Nawałnica mieczy: Stal i śnieg. Edycja ilustrowanaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



George R.R. Martin

Nawałnica mieczy: Stal i śnieg (edycja ilustrowana)


Tytuł oryginału

A Storm of Swords, vol. 1


ISBN 978-83-8202-163-9


Copyright © 1999 by George R. R. Martin

Introduction copyright © 2020 by Neil Gaiman

Cover design and illustration: David G. Stevenson

Illustrations © 2020 by Gary Gianni

Maps copyright © 2011 by Jeffrey L. Ward

All rights reserved

Copyright © 2000, 2020 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań

Redaktor prowadzący

Dariusz Wojtczak

Opracowanie graficzne i techniczne

Barbara i Przemysław Kida

Druk i oprawa


Książkę wydrukowano na papierze

Lux Cream 1,6 80g/m2 i Lux Cream 1,8 90g/m2


www.zing.com.pl

Wydanie 1 w tej edycji



Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla Phyllis, która namówiła mnie na wprowadzenie smoków

NOTATKA NA TEMAT CHRONOLOGII

George R.R. Martin

Pieśń Lodu i Ognia jest opowiadana z punktu widzenia postaci, które dzielą od siebie setki, a niekiedy nawet tysiące mil. Wydarzenia opisywane w pewnych rozdziałach trwają dzień bądź tylko godzinę, te zaś, o których mowa w innych, dwa tygodnie, miesiąc czy pół roku. Przy takiej kompozycji narracja nie może być ściśle chronologiczna. Niekiedy ważne rzeczy dzieją się jednocześnie tysiące mil od siebie.

W przypadku obecnego tomu czytelnik powinien wiedzieć, że pierwsze rozdziały Nawałnicy mieczy rozgrywają się nie po ostatnich rozdziałach Starcia królów, lecz raczej jednocześnie z nimi. Zaczynam książkę od przedstawienia wydarzeń, do których doszło na Pięści Pierwszych Ludzi, w Riverrun, Harrenhal i na Tridencie podczas stoczonej pod Królewską Przystanią bitwy nad Czarnym Nurtem, oraz wypadków, które nastąpiły po niej...

PRZEDMOWA

Neil Gaiman

Start

Ta przedmowa jest spóźniona. Kiedy piszę te słowa, przebywam na kwarantannie w Nowej Zelandii – na drugim końcu świata, daleko od mojego domu. Dopóki nie skończę jej pisać, mam pretekst, by jeszcze raz przeczytać Pieśń Lodu i Ognia, bo to pozwala mi zanurzyć się w świecie znacznie przestronniejszym niż ciasny domek, w którym mieszkamy. Mogę wtedy spędzać czas z setkami ludzi o najrozmaitszym wyglądzie i charakterze. To znacznie więcej niż dwoje dorosłych i czteroletni chłopiec.

Co prawda, gdybym spotkał większość z tych fikcyjnych postaci w rzeczywistości, bez zbytnich zahamowań przeszyłaby mnie jakimś ostrym narzędziem albo zepchnęła w przepaść. Niemniej nie są mi obojętni. Ich los mnie obchodzi. Mam nadzieję, że wszystko skończy się dla nich dobrze, choć wiem, że tak się nie stanie.

Powtarzam sobie jednak, że wkrótce będzie wesele. To przynajmniej pozwoli przez chwilę odpocząć od rozlewu krwi, zdrad i bólu.

Rozruch

Znamy się z George’em R.R. Martinem od około trzydziestu trzech lat. Poznaliśmy się w Wielkiej Brytanii, dzięki temu, że mieliśmy wspólną znajomą – pisarkę Lisę Tuttle. Podsunąłem mu wtedy pomysł, że ktoś, kto żyje w snach, mógłby być bohaterem jego serii Dzikie karty. Odrzucił ten koncept i po dziś dzień uwielbia przypominać, że ta odmowa umożliwiła mi zdobycie sławy i majątku, gdy wykorzystałem ten pomysł dla stworzenia Sandmana.

— Gdybym się zgodził, zarobiłbyś na tej postaci w sumie ze trzy tysiące dolarów — powiedział mi kiedyś.

