Niewinność Księdza Browna

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


„The Innocence of Father Brown”,

pierwsze wydanie angielskie 1911 r.

Okładka

Fahrenheit 451

Tłumaczenie

Magda Sobolewska

Korekta i redakcja

Barbara Manińska, Martyna Posłuszna

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

Skład, łamanie

Point Plus

ISBN 978-83-8079-141-1

© Copyright by for the Polish translation by Magda Sobolewska

© Copyright for the Polish edition by Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2017

Wydawca


Fronda PL , Sp. z o.o.

Ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Błękitny krzyż

Tajemniczy ogród

Dziwne kroki

Latające gwiazdy

Niewidzialny człowiek

Honor Izraela Gow

Zły kształt

Grzechy księcia Saradine’a

Młot Boga

Oko Apolla

Pod znakiem złamanej szabli

Trzy narzędzia śmierci

Przypisy

Przeliczenie angielskich miar występujących w tekście

cal 2,54 centymetra

stopa 30,48 centymetra

jard 0,9144 metra

mila 1,609344 kilometra

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

BŁĘKITNY KRZYŻ

Pomiędzy srebrną smugą poranka i zieloną, mieniącą się smugą morza do nabrzeża w Harwich przybił statek i uwolnił tłum ludzi podobny do roju much. Człowiek, za którym musimy podążyć, nie wyróżniał się wcale wśród nich – i wcale tego nie pragnął. Nic w jego wyglądzie nie rzucało się w oczy, może poza łagodnym kontrastem między wesołym, odświętnym ubraniem i oficjalną powagą na twarzy. Na jego ubiór składała się cienka jasnoszara marynarka, biała kamizelka i srebrzysty słomkowy kapelusz z szaroniebieską wstążką. Pociągłą, ciemną twarz mężczyzny przedłużała czarna hiszpańska bródka, która świetnie pasowałaby do elżbietańskiej kryzy. Palił papierosa z namaszczeniem prawdziwego próżniaka. Nic nie wskazywało na to, że szara marynarka skrywa naładowany rewolwer, biała kamizelka policyjną legitymację, a słomkowy kapelusz jeden z najpotężniejszych mózgów Europy. Był to bowiem sam Valentin, szef paryskiej policji i najsłynniejszy detektyw świata, a przybywał z Brukseli do Londynu, aby dokonać aresztowania stulecia.

W Anglii pojawił się Flambeau. Policja trzech państw wreszcie wpadła na trop wielkiego przestępcy wiodący z Gandawy do Brukseli i z Brukseli do portu Hoek van Holland; przypuszczano, że spróbuje on wykorzystać zamieszanie związane z odbywającym się w Londynie Kongresem Eucharystycznym. Prawdopodobnie będzie podróżował jako jakiś urzędnik czy sekretarz związany z tym wydarzeniem; rzecz jasna Valentin nie mógł być tego pewien; nikt niczego nie mógł być pewien co do Flambeau.

Dziś upłynęło już wiele lat od czasu, kiedy ten gigant zbrodni nagle przestał siać zamęt na świecie; a gdy przestał – jak powiadano po śmierci Rolanda – wielka cisza zapanowała na ziemi. W najlepszych swoich latach (mam oczywiście na myśli te najgorsze pod względem popełnianych przestępstw) Flambeau był postacią równie imponującą i światową, co sam cesarz Niemiec. Niemal co dnia gazety donosiły o tym, jak uniknął konsekwencji jednego niezwykłego przestępstwa przez popełnienie kolejnego. Był to Gaskończyk olbrzymiego wzrostu, wielkiej sprawności fizycznej i odwagi. O jego „atletycznych” wybrykach opowiadano najdziksze historie – jak to odwrócił sędziego śledczego do góry nogami, aby „rozjaśniło mu się w głowie” albo jak uciekał ulicą Rivoli z dwoma policjantami, po jednym pod każdą pachą. Trzeba przyznać, że zazwyczaj używał swej niewiarygodnej siły do takich właśnie bezkrwawych, choć nieprzystojnych wyczynów; jego prawdziwymi przestępstwami były jednak głównie starannie przemyślne, gigantyczne kradzieże. Każdy z jego złodziejskich wyczynów stanowił niemal nową odmianę grzechu i mógł posłużyć za temat osobnej opowieści. To on prowadził wielką Tyrolską Kompanię Mleczarską w Londynie nie mając mleczarni, krów, wozów i mleka, a mimo to obsługując kilka tysięcy abonentów. Otóż osiągnął to przez prostą operację przenoszenia butelek z mlekiem spod drzwi spokojnych mieszkańców pod drzwi swoich klientów. To on prowadził niewytłumaczalną, zażyłą korespondencję z młodą damą, której wszystkie listy kontrolowała policja. Dokonał tego dzięki niezwykłej sztuczce fotografowania swoich nieskończenie małych wiadomości na szkiełkach mikroskopowych. Jego spektakularne eksperymenty najczęściej cechowała jednak niezwykła prostota. Mówi się, że pewnego razu przemalował w środku nocy wszystkie numery domów na którejś z ulic tylko po to, by wciągnąć jakiegoś przyjezdnego w pułapkę. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie on wymyślił też przenośną skrzynkę pocztową, którą umieszczał na rogach ulic spokojnych przedmieść w nadziei, że przypadkowi przechodnie będą do niej wrzucali przekazy pieniężne. Znany był także jako zdumiewający akrobata – pomimo gigantycznej postury potrafił skakać jak konik polny i znikać jak małpa w wierzchołkach drzew. Dlatego wielki Valentin, wyruszając na poszukiwanie Flambeau, miał pełną świadomość, że, gdy go znajdzie, jego przygody wcale się nie skończą.

