Tańczące martwe dziewczynki

Tekst
Z serii: Katie Maguire #8
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tańczące martwe dziewczynki
Tańczące martwe dziewczynki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Tańczące martwe dziewczynki
Tańczące martwe dziewczynki
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
38,90  27,62 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zamierzała się odwrócić, żeby zobaczyć, jak detektyw Dooley radzi sobie w tłumie, kiedy ciemny kształt znów się pojawił, i tym razem pozostał w zasięgu wzroku. Ku swemu przerażeniu Katie zobaczyła, że to głowa dziecka, małej dziewczynki o twarzy białej jak płótno, ciemnych oczach i ciemnych włosach splecionych w warkocz. Uwaga wszystkich była skupiona na oknach pierwszego piętra, gdzie pięciu strażaków w aparatach tlenowych wchodziło do budynku, ciągnąc za sobą węże. Tymczasem dziewczynka spoglądała w dół na Katie, nieruchoma i milcząca.

– Matthew! Patrz! – Katie szarpnęła Whalena za rękaw i wskazała na gzyms.

– Jezu Chryste! – jęknął zastępca komendanta straży. – Jim! Patrick! Tam jest dziecko!

Phelan natychmiast sięgnął po krótkofalówkę.

– Charlie Dwa! Charlie Dwa! Podjedź pod budynek od frontu i wysuń podnośnik koszowy! I pospiesz się! Na dachu jest jakiś dzieciak!

Strażacy natychmiast oczyścili chodnik przed budynkiem. Zaparkowany nieco dalej mercedes z podnośnikiem koszowym ruszył powoli i cofając się, podjechał niemal pod drzwi wejściowe; zatrzymał się między dwiema drabinami opartymi o okna. Z hydraulicznym sykiem kosz i stojący w nim dwaj strażacy ruszyli w górę i niespełna dwie minuty później zatrzymali się przy krawędzi dachu. Katie cofnęła się, żeby mieć lepszy widok, jednak ulatujące z okien kłęby dymu niemal całkowicie przesłaniały widoczność.

W końcu zobaczyła, że jeden ze strażaków wchodzi na dach. Chwilę później wziął na ręce dziewczynkę, która kuliła się w rynnie za gzymsem, i ostrożnie wrócił z nią do kosza. Kiedy wszyscy troje wrócili na dół, wśród zgromadzonego na nabrzeżu tłumu rozległy się oklaski i okrzyki uznania.

Dwaj sanitariusze ze Szpitala Miłosierdzia pospieszyli ku dziewczynce z noszami na kółkach i położyli ją na nich. Katie przypuszczała, że mała ma mniej więcej dziewięć lat. Była chudziutka i długonoga, ubrana w czarne obcisłe getry i luźną różową tunikę z aplikacją w kształcie smutnego królika. Twarz miała umazaną sadzą i zanosiła się kaszlem, więc sanitariusze założyli jej maskę tlenową.

Katie pochyliła się nad nią, ujęła ją za rękę i uśmiechnęła się pocieszająco. Dziewczynka patrzyła na nią dużymi brązowymi oczami, opuchniętymi i czerwonymi od dymu. Okalające je długie rzęsy były zlepione od łez.

– Jesteś bezpieczna, skarbie – odezwała się łagodnie Katie. – Ci mili ludzie zajmą się tobą. Zabiorą cię do szpitala i zadbają, żebyś mogła swobodnie oddychać. Porozmawiam z tobą później, kiedy poczujesz się lepiej.

Mała przyglądała się jej, nie przestając kasłać.

– Myślisz, że możesz coś dla mnie zrobić? – spytała Katie. – Powiesz mi, jak masz na imię?

Jeden z sanitariuszy podniósł maskę, tak by dziewczynka mogła mówić, ale ona wpatrywała się w Katie bez słowa. Chwilę później znowu się rozkasłała, więc mężczyzna nałożył jej maskę z powrotem.

– To nic – zapewniła ją Katie. – Zaczekamy, aż wyzdrowiejesz. Do zobaczenia.

Sanitariusze wsunęli nosze do karetki. Pozostałe ambulansy czekały w pogotowiu, ale choć dym stopniowo się przerzedzał, było coraz mniej prawdopodobne, by ktoś jeszcze miał trafić do szpitala.