Nasza znajomość z autorem nie zaczyna się jednak w chwili, kiedy spotkamy go osobiście. Początkiem zawsze jest chwila, gdy jego twórczość wchodzi do naszego życia. Miałem szesnaście lat, kiedy kolega przywiózł mi z Ameryki książkę w miękkiej oprawie. To był zbiór opowiadań A Song for Lya. Autor był młody, lecz piekielnie utalentowany i zdążył już zdobyć parę nagród. Przypominał mi mojego ulubionego pisarza Rogera Zelaznego.

Przez dziesięciolecie, które nastąpiło później, śledziłem karierę George’a jako czytelnik i nabywca książek. Jego sława rosła. Pierwszą powieścią, którą napisał, było Światło się mroczy, rzecz o umierającej planecie i ludziach, którzy na nią przybyli, by na własne sposoby próbować radzić sobie ze śmiercią. Z czasem jego powieści i opowiadania stawały się coraz lepsze. Zawsze posługiwał się taką prozą, jakiej potrzebowała dana opowieść — kwiecistą albo oszczędną, łagodną bądź bezlitosną. Zachwycało mnie to, że nie potrafiłem odgadnąć, co napisze następnym razem. To mogła być historia o wampirach płynących na statku po Missisipi albo o spowodowaniu Armagedonu za pomocą muzyki rockowej. To właśnie podobało mi się najbardziej w jego twórczości. Nigdy nie robił tego samego dwa razy

Jak już wspominałem, poznaliśmy się w roku 1987, gdy George przybył do Wielkiej Brytanii. Jednak przyjaciółmi zostaliśmy dopiero w roku 1995, po śmierci Rogera Zelaznego, na półoficjalnym spotkaniu w Santa Fe. Przybyła na nie grupka pisarzy połączonych żałobą po Rogerze, jego bękarcie pisarskie potomstwo, jego Snowowie, Stone’owie i tak dalej, wszyscy, którzy w młodym wieku zakochali się w prozie oraz fabułach Rogera i pokochali też radość, jaką wnosił w sam proces pisania. Roger sprawiał, że wydawało się ono świetną zabawą. W dodatku był w tym naprawdę dobry. Dlatego wszyscy chcieliśmy go naśladować. Odszedł za wcześnie.

Tempo spacerowe

Gdy w 1996 roku ukazała się Gra o tron, nie przeczytałem jej. Nie dlatego, że nie chciałem. Raczej dlatego, że chciałem to zrobić aż za bardzo, ale wiedziałem, że to tylko pierwsza część większej opowieści. Postanowiłem zaczekać, aż George opublikuje ostatnią część serii, wiedziałem bowiem, że w przeciwnym razie stanę się jednym z tych wychudłych ludzi o podkrążonych oczach, którzy codziennie przychodzą do miejscowej księgarni, żeby zapytać, czy kolejny tom już się ukazał.

Szybki chód

Zwlekałem tak długo, jak tylko mogłem. George nie miał nic przeciwko temu.

Wreszcie dałem za wygraną. I ucieszyłem się z tego już po przeczytaniu pierwszej strony.

George uwielbia historię. Kocha bitwy i zakrojone na szeroką skalę procesy dziejowe, ale nigdy nie zapomina o tym, że historią kierują decyzje jednostek Czasami los całych państw zależy od drobiazgów, z pozoru nieznaczących aktów zdrady albo przyjaźni. Zdarza się, że dobrzy ludzie, postępujący zgodnie ze swymi zasadami, sprowadzają na świat ciemność i ból, a ci, którzy postępują źle, mogą ocalić życie wielu i zdobyć królestwo.

George świetnie rozumie prozę i dialog. Przed laty Ursula K. Le Guin napisała esej pod tytułem From Elfland to Poughkeepsie, w którym sprzeciwiała się panującej wówczas modzie, która kazała autorom książek dziejących się w odległych, fantastycznych królestwach pisać dialogi w rozczarowująco współczesnym, banalnym tonie. George jest mistrzem obu tych światów — zarówno krainy elfów, jak i Poughkeepsie — i potrafi wkładać swym postaciom w usta słowa, które wydają się nam bliskie i zrozumiałe, lecz jednocześnie pasują do ich rzeczywistości.