Ale jak miał go znaleźć? Myśli wielkiego Valentina nadal krążyły niespokojnie wokół tego tematu.

Detektyw wiedział na pewno, że Flambeau, mimo całej swojej zręczności w przebierankach jednego nie mógł ukryć; tym czymś był jego wyjątkowy wzrost. Gdyby bystre oko Valentina dostrzegło wysoką handlarkę jabłkami, wysokiego grenadiera albo nawet dość wysoką księżnę, być może z miejsca by ich aresztował. Ale w pociągu, którym jechał z Harwich do Londynu, nie było nikogo, kto mógłby być przebranym Flambeau, podobnie jak kot nie mógłby być przebraną żyrafą. Co do ludzi, którzy przypłynęli z nim razem na statku, Valentin upewnił się już wcześniej, zaś liczba osób, które dosiadły się w Harwich albo w trakcie podróży z całą pewnością nie przekraczała sześciu. Był wśród nich niski urzędnik kolejowy jadący do stacji końcowej, trzech raczej niskich ogrodników, którzy dosiedli się dwie stacje dalej, jedna bardzo niska wdowa z małego miasteczka w hrabstwie Essex, jadąca do stolicy, i bardzo niski rzymskokatolicki ksiądz z wioski w tym samym hrabstwie. Doszedłszy do tego ostatniego Valentin dał za wygraną i niemal wybuchnął śmiechem. Niski ksiądz stanowił bowiem doskonałą kwintesencję wschodnioangielskich równin – twarz miał okrągłą i pozbawioną wyrazu, jak knedel będący specjałem z okolic Norfolku, jego spojrzenie zaś było puste jak Morze Północne. Wiózł ze sobą kilka owiniętych w brązowy papier pakunków, z którymi w żaden sposób nie mógł sobie poradzić. Niewątpliwie Kongres Eucharystyczny wyciągnął z lokalnej stagnacji wiele podobnych stworzeń, ślepych i bezradnych jak wykopane spod ziemi krety. Valentin był sceptykiem w surowym francuskim stylu i księża raczej nie budzili w nim ciepłych uczuć. Jednak nad tym nieszczęśnikiem ulitowałby się chyba każdy. Ksiądz miał duży, zniszczony parasol, który stale spadał mu na podłogę. Wyglądało też na to, że nie wie, którą część biletu zachować na powrotną podróż. Tłumaczył z cielęcą prostotą wszystkim w wagonie, że musi uważać, bo w jednej ze swoich papierowych paczek ma coś z prawdziwego srebra „z niebieskimi kamieniami”. Dziwaczna mieszanka wiejskiej przyziemności ze świętą prostotą nie przestawała bawić Valentina, aż wreszcie ksiądz ze wszystkimi swoimi pakunkami wysiadł (jakimś cudem) na stacji Tottenham, po czym wrócił po parasol. Valentin życzliwie go wówczas ostrzegł, aby niekoniecznie troszczył się o swoje srebra opowiadając o nich wszystkim dookoła. Niezależnie jednak od tego, z kim rozmawiał, Valentin rozglądał się za kimś innym. Niestrudzenie szukał kogoś, biednego czy bogatego, mężczyzny czy kobiety, kto miałby dobrze ponad sześć stóp wzrostu, Flambeau mierzył bowiem o cztery cale więcej1.

