektryczne.

Za mahoniowymi drzwiami obrotowymi powitał mnie półmrok i przejmujący chłód. Na środku holu na podłodze z mozaiki stał duży okrągły stół. Na nim artystycznie ułożony bukiet z białych lilii. Poczułem się jak w holu zakładu pogrzebowego, a nie jak w domu mieszkalnym. W głębi pomieszczenia była mała wnęka w ścianie, wyłożona boazerią, w której siedział mężczyzna o ziemistej cerze i ogromnych uszach. Palił zielone cygaro i czytał wiadomości sportowe. Podszedłem do wnęki i zastukałem w ścianę.

– Czy może mi pan pomóc? Szukam pana Vaizeya.

Mężczyzna przesadnym gestem wyjął cygaro z ust.

– Czy jest pan umówiony?

– Nie, nie jestem umówiony. Ale jeśli pan zadzwoni i powie, że jestem przyjacielem Amelii Wakeman, to nie sądzę, żeby były jakieś kłopoty.

– Pan Vaizey nie przyjmuje nikogo bez umówienia. Mam wyraźne polecenie.

– W takim razie proszę do niego zadzwonić.

– Nie bardzo mogę. Nie jest zachwycony, jak mu się przeszkadza.

Oparłem się o ścianę.

– Liczysz na jakiś zasrany napiwek o czwartej po południu?

Dozorca zmrużył oczy i wypuścił dym przez nozdrza.

– Kim pan jest? – chciał wiedzieć.

– Jestem Harry Erskine. Niesamowity Erskine – chiromancja, wróżenie z kart i z fusów po herbacie, astrologia, frenologia, numerologia, objaśnianie snów i odkrywanie talentów.

Dozorca wzniósł oczy do sufitu, gdzieś tam znajdowało się pewnie mieszkanie Martina Vaizeya.

– Jest pan jeszcze jednym z tych jasnowidzących typków? Czy tam jest jakieś doroczne spotkanie wróżbitów?

– Czeka pan na ten napiwek czy jak?

Nie odpowiedział, ale nacisnął guziki na tarczy. Odczekał chwilę, po czym powiedział:

– Bardzo przepraszam, panie Vaizey, że przeszkadzam, ale jest tutaj na dole ktoś o nazwisku Bearskin i chce z panem rozmawiać.

– Erskine! – syknąłem teatralnym szeptem. – Przyjaciel Amelii Wakeman!

Dozorca przekazał poprawioną wersję, odczekał chwilę i kiwnął głową.

– Przyjmie pana – powiedział. – Apartament siedemset siedemnaście.

Podszedłem do windy i nacisnąłem siódemkę. Dozorca wysunął głowę z wnęki i zawołał:

– Hej! A co z moim napiwkiem?

– Niech pan nie stawia na Faworyta.

– Nie mam najmniejszego zamiaru. Wszyscy wiedzą, że ten koń jest na wykończeniu. Chciałbym tylko wiedzieć, kto wygra, a kto przegra.

– Wszyscy chcielibyśmy to wiedzieć, mój przyjacielu. – Z uśmiechem otworzyłem drzwi windy. – Wszyscy chcielibyśmy to wiedzieć.

* * *

Ku mojemu zaskoczeniu Martin Vaizey czekał na mnie w korytarzu. Wyobrażałem sobie, że będzie to otyły mężczyzna z lekką astmą, z przylizanymi włosami, w czerwonym jedwabnym szlafroku, przypominający Zero Mostela z filmu The Producers. Tymczasem powitał mnie bardzo wysoki, mocno zbudowany mężczyzna o siwych, falujących włosach i sympatycznej twarzy. Miał na sobie zieloną kraciastą koszulę z krótkimi rękawami, zielone spodnie i lekkie, przewiewne sandały.

 

– Pan Erskine? Proszę wejść.

Wprowadził mnie do ogromnego, przestronnego apartamentu, którego urządzenie wyglądało jak wnętrze z „Przeglądu Architektonicznego”. Wiecie, co mam na myśli – stoły ze szklanymi blatami, marmurowe piramidy, drogie książki o artystach, o których istnieniu nawet nie słyszeliście. Pastelowe aksamitne zasłony z fantazyjnymi draperiami i wiązaniami, wymyślne dekoracje kwiatowe oraz parę niezrozumiałych abstrakcyjnych płócien, które przywodzą na myśl reakcję systemu trawiennego na podwójną porcję szczypców rakowych w sosie z czarnej fasoli.

– Bardzo przyjemne mieszkanie – powiedziałem.

– Miałem szczęście. Kiedyś należało do moich rodziców. Drinka? Wygląda pan nieszczególnie.