– Chryste, jest mniej więcej w tym samym wieku co moja córka Orla – odezwał się Cafferty, odprowadzając wzrokiem odjeżdżającą karetkę. – Bóg jeden wie, jak się tam uchowała.

– Jak to możliwe, że ona jedna wydostała się na dach? – zastanawiała się na głos Katie. – Może pozostali zamknęli się w jakimś pomieszczeniu i nic im nie jest? Miejmy nadzieję.

Ledwie to powiedziała, a podszedł do nich Matthew Whalen. Twarz miał posępną.

– Złe wieści, Katie – rzucił, podnosząc krótkofalówkę. – Moi ludzie znaleźli ciała i z tego, co wiem, doliczyli się siedemnastu. Wygląda na to, że próbowali uciec na poddasze, ale im się nie udało.

– Siedemnaście? – wtrącił się Cafferty. – To praktycznie cały zespół. Matko Boska, nie dalej jak latem byliśmy na występie Toirneach Damhsa w Operze. Byli fantastyczni.

– Cóż, inspektorze, obawiam się, że więcej już nie zatańczą – powiedział zastępca komendanta straży. Zdjął czapkę i wierzchem dłoni wytarł spocone czoło. – Ostatni raz będą występować przed patologiem.

Rozdział 3

– Powiedziałbym, że jara się jak diabli, nie? – odezwał się Liam O’Breen. – Wcale bym się nie zdziwił, gdyby strażakom od tego żaru popękały parówy.

Niall Gleeson nie odezwał się ani słowem. Ostatni raz zaciągnął się papierosem i pstryknięciem posłał niedopałek w drugi koniec stromego parkingu.

Stali przed Templegate Tavern przy Gurranabraher Road, patrząc na ciemnoszare kłęby dymu unoszące się znad widocznej w dole Farren’s Quay. Liam był pulchnym dwudziestojednolatkiem o bladej twarzy. Głowę miał ogoloną po bokach, przez co jego drobne uszy wydawały się odstające, a w pozostawionych na czubku kręconych kasztanowych włosach widać było białe płatki łupieżu. Miał na sobie zieloną bluzę z logo GAA1 i szare workowate spodnie dresowe Champion Sports.

Niall był po trzydziestce, ale krótko przycięte siwiejące włosy go postarzały. Tego dnia miał na sobie tweedową marynarkę w kolorze butelkowej zieleni, czarną kamizelkę i ciemnoszare spodnie z mankietami. Był niskim mężczyzną z grubą szyją i wiecznie zmrużonymi oczami, jak gdyby nieustannie się nad czymś zastanawiał albo skupiał wzrok na punkcie w oddali.

– Davy powinien niedługo wrócić – rzucił Liam. Zaczynało mżyć, wyciągnął więc rękę i spojrzał w niebo.

– Mówił, że wraca? – spytał Niall. – Z Davym nigdy nic nie wiadomo. Ten koleś to niezły cwaniaczek.

– Jest w porządku. Obiecał, że załatwi mi glocka.

– Że co? Glocka? Nie dałbym ci pistoletu na wodę pełnego szczyn, a co dopiero pieprzonego glocka.

– Wal się. – Liam wyszczerzył zęby w uśmiechu, ale twarz Nialla pozostała niewzruszona.

Słup dymu bijący znad szkoły tańca sięgał prawie na wysokość trzystu metrów i mieszał się z niskimi szarymi chmurami. Z chwilą gdy Liam i Niall mieli wrócić do pubu, z północnego wschodu nadleciał biały helikopter Gardy i z monotonnym terkotem zaczął kołować nad nabrzeżem.

– Jedno trzeba przyznać Davy’emu – odezwał się Liam. – Nie robi niczego po łebkach.

– Jak dla mnie to pieprzony wariat.

– Może, ale dla odmiany potrzebujemy świra. A do tego ma pierdolca na punkcie polityki. Bobby też był świrem, tylko jego interesował wyłącznie szmal. Dla Bobby’ego polityka była pretekstem. A dla Davy’ego nie.

– Co ty, kurwa, wiesz o polityce? I nie mów źle o zmarłych. Bobby Quilty był łebskim narwańcem. Za głupi jesteś, żeby się z nim porównywać.

– Wiem o wielkim głodzie, powstaniu wielkanocnym i irlandzkiej wojnie o niepodległość. Uczyłem się o tym w liceum.