 

Kiedy detektyw wysiadł przy Liverpool Street, był absolutnie przekonany, że jak dotąd nie przegapił przestępcy. Następnie udał się do Scotland Yardu, aby zgłosić swój pobyt i zapewnić sobie pomoc, gdyby miała się okazać potrzebna; potem zapalił kolejnego papierosa i wybrał się na długą przechadzkę ulicami Londynu. W trakcie spaceru po ulicach i placach na tyłach dworca Victoria zatrzymał się nagle i znieruchomiał. Trafił na cichy, typowo londyński plac, teraz akurat pogrążony w bezruchu. Okalające go wysokie domy o płaskich ścianach wyglądały równocześnie na zamożne i niezamieszkane. Kwadratowy, porośnięty krzewami klomb pośrodku zdawał się opuszczony niczym wyspa na Pacyfiku. Jedna z czterech stron placu, położona o wiele wyżej niż pozostałe, przypominała podium; w monotonnym szeregu domów po tej stronie wzrok przyciągała restauracja wyglądająca zupełnie jakby przywędrowała tu z artystycznej dzielnicy Soho – takie zdumiewające przypadki zdarzają się często w Londynie. Był to przesadnie atrakcyjny lokal, z miniaturowymi roślinami w doniczkach i długimi roletami w cytrynowo-białe paski. Znajdował się wyjątkowo wysoko nad ulicą, a doklejony jakby przypadkowo, jak to w Londynie, ciąg schodów, biegnący z poziomu ulicy do drzwi wejściowych, wyglądał niemal jak drabina ewakuacyjna przystawiona do okien pierwszego piętra. Valentin stał przed biało-żółtymi roletami paląc papierosa i długo się im przyglądał.

W cudach najbardziej niewiarygodne jest właśnie to, że się zdarzają. Kilka chmur na niebie potrafi zbiec się razem w kształt ludzkiego oka, a drzewo w krajobrazie potrafi przybrać skomplikowany kształt znaku zapytania. Oba te zjawiska widziałem na własne oczy w ciągu kilku ostatnich dni. Nelson rzeczywiście umiera w chwili zwycięstwa, a człowiek o nazwisku Williams rzeczywiście dziwnym trafem morduje innego o nazwisku Williamson, co brzmi całkiem jak wypadek dzieciobójstwa. Jednym słowem, życie ma w sobie element czarodziejskiego zbiegu okoliczności, stale umykający ludziom zwracającym uwagę na to, co prozaiczne. Jak słusznie wyraził to w swym paradoksie Poe, mądrość powinna liczyć się z tym, co nieprzewidywalne.

Aristide Valentin był Francuzem do szpiku kości, a francuska inteligencja składa się wyłącznie i niepodzielnie właśnie z inteligencji. Nie był „myślącą maszyną”, bo jest to określenie bezmyślnie używane przez współczesnych fatalistów i materialistów. Maszyna jest maszyną właśnie dlatego, że nie potrafi myśleć. On był myślącym, a równocześnie całkiem zwyczajnym człowiekiem. Wszystkie jego spektakularne sukcesy, które wydawały się czarodziejskimi sztuczkami, zostały osiągnięte dzięki żmudnej logice, dzięki przejrzystemu, zwykłemu, typowemu dla Francuza rozumowaniu. Francuzi nie elektryzują świata przez to, że wymyślają paradoksy, elektryzują go raczej przez to, że wcielają w życie truizmy. W dodatku wcielają je aż do końca – jak podczas rewolucji francuskiej. Ale właśnie dlatego, że Valentin doskonale wiedział, jak działa rozum, znał też jego ograniczenia. Tylko ktoś, kto nie wie nic o jeździe samochodem, może mówić o jeżdżeniu samochodem bez benzyny; tylko ktoś, kto nie wie nic o rozumowaniu, może mówić o rozumowaniu bez silnych, niepodważalnych podstawowych założeń. Tym razem jednak Valentin nie miał żadnych podstawowych założeń. Flambeau nie został dostrzeżony w Harwich. Jeśli w ogóle przebywał w Londynie, mógł być każdym – od wysokiego trampa na błoniach Wimbledonu aż po wysokiego mistrza ceremonii w hotelu Metropole. Wobec tak całkowitego braku informacji Valentin miał własną metodę działania.

