Duch Zagłady

Tekst
Z serii: Manitou #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 3

Wszedłem do jadalni i uważnie się rozejrzałem dokoła. Od razu wypadłem z roli rozważnego psychologa i przeobraziłem się w śmiertelnie wystraszonego psychologa. W pokoju panował nienormalny ziąb i przygnębiający mrok, a tu wprost przede mną siedziała ta kobieta o białych włosach i kurczowo trzymała się krzesła, jakby była zdecydowana nigdy i za żadną cenę nie dać się od niego oderwać.

Białe, obojętne, przerażające oczy.

Rozciągnięte usta odsłaniały zęby, jakby zamierzała ugryźć każdego, kto zechce się do niej zbliżyć.

Była tak sztywna, że wydało mi się, iż gdybym uderzył ją pogrzebaczem, przełamałaby się na pół. Rozpadłaby się jak pęknięty dzwon.

– Od dawna jest w takim stanie? – zapytałem Michaela, pochylając się, żeby lepiej się jej przyjrzeć. Pomyślałem, że pani Johnowa F. Lavender przez siedem dni w tygodniu to fraszka w porównaniu z tym tu odrażającym koszmarem.

– Już trzy tygodnie minęły od tego zdarzenia. Ona się nie rusza.

– Jak mam to rozumieć?

– Nie wstaje z krzesła. Siedzi przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– Czy coś je?

– Karmię ją. Przyjmuje pokarm i pije wodę.

– A co z…?

– Masz na myśli zabiegi higieniczne? Staram się utrzymać czystość, najlepiej jak potrafię.

– Jezus Maria!

– Harry, musisz coś zrobić – odezwała się Karen.

– Sam nie wiem… – Cofnąłem się. – Czy psychoterapeuci naprawdę nie mogli nic zrobić? Chryste Panie! Wygląda na katatoniczkę.

Michael był jak oszalały.

– Obandażowali jej żebra – powiedział. – Zbadali dokładnie i chcieli ją zabrać na obserwację, ale jak tylko próbowali ją ruszyć, dostała takiego ataku szału, że zdecydowali, iż lepiej będzie ją zostawić. Wymachiwała rękami, kopała, krztusiła się. Stawiali różne diagnozy, jednak tak naprawdę nie wiedzieli, co się z nią dzieje. Co dwa, trzy dni przychodzi doktor Stein. Jest starszym konsultantem w szpitalu Bellevue. Przebadał ją na wszelkie możliwe sposoby. Za każdym razem mówi co innego. Histeria. Psychogenne dzieciństwo. Zmiana trybu życia. Próbował nawet sugerować, że Naomi jest utajoną alkoholiczką i cierpi na delirium tremens. Wielki Boże, Naomi nigdy w życiu nie wypiła więcej niż pół kieliszka czerwonego wina na bar micwie swego brata. Taki sam jest doktor Bradley. Był dwa razy i twierdzi, że to jest depresja maniakalna.

– Czy ona mówi? – spytałem.

– Czasami, ale nie zawsze z sensem.

– Jeżeli powiem coś do niej, czy sądzisz, że mi odpowie?

– Spróbuj.

Ostrożnie podszedłem do Naomi Greenberg i pochyliłem się. Oczy wciąż miała wywrócone, lecz jej powieki zaczęły mrugać.

– Naomi – odezwałem się. – Naomi, jestem Harry. Jestem przyjacielem Karen.

Nic nie wskazywało, że Naomi usłyszała mnie, lecz zaczęła silniej mrugać powiekami. Jej oddech stał się szybszy.

– Naomi, przyszedłem ci pomóc.

Nie było odpowiedzi. Nagle poderwałem się. Prawa stopa Naomi przesunęła się po drewnianej podłodze, wydając ostry, piszczący dźwięk.

– Naomi, słyszysz mnie? Muszę zadać ci parę pytań. Muszę się dowiedzieć, co ci się stało.

– Ona nie powie – wtrącił Michael.

Wyciągnąłem rękę do tyłu, chcąc go uciszyć.

– Naomi… muszę wiedzieć, co się tutaj stało. Muszę wiedzieć, co widziałaś.

Nagle Naomi zesztywniała i przewróciła gałkami oczu. Ukazały się źrenice. Były brązowe, zasnute mgiełką i rozbiegane. Patrzyła na mnie jak na przedmiot, nie tyle jakby nie wiedziała, kim jestem, ile jakby nie wiedziała, czym jestem. Może uważała, że jestem meblem. Nie miałem pojęcia, jak głęboki jest szok. Przyjaciółka mojej matki przez całe lata żyła w przeświadczeniu, że stojak na kapelusze jest jej mężem.