– No to najwyższy czas przestać udawać pieprzonego mądralę i zamknąć cholerną jadaczkę.

Szli w stronę pubu, gdy zza zakrętu od strony Cathedral Road wyjechał srebrnoszary kabriolet Mercedesa i zaparkował przed mieszczącym się po sąsiedzku bukmacherem Paddy Power. Wysiadł z niego młody mężczyzna w eleganckiej czarnej kurtce przeciwdeszczowej, sięgnął po leżącą na tylnym siedzeniu aktówkę i chwilę później ruszył w ich stronę. Nie uśmiechał się ani nie podniósł ręki na powitanie.

– Jak leci, chłopaki? – rzucił tylko, gdy był wystarczająco blisko.

– Świetnie, Davy – odparł Liam. – A co u ciebie?

Niall milczał. Był starszy od Davy’ego o co najmniej siedem lat i nie lubił, gdy nazywano go „chłopakiem”.

Davy był przystojnym brunetem o kościstej twarzy, prostym nosie i regularnych rysach modela, z sięgającymi do ramion zmierzwionymi włosami i modnym kilkudniowym zarostem. Jego szare oczy nie miały w sobie uwodzicielskiego błysku; patrzyły na świat wyzywająco, niemal agresywnie, jasne i twarde niczym główki gwoździ. Rzadko stał spokojnie – Niall skarżył się, że pozostaje w ciągłym ruchu jak łokieć skrzypka – ale emanował pewnością siebie, która bardziej przerażała Nialla, niż go irytowała. Sposób, w jaki Davy się poruszał, zdradzał, że jest niezwykle wysportowany. Nie palił i w przeciwieństwie do pozostałych nie przesiadywał godzinami w pubie, grając w bilard, żłopiąc piwo i whiskey i opowiadając pikantne historyjki.

W Cork czuł się jak w domu. Dorastał w Gurra i Niall znał go od dzieciaka. Obaj chodzili do szkoły podstawowej Ojca Pio. Kiedy Davy miał dziewięć, dziesięć lat, jego rodzina przeniosła się do Larne w hrabstwie Antrim w Irlandii Północnej; wrócił do Cork niespełna siedem miesięcy temu, a krewni i przyjaciele z Mount Nebo Avenue przywitali go, jakby był na dwutygodniowych wakacjach.

– Wszystko poszło zgodnie z planem? – zapytał Niall.

– Co? – bąknął rozkojarzony Davy, zerkając na ekran telefonu.

– Pytałem, czy wszystko poszło zgodnie z planem.

Davy dźgnął palcem ekran i wskazał głową unoszącą się nad miastem chmurę dymu.

– Chyba sam widzisz, koleś.

– Nie miałeś żadnych problemów? Nikt cię nie widział?

– Myślisz, że jestem jakimś pieprzonym amatorem?

– Wyluzuj, dobra? Pytam tylko, czy miałeś jakieś problemy.

– Gdybym miał problemy, nie byłoby mnie tu, to chyba jasne, nie? Wszystko załatwione. Nie znajdą żadnych dowodów, więc możemy zacząć planować.

Weszli do pubu i usiedli przy okrągłym stoliku w kącie, przy mahoniowej ściance z witrażowymi szybkami. Wnętrze pubu było ciemne, cuchnące zwietrzałym piwem i hałaśliwe, choć klientów było tu niewielu. Dwaj miejscowi chłopcy grali w bilard i krzyczeli za każdym razem, gdy któraś z bil wpadała do łuzy, a w radiu ustawionym na Cork Music Station Nathan Carter śpiewał Don’t Know Lonely.

Przy stoliku siedzieli, popijając piwo, dwaj mężczyźni – Murtagh McCourt, ubrany w szary przyciasny polar łysy mężczyzna o kamiennej twarzy i brakujących czterech przednich zębach, oraz Billy Ó Griobhta, który wyglądał jak Elvis Presley z zapadniętymi policzkami i zaczesanymi do góry włosami układającymi się w kaczy kuper.

 

Pozornie nieokrzesany Murtagh mówił z miłym dla ucha akcentem z Montenotte. Billy Ó Griobhta rzadko się odzywał, tylko przytakiwał za każdym razem, gdy Davy, Murtagh czy Niall zabierali głos, a czub na jego głowie kołysał się w przód i w tył, jak gdyby na potwierdzenie, że rozumie, co się do niego mówi.

