Erotyzm

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

  Dedykacja

  Przedmowa

  Wstęp

  Część pierwsza. Zakaz i transgresja Rozdział I. Erotyzm w doświadczeniu wewnętrznym Rozdział II. Zakaz związany ze śmiercią Rozdział III. Zakaz związany z prokreacją Rozdział IV. Pokrewieństwo prokreacji i śmierci Rozdział V. Transgresja Rozdział VI. Zabójstwo, polowanie i wojna Rozdział VII. Mord i ofiara Rozdział VIII. Od ofiary religijnej do erotyzmu Rozdział IX. Pletora seksualna i śmierć Rozdział X. Transgresja w małżeństwie i w orgii Rozdział XI. Chrześcijaństwo Rozdział XII. Przedmiot pożądania: prostytucja Rozdział XIII. Piękno

  Część druga. Studia o erotyzmie Studium I. Raport Kinseya, świat przestępczy i praca Studium II. Suwerenny człowiek Sade’a Studium IV. Zagadka kazirodztwa Studium V. Mistyka i zmysłowość Studium VI. Świętość, erotyzm i samotność Studium VII. Przedmowa do Madame Edwardy

  Konkluzje

  Przypisy

Michelowi Leiris


Plansza I. Pomnik hellenistyczny w postaci fallusa z małego sanktuarium Dionizosa na Delos. Piedestał zdobią płaskorzeźby przedstawiające orszak dionizyjski. Na widocznej ścianie ptak-fallus, który w orszaku ustawiony był na wozie.

Przedmowa

Duch ludzki podlega najdziwniejszym nakazom. Bezustannie sam się siebie boi. Przerażają go własne odruchy erotyczne. Święta ze zgrozą odwraca się od rozpustnika: nie zdaje sobie sprawy, że jego grzeszne żądze i jej własna żarliwość to jedno.

A przecież można doszukać się spójności w rozmaitych wcieleniach ludzkiego ducha, od świętej do rozpustnika. Z mojego punktu widzenia te przeciwstawne ludzkie możliwości współgrają ze sobą. Nie chcę wcale sprowadzać ich do siebie wzajem, ale próbuję uchwycić ostateczną zgodność tych rozmaitych możliwości, z których każda neguje możliwość przeciwną.

Nie wydaje mi się, by człowiek miał szansę rozeznać się w sobie, nim zapanuje nad tym, co go przeraża. Nie żebym się spodziewał, że nastanie kiedyś świat, w którym nie będzie już miejsca na strach, a śmierć i erotyzm staną się po prostu częścią mechanicznego ciągu. Ale myślę, że człowiek może p r z e z w y c i ę ż y ć to, co go przeraża, może temu spojrzeć w oczy i za tę cenę zrozumieć samego siebie, skończyć z tą dziwną niewiedzą, która go do tej pory określała.

Idę drogą, na której wielu miałem poprzedników. Erotyzm już dawno przestał uchodzić za temat niegodny uwagi „poważnego człowieka”. Ludzie wypowiadają się na temat erotyzmu chętnie i bez obaw. Rzeczy, o których ja z kolei mówię, są znane, ale w rozmaitości już opisanych faktów chcę się doszukać ich głębokiej spójności i przedstawić spójny obraz całości ludzkich zachowań.

To moje poszukiwanie koherentnej całości jest czymś zupełnie innym niż podejście naukowe. Nauka bada poszczególne kwestie. Gromadzi prace specjalistyczne. Sądzę, że podejście naukowe nie jest w stanie ogarnąć tego, czym jest erotyzm dla ludzi. Nie można rozpatrywać erotyzmu w oderwaniu od człowieka. A zwłaszcza nie można go rozpatrywać w oderwaniu od historii pracy, w oderwaniu od historii religii. I dlatego w wielu rozdziałach tej książki oddalam się od problematyki seksualnej. Pomijam też wiele kwestii, które wydają mi się nieistotne w porównaniu z tymi, o których mówię. Najważniejsze bowiem jest dla mnie znalezienie takiego punktu widzenia, skąd jedność ludzkiego ducha będzie rysować się wyraźnie.