Liczył na to, co nieprzewidziane. W przypadkach, kiedy nie mógł podążać za głosem rozsądku, na chłodno i sumiennie podążał za głosem nierozsądku. Zamiast odwiedzać miejsca zdawałoby się logicznie oczywiste – banki, posterunki policji, miejsca spotkań – systematycznie odwiedzał te zupełnie nieoczywiste. Pukał do każdego pustego domu, zaglądał w każą ślepą uliczkę, wchodził w każdy zaśmiecony pasaż i przemierzał wszystkie okrężne zaułki, podążając nimi bezcelowo w niewłaściwym kierunku. Uzasadniał ten szalony sposób postępowania całkiem logicznie. Mówił, że jeśli istnieją jakieś wskazówki, obrany przez niego sposób jest najgorszy z możliwych. Jeśli jednak brakuje jakichkolwiek wskazówek, sposób ten jest najlepszy, bo istnieje szansa jedna na tysiąc, że jakaś osobliwość, która wpadnie w oko ścigającemu, wcześniej zwróciła uwagę osoby ściganej. Od czegoś człowiek musi przecież zacząć, a lepiej zacząć od tego, przy czym ktoś inny mógłby się zatrzymać. Strome schody wiodące do restauracji i ich niezwykłość były czymś, co wzbudziło rzadki u francuskiego detektywa poryw romantyzmu i skłoniło go do działania na chybił trafił. Wszedł po schodach i usiadłszy przy stoliku pod oknem, poprosił o filiżankę czarnej kawy.

Minęła już połowa poranka, a on nie jadł jeszcze śniadania; drobny nieporządek pozostały na stole po poprzednich gościach przypomniał mu o głodzie, więc dołożywszy do zamówienia jajko w koszulce, w zamyśleniu wsypał trochę białego cukru do kawy, rozmyślając cały czas o Flambeau. Przypomniał sobie, jak przestępcy udawało się wielokrotnie zbiec – raz dzięki nożyczkom do paznokci, raz dzięki pożarowi domu, raz dzięki konieczności opłacenia listu bez znaczka, a raz dzięki nakłonieniu ludzi, by popatrzyli w teleskop na kometę, która mogłaby zniszczyć świat. W mniemaniu Valentina jego umysł dorównywał umysłowi przestępcy, i w istocie tak właśnie było. Detektyw jednak doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej przegranej pozycji.

– Przestępca jest artystą, detektyw tylko krytykiem – powiedział do siebie z kwaśnym uśmiechem, wolno podniósł filiżankę do ust i bardzo szybko ją odstawił. Tym, co do niej wsypał, była sól.

Przyjrzał się naczyniu, z którego pochodził srebrzysty proszek; była to bez wątpienia cukiernica przeznaczona do przechowywania cukru, jak butelka do szampana przeznaczona jest do przechowywania szampana. Zastanawiał się, dlaczego trzymają w niej sól. Rozejrzał się. Tak, były tam dwie solniczki, pełne po brzegi. Może przyprawa umieszczona w solniczkach także odznaczała się czymś szczególnym? Spróbował jej – był to cukier. Wtedy rozejrzał się po restauracji z nowym zainteresowaniem, by przekonać się, czy nie znajdzie innych śladów osobliwego artystycznego smaku, który każe trzymać cukier w solniczkach, a sól w cukiernicy. Ale jeśli nie liczyć dziwnej plamy ciemnego płynu na jednej z wytapetowanych na biało ścian, lokal prezentował się porządnie, pogodnie i całkiem zwyczajnie. Valentin zadzwonił na kelnera.

Kiedy pracownik pojawił się w pośpiechu, z włosami w nieładzie i z nieco mętnym wzrokiem z powodu wczesnej pory, detektyw (który umiał docenić mniej wyszukane żarty) poprosił go, by spróbował cukru i ocenił, czy odpowiada on świetnej reputacji hotelu. W efekcie kelner nagle ziewnął i ostatecznie się obudził.

– Czy ten subtelny kawał robicie swoim klientom co rano? – spytał Valentin. – Czy nigdy się wam nie nudzi zamieniać dla żartu cukier i sól?

Kelner, kiedy dotarła do niego ironia tego pytania, wyjąkał, że firma z pewnością nie ma takich intencji i że musiała zajść jakaś dziwaczna pomyłka. Podniósł cukiernicę i przyglądał się jej z coraz bardziej zakłopotaną miną. Wreszcie przeprosił w pośpiechu, wybiegł i po kilku sekundach wrócił z właścicielem. Właściciel także obejrzał cukiernicę, a potem solniczkę; on także miał zakłopotaną minę.

Nagle kelnerowi natłok cisnących się słów jakby odebrał zdolność poprawnej wymowy.