– No, panowie, mamy czyste konto – rzucił Davy. – Sprawy są zapięte na ostatni guzik, a ci, co kłapali dziobami, zostali uciszeni. Pozbyliśmy się gliniarzy i wszystko chodzi jak w zegarku. Teraz możemy zacząć obmyślać strategię.

Młody barman przyniósł cztery kufle piwa Murphy’s i butelkę jabłkowo-gruszkowego soku MiWadi dla Davy’ego – żadnego alkoholu i żadnych kalorii – choć nikt go o to nie prosił.

– Dzięki, dobry człowieku – rzucił do niego Davy. Nie zaproponował pieniędzy, zresztą barman wcale o nie nie prosił.

– Pewnie, że możemy zacząć obmyślać strategię – zgodził się Niall. – Ale póki co lepiej zrobimy, jeśli nie będziemy się wychylać. Możemy stopniowo gromadzić fundusze i broń, no i przydałoby się nam kilku ochotników. Po tym, jak kropnęli Bobby’ego, co najmniej dwunastu naszych ludzi z Cork ulotniło się, a w Belfaście dwa razy tyle.

Davy upił łyk soku z butelki.

– Ulotnili się, bo byli wyrachowanymi skurwielami – powiedział. – Robili to dla kasy, nie dla polityki.

– Davy ma rację – przyznał Murtagh. Z powodu braku zębów jego oschły głos był lekko świszczący i przywodził na myśl wiatr nawiewający piasek na Kinsale Beach. – Nie można ufać takim łajzom, zwłaszcza jeśli wyniuchają ich ci ze Specjalnego Biura Śledczego. W życiu nie powiedzą tego na głos, ale rocznie dostają ponad milion euro na opłacanie informatorów. A jak myślicie, co zrobią te mendy, jeśli będą musiały wybierać: kilka tysięcy więcej na koncie czy kilka lat w pierdlu przy Rathmore Road? Ani się obejrzysz, jak zaczną sypać.

– I tak myślę, że powinniśmy zaczekać – powiedział Niall. – Cokolwiek postanowimy, będziemy potrzebowali więcej fachowców, nie mówiąc o transporcie, wymianie informacji, obserwacji i planie awaryjnym w sytuacji, gdyby sprawy się posypały. Daj spokój, Davy, to nie jest tak jak kiedyś, w latach siedemdziesiątych. Teraz wszystko opiera się na technologii. W dzisiejszych czasach gliniarze mogą podsłuchiwać twoje rozmowy telefoniczne, zanim zdecydujesz, do kogo chcesz zadzwonić.

– Jasne, masz rację, że to nie lata siedemdziesiąte – zgodził się Davy. – Ale technologia działa w obie strony. Możemy zrobić z niej taki sam użytek jak gliniarze. Nie potrzebujemy połowy ludzi, których potrzebowaliśmy wtedy. Wiemy, kiedy ktoś nas namierza, i możemy zakłócić ich sygnał. Możemy korzystać z telefonów, których nie da się namierzyć, i używać broni i środków chemicznych nie do wykrycia nawet przez najlepszych lekarzy sądowych. Nie jesteśmy już rolnikami w płaszczach przeciwdeszczowych i ze śrutówkami.

– Nie twierdzę, że tak jest – odparł Niall. – Mówię tylko, że musimy być ostrożni i nie możemy podejmować pochopnych decyzji jak bliźniacy Doyle’owie. Chodzili z tobą do klasy, pamiętasz? Teraz jeden z nich jest trupem, a drugi częściej bywa w pierdlu niż na wolności.

– Wszystko przez to, że jeden był głupszy od drugiego. Eddie Doyle myślał, że Freddie Mercury wynalazł termometr2.

– Ale po co się spieszyć? Toczymy tę bitwę od tysiąc dziewięćset dwudziestego pierwszego roku. Kilka miesięcy więcej nic nie zmieni.

Davy upił kolejny łyk napoju i otarł usta wierzchem ręki.