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej przedstawiam w sposób systematyczny, w ich wzajemnym powiązaniu i spójności, rozmaite aspekty ludzkiego życia, rozpatrywanego pod kątem erotyzmu. W drugiej części zamieszczam samodzielne studia poświęcone tej samej problematyce. Jedność całości jest bezsporna: w obu częściach chodzi o to samo poszukiwanie. Rozdziały pierwszej części i poszczególne studia części drugiej pisałem w tym samym czasie, od końca wojny do bieżącego roku. Ma to swoje wady: nie udało mi się uniknąć powtórzeń. Zdarza mi się w pierwszej części podjąć w nieco innej formie tematy już poruszone w części drugiej. Wydaje mi się to o tyle nieszkodliwe, że nie kłóci się z generalnym założeniem mojej pracy, gdyż wybrane zagadnienia łączą się zawsze z kwestią centralną. W jakimś sensie moja książka chce być spojrzeniem ogarniającym całe życie człowieka, oglądane wciąż na nowo, z coraz to innego punktu widzenia.

W tym spojrzeniu, ogarniającym całe życie człowieka, kusiła mnie przede wszystkim możliwość odnalezienia w szerszej perspektywie obrazu, który mnie prześladował w okresie dorastania, mianowicie obrazu Boga. Nie żebym wrócił do wiary mojej młodości. Ale w tym bezpańskim świecie, gdzie jesteśmy tylko gośćmi, ludzka namiętność ma jeden tylko przedmiot. Dochodzimy do niego różnymi drogami. Przybiera on najróżniejsze kształty, ale sens owych kształtów objawia nam się dopiero wtedy, gdy spostrzegamy ich głęboką spójność.

Podkreślam, że w tej książce porywy miłości chrześcijańskiej i wzloty życia erotycznego ukazane są w ich jedności.

Książka by nie powstała, gdybym musiał sam uporać się z problemami, jakie stawiała przede mną. Pragnę zaznaczyć, że moje próby poprzedza książka Michela Leiris Lustro Tauromachii – autor wiąże doświadczenie erotyzmu z doznawaniem samego życia i uważa erotyzm za przedmiot nie nauki, lecz pasji i, jeszcze głębiej, za przedmiot poetyckiej kontemplacji. Dedykuję moją książkę Michelowi Leiris głównie z powodu tego Lustra, które napisał w przeddzień wojny. Pragnę mu też podziękować za to, że przyszedł mi z pomocą w momencie, gdy złożony chorobą nie byłem w stanie zająć się sam wyszukaniem fotografii, które towarzyszą tekstowi.

Chcę również w tym miejscu powiedzieć, jak bardzo byłem wzruszony życzliwą i skuteczną pomocą wielu moich przyjaciół, którzy w tym samym czasie i z tych samych powodów wzięli na siebie trud dostarczenia mi dokumentów odpowiadających celowi, jaki sobie wyznaczyłem. Oto ich nazwiska: Jacques-André Boissard, Henri Dussat, Théodore Fraenkel, Max-Pol Fouchet, Jacques Lacan, André Masson, Roger Parry, Patrick Waldberg, Blanche Wiehn.

Nie znam pana Falka ani Roberta Girauda, ani znakomitego fotografa, Pierre’a Vergera, którym również zawdzięczam część dokumentacji. Nie wątpię, że przyszli mi z pomocą poruszeni samym przedmiotem moich badań i przekonani co do potrzeby napisania takiej książki.

Nie wymieniłem jeszcze nazwiska mego najstarszego przyjaciela, Alfreda Métraux. Dziękując mu za konkretną pomoc w udokumentowaniu mojej pracy, pragnę przy okazji powiedzieć, jak wiele mu w ogóle zawdzięczam. Nie tylko wprowadził mnie w latach po I wojnie światowej w dziedzinę antropologii i historii religii, ale jego niepodważalny autorytet pozwolił mi czuć się pewnym – rzetelnie pewnym swego – gdy pisałem o decydującej kwestii zakazu i transgresji.


Plansza II. Powieszenie. Rysunek André Massona do Justyny Sade’a, 1928.

Markiz de Sade określa zbrodnię jako szczyt erotycznego podniecenia.

Wstęp

O erotyzmie można powiedzieć, że jest pochwałą życia nawet w śmierci. Nie jest to właściwie żadna definicja, myślę jednak, że ta formuła najlepiej oddaje sens erotyzmu. Gdybym miał ściśle zdefiniować erotyzm, to niewątpliwie powinienem wyjść od rozmnażania płciowego, którego szczególną formą jest erotyzm. Aktywność seksualna związana z rozmnażaniem jest wspólna zwierzętom obdarzonym płcią i ludziom, ale tylko ludzie uczynili z niej aktywność erotyczną, tym zaś, co różni erotyzm od zwykłej aktywności seksualnej, jest psychologiczne poszukiwanie niezależne od naturalnego celu prokreacji, to znaczy płodzenia dzieci. Od tej elementarnej definicji powracam zresztą zaraz do formuły, którą zaproponowałem na początku, że mianowicie erotyzm jest pochwałą życia nawet w śmierci. Bo choć aktywność erotyczna jest przede wszystkim żywiołowym przejawem życia, to przedmiot tego psychologicznego poszukiwania, niezależny, jak powiedziałem, od troski o powielenie życia, nieobcy jest śmierci. Paradoks wydaje się tak wielki, że nie czekając dłużej, spróbuję dać moim twierdzeniom coś w rodzaju uzasadnienia i przytoczę dwa następujące cytaty:

 

„Tajemnica ta jest niestety aż nazbyt pewna – mówi Sade – każdy libertyn choć trochę doświadczony w występku wie, jaką władzę sprawuje nad zmysłami zbrodnia”.

Tenże wypowiada jeszcze bardziej zdumiewające zdanie:

„Najlepszym sposobem na oswojenie się z myślą o śmierci jest skojarzenie jej z rozpustą”.

Mówiłem o czymś w rodzaju uzasadnienia. Myśl Sade’a można by uznać za jakąś aberrację i nawet jeśli to prawda, że podobne skłonności nie są w naturze ludzkiej rzadkością, to przecież mamy tu do czynienia ze zmysłowością zboczoną. Istnieje jednak związek między podnieceniem seksualnym i śmiercią. Widok czy wyobrażenie zabójstwa może budzić pragnienie rozkoszy seksualnej, w każdym razie u ludzi chorych. Nie wolno nam ograniczyć się do stwierdzenia, że przyczyną tego związku jest choroba. Uważam, że w paradoksie Sade’a ujawnia się pewna prawda, która wykracza poza horyzont występku, sądzę nawet, że może być ona podstawą naszych wyobrażeń o życiu i śmierci. Sądzę wreszcie, że nie możemy zastanawiać się nad bytem, abstrahując od tej prawdy. Najczęściej wydaje się, że byt jest dany człowiekowi poza wszelkimi odruchami namiętności. Otóż ja bym powiedział, że nie powinniśmy nigdy wyobrażać sobie bytu poza tymi odruchami.

Proszę wybaczyć, że zacznę od pewnej refleksji filozoficznej. Wadą filozofii jest na ogół to, że jest daleka od życia. Ale zaraz was uspokoję. Moje uwagi odnoszą się do życia w sposób najbardziej intymny: odnoszą się do aktywności seksualnej, rozważanej tym razem w świetle prokreacji. Powiedziałem, że prokreacja sprzeciwia się erotyzmowi, ale o ile prawdą jest, że erotyzm określa niezależność rozkoszy płciowej od rozmnażania jako celu, to jednak podstawowy sens rozmnażania jest kluczem do erotyzmu.

W rozmnażanie są uwikłane istoty n i e c i ą g ł e .

Istoty reprodukujące się są od siebie różne, a istoty reprodukowane różnią się zarówno od siebie, jak i od istot, z których powstały. Każda istota różni się od innych. Jej narodziny, śmierć, koleje życia mogą mieć dla innych znaczenie, ale tylko ona jest bezpośrednio tym zainteresowana. Jedynie ona się rodzi. Jedynie ona umiera. Między jedną i drugą istotą jest przepaść, jest nieciągłość.

Przepaść taka leży na przykład między wami, którzy mnie słuchacie, a mną, który do was mówię. Usiłujemy komunikować się ze sobą, jednak żadna komunikacja nie zdoła zlikwidować tej pierwszej, podstawowej różnicy. Nie ja umrę, kiedy wy umrzecie. I wy, i ja jesteśmy bytami nieciągłymi.

Ale gdy mówię o tej dzielącej nas przepaści, mam natychmiast poczucie, że kłamię. Przepaść jest głęboka, nie widzę sposobu na to, by ją zlikwidować. Tylko że możemy wspólnie odczuć zawrót głowy nad przepaścią. Może nas ona fascynować. Ta przepaść to w jakimś sensie śmierć, a śmierć jest oszałamiająca, jest fascynująca.

Spróbuję teraz wykazać, że dla nas, istot nieciągłych, śmierć ma znaczenie ciągłości bytu: rozmnażanie prowadzi do nieciągłości istot, zarazem jednak łączy się ze sprawą ich ciągłości, czyli jest ściśle ze śmiercią związane. Mówiąc o rozmnażaniu i o śmierci, spróbuję ukazać tożsamość ciągłości bytów i śmierci – obie są jednako fascynujące, a fascynacja nimi włada erotyzmem.