– Miszlę – wykrztusił gorączkowo – miszlę, że to czi dwaj księża.

– Jacy dwaj księża?

– Czi dwaj – odparł kelner – co wylali zupę na ścianę.

– Wylali zupę na ścianę? – powtórzył Valentin, przekonany, że chodzi o jakąś zawiłą włoską metaforę.

– Tak, tak – potwierdził podekscytowany kelner i wskazał ciemną plamę na białej tapecie – wylali ją tu, na ścianę.

Valentin spojrzał pytająco na właściciela, a ten pospieszył z pełniejszym sprawozdaniem.

– Tak, proszę pana – powiedział – tak właśnie było, chociaż nie wydaje mi się, żeby miało to coś wspólnego z cukrem i solą. Dwóch księży przyszło na filiżankę bulionu bardzo wcześnie, jak tylko zdjęliśmy okiennice. Obaj bardzo spokojni i przyzwoici; jeden z nich zapłacił i wyszedł, a ten drugi, w ogóle raczej powolny, parę minut zbierał swoje rzeczy. Ale w końcu i on sobie poszedł. Tylko że w ostatniej chwili, zanim wyszedł na ulicę, z rozmysłem podniósł filiżankę, którą opróżnił tylko do połowy i chlusnął zupą na ścianę. Ja sam byłem wtedy na zapleczu, tak samo jak kelner; kiedy wpadłem na salę, zobaczyłem tylko rozbryzg na ścianie i pusty lokal. Zniszczenie co prawda niewielkie, ale co za bezczelność! Próbowałem ich dogonić na ulicy, ale byli już za daleko; zauważyłem tylko, jak znikali za następnym rogiem, na Carstairs Street.

Detektyw był już na nogach, w kapeluszu na głowie i z laską w ręku. Zdecydował przecież, że wobec panujących w jego głowie nieprzeniknionych ciemności może jedynie zdać się na pierwszą nadarzającą się dziwaczną wskazówkę, a ta wskazówka wyglądała wystarczająco dziwacznie. Zapłaciwszy rachunek i trzasnąwszy oszklonymi drzwiami, wkrótce skręcał już w sąsiednią ulicę.

Na szczęście, nawet w takich gorączkowych chwilach wzrok miał chłodny i bystry. Mignęło mu coś na wystawie mijanego sklepu i zawrócił, żeby przyjrzeć się temu z bliska. Był to uczęszczany sklep warzywno-owocowy, na wystawionych pod gołym niebem skrzynkach widniały wyraźnie wypisane nazwy i ceny towarów. W dwóch najbardziej wyeksponowanych miejscach umieszczono dwie pryzmy: po jednej stronie mandarynki, po drugiej – orzechy. Na stosie orzechów leżał kawałek kartonu ze śmiałym napisem wykonanym niebieską kredą: „Najlepsze mandarynki, dwie sztuki za pensa”. Na mandarynkach zaś widniał tak samo jasny i dokładny opis: „Doskonałe orzechy brazylijskie, 1 funt – 4 pensy”. Monsieur Valentin przyjrzał się tym dwóm tabliczkom i pomyślał, że spotkał się z tym subtelnym poczuciem humoru już przedtem, i to całkiem niedawno. Zwrócił uwagę czerwonolicego sprzedawcy, rozglądającego się dość ponuro w górę i w dół ulicy, na tę nieścisłość jego reklamy. Sprzedawca nic nie powiedział, tylko ze zniecierpliwieniem przełożył tabliczki na ich właściwe miejsce. Detektyw, wsparty elegancko na lasce, nie odrywał od sklepu uważnego spojrzenia. Wreszcie powiedział:

– Proszę wybaczyć pozorny brak związku, mój dobry człowieku, ale chciałbym zadać panu pytanie z dziedziny psychologii doświadczalnej i kojarzenia pojęć.

Czerwony na twarzy sprzedawca obrzucił go złowróżbnym spojrzeniem, ale Valentin ciągnął beztrosko, wymachując laską:

– Otóż, w czym dwie pomylone tabliczki w sklepie warzywnym przypominają kapelusz z szerokim rondem, który wybrał się na wycieczkę do Londynu? Albo, jeśli nie wyraziłem się dostatecznie jasno, jakie mistyczne skojarzenie łączy pojęcie orzechów podpisanych jako mandarynki z pojęciem dwóch duchownych, z których jeden jest wysoki, a drugi niski?