– Nic nie rozumiesz. Kiedy Anglicy zagłosowali za wyjściem z Unii Europejskiej, wszystko się zmieniło. Irlandia Północna głosowała za pozostaniem, podobnie jak my, ale będą zmuszeni opuścić wspólnotę, chociaż wcale tego nie chcą. To znaczy, że granicy między nami nie będą już wyznaczały znaki drogowe z kilometrami zmienionymi na mile. Nie, to będzie prawdziwa granica między Unią Europejską a Wielką Brytanią, z posterunkami celnymi i strażnikami. To pieprzony bezsens, pod względem politycznym, ekonomicznym i każdym innym.

Pochylił się i wlepił wzrok w Nialla, jakby przemawiał do wyjątkowo tępego dziecka.

– Nie masz, kurwa, pojęcia, jaki to ważny historyczny moment? To czas, kiedy Północ i Południe może powiedzieć, że wszyscy jesteśmy Irlandczykami i nie chcemy między nami takiej bariery. Pierwszy raz od dawna możemy stanąć ramię w ramię. Taka okazja może się nie powtórzyć przez kolejne kilkaset lat, długo po tym, jak ty i ja trafimy do piachu. Skoro Angole mogli odzyskać swój kraj, to i my możemy. Ale musimy uderzyć teraz. Musimy kuć żelazo, póki gorące i póki mamy poparcie opinii publicznej.

– No już, chłopcze, masz jakiś plan, tak? – Murtagh popukał się w czoło palcem pożółkłym od nikotyny i posłał Davy’emu szczerbaty uśmiech.

Davy potaknął ochoczo.

– Wczoraj wieczorem mówili w wiadomościach, że brytyjski minister obrony w przyszłym tygodniu przylatuje do Dublina, by omówić kwestie granic. Potem ma przyjechać do Cork, żeby przeprowadzić inspekcję bazy marynarki wojennej w Haulbowline i rozmawiać o NATO.

– No i co?

– No i to, że rozmawialiśmy już ze starym kumplem Bobby’ego, Royem McCreeshem z Andersonstown. Mógłby przysłać kilku gości, których nikt nie rozpozna.

– Roy McCreesh? – Niall zmarszczył nos. – Ten kanciarz?

– Nazywaj go sobie, jak chcesz, ale facet ma kontakty, zwłaszcza w policji Irlandii Północnej.

– Czy mi się zdaje, czy chcesz zrobić to, co mi się zdaje, że chcesz zrobić? Bo jeśli tak, to chyba cię, kurwa, pojebało.

– Co innego może zjednoczyć ten kraj za jednym zamachem? Proszę cię bardzo: mów. Tyle że odpowiedź brzmi: nic. Jak myślisz, co powiedzieliby chłopcy ze starej brygady, gdybyśmy zrobili coś takiego? Gdybyśmy dokonali tego, co nie udało się Liamowi Lynchowi, Mary MacSwiney ani Éamonowi de Valerze, ani Martinowi McGuinnessowi, ani Gerry’emu Adamsowi, ani żadnemu innemu irlandzkiemu patriocie?

– Odbiło ci – warknął Niall. – Myślisz, że brytyjski minister obrony przyjedzie tu bez ochrony? Nie zbliżysz się do niego na kilometr. A nawet gdyby, to wyobrażasz sobie, co by się stało później? Gliny przetrząsnęłyby cały kraj, byle nas dorwać, kawałek po kawałku, i zadbałyby o to, żebyśmy dostali kulkę w łeb, zanim dotrzemy do sądu.

– Znowu zaczynasz, stary – rzucił Davy. – Mówisz do mnie jak do gówniarza, który wciąż ma mleko pod nosem…

Ale Niall, wyraźnie rozgniewany, nie pozwolił mu dokończyć.

– Nie! – ryknął. – Nie wydaje mi się, że masz mleko pod nosem! Myślę, że jesteś stuknięty! Pozwól, że coś ci powiem, Davy. Wiem, że jesteś zaangażowany politycznie, i podpisuję się pod tym obiema rękami. Wiem, że twój dziadek był na górze Knockmealdown, kiedy zastrzelili Liama Lyncha. I wiem, że krew Lyncha zbryzgała jego twarz. Wystarczająco często mi to powtarzałeś. Ale mamy dwudziesty pierwszy wiek i nie rozwiązujemy sporów politycznych, wydając wyroki śmierci na polityków, tak jak to było w przeszłości. Ja w to nie wchodzę i coś ci powiem: jeśli się dowiem, że ty i McCreesh kombinujecie coś razem, zrobię wszystko, żeby pokrzyżować wam plany. Uwierz mi.