Chcę mówić o podstawowym niepokoju, o tym, czego istotą jest zamęt usuwający nam grunt spod nóg. Ale fakty, od których wychodzę, powinny wydawać się obojętne. Te fakty, obiektywnie stwierdzone przez naukę, niczym z pozoru nie różnią się od innych faktów, które niewątpliwie interesują nas, lecz z daleka, i nie dotyczą niczego, co mogłoby nas głęboko poruszyć. Ten pozorny brak znaczenia jest mylący, ale na początek będę mówić o tych faktach całkiem zwyczajnie, jak gdybym wcale nie miał zamiaru wyprowadzić was zaraz z błędu.

Wiecie, że istoty żywe rozmnażają się w dwojaki sposób. Organizmy proste rozmnażają się bezpłciowo, a organizmy wyżej zorganizowane – drogą reprodukcji płciowej.

W reprodukcji bezpłciowej prosty organizm, jakim jest komórka, dzieli się w pewnym momencie swego rozwoju. Tworzą się dwa jądra i z jednego organizmu powstają dwa. Nie możemy jednak powiedzieć, że organizm pierwszy zrodził organizm drugi. Dwa nowe organizmy są w jednaki sposób tworami pierwszego. Pierwszy znikł: faktycznie umarł, gdyż nie przetrwał w żadnym ze stworzonych przez siebie organizmów. Nie ulega on rozkładowi, jak to się dzieje u zwierząt obdarzonych płcią, kiedy umierają, lecz przestaje istnieć. Przestaje istnieć, ponieważ jest nieciągły. Tylko że w pewnym momencie reprodukcji ciągłość istnieje. Jest taki punkt, w którym pierwotny jeden staje się d w o m a . A kiedy są dwa, na nowo pojawia się nieciągłość każdego. W tym przejściu z jednego w dwa jest m o m e n t ciągłości między dwoma. Pierwszy umiera, ale w j e g o ś m i e r c i objawia się fundamentalny moment ciągłości dwu istot.

Taka ciągłość nie może się objawiać w śmierci istot płciowych, gdyż ich rozmnażanie jest w zasadzie niezależne od agonii i zniknięcia. Ale rozmnażanie płciowe, którego podstawą jest podział komórek wyspecjalizowanych, podobnie jak w rozmnażaniu bezpłciowym, wprowadza nowy rodzaj przejścia od nieciągłości do ciągłości. Plemnik i jajo w elementarnym stadium są istotami nieciągłymi, ł ą c z ą s i ę jednak ze sobą, czyli ustanawia się między nimi pewna ciągłość po to, by w momencie śmierci, zniknięcia dwóch odrębnych istot, stworzyć nową istotę. Ta nowa istota również jest nieciągła, ale zawiera w sobie przejście do ciągłości, zespolenie dwóch odrębnych istot, dla każdej z nich śmiertelne.

Aby wyjaśnić te zmiany, które mogą się wydawać bez znaczenia, a są podstawą wszelkich form życia, proponuję, żebyście wyobrazili sobie arbitralnie przejście od stanu, w jakim się znajdujecie, do doskonałego podwojenia swojej osoby, podwojenia, którego nie moglibyście przeżyć, gdyż wasze sobowtóry różniłyby się od was w sposób zasadniczy. Z konieczności żaden z tych sobowtórów nie byłby tym, kim wy jesteście teraz. Aby być takim jak wy, jeden sobowtór powinien być ciągły z drugim, a nie przeciwstawny, jakim się właśnie stał. Jest w tym wszystkim coś dziwacznego, za czym wyobraźnia z trudem nadąża. Jeżeli natomiast wyobrazicie sobie między wami a jednym z waszych bliźnich fuzję analogiczną do zespolenia plemnika i jaja, to bez trudu pojmiecie, o jaką tu chodzi zmianę.

Nie podsuwam wam tych uproszczonych wyobrażeń z zamiarem wprowadzenia jakiejś ścisłości. Między istotami świadomymi, którymi jesteśmy, a organizmami najprostszymi, o których tu mowa, różnica jest ogromna. Ostrzegam was jednak przed nawykiem rozpatrywania tych najprostszych organizmów jedynie z z e w n ą t r z, przed patrzeniem na nie jak na rzeczy, które nie istnieją w e w n ą t r z. I wy, i ja istniejemy w e w n ą t r z. Ale tak samo jest z psem, z owadem czy z jeszcze mniejszym organizmem. Jakkolwiek prosty byłby organizm, nie istnieje próg, po którego przekroczeniu pojawia się istnienie w e w n ą t r z. Nie może być ono rezultatem wzrastającej złożoności organizmu. Gdyby organizmy najprostsze nie miały najpierw, na swój sposób, istnienia wewnętrznego, to nie mogłoby się ono pojawić wskutek jakiejkolwiek złożoności.