Styl Pieśni Lodu i Ognia jest na ogół ekonomiczny i pozbawiony ozdobników, ponieważ postacie, z punktu widzenia których opowiadana jest cała historia, nie przepadają za ozdobnikami, a ich wypowiedzi są proste i rzeczowe. To jednak nie znaczy, że George nie opisuje emocji, nie pisze o zdradzie i śmierci w sposób mistrzowski. Doskonale wie, które ze swych narzędzi powinien wykorzystać w danym momencie. Proza rozdziałów Tyriona nie jest prozą rozdziałów Aryi albo Daenerys. (Ta ostatnia jest najbardziej kwiecista — z nutą Zelaznego, a także mistrza takiego stylu Jacka Vance’a — pełna opisów magii i smoczego ognia.)

Trucht

Cud beletrystyki polega na tym, że dzięki niej przejmujemy się losem ludzi, którzy nigdy nie istnieli, chyba że jako cienie i iluzje w umyśle autora. Angażujemy się w ich życie. Fikcyjny świat, zamknięty na północy murem z lodu, staje się miejscem, które możemy odwiedzić. Do którego możemy uciec.

Czasami, jako czytelnicy, zauważamy ingerencję autora. Dostrzegamy, że traktuje jakąś postać zbyt wyrozumiale po to, by później złamać nam serce.

 

Częściej jednak radość czytania polega na tym, że zapominamy, iż postacie i świat w którym żyją, są fikcją. Mamy wrażenie, że autor opisuje nam coś, co istnieje niezależnie od niego.

Do świata Pieśni Lodu i Ognia wkraczamy nieświadomie, spacerujemy po nim przez chwilę, a potem ruszamy przed siebie szalonym galopem, wynurzając się z niego tylko od czasu do czasu, żeby coś zjeść albo z kimś porozmawiać.

Bieg

W roku 2012 gdy byłem na Florydzie, pisząc książkę, którą w porównaniu z Pieśnią Lodu i Ognia w najlepszym razie można by uznać za odchrząknięcie, zapytano mnie, czy chciałbym przeprowadzić wywiad ze Stephenem Kingiem. Dzieliły mnie od niego dwie godziny jazdy, a do tego lubię Stephena, kocham jego książki i szanuję go jako pisarza. Dlatego oczywiście się zgodziłem.

Gdy siedzieliśmy w jego domu na Florida Key, Steve rzekł nagle:

— Hej, Neil, czy mogę cię o coś zapytać?

— Jasne.

— Znasz George’a R.R. Martina, prawda? Osobiście?

— Tak. Jesteśmy przyjaciółmi już od lat.

— Odkładałem to bardzo długo, ale w końcu zacząłem czytać Grę o tron i dałem się wciągnąć, ale… jak z jego zdrowiem? No wiesz, czy jest szansa, że skończy pisać, zanim umrze?

— Czuje się dobrze. Skończy cykl.

Rzadko zdarzało mi się widzieć u kogoś taką ulgę.

— Bardzo się cieszę — oznajmił Stephen King. — Muszę się dowiedzieć, jak zakończy tę historię.

Ucieczka

Czasami próbuję uczyć młodych pisarzy. Najtrudniej jest im opanować sztukę wprowadzania konfliktu do opowieści. Przez całe życie uczono ich unikać konfliktów i kiedy zaczynają pisać, chcą postępować tak samo. Najchętniej pisaliby opowieści, w których wszyscy się przyjaźnią, a ewentualne nieporozumienia rozwiązuje się przez rozmowę i wszystko znowu jest w porządku.

Jednym ze sposobów, jakich używam, by ich tego oduczyć, jest odwołanie się do Szekspira. Każę im opisać fabułę jednej z jego sztuk w kolejnych punktach, a następnie przenieść ją w inny czas i miejsce, umieścić w ramach innej konwencji, a wreszcie streścić ją od nowa. Szekspir z pewnością umiał opowiadać o konfliktach.

Cykl George’a, w tym również ta powieść, to prawdziwe arcydzieło konfliktu. Postacie, do których czujemy sympatię i którym dobrze życzymy, pragną różnych rzeczy, ale nie dostaną ich, jeśli inne postacie, które również lubimy, zrealizują swoje pragnienia. Kibicujemy postaciom, których powinniśmy nienawidzić, ale nie jesteśmy do tego zdolni, ponieważ poznajmy ich plany, a gdy już wciągniemy się w dobry plan, znika nasza antypatia.