– Naomi – powtórzyłem. – Jestem Harry, przyjaciel Karen. To Karen mnie prosiła, żebym przyszedł do ciebie. Ona sądzi, że mógłbym ci pomóc.

– Ty… możesz… pomóc… mnie? – wybełkotała Naomi monotonnie.

– Chcę spróbować. Muszę wiedzieć, co się z tobą stało. Proszę, powiedz mi, jak to było z meblami.

Naomi powoli odwróciła głowę, wpatrując się w stos sprzętów.

– Nie mogłam… powstrzymać… tego. Nie… mogłam.

– Naomi – zagadnąłem, podchodząc bliżej. – Czy przesuwałaś meble?

Przez chwilę zastanawiała się, po czym pokręciła głową.

– Uprzedzałem cię – powiedział Michael. – W zeszłym tygodniu doktor Bradley krzyczał na nią, każąc jej przyznać się, że działała jak histeryczka. Jakby zrobiła to celowo. Ale jak mogłaby to zrobić? Dlaczego miałaby to robić?

– Daj spokój, Michael – powiedziałem. – Muszę się skoncentrować.

– Przepraszam. Ale przez cały czas tylko słyszę: „Naomi, dlaczego przesunęłaś meble? Naomi, co chcesz sobie zrobić? Naomi, czy wąchałaś jakieś narkotyki?”.

Michael zacisnął usta, próbując opanować rozdrażnienie.

– Tego wieczoru poszedłem z Erwinem do synagogi, zostawiając w domu żonę szczęśliwą, uśmiechniętą i spokojną. To wszystko, co wiem. Kiedy trzy godziny później wróciłem, zastałem tu tę dziwną kobietę, zszokowaną, przerażoną, pozbawioną zmysłów. To wszystko, co wiem.

– Czy powiedziała ci, co się wydarzyło?

– Mówiła urywkami. Powiedziała, że słyszała głosy. Widziała cienie. Bez przerwy mówiła o cieniach. W każdym razie nie powiedziała nic, co miałoby jakiś sens.

– Nie było żadnego włamania?

– Nie. Policja jest pewna na sto procent. Okna były zakratowane i zamknięte, wszystkie zamki i łańcuchy założone. To my, Erwin i ja, musieliśmy się włamywać. Wezwaliśmy straż pożarną, która zdjęła drzwi frontowe z zawiasów.

– Czy nie ma żadnych śladów, że Naomi sama dobrowolnie wpuściła kogoś do domu, a teraz nie chce się przyznać?

– Co to ma znaczyć? – warknął Michael. – Zdawało mi się, że przyszedłeś, żeby mi pomóc, a nie urządzać przesłuchanie.

– Michael, czy ty nie rozumiesz, że zanim zacznę myśleć o ingerencji sił nadprzyrodzonych, muszę wykluczyć sytuacje naturalne? Istnieje prawdopodobieństwo, że to, co stało się tutaj, jest jakimś wybrykiem praw fizyki… na przykład zakłócenie napięcia prądu, miejscowe trzęsienie ziemi lub uderzenie pioruna.

– Próbujesz mi wmówić, że w Naomi trafił piorun?

– Wszystko muszę brać pod uwagę. Ona zdradza pewne objawy porażenia prądem. Czyż nie? Zszokowana, zdezorientowana. Wszystkie meble przesunięte. Podobny przypadek miał miejsce w Cedar Rapids, w stanie Iowa, gdzieś w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym roku. W chłopca uderzył piorun i wszystkie meble z salonu zostały dosłownie zdmuchnięte na podwórze. Kanapę znaleziono na sąsiedniej ulicy wraz z komiksem Zielona latarnia. Był otwarty na tej samej stronie, którą chłopiec czytał, kiedy uderzył w niego piorun.

– To nie był piorun, Harry – zapewnił mnie Michael, przesadnie podkreślając swoją cierpliwość.

– Masz rację. Ja też tak uważam.

– To nie było także trzęsienie ziemi.

– Chyba nie – zgodziłem się.

– Zatem, jeżeli to nie był piorun ani trzęsienie ziemi, ani włamywacz, to przyczyną muszą być siły nadprzyrodzone, bez względu na to, czy wierzymy w nie, czy nie.