Oczy handlarza wyszły z orbit, jakby był ślimakiem; naprawdę przez chwilę zdawało się, że rzuci się na wścibskiego przybysza. Wreszcie wycedził z gniewem:

– Nie wiem, co pan do tego ma, ale jeżeli jest pan ich znajomkiem, to może im pan ode mnie powiedzieć, że, wielebni czy nie, łby im z karku postrącam, jak mi znowu jabłka porozrzucają.

– Doprawdy? – spytał detektyw z wielkim współczuciem. – Rozrzucili panu jabłka?

– Jeden z nich to zrobił – wyjaśnił rozgniewany sklepikarz. – Poturlały się po całej ulicy. Złapałbym drania, ale musiałem je pozbierać.

– A którędy wielebni odeszli? – spytał Valentin.

– Drugą ulicą w lewo, a potem przecięli plac – odparł jego rozmówca bez zastanowienia.

– Dzięki – rzucił Valentin i znikł jak zaczarowany.

Po przeciwnej stronie drugiego placu natknął się na policjanta i powiedział:

– Panie posterunkowy, to pilne: czy widział pan dwóch duchownych w kapeluszach z szerokimi rondami?

– Ta jest, psze pana; a gdyby mnie kto pytał, to powiem, że jeden był chyba pijany. Zatrzymał się na środku ulicy, taki oszołomiony, że…

 

– Którędy poszli? – przerwał mu Valentin.

– Wsiedli do jednego z tych żółtych autobusów, o, tam – odparł policjant – tych, co to jadą do Hampstead.

Valentin wyciągnął legitymację służbową i powiedział bardzo szybko:

– Proszę przywołać dwóch pańskich ludzi, żeby ruszyli ze mną w pościg. – I przeszedł przez ulicę z tak zaraźliwą energią, że skłoniło to ociężałego policjanta do niemal żywiołowego posłuszeństwa. Półtorej minuty później do francuskiego detektywa na przeciwległym chodniku przyłączyli się inspektor policji i mężczyzna w cywilnym ubraniu.

– A zatem – zaczął ten pierwszy z uśmiechem wyższości – co szanowny pan…

Valentin wskazał coś nagle końcem laski.

– Wyjaśnię panu, kiedy wsiądziemy do tego autobusu – powiedział i skoczył naprzód, przemykając przez gąszcz jadących samochodów.

Kiedy wszyscy trzej opadli zasapani na siedzenia na górnym piętrze żółtego autobusu, inspektor zauważył:

– Taksówką dojechalibyśmy cztery razy szybciej.

– To prawda – odparł ich przywódca spokojnie – gdybyśmy tylko wiedzieli, dokąd jedziemy.

– To dokąd pan jedzie? – spytał tamten, wytrzeszczając oczy.

Valentin przez kilka sekund palił ze zmarszczonym czołem, a potem wyjął papierosa z ust i powiedział:

– Jeśli się wie, co człowiek robi, trzeba go wyprzedzić; ale jeśli próbuje się zgadnąć, co robi, trzeba iść za nim. Błądzić, kiedy on błądzi; zatrzymywać się, kiedy on się zatrzymuje; podróżować równie wolno jak on. Wtedy można zobaczyć to, co on zobaczył i zadziałać tak, jak on zadziałał. Nie możemy zrobić nic więcej, jak tylko mieć oczy otwarte i wypatrywać czegoś dziwnego.

– Czego dziwnego? – spytał inspektor.

– Czegokolwiek – odparł Valentin i pogrążył się na powrót w upartym milczeniu.

Wydawało się, że żółty autobus wlecze się na północ całymi godzinami; słynny detektyw odmówił dalszych wyjaśnień i być może jego pomocników ogarniały coraz większe niewyrażone wątpliwości co do jego zadania. Być może ogarniała ich także coraz większa niewyrażona tęsknota za obiadem, bo wlokące się godziny dawno minęły już zwyczajową porę posiłku, a długie ulice północnych przedmieść Londynu zdawały się wydłużać coraz bardziej niczym jakiś piekielny teleskop. Była to jedna z tych podróży, podczas których człowiek ma wrażenie, że na pewno dotarł już do granic wszechświata, a potem odkrywa, że jest dopiero na skraju Tufnell Park. Londyn zamierał wśród obskurnych knajp i ponurych zarośli, a potem w niewytłumaczalny sposób odradzał się znowu wśród połyskujących głównych ulic i krzykliwych hoteli. Przypominało to przejazd przez trzynaście osobnych, pozbawionych gustu miast, leżących o krok od siebie. Ale mimo że wczesny zmierzch zawisł już złowróżbnie nad rozciągającą się przed nimi drogą, paryski detektyw nadal siedział milczący i czujny, obserwując pierzeje ulic przesuwające się po obu stronach za oknami. Gdy zostawili za sobą Camden Town, policjanci byli już niemal pogrążeni we śnie. W każdym razie podskoczyli z wrażenia, kiedy Valentin zerwał się na równe nogi, klepnął ich obu po ramionach i zawołał do kierowcy, żeby się zatrzymał.