Tu na każdym kroku coś się dzieje. Sukcesy i klęski postaci zależą od uczynków innych i często są ubocznymi skutkami jakichś wydarzeń, które nas ucieszyły. Każda z postaci pragnie czegoś innego — dla swoich rodów, rodzin, dla bliskich albo dla siebie. Wszystkie uczynki mają konsekwencje, a niektóre z tych konsekwencji są tragiczne.

A poza tym wszystkim George przypomina nam, jak kruche są podstawy naszego społeczeństwa. Jak szybko się załamują, jak łatwo pokój może przerodzić się w wojnę i chaos. Jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę naszych politycznych przywódców, lecz również na łaskę i niełaskę świata. Pogoda i klimat mogą dorównywać okrucieństwem ludziom, a zima zawsze nadchodzi.

Etap końcowy

Jedna z radości płynących z lektury Pieśni Lodu i Ognia — a jest ich bardzo wiele — to nasze wrażenie, że czytamy powieść historyczną, ale pozbawioną jednej z zasadniczych wad tego rodzaju literatury — czytając historyczne powieści, z reguły wiemy, jak to wszystko się skończy, nawet jeśli nasza wiedza ogranicza się do uproszczonej wersji przedstawionej w szkolnych podręcznikach.

Jako czytelnicy wiemy, że po zakończeniu Wojny Dwóch Róż (której w owych czasach wcale tak nie nazywano) królem Anglii zostanie Henryk Tudor, a jego herb połączy czerwoną różę Lancashire i białą różę Yorku w dwubarwny kwiat będący symbolem narodowej jedności. A po Henryku Tudorze nastanie jego syn, również Henryk, ósmy tego imienia, który zerwie więzy z Rzymem i zasłynie z licznych małżeństw. Z kolei zamieszaniu towarzyszącemu jego rządom położy kres córka, Elżbieta, ostatnia z dynastii Tudorów, za której panowania Szekspir napisał (między innymi) kroniki legitymizujące pretensje jej dziadka do tronu…

Nie wiemy natomiast, jak to wszystko zakończy się w świecie George’a R.R. Martina (nawet jeśli oglądaliśmy serial). Każdy czytelnik rozpoczyna przygodę z Pieśnią Lodu i Ognia nieświadomy tego, co się wydarzy, i uczy się ufać George’owi jako autorowi opowieści, nawet jeśli nie ufa jego postaciom. Szlachetność i uczciwość mogą być wadami charakteru, które doprowadzą do śmierci postaci albo okażą się jedynym, co może je ocalić: inne postacie, których z początku nienawidzimy, powoli zdobywają naszą sympatię; jeszcze inne zaś obieramy warstwa po warstwie jak cebulę, nie wiedząc, kogo znajdziemy w środku.

Powoli ku mecie

Podobnie jak wy wszyscy i Stephen King, mam nadzieję, że George pozostanie przy zdrowiu i w dobrym humorze, co pozwoli mu doprowadzić tę historię do finału, jakiego pragnie.

(On również siedzi na kwarantannie w sekretnym domku w górach, zajęty pisaniem. Podobnie jak wy, życzę mu szczęścia.)

Nadszedł czas ponownego spotkania z ludźmi, w których głowach siedzieliśmy przez poprzednie tysiąc sześćset stron — Starkami, Tullymi, Lannisterami i jedną Targaryenówną. Poznamy nowych przyjaciół, nauczymy się ich kochać i gardzić nimi, nie ufać im i bać się ich. Będziemy obserwowali, jak rosną i się zmieniają, podczas gdy inni zmierzają ku zagładzie. Tajemnica, która dawno temu stała się początkiem opowieści, zostanie rozwiązana, a nowe tajemnice wyszczerzą zęby.

Jednak nie wszystko jest ciemnością i lodem, ogniem i zdradą, magią, krwią i walką. George daje nam w tej książce znacznie więcej.

W końcu wszyscy kochają wesela.

Neil Gaiman

Na kwarantannie, 2020

Hawkes Bay

Nowa Zelandia



PROLOG




Dzień był szary i potwornie zimny, a psy nie chciały iść śladem.