Nie zmniejsza to bynajmniej ogromnego dystansu między tymi żyjątkami a nami. Proponowane przeze mnie szokujące wyobrażenia muszą więc pozostać nieprecyzyjne. Chciałem tylko uzmysłowić wam, w sposób paradoksalny, te najdrobniejsze przemiany, leżące u podstaw naszego życia.

Chodzi o przejście od ciągłego do nieciągłego i od nieciągłego do ciągłego. Jesteśmy istotami nieciągłymi, osobnikami umierającymi samotnie u kresu niepojętej przygody, ale tęsknimy za utraconą ciągłością. Nie możemy znieść sytuacji, która przykuwa nas do naszej przypadkowej, przemijającej indywidualności. Obok dręczącego pragnienia, by ta przemijalność trwała, czujemy obsesyjną potrzebę pierwotnej ciągłości, łączącej nas z bytem. Tęsknota, o której mówię, nie ma nic wspólnego z p o z n a n i e m podstawowych danych, które tu wprowadziłem. Ktoś, kto nie zna rozdwojeń i zepoleń organizmów najprostszych, może cierpieć, że nie istnieje w świecie na sposób fali zagubionej w bezliku fal. Ta tęsknota rządzi u wszystkich ludzi trzema formami erotyzmu.

Będę mówić kolejno o trzech formach erotyzmu, mianowicie o erotyzmie ciała, erotyzmie serca i erotyzmie sacrum. Chcę wykazać, że zawsze chodzi o to, by zastąpić osamotnienie bytu i jego nieciągłość poczuciem głębokiej ciągłości.

Łatwo dostrzec, co znaczy erotyzm ciała czy serca, idea erotyzmu sacrum jest nam mniej bliska. Określenie to jest zresztą dwuznaczne o tyle, o ile każdy erotyzm jest święty, ale będziemy mówić o ciele i sercu, nie wkraczając w sferę świętości w ścisłym znaczeniu słowa. Poszukiwanie ciągłości bytu prowadzone systematycznie poza światem bezpośrednio danym jest natomiast postępowaniem z gruntu religijnym: w swej zwykłej postaci erotyzm sakralny łączy się na Zachodzie z poszukiwaniem, a ściślej z m i ł o ś c i ą Boga, jednakże Wschód prowadzi podobne poszukiwania, niekoniecznie wprowadzając wyobrażenie Boga. Zwłaszcza buddyzm obywa się bez tej idei. Jakkolwiek by było, chcę już teraz podkreślić znaczenie mojej próby: usiłowałem wprowadzić pewne pojęcie, które na pierwszy rzut oka może się wydawać dziwne, niepotrzebnie filozoficzne, mianowicie pojęcie ciągłości, przeciwstawione nieciągłości bytu. Twierdzę, że bez tego pojęcia nie bylibyśmy w stanie uchwycić sensu erotyzmu i jedności jego form.

Wtrącając tu wykład o ciągłości i nieciągłości organizmów prymitywnych, zaangażowanych w proces rozmnażania, próbuję wyjść z ciemności, w jakich pogrążona była zawsze niezmierzona sfera erotyzmu. Istnieje pewna tajemnica erotyzmu, którą w tym momencie usiłuję pogwałcić. Czy byłoby to możliwe bez sięgania do samej głębi, do serca bytu?

Musiałem uznać przed chwilą, że uwagi na temat reprodukcji organizmów najprostszych mogą się wydawać obojętne, nieznaczące. Brak tutaj elementarnego poczucia gwałtu, który ożywia wszelkie odruchy erotyczne. Sfera erotyzmu jest w zasadniczy sposób dziedziną przemocy, dziedziną gwałtu. Zastanówmy się nad przejściem od nieciągłości do ciągłości u organizmów najprostszych. Odwołując się do naszego rozumienia tych stanów, czujemy, że wyrwanie bytu ze stanu nieciągłości wiąże się z największym gwałtem. Największym gwałtem jest dla nas śmierć: ona właśnie wyrywa nas ze stanu nieciągłości, w którym uparcie pragnęlibyśmy trwać. Serce zamiera w nas na myśl, że nasza nieciągła indywidualność ma nagle ulec unicestwieniu. Byłoby zbytnim uproszczeniem utożsamiać odczucia naszego serca z odczuciami rozmnażających się organizmów prymitywnych, ale nawet gdy chodzi o najdrobniejsze stworzenia, nie możemy sobie wyobrazić, by zagrożenie bytu nie było dla nich gwałtem. W momencie przejścia od stanu nieciągłości do ciągłości ważą się losy naszej najgłębszej istoty. Jedynie gwałt może w taki sposób zaważyć na całości losu, gwałt i niedający się nazwać zamęt, który mu towarzyszy. Bez pogwałcenia istoty ustanowionej – ustanowionej w nieciągłości – nie możemy wyobrazić sobie przejścia od jednego do drugiego, zasadniczo innego stanu. W tajemniczych przeobrażeniach rozmnażających się drobnoustrojów nie tylko odnajdujemy ów podskórny nurt gwałtu, który zapiera nam dech w erotyzmie ciała, lecz i objawia nam się głęboki sens tego gwałtu. Cóż innego znaczy erotyzm ciała, jeśli nie pogwałcenie istoty partnerów? Pogwałcenie, które graniczy ze śmiercią, które graniczy ze zbrodnią.