Wytoczyli się po stopniach autobusu na ulicę, nie zdając sobie sprawy z przyczyn tej nagłej wyprowadzki; kiedy się rozglądali, szukając czegoś, co by ich oświeciło, zobaczyli Valentina triumfalnie wskazującego palcem okno po lewej stronie drogi. Duże okno, stanowiące element długiej pozłacanej fasady w pałacowym stylu; była to część zajazdu zarezerwowana dla szacownych stołowników i opatrzona napisem „Restauracja”. Okno to, podobnie jak wszystkie frontowe okna hotelu, miało szyby z mrożonego, pokrytego wzorami szkła, ale na jego środku widniał wielki czarny rozprysk, jak gwiazda na tafli lodu.

– Nareszcie nasza wskazówka – zawołał Valentin, wymachując laską – lokal z wybitą szybą.

– Jaką szybą? Jaka wskazówka? – spytał jego główny pomocnik. – Jaki możemy mieć dowód, że to w ogóle ma z nimi coś wspólnego?

Valentin niemal złamał swoją bambusową laskę w przypływie wściekłości.

– Dowód! – wykrzyknął. – Dobry Boże! Ten człowiek szuka dowodu! No, oczywiście, jest szansa jedna na dwadzieścia, że nie ma to z nimi nic wspólnego. Ale co innego możemy zrobić? Nie rozumiecie, że musimy albo podążać za jedyną szaloną szansą, albo możemy iść do domu? – Z hukiem wpadł do restauracji, a jego towarzysze za nim i już wkrótce siedzieli przy małym stoliku nad spóźnionym obiadem, przyglądając się od środka gwiaździstemu pęknięciu na szybie. Nie można jednak powiedzieć, by nawet teraz był to dla nich wielce pouczający widok.

– Wybito wam okno, jak widzę – zagadnął Valentin kelnera przy płaceniu rachunku.

– Tak, proszę pana – odparł obsługujący ich człowiek, pochylając się z wielkim przejęciem nad resztą, do której Valentin po cichu dodał ogromny napiwek. Kelner wyprostował się z łagodnym, ale wyraźnym ożywieniem.

– O, tak proszę pana – powtórzył. – Bardzo dziwna sprawa z tym oknem.

– Doprawdy? Proszę nam o niej opowiedzieć – powiedział detektyw z niedbałym zaciekawieniem.

– No, weszło dwóch gości na czarno – mówił dalej kelner – dwóch z tych zagranicznych wielebnych, co to ich pełno na mieście. Zjedli spokojny, tani obiad i jeden z nich zapłacił, a potem wyszedł. Ten drugi właśnie miał się do niego przyłączyć, kiedy jeszcze raz sprawdziłem resztę i zauważyłem, że zapłacili mi ponad trzy razy za dużo. „Proszę – powiedziałem do gościa, który już był jedną nogą za drzwiami – zapłacili panowie za dużo”. A on na to całkiem spokojnie: „Ach, rzeczywiście?”. „Tak” – mówię i podnoszę rachunek, żeby mu pokazać. No, to mnie normalnie ścięło.

– O czym pan mówi? – spytał jego rozmówca.

– Ano, mógłbym przysiąc, że wystawiłem rachunek na 4 szylingi. A tu widzę czarno na białym napisane 14 szylingów.

– No? – wykrzyknął Valentin. Poruszał się powoli, ale jego oczy płonęły. – A potem?

– Ten wielebny pod drzwiami spokojniutko mi mówi: „Przykro mi, że pomieszałem panu rachunki, ale to pokryje koszt okna”. „Jakiego okna?” – pytam, a on na to: „Tego, które zaraz wybiję” – i bach w sam środek szyby parasolem.

Wszyscy trzej wywiadowcy wydali okrzyk zgrozy, a inspektor zapytał po cichu:

– Czy jesteśmy na tropie zbiegłych szaleńców?