Davy otworzył usta i uniósł palec, jakby zamierzał się odgryźć, ale rozmyślił się i odprężony odchylił się na krześle.

– W porządku, Niall. Jak sobie chcesz. Skoro tak czujesz. Nie mam zamiaru się z tobą wykłócać. Kłócąc się między sobą, nie osiągniemy tego, na czym nam zależy.

– Tak jak nie osiągniemy tego, wysadzając w powietrze brytyjskich polityków.

– Co ty na to, żebym postawił ci jeszcze kolejkę? – spytał Davy. Uśmiechał się, ale spojrzenie miał nawet chłodniejsze niż chwilę temu.

Niall dopił piwo i zerknął na zegarek.

– Nie, muszę lecieć. Obiecałem Mairead, że odbiorę Sinead z przedszkola.

– Ja też będę się zwijał – rzucił Davy. – Zadzwonię i pogadamy.

– Nie zmienię zdania – oświadczył Niall. – Dawne czasy minęły. Musimy walczyć o swoje siłą perswazji, nie kulami.

– Tak jak mówię, pogadamy o tym innym razem – powiedział Davy.

Obaj wstali od stołu, a Murtagh dał znać barmanowi, by przyniósł kolejne trzy kufle.

* * *

Lało jak z cebra, gdy Niall wsiadał do swojego granatowego forda mondeo zaparkowanego przed wejściem do pubu. Davy zasalutował mu i postawiwszy kołnierz kurtki, pobiegł do mercedesa. Niall uruchomił silnik, wycofał na Gurranabraher Road i ruszył na północ. Kilka sekund później Davy ruszył jego śladem.

Niall zwolnił na rondzie na końcu Gurranabraher Road i wjechał w Knockfree Avenue. Davy trzymał się pięćdziesiąt, sześćdziesiąt metrów za nim, ale dojeżdżając do przedszkola, mrugnął światłami.

Z początku Niall tego nie zauważył, Davy mrugnął więc jeszcze raz, a gdy Niall zjechał na pobocze, zatrzymał się za nim. Po lewej stronie drogi nie było niczego poza działkami, a po prawej znajdował się nieogrodzony rozległy park. Deszcz przybrał na sile i zarówno na działkach, jak i w parku nie było żywego ducha. Szare chmury sunęły po niebie, jak gdyby były spóźnione na pilne spotkanie.

Davy wysiadł z mercedesa i przygarbiony podszedł do mondeo. Kiedy zapukał w szybę, Niall ją opuścił.

– Coś nie tak? – spytał, rzucając Davy’emu srogie spojrzenie.

– Ty, koleś – odparł Davy. – Ty jesteś nie tak.

– O czym ty, kurwa, gadasz? Muszę odebrać Sinead, jestem spóźniony.

– Ujmijmy to tak: Liam Lynch nie zginął po to, żeby takie pajace jak ty go zawiodły.

– Pierdol się, dobra? Rzygać mi się chce, jak słyszę o Lynchu.

Davy wyprostował się i rozejrzał po okolicy. Upewniwszy się, że nikt ich nie widzi, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni glocka, wycelował w głowę Nialla i pociągnął za spust. Pistolet miał tłumik, ale wystrzał i tak był głośny. Kula trafiła Nialla między brwi i tył jego głowy eksplodował, ochlapując szybę od strony pasażera mieszaniną krwi i mózgu.

Spojrzenie Nialla natychmiast złagodniało; wyglądał teraz, jakby patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem. Po chwili osunął się na bok, jedną ręką wciąż ściskając kierownicę.

Davy wrócił do samochodu i odjechał. Kiedy dotarł do Fair Hill, zatrzymał się na chwilę i spojrzał na siebie w lusterku wstecznym. Wiedział, że po tym, co zrobił, nie będzie odwrotu. Nawet stąd widział chmurę dymu ulatującą w niebo znad budynku Toirneach Damhsa.

Wrócił na Mount Nebo Avenue, pogwizdując cicho The Broad Black Brimmer, piosenkę o mundurze IRA, wciąż wiszącym w pokoju jego ojca. Jedynymi słowami, które wyszeptał, parkując przed domem wuja Christy’ego, były ostatnie słowa refrenu: kabura pusta przez wiele dni… lecz już niedługo!