Wszelki erotyzm ma na celu dosięgnięcie istoty w najczulszym punkcie, tak by zamarło w niej serce. Przejście od stanu normalnego do stanu erotycznego pożądania zakłada roztopienie się w nas, rozprzężenie bytu ustanowionego w porządku nieciągłym. Terminowi „rozprzężenie” odpowiada w języku potocznym wyrażenie „życie rozwiązłe”, kojarzące się z aktywnością erotyczną. W ruchu rozprzężenia strona męska odgrywa w zasadzie rolę czynną, strona żeńska zaś bierną. I to właśnie ustanowiona istota strony żeńskiej, biernej, ulega rozprzężeniu, roztopieniu. Dla partnera męskiego ma to jeden tylko sens: jest wstępem do zespolenia obu istot, które w końcu razem osiągają ten sam stopień roztopienia. Zasadą każdego aktu erotycznego jest zniszczenie struktury zamkniętej, jaką jest partner gry w stanie normalnym.

 

Decydujące jest tutaj obnażenie. Nagość jest przeciwieństwem stanu zamkniętego, to znaczy istnienia nieciągłego. To stan otwarcia, poszukiwania możliwej ciągłości bytu poza sobą. Ciała otwierają na ciągłość swe tajemne kanały, które nam dają poczucie bezwstydu. Bezwstydem jest zamęt, który sprawia, że nie panujemy nad ciałem, że tracimy trwałą i wyraźną osobowość. W grze ciał odnajdujących się w ożywczym zespoleniu, przypominającym ruch fal, które przenikają się i gubią w sobie, jest to wyzucie z panowania nad sobą. Jest ono tak zupełne, tak całkowite, że ludzie na ogół kryją swoją nagość, która je zapowiada, która jest jego znakiem, zwłaszcza gdy nagość jest wstępem do aktu erotycznego, wyzuwającego ich bez reszty. Obnażenie jest jeśli nie naśladowaniem, to bezpiecznym odpowiednikiem uśmiercenia w cywilizacjach, gdzie jest aktem znaczącym. W starożytności wyzucie z praw (lub unicestwienie), będące podstawą erotyzmu, było odczuwane tak wyraźnie, że usprawiedliwiało porównanie aktu miłosnego z ofiarnym. Powrócę do znaczenia aktu ofiarnego, kiedy będę mówił o erotyzmie sakralnym, dotyczącym zespolenia istoty ludzkiej z transcendencją. Ale już teraz pragnę podkreślić, że w akcie erotycznym kobieta występuje jako ofiara, mężczyzna jako ofiarnik i że oboje zatracają się wspólnie w ciągłości ustanowionej przez akt unicestwienia.