Kelner kontynuował absurdalną historię, najwyraźniej znajdując w niej pewne upodobanie:

– Na chwilę mnie zamurowało, nie mogłem się ruszyć. Gość wyszedł z lokalu i dołączył do przyjaciela na rogu ulicy. A potem poszli tak szybko w górę Bullock Street, że nie mogłem ich dogonić, chociaż ominąłem barierki, żeby było szybciej.

– Bullock Street – powtórzył detektyw i pognał tą arterią tak szybko, jak para uciekinierów przed nim.

Ich droga wiodła teraz pomiędzy nagimi, ceglanymi ścianami, niby w tunelu; szli ulicami, na których światła, a nawet okna należały do rzadkości; ulicami, które wydawały się zbudowane wyłącznie ze ślepych, tylnych ścian. Zmrok zapadał coraz głębszy i nawet londyńskiemu policjantowi nie było łatwo się zorientować, w jakim kierunku zmierzają. Inspektor był jednak całkiem pewien, że prędzej czy później dotrą do którejś części błonia Hampsted Heath. Nagle zapalone w wysuniętym oknie wystawowym światło lampy gazowej przecięło błękitny zmierzch jak reflektor i Valentin zatrzymał się na moment przed małym, tandetnym sklepikiem ze słodyczami. Po chwili wahania wszedł do środka; z całkowitą powagą stanął wśród jaskrawych cukierków i z namaszczeniem kupił trzynaście czekoladowych cygar. Najwyraźniej szukał pretekstu do rozmowy, ale wcale go nie potrzebował.

Koścista, starsza sprzedawczyni z odruchowym zaciekawieniem rzuciła okiem na jego elegancki strój, ale kiedy zobaczyła, że drzwi za jego plecami wypełnia błękitny mundur inspektora, jej spojrzenie nagle się ożywiło.

– Och – powiedziała – jeśli panowie w sprawie tej paczki, to już ją odesłałam.

– Paczki? – spytał Valentin; teraz to on z kolei wyglądał na zaciekawionego.

– Chodzi mi o tę paczkę, co ją zostawił ten jegomość… wielebny jegomość, chciałam powiedzieć.

– Na litość boską – rzucił Valentin, po raz pierwszy zdradzając pewne oznaki zniecierpliwienia – na litość boską, proszę powiedzieć dokładnie, co się stało.

– Ano – zaczęła kobieta z pewnym powątpiewaniem – jakieś pół godziny temu zjawiło się u mnie dwóch duchownych, kupili miętówki i rozmawiali chwilę, a potem poszli sobie w stronę wrzosowiska. Ale sekundę później jeden z nich wrócił i mówi: „Czy nie zostawiłem tu paczki?”. Szukałam wszędzie, ale żadnej paczki nie znalazłam, a on na to: „Nie szkodzi, ale gdyby się znalazła, proszę odesłać ją pod ten adres” i zostawił mi adres i szylinga za fatygę. No i faktycznie, chociaż wydawało mi się, że szukałam wszędzie, po jego wyjściu znalazłam paczkę zawiniętą w brązowy papier, więc wysłałam ją tam, gdzie mi powiedział. Nie pamiętam teraz tego adresu, to było gdzieś w Westminsterze. Ale wyglądało na to, że to coś ważnego, więc pomyślałam, że policja przyszła w tej sprawie.

– Zgadza się – odparł krótko Valentin. – Czy daleko stąd na błonie?

– Piętnaście minut prosto – odparła kobieta – i będziecie na otwartym terenie.

Valentin wyskoczył ze sklepu i puścił się biegiem. Detektywi ruszyli za nim niespiesznym truchtem.

Ulica, którą biegli, była tak wąska i zacieniona, że kiedy niespodziewanie znaleźli się pod otwartym niebem, zdumieli się, że wieczór jest nadal tak jasny i pogodny. Nieskazitelna kopuła w zielonkawym kolorze pawich piór przechodziła w złoto za zasłoną czerniejących drzew i ciemnofioletowej oddali. Połyskliwa zieleń była wystarczająco ciemna, by podkreślić kryształowe punkciki pierwszych gwiazd. Resztki dnia mieniły się złotem nad krańcem błonia i owej popularnej kotlinki znanej jako Dolina Zdrowia. Nawiedzający te okolice wycieczkowicze jeszcze się nie rozproszyli; na ławkach siedziało kilka par, a w oddali dziewczyna piszczała na jednej z huśtawek. Chwała niebios ciemniała i pogłębiała się nad subtelną trywialnością człowieka; i wreszcie, stojąc na zboczu i patrząc na wskroś kotliny Valentin ujrzał to, czego poszukiwał.