– Tak. Mogą tu występować pewne elementy zjawisk paranormalnych.

– Co rozumiesz przez „pewne elementy”? Spójrz na moją żonę! Spójrz na meble! Coś ci powiem. Spróbuj przesunąć jedno z tych krzeseł na środek pokoju!

– Posłuchaj, Michael. Twoja żona doznała głębokiego urazu psychicznego. Nie mogę jej leczyć. Ona potrzebuje pomocy jakiegoś wybitnego specjalisty.

Michael odwrócił się gwałtownie do Karen, a potem do mnie.

– Bardzo przepraszam – powiedział. – Karen mówiła, że ty jesteś najlepszym specjalistą.

– Daj spokój, Michael! Jestem jasnowidzem. Przepowiadam ludziom przyszłość. Mam do czynienia ze zjawiskami, o których dobrze nie wiadomo: istnieją czy tylko nam się wydaje, że istnieją. Z wujkiem Fredem, który omijając cmentarz na Wzgórzach Cyprysowych, pragnie nawiązać kontakt z ciotką Eugenią i powiedzieć jej, gdzie zostawił zapasową żarówkę do lodówki. To, co się stało z twoją żoną… to zło, które ją spotkało… nie mogę się tym zająć. To problem medyczny.

– A co z meblami? – drążył Michael. – Czy to też problem medyczny? Spróbuj je poruszyć, zobaczysz, jakie to „medyczne”.

Niechętnie podszedłem do stosu mebli i chwyciłem krzesło. Musiałem mocno szarpnąć, żeby je wyrwać spośród pozostałych. Po chwili zorientowałem się, że to nie inne krzesła je trzymają. Jakaś magnetyczna siła ciągnęła je w stronę ściany.

Zdumiony spojrzałem na Michaela.

– Zanieś je na środek pokoju. No, idź. Postaw na podłodze.

Z wielkim trudem zaniosłem mebel na środek pokoju, pod żyrandol, i postawiłem na podłodze.

– Teraz odejdź – powiedział Michael.

Puściłem krzesło. Natychmiast przewróciło się z hałasem i skoczyło na przeciwległą ścianę. Bez żadnych sznurów ani ukrytych mechanizmów. Dosłownie upadło na bok i z łoskotem wróciło na miejsce koło innych mebli.

Stałem i wpatrywałem się w krzesło, zupełnie nie wiedząc, co robić. Chciałem je zabrać z powrotem, lecz Michael powiedział:

– Tak jest za każdym razem.

– Rzeczywiście – przyznałem i kucnąłem, chcąc się przyjrzeć dokładnie. – To jest problem.

– I na pewno nie jest to problem medyczny. Czyż nie mam racji?

– Masz rację. Muszę się z tobą zgodzić. To nie jest problem medyczny. Z pewnością występują tu elementy zjawisk paranormalnych. Jak na razie nie wiem jednak jakich i w jakim nasileniu.

– Ale ty potrafisz się z tym uporać? – upewniał się Michael. Pięć minut temu dawałeś gwarancję, że sobie z tym poradzisz. Wszystko zależy od „właściwego postępowania”, tak właśnie powiedziałeś.

 

– Tak. Właśnie tak! Nie można wdrożyć właściwego postępowania bez dokładnego rozpoznania zjawiska, którego to postępowanie dotyczy.

– To ty nie wiesz, co to za zjawisko?

– Jeszcze nie – przyznałem. – Już wspominałem… Możemy mówić o psychokinezie. Może to być również kołatek. Może się też jednak okazać, że chodzi o coś zupełnie innego. Może tu zachodzić transmutacja. A nawet lewitacja. Rodzaj bocznej lewitacji.

Michael pokręcił głową.

– Rozumiem – powiedział z wyraźnym rozczarowaniem. Nawet Karen wyglądała nieswojo. Nagle poczułem się tak podle i nieprzekonywająco jak komiwojażer sprzedający mydło. Mimo to zwróciłem się do Naomi:

– Naomi… posłuchaj. Musisz mi powiedzieć, co się tutaj stało. Patrzyła na mnie w milczeniu, a głowa się jej trzęsła, jakby miała chorobę Parkinsona.

– Czy ktoś tutaj był? Czy widziałaś kogoś, kto przesuwał meble?

Pokręciła głową.

– Nikogo… tutaj. Tylko… cienie.

– Jakie cienie?

Bojaźliwie spojrzała w stronę ściany.

– Cienie… na… ścianie… to… go… zagryzło…

– To go zagryzło? Co go zagryzło?