Temu porównaniu częściowo odbiera wartość fakt, że ciężar gatunkowy tego unicestwienia jest stosunkowo niewielki. Możemy co najwyżej powiedzieć, że jeśli w akcie erotycznym brak elementu przemocy czy gwałtu, który go stanowi, to z większym trudem osiąga on pełnię. A jednak unicestwienie realne, uśmiercenie prawdziwe, nie wprowadziłoby doskonalszej formy erotyzmu niż ten jego bliżej nieokreślony odpowiednik, o którym mówiłem. Markiz de Sade określa zbrodnię jako szczyt erotycznego podniecenia, ale znaczy to tylko tyle, że doprowadzając do ostatecznych konsekwencji ruch przeze mnie opisany, niekoniecznie oddalamy się od erotyzmu. W przejściu od postawy normalnej do pożądania jest fascynacja śmiercią. W erotyzmie chodzi zawsze o rozbicie form ustanowionych. Powtarzam: tych uregulowanych form życia społecznego, na których zasadza się nieciągły porządek określonych jednostek, jakimi jesteśmy. Ale wbrew temu, co twierdzi Sade, w erotyzmie, a bardziej jeszcze w rozmnażaniu, życie nieciągłe nie jest skazane na zagładę, lecz tylko zakwestionowane. Musi być zakłócone, zmącone do maksimum. Jest tutaj poszukiwanie ciągłości, ale pod warunkiem, że ciągłość, którą ostatecznie zapewnia jedynie śmierć istot nieciągłych, nie nastąpi. Chodzi o to, by w obręb świata zbudowanego na nieciągłości wprowadzić całą ciągłość, do jakiej ten świat jest zdolny. Dla Sade’a w jego szaleństwie to za mało, on posuwa się dalej. Niewielu jest takich, których to nęci i czasem idą aż do końca, ale dla ludzi normalnych akty ostateczne nadają jedynie kierunek podstawowym dążeniom. W ruchu, który nas ożywia, jest jakieś przerażające przekroczenie i ono wskazuje kierunek ruchu. Ale pozostaje dla nas tylko złowrogim znakiem, przypominającym ustawicznie, że śmierć, z e r w a n i e indywidualnej nieciągłości, do której przykuwa nas lęk, jest prawdą górującą nad życiem.

Erotyzm ciał ma w sobie w każdym razie coś przytłaczającego, ponurego. Zachowuje on jednostkową nieciągłość, i to zawsze w jakimś samolubnym, cynicznym sensie. Erotyzm serca jest swobodniejszy i choć pozornie różni się od materialnego erotyzmu ciała, to przecież z niego się wywodzi i często bywa jedynie jego aspektem, utrwalonym przez wzajemne uczucia kochanków. Może się też zupełnie oderwać od cielesności, ale wtedy mamy do czynienia z wyjątkami, których nie brak w wielkiej rozmaitości istot ludzkich. Namiętność miłosna jest w zasadzie przedłużeniem cielesnego zespolenia kochanków w sferze duchowej. Jest jego przedłużeniem lub wstępem do niego. Ale dla tego, kto kocha, namiętność może być czymś gwałtowniejszym niż cielesne pożądanie. Nie wolno nam zapominać, że namiętność, choć towarzyszy jej obietnica szczęścia, wprowadza najpierw niepokój i zamęt. Nawet miłość szczęśliwa powoduje tak gwałtowny nieład, a szczęście wydaje się tak wielkie, że przypomina nie tyle rozkosz, co jej przeciwieństwo, cierpienie. Istotą tego szczęścia jest zastąpienie uporczywej nieciągłości cudowną ciągłością między dwojgiem ludzi, ale ta ciągłość daje się wyczuć przede wszystkim w udręce, bo jest nieosiągalna, bo jest poszukiwaniem w niemocy i drżeniu. Ciche szczęście, kiedy górę bierze poczucie bezpieczeństwa, oznacza jedynie ukojenie długotrwałego, poprzedzającego je cierpienia. Większe jest prawdopodobieństwo, że kochankowie nie pozostaną ze sobą długo niż że zatracą się w kontemplacji intymnej ciągłości, która ich łączy.

Prawdopodobieństwo cierpienia jest tym większe, że tylko cierpienie objawia nam całą wartość ukochanej istoty. Posiadanie ukochanej nie oznacza śmierci, wręcz przeciwnie, ale śmierć ma swój udział w szukaniu posiadania. Bywa, że kochanek chce zabić ukochaną, jeśli nie może jej posiąść, często wolałby ją zabić niż stracić. Kiedy indziej pragnie własnej śmierci. W tym szaleństwie gra toczy się o poczucie ciągłości, której możliwość dostrzegamy w ukochanej istocie. Kochankowi wydaje się – polega to na trudnym do określenia porozumieniu, obiecującym obok zespolenia zmysłowego możliwość złączenia serc – że jedynie ukochana może ziścić na tym świecie to, na co nie pozwalają nasze ograniczenia, mianowicie zlanie się dwóch istot w jedno, ciągłość dwóch nieciągłych bytów. Namiętność miłosna skazuje nas na cierpienie, gdyż jest poszukiwaniem niemożliwego, a w sensie mniej głębokim – poszukiwaniem przymierza, które zależy od okoliczności przypadkowych. Ale obiecuje nam też wyjście. Cierpimy z powodu naszego odosobnienia w nieciągłej indywidualności. Namiętność powtarza nam bezustannie: gdybyś posiadł ukochaną istotę, to twoje zdławione samotnością serce tworzyłoby jedno z jej sercem. Złudna to obietnica, przynajmniej częściowo, ale w miłości obraz takiej jedni nabiera ciała z szaloną intensywnością, choć nie zawsze jest taki sam dla obojga. Jakkolwiek by się ten obraz czy projekt rysował, do takiej niepewnej jedni, w której nie znika indywidualny egoizm, może zresztą dojść. Ale cierpienie, jakim jest lęk przed rozłąką, uświadamia nam wątłość, a zarazem głębię tej jedni.