– Czy w tym dzbanku, który stoi przede mną, jest margarita? – spytałem, patrząc na wytworny szwedzki kryształ stojący na bardzo wytwornej srebrnej, szwedzkiej tacy.

– Niestety, nie. To jest sok z passiflory. Nie piję alkoholu. Osłabia moją wrażliwość.

– Myślę, że na wszystkich tak działa. Chyba właśnie po to jest.

Martin Vaizey usiadł na białej kanapie naprzeciw mnie i założył nogę na nogę.

– Prawdę mówiąc, panie Erskine, Amelia zadzwoniła do mnie ze szkoły i uprzedziła o pańskiej wizycie. Zorientowała mnie również, co pana do mnie sprowadza.

– Czy powiedziała, jak poważna jest to sprawa?

– Z pewnością jest zbyt trudna, żeby pan sam mógł sobie z nią poradzić.

– Panie Vaizey, jestem wróżbitą z powołania. Mam wiele umiejętności, takie jak umiejętność przedstawiania się w jak najlepszym świetle, zmysł obserwacji, cierpliwe ucho i zdolność mówienia kobietom w okresie menopauzy tego, co chcą usłyszeć.

Martin Vaizey spokojnie pokiwał głową.

– To nie są błahe umiejętności.

– Nie mówiłem, że są. Ale nie mam zdolności metapsychicznych. Zdaję sobie sprawę, że jesteśmy otoczeni przez różne duchy, które tylko marzą o tym, żeby wejść z nami w kontakt, ale cokolwiek do tego trzeba, ja tego nie mam. Jestem jak matka Aleksandra Grahama Bella. Jak mam zadzwonić do niego i spytać, czy już wynalazł telefon? Po prostu nie dysponuję środkami.

Martin Vaizey zasłonił twarz palcami i spojrzał na mnie przez nie uważnie. Zakrył twarz, tak że jeno Oczy jego wyglądały.

– Przynajmniej jest pan uczciwy – zauważył – a przecież w mojej specjalności to rzadkość.

Nie wiedziałem, czy mam się obrazić za tę uwagę, czy też nie. Prawdopodobnie należało się obrazić. W tej chwili ważniejsza od zawodowej dumy była pomoc Martina Vaizeya, zdecydowałem więc, że nic nie odpowiem. W zamian posłałem mu mój słynny uśmiech i chłodno pokiwałem głową.

– Czy wie pan, dlaczego Amelia nie chce się angażować w tę sprawę? – zapytał Martin Vaizey.

– Powiedziała, że zaprzestała tych praktyk. No, wie pan, kontaktów z duchami i takich tam. Poza tym Amelia i ja mieliśmy kiedyś ciężkie doświadczenie. Było to dawno temu i nie skończyło się zbyt szczęśliwie. Sądzę, że nie chciałaby znów ryzykować.

Martin Vaizey skinął głową, jakby Amelia już mu powiedziała, że jej odmowa była częściowo podyktowana względami osobistymi.

– Nadmieniła również, że sprawa, w którą chciał ją pan zaangażować, wygląda niebezpiecznie.

Zdziwiony uniosłem brwi.

– Niebezpiecznie? Czy tak się wyraziła?

– Panie Erskine… każde nawiązanie kontaktu z duchami jest mniej lub bardziej niebezpieczne. Nawet pan powinien to wiedzieć.

– W przypadku Naomi Greenberg niewątpliwie istnieje pewne niebezpieczeństwo. Ale jak sam pan powiedział, przy nawiązywaniu kontaktów z duchami zawsze jest ryzyko. Chcę powiedzieć, że nie wszystkie duchy są wesołe i pogodne. Prawda?

Martin Vaizey odetchnął głęboko i ze spokojem powiedział:

– Panie Erskine, nie jestem amatorem. Rozmawiałem i widziałem takie duchy, o jakich panu się nawet nie śniło. Od ponad czterdziestu lat widzę duchy i rozmawiam z nimi.

Nalał sobie szklankę soku z passiflory. Mnie nie zaproponował – bo też i nie chciałem. To dowodziło, że odznacza się wyjątkową wrażliwością metapsychiczną.

– Chciałbym teraz powiedzieć panu parę słów o sobie. Już w wieku pięciu lat odkryłem moją nieprawdopodobną wrażliwość. Mój starszy, dziesięcioletni brat Samuel zmarł na zapalenie płuc na dzień przed moimi piątymi urodzinami. Po pogrzebie wciąż widywałem go w swoim pokoju i rozmawiałem z nim.

Nasze kontakty trwały wiele lat i za każdym widzeniem jego twarz stawała się coraz wyraźniejsza, aż trudno było uwierzyć, że nie rozmawiam z prawdziwym, żywym chłopcem. Jedynie lekkie światło z lampki nocnej, przeświecające przez jego ciało, wskazywało, że był duchem.