Wielka, czarna suka raz tylko obwąchała trop niedźwiedzia, po czym porzuciła go i wróciła do sfory z podkulonym ogonem. Przy nagłym powiewie zmarkotniałe psy zbiły się w ciasną grupkę na brzegu rzeki. Chett również poczuł przebijający się przez warstwy czarnej wełny i utwardzanej skóry podmuch. Zapuścili się w okolice zbyt zimne dla ludzi i zwierząt. Wykrzywił usta w grymasie, niemal czując, że czyraki na jego policzkach i szyi nabierają barwy wściekłej czerwieni. Mogłem siedzieć bezpiecznie na Murze, opiekując się tymi cholernymi krukami i paląc na kominku dla maestera Aemona. To bękart Jon Snow odebrał mu tę pozycję, on i jego spasiony koleżka Sam Tarly. Przez nich odmrażał sobie jaja w głębi nawiedzanego lasu, mając za towarzystwo sforę psów.

— Do siedmiu piekieł. — Szarpnął mocno za smycze, by przyciągnąć uwagę psów. — Szukać, skurwysyny. To trop niedź-

wiedzia. Chcecie żreć mięso czy nie? Szukać! — Psy jednak zbiły się tylko jeszcze ciaśniej, skowycząc cicho. Chett strzelił im nad głowami z krótkiego bicza i czarna suka warknęła na niego. — Psie mięso jest równie dobre jak niedźwiedzie — ostrzegł ją. Jego oddech zamarzał przy każdym słowie.

Lark Siostrzanin stał obok niego z rękami skrzyżowanymi na piersi i dłońmi wetkniętymi pod pachy. Choć nosił czarne, wełniane rękawice, wiecznie się skarżył, że odmraża sobie palce.

— Przy takiej cholernej zimnicy nie da się polować — stwierdził. — W dupę z tym niedźwiedziem. Nie warto dla niego zamarzać.

— Nie możemy wrócić z pustymi rękami, Lark — mruknął Mały Paul. Większą część jego twarzy pokrywały brązowe kudły. — Lordowi dowódcy by się to nie spodobało.

Poniżej spłaszczonego nosa mężczyzny widać było zamarznięte smarki. Wielka dłoń w grubej skórzanej rękawicy zaciskała się mocno na drzewcu włóczni.

— Z nim też w dupę — rzucił Siostrzanin, chudy mężczyzna o ostrych rysach i niespokojnym spojrzeniu. — Mormont zginie, nim wzejdzie słońce, pamiętasz? Co nas obchodzi, czy mu się spodoba, czy nie?

Mały Paul zamrugał powiekami czarnych oczek. Chett pomyślał, że może rzeczywiście o tym zapomniał. Był taki głupi, że nie pamiętał prawie o niczym.

— Dlaczego musimy zabijać Starego Niedźwiedzia? Nie możemy po prostu uciec i pozwolić mu żyć?

— A myślisz, że on pozwoli nam żyć? — warknął Lark. — Urządzi na nas polowanie. Chcesz, żeby nas dopadł, ty przerośnięty przygłupie?

— Nie — odpowiedział Mały Paul. — Tego nie chcę. Za nic.

— Czyli że go zabijesz? — zapytał Lark.

— Tak. — Potężny mężczyzna walnął tępym końcem włóczni w zamarznięty brzeg rzeki. — Zabiję. Nie powinien na nas polować.

Siostrzanin wysunął ręce spod pach i zwrócił się w stronę Chetta.

— Uważam, że powinniśmy wykończyć wszystkich oficerów.

Chett miał już serdecznie dość tego gadania.

— Przecież o tym mówiliśmy. Zginie Stary Niedźwiedź i Blane z Wieży Cieni. Grubbs i Aethan też. Mieli pecha, że wylosowali akurat tę wartę. Dywen i Bannen, bo są tropicielami, i ser Świnka, przez kruki. I na tym koniec. Załatwimy ich po cichu, podczas snu. Jeden krzyk i wszyscy będziemy żarciem dla robaków. — Jego czyraki zrobiły się czerwone ze złości. — Wykonaj swoją część i przypilnuj, żeby twoi kuzyni zrobili, co do nich należy. Paul, zapamiętaj, że to ma być trzecia warta, nie druga.

— Trzecia warta — powtórzył wielki mężczyzna, rozchylając ukryte pod szczeciną i zamarzniętymi smarkami usta. — Ja i Cicha Stopa. Będę pamiętał, Chett.