Zapadła długa cisza. Naomi siedziała, wpatrując się w ścianę. Oddychała głęboko i chrapliwie. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia zrobiła coś, co sprawiło, że zamarłem. Zakryła twarz rękami, tak że tylko oczy wyglądały. Powoli i groźnie wzrok jej przesuwał się z prawej strony na lewą i z powrotem.

– To… go… zagryzło… – powtarzała; jej palce wiły się i wyginały jak białe węże w gnieździe. – To… go… zagryzło…

Podniosła splątane dłonie i oparła je na czubku niesamowicie białych włosów, tworząc z nich coś na kształt jelenich rogów lub głowy Gorgony.

Nieoczekiwanie Naomi skończyła swą pantomimę. Opuściła ręce i znów mocno uchwyciła poręcze krzesła. Patrzyła przy tym na mnie tak, jakby oczekiwała, że zrozumiałem, co chciała przekazać.

– Czy kiedyś już to robiła? – zapytałem Michaela.

– Nigdy. Wobec nikogo.

– Czy powiedziała do kogoś „to go zagryzło”?

– Chyba tak powiedziała do doktora Steina, ale mnie wtedy nie było w pokoju.

Stałem zasępiony i rozmyślałem. Cienie na ścianie. Naomi widziała cienie na ścianie. Teraz mało było cieni na ścianach, ponieważ całe światło płynęło z góry, ze słabych żarówek żyrandola pod sufitem. Głównymi cieniami były mój i Naomi – małe, bezkształtne kałuże wokół naszych stóp. W jaki sposób Naomi mogła widzieć cienie na ścianach?

– Michael… mógłbyś mi przynieść lampkę na biurko lub coś w tym rodzaju?

– Oczywiście – odpowiedział i poszedł do salonu.

W drzwiach stała Karen z pobladłą twarzą i skrzyżowanymi rękami.

– Chcę cię przeprosić, Harry. Nie zdawałam sobie sprawy, że to będzie takie trudne.

Odchrząknąłem.

– Trudne? To nie jest trudne. To po prostu przerasta moje możliwości.

Nie byłem na nią zły. Czułem się tylko niekompetentny i zmartwiony.

Michael wrócił z małą czerwoną emaliowaną lampką na biurko. Postawiłem ją na podłodze i włączyłem do sieci.

Ledwie zdążyłem wstać, kiedy lampa, wyrwawszy kabel z kontaktu, z trzaskiem przeleciała przez pokój i wylądowała na przeciwległej ścianie obok stołu.

– „Pewne elementy zjawisk paranormalnych” – zacytował mnie Michael.

– Nie ma sprawy – odwzajemniłem się. – Mam z tym do czynienia na co dzień.

Była to oczywiście nieprawda. Nie miałem z czymś takim do czynienia nie tylko na co dzień, ale wręcz nigdy w życiu. Nie chciałem dopuścić, by sceptycyzm Michaela wziął nade mną górę. Doskonale rozumiałem gorycz i frustrację tego faceta, lecz prawda jest taka, że nie istnieją ludzie zdolni stawić czoło siłom nadprzyrodzonym. Nie ma żadnych kardynałów de Richelieu ani profesorów Harvardu okultyzmu, bez względu na to, co można przeczytać w powieściach Dennisa Wheatleya czy zobaczyć w filmach Stephena Spielberga. Miałem takie same kwalifikacje jak ten tu obok. Lub raczej brak kwalifikacji. To zależy, jak łaskawy chcesz być dla siebie.

Przeszedłem przez pokój i podniosłem lampę. Musiałem użyć całej swojej siły, aby przenieść ją na drugi koniec pokoju.

– Michael, chcę znów włączyć lampę. Czy możesz ją przytrzymać, żeby nam nie uciekła?

Michael ukląkł obok lampy, trzymając jej podstawę, tak jak się trzyma żywego koguta przed walką, bo – wierzcie mi – gdyby ją puścił, odjechałaby od niego z głośnym stukotem. Zapalił ją. Jej światło oświetlało przeciwległą ścianę. Stanąłem przed tą ścianą i wykonałem kilka moich sztuczek z cieniami. Króliczek. Gołąbek z trzepoczącymi skrzydłami. Żółw.

– Na miłość boską, co ty wyprawiasz? – dopytywał się Michael. – Cicho. Chcę przyciągnąć uwagę Naomi, ale nie chcę jej zdenerwować. W każdym razie jeszcze nie teraz.