Przez Samuela poznałem bardzo wiele innych duchów. Niektóre z nich były bardzo wyraźne, niektóre ledwo widoczne – inne zaś były tak stare, że w ogóle nie było ich widać, tylko skrzeczący głos dochodził z ciemności. To Samuel ukazał mi świat istniejący po śmierci – coś w rodzaju krajobrazu nieśmiertelności. Czasami jest bardzo samotny i niegościnny, bywa jednak piękny – jak piękna pocztówka. Prawdopodobnie młode nawiedzone katoliczki tak sobie wyobrażają niebo. To jest zawsze niezwykłe.

Na ogół nie bałem się, chociaż niektóre bardzo stare głosy brzmiały złowieszczo. Oczywiście nigdy nie bałem się mojego dziesięcioletniego brata, który odwiedzał mnie prawie codziennie. Pewnego dnia ojciec przyłapał mnie na rozmowie z nim w moim pokoju. Samuel zniknął, lecz przez mgnienie oka ojciec doświadczył jego obecności. Z początku o mało nie oszalał, kiedy mu jednak wszystko wytłumaczyłem, uspokoił się. Podejrzewam, że mój ojciec również miał podobne zdolności i że je po nim odziedziczyłem. Nigdy więcej nie mówił na ten temat ani też nie prosił mnie, żebym nawiązał kontakt z bratem w jego imieniu. Kupował mi książki z dziedziny metapsychologii i zjawisk parapsychicznych i w ten sposób bez słów zachęcał mnie do rozwijania moich zdolności, przekształcania ich w umiejętności, w jak największą sprawność. Ojciec uważał, że wszelkie wrodzone zdolności, zwłaszcza ich tajniki, trzeba wciąż rozwijać, by osiągnąć doskonałość.

Odchyliłem się na krześle. Sam nie wiedziałem, czy mam w to wierzyć, czy nie. Krajobraz nieśmiertelności? Skrzeczące głosy w ciemnościach?

– Jest pan sceptyczny – zauważył Martin Vaizey.

– Dziwi to pana? Ma pan w sobie więcej ze mnie niż ja sam.

– Może. Jeśli jednak chce pan się dowiedzieć, co trapi panią Greenberg, jestem pewien, że mogę panu pomóc. Identyfikowanie i demaskowanie duchów nękających ludzi to moja mocna strona. Zazwyczaj ludzie nie są świadomi, że duchy szukają kontaktu z nimi. Odczuwają może irytację, niezadowolenie, ale nie zdają sobie sprawy, że to duch w świecie duchów robi wszystko, by zwrócić na siebie ich uwagę. Pan, na przykład, też ma ducha, który pana dręczy.

– Ja? – spytałem z niedowierzaniem. Teraz byłem pewny, że to szarlatan. Jedyne, co mnie dręczyło, to permanentny brak zimnej wytrawnej wódki lub szklaneczki tequili z dużą ilością cytryny.

– Od razu go zauważyłem, gdy pan szedł korytarzem – powiedział z uśmiechem Martin Vaizey. – Pana duch przechadza się w okolicy pańskiego prawego ramienia. Przebywa tam cały czas, i to bardzo blisko. Stara się pana osłaniać, ale jednocześnie chce zwrócić na siebie pańską uwagę. O ile się nie mylę, chce pana przed czymś ostrzec.

Gwałtownie odwróciłem głowę. Zobaczyłem bezgłowy i beznogi tors z brązu, nagi, z dwoma pokaźnych rozmiarów syfonami, w których tkwiła wyszukana kompozycja z niebieskich irysów.

Mruknąłem rozbawiony, polizałem palec i zrobiłem znak w powietrzu.

– Doskonale. Punkt dla pana. Zmusił mnie pan, żebym się obejrzał.

– Tak jest, zmusiłem pana. Nie wierzy pan, że tam ktoś jest?

Już miałem odpowiedzieć, że oczywiście nie wierzę ani za grosz, kiedy coś mnie powstrzymało. Nie była to wcale jakaś naturalna asekuracja. Spojrzałem w oczy Martina Vaizeya i zobaczyłem w nich taką jasność, ostrość i niezachwianą pewność siebie, iż prawie uwierzyłem, że mógł widzieć kogoś, kto szedł za mną, że może nawet w tej chwili widzi.

– Nie chciałby pan wiedzieć, kto to jest? – zapytał Martin.

– A pan nie może mi powiedzieć?

– Oczywiście, że nie – odparł z uśmiechem. – Skąd miałbym to wiedzieć?