Tak czy owak, musimy sobie uzmysłowić, że są dwie przeciwne możliwości.

Kiedy związek kochanków jest wynikiem gwałtownej namiętności, to przyzywa śmierć, pragnienie zbrodni lub samobójstwa. Namiętności towarzyszy aura śmierci. Tam gdzie gwałtu nie ma – i nie ma poczucia stałego pogwałcania nieciągłej indywidualności – otwiera się sfera przyzwyczajenia i egoizmu we dwoje, co oznacza nową formę nieciągłości. Tylko w pogwałceniu – na miarę śmierci – indywidualnego odosobnienia pojawia się taki obraz ukochanej istoty, jaki dla kochanka ma sens wszystkiego, co istnieje. Ukochana jest dla kochanka przejrzystością świata. Prześwieca przez nią to, o czym będę mówił za chwilę w związku z erotyzmem boskim, czyli sakralnym. Jest to pełny, bezbrzeżny byt, którego już nie ogranicza indywidualna nieciągłość. Jest to ciągłość bytu postrzegana przez kochanka jako wyzwolenie. Jest w tym obrazie jakiś absurd, jakieś straszliwe pomieszanie, ale przez ten absurd, pomieszanie, przeziera cudowna prawda. W prawdzie miłości bowiem nic nie jest złudą: dla kochanka – i tylko dla niego, ale cóż to ma za znaczenie! – ukochana jest prawdą bytu. Przypadek chce, że przez nią i dzięki niej złożoność świata znika i kochanek widzi istotę bytu, prawdę bytu.

Ale niezależnie od niepewnych i przypadkowych możliwości, jakie otwiera przed nami posiadanie istoty ukochanej, ludzkość od samego początku szukała dostępu do wyzwalającej ciągłości. Stanęła przed tym problemem w obliczu śmierci, która osadza istotę nieciągłą w ciągłości bytu. Choć taka myśl nie narzuca się od razu, to przecież śmierć, będąca unicestwieniem istoty nieciągłej, w niczym nie narusza ciągłości bytu, która jest wobec nas zewnętrzna. Nie zapominam, że pragnienie nieśmiertelności jest wolą przetrwania w nieciągłości – przetrwania bytu osobowego – ale zostawiam tę sprawę na boku. Chcę podkreślić, że śmierć nie dosięga ciągłości bytu, będącej źródłem poszczególnych istnień. Ciągłość bytu jest od śmierci niezależna, a nawet p r z e j a w i a s i ę w ł a ś n i e w ś m i e r c i. Wydaje mi się, że ta myśl powinna być podstawą interpretacji ofiary religijnej, z którą porównałem akt erotyczny. Kiedy następuje rozprzężenie, roztopienie istot uczestniczących w akcie erotycznym, objawia się ciągłość, przypominająca ciągłość burzliwych wód. W akcie ofiarowania jest nie tylko obnażenie, ale i uśmiercenie ofiary, a gdy nie jest to istota żywa, lecz przedmiot – zniszczenie tego przedmiotu. Ofiara umiera, a obecni uczestniczą w czymś, co jej śmierć objawia. To coś można by nazwać zgodnie z terminologią religioznawców sacrum. Sacrum jest właśnie ciągłością bytu, objawiającą się tym, którzy w uroczystym rytuale skupiają uwagę na śmierci istoty nieciągłej. Gwałtowna śmierć powoduje przełamanie n i e c i ą g ł o ś c i danej istoty: tym, co pozostaje i czego w zapadłej ciszy doznają wstrząśnięci świadkowie, jest c i ą g ł o ś ć bytu, której ofiara została przywrócona. Tylko spektakularny mord, dokonany w warunkach określonych powagą i wspólnotą religii, może odsłonić to, co zwykle uchodzi uwagi. Nie potrafilibyśmy zresztą wyobrazić sobie tego, co się objawia w najgłębszej jaźni uczestników obrzędu ofiarnego, gdybyśmy nie mogli się odwołać do naszych osobistych doświadczeń religijnych, przeżytych choćby w dzieciństwie. Wszystko zdaje się wskazywać, że sacrum pierwotnych ofiar jest odpowiednikiem b o s k o ś c i w religiach współczesnych.