Dzisiejszej nocy był nów i zaplanowali służby w ten sposób, że ośmiu spiskowców pełniło straż, a jeszcze dwóch pilnowało koni. Lepsza okazja już się nie nadarzy. Poza tym lada dzień mogli ich zaatakować dzicy i Chett miał zamiar być w tym momencie daleko stąd. Chciał żyć.

Na północ wyruszyło trzystu zaprzysiężonych braci z Nocnej Straży, dwustu z Czarnego Zamku i stu z Wieży Cieni. To była największa wyprawa, odkąd żywi sięgali pamięcią, prawie jedna trzecia wszystkich sił Straży. Mieli zamiar odszukać Bena Starka, ser Waymara Royce’a i innych zaginionych zwiadowców, a także dowiedzieć się, dlaczego dzicy porzucają wioski. Od Starka i Royce’a byli teraz równie daleko, jak w chwili opuszczenia Muru, zdołali się jednak dowiedzieć, dokąd odeszli dzicy. W wysokie i zimne, zapomniane przez bogów Mroźne Kły. Mogli tam sobie siedzieć aż po kres czasu i nie podrażniłoby to czyraków Chetta.

Oni jednak złazili na dół. Wzdłuż Mlecznej Wody.

Uniósł wzrok i ujrzał przed sobą rzekę. Jej kamieniste brzegi pokryła warstewka lodu, a mlecznobiałe wody spływały nieustannie z Mroźnych Kłów. A teraz tą samą drogą schodził Mance Rayder i jego dzicy. Przed trzema dniami powrócił wściekły Thoren Smallwood. Kiedy opowiadał Staremu Niedźwiedziowi, co zobaczył, jego człowiek, Kedge Białe Oko, przekazał wszystko pozostałym braciom.

— Są jeszcze wysoko, ale schodzą w dół — mówił, grzejąc dłonie nad ogniem. — Przednią strażą dowodzi ta francowata suka Harma Psi Łeb. Goady zakradł się do jej obozu i widział ją wyraźnie przy ognisku. Ten dureń Tumberjon chciał ją załatwić strzałą, ale Smallwood miał na to zbyt wiele rozsądku.

Chett splunął.

— Wiesz, ilu ich było?

— Od groma. Dwadzieścia, trzydzieści tysięcy. Nie mieliśmy czasu ich liczyć. Harma miała w przedniej straży pięciuset, samą konnicę.

Otaczający kręgiem ognisko mężczyźni wymienili niespokojne spojrzenia. Nawet tuzin dosiadających koni dzikich stanowił rzadki widok. Pięciuset...

 

— Smallwood kazał Bannenowi i mnie okrążyć straż przednią, by zerknąć na główne siły — kontynuował Kedge. — Ciągnęły się bez końca. Poruszali się jak zamarznięta rzeka, cztery, pięć mil dziennie, ale nie wyglądało na to, żeby mieli zamiar wracać do swoich wiosek. Ponad połowa to były kobiety i dzieci. Gnali przed sobą zwierzęta, kozy, owce, a nawet tury ciągnące sanie. Wieźli bele futer i półtusze, klatki z kurami, maselnice, kołowrotki i całą resztę ich cholernego dobytku. Muły i konie były tak obładowane, że grzbiety im pękały. Tak samo kobiety.

— I idą wzdłuż Mlecznej Wody? — dopytywał się Lark Siostrzanin.

— Przecież wam mówiłem.

Rzeka zaprowadzi ich prosto pod Pięść Pierwszych Ludzi, starożytny fort pierścieniowy, w którym Nocna Straż zorganizowała swój obóz. Każdy z odrobiną rozsądku zrozumiałby, że pora się stąd zwijać i zacząć odwrót w stronę Muru. Stary Niedźwiedź wzmocnił Pięść kolcami, wilczymi dołami i kruczymi stopami, lecz przeciw tak licznej armii nic mu to nie pomoże. Jeśli tu zostaną, wróg ich zaleje.

A Thoren Smallwood zamierzał atakować. Słodki Donnel Hill był giermkiem ser Malladora Locke’a, a poprzedniej nocy Smallwood odwiedził Locke’a w jego namiocie. Ser Mallador