Naomi kątem oka przyglądała się moim obrazkom. Kiedy obrazki zaczęły się poruszać, drgnęła lekko, ale patrzyła dalej.

– Naomi, czy takie cienie widziałaś na ścianie? – zapytałem.

Potrząsnęła głową, ale jej nie odwróciła.

Zrobiłem psa, żyrafę i konika Olivera Hardy’ego. Na tym prawie wyczerpał się mój repertuar. Nic dziwnego, że dzieci wygwizdują mnie zawsze, kiedy chcę zabawić je na przyjęciach. Potem spróbowałem naśladować Naomi. Rękami zasłoniłem twarz, tak że tylko oczy wyzierały. Powoli zacząłem zaplatać palce.

Z szeroko otwartymi oczami Naomi wpatrywała się w ścianę. Wciąż splatałem palce, stopniowo podnosząc ręce coraz wyżej, naśladując Naomi. Wreszcie ukształtowałem na głowie coś w rodzaju rogów jelenia.

Krzyk Naomi był tak przenikliwy, że z początku prawie go nie słyszałem. Nie mieścił się w rejestrze ludzkiego słuchu. Był jak skowyt psa. Widząc jej przerażenie, odwróciłem się do ściany, aby zobaczyć, co ją tak przeraziło.

To był mój własny cień. Zgarbiony stwór z ogromną głową, podobny do kozła stojącego na tylnych nogach. Jego głowę wieńczyły wijące się węże. Gdyby taka kreatura stanęła przede mną, uciekałbym, aż by się kurzyło. Gdy krzyk Naomi z niesłyszalnego przeszedł w rozrywający bębenki wrzask, opuściłem ręce. Michael puścił lampę, która z hałasem przesunęła się pod ścianę. Stwór natychmiast odwrócił się ode mnie i zniknął.

Michael objął ramionami Naomi, która wciąż nie przestawała krzyczeć. Kołysała się gwałtownie na krześle i tupała nogami w podłogę. Wyglądało to jak atak epilepsji: oczy wywrócone, z ust leciała ślina i piana.

– Co robisz, ty pieprzony łobuzie?! – wrzasnął Michael.

Naomi krzyczała i biła na oślep rękami. Żadne z nas nie potrafiło jej uspokoić.

– Przepraszam cię! – zwróciłem się do Michaela. – Naprawdę, bardzo mi przykro! Nie zdawałem sobie sprawy!

– Daj spokój! – krzyknął. – Wynoś się stąd! Ty przeklęty komediancie!

– Uważaj, co mówisz. Jakim prawem nazywasz mnie komediantem? – odparowałem, lecz Karen złapała mnie za ramię i powiedziała:

– Przykro mi, Harry. Lepiej chodźmy stąd. Bardzo cię przepraszam.

– Wynoście się! – krzyczał Michael.

Nie wiedziałem, kto robi więcej hałasu: on czy Naomi.

Kiedy cofałem się do wyjścia, zdarzyła się bardzo dziwna rzecz. Chociaż nie paliła się już lampka, przez ścianę przemknął jakiś cień. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, nie miałem więc pewności, czy nie było to złudzenie. Ów cień jednak miał wszelkie cechy podobieństwa do stworzonej przeze mnie postaci.

Gdy tylko cień przeszedł przez ścianę, Naomi natychmiast przestała krzyczeć. Kręciła głową w różne strony, jakby czuła jego obecność.

– Naomi? – odezwał się Michael. Z oczami pełnymi łez ściskał ją i tulił. – Naomi, jak się czujesz?

Źrenice Naomi wróciły na miejsce. Pozbawionym wyrazu wzrokiem wpatrywała się w Michaela, jakby widziała go po raz pierwszy.

– Dzięki Bogu – wyszeptała.

– Co? – spytał Michael. – Naomi, co?

Nie zwracała na niego uwagi.

– Ty wiesz, prawda? – zapytała mnie głosem tak cichym, że ledwie ją słyszałem. – Wiesz, co to jest. – Jak przedtem podniosła ręce do twarzy i zakryła ją, tak że tylko oczy wyglądały.

– Naomi, Harry musi już iść – odezwał się Michael. – Nie wydaje mi się…

– Nie! – przerwała mu. – Harry nie może odejść. On jest jedyny, który wie.

– Naomi…

– Nie! Tylko on wie!

Mowa jej wciąż była niewyraźna i monotonna, jak u kogoś, kto przeszedł lekki wylew, głos jednak był bardziej dobitny i stanowczy niż przedtem.

Zapadła długa, kłopotliwa cisza, podczas której Naomi wpatrywała się we mnie, jakbym był Samotnym Jeźdźcem, tancerką w stylu chippendale i Janem Chrzcicielem w jednej osobie.

– Co? – dopytywał się Michael. – Co to jest? Jeżeli Harry wie, to ja chyba tym bardziej powinienem wiedzieć.

– On wie, co to jest – powtórzyła Naomi. Odwróciła się do Michaela, przyciskając delikatnie czoło do jego policzka, aby zamanifestować w ten sposób swoją miłość do niego i przywiązanie. Dla ciebie byłoby znacznie lepiej, gdybyś nigdy się nie dowiedział. Nie chcę cię stracić… nie teraz. Nigdy.

– Harry, czy ty naprawdę wiesz? – zapytała szeptem Karen.

Już chciałem powiedzieć, że nie mam zielonego pojęcia, lecz Michael usłyszał jej słowa i skierował na mnie uważne spojrzenie.

– No, tak – powiedziałem. – Mam pewne podejrzenia. Od początku miałem.

Michael zabrał nas do salonu. Był rozdrażniony i niespokojny. Cóż innego mógł zrobić, skoro Naomi kazała mi zostać?

– Czy powiesz mi wreszcie, co to jest? – zapytał zdejmując okulary. Oczy miał wytrzeszczone, a w spojrzeniu czaiła się groźba.

Posłałem mu najbardziej fałszywy z moich uśmiechów.

– Przykro mi. Słyszałeś, co powiedziała twoja żona. Wolałaby, żebyś pozostał w nieświadomości. Tak będzie bezpieczniej. Bezpieczniej dla ciebie. Dla nas wszystkich. Więcej w tym pierwiastków paranormalnych, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

– Chcesz powiedzieć, że to jest niebezpieczne? Bardzo?

– Może to nie tyle niebezpieczne – zmyślałem – co nieuchwytne.

– Coś ci pokażę, mądralo – rzekł Michael. Wziął z biurka oprawioną w ramki fotografię i podetknął mi ją pod nos. Na zdjęciu była przystojna brunetka stojąca z ogromnym bukietem żonkili na jednej z ulic Nowego Jorku. Miała na sobie niebieski wiosenny płaszcz i biały szal. Wyglądała na szczęśliwą.

– Jak myślisz, kto to jest? – zapytał ochrypłym głosem.

– Sądzę, że Naomi. Inaczej nie pokazywałbyś mi tego zdjęcia.

– Masz rację. To jest Naomi. Jak sądzisz, kiedy to zdjęcie było zrobione?

Spojrzałem w stronę jadalni, gdzie siedziała siwowłosa kobieta, kurczowo trzymając się krzesła.

– Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty? – zaryzykowałem. Może osiemdziesiąty szósty?

– Mylisz się – odparł Michael. – Bardzo się mylisz. Zrobiłem jej to zdjęcie na Delancey w kwietniu tego roku.

Uważnie przyjrzałem się fotografii. Z największym trudem przełknąłem ślinę. Moja krtań była ciasna jak podrzędnego gatunku kukurydziana fajka generała MacArthura. Kimkolwiek był ów cienisty stwór – podobno miałem wiedzieć, kim był – dokonał z Naomi Greenberg rzeczy strasznej i nie uśmiechała mi się perspektywa, że to samo zrobi ze mną. Prawdę mówiąc, nie sądzę, żeby było mi do twarzy z białymi włosami. Podałem fotografię Karen, a ona oddała ją Michaelowi. Widziała już przedtem to zdjęcie. Bez zachwytu przyjąłem delikatny, pełen ufności uśmiech, który mi posłała. Karen, pomyślałem, już raz stoczyłem o ciebie walkę z siłami nadprzyrodzonymi lub z czymś, co za siły nadprzyrodzone uważaliśmy. Ale ten raz to dość, a w gruncie rzeczy dwa, bo zmuszony byłem walczyć z tą przerażającą zjawą dwukrotnie. I nigdy więcej. Nigdy. Nie z czymś takim. To nie jest kryształowa kula ani fusy po herbacie, ani karty wróżbity. To jest śmierć, to przeżycie, od którego włos bieleje na głowie. Nie chcę mieć do czynienia ze śmiercią, Karen, ani ze zjawiskami, od których człowiek siwieje.

Ani teraz, ani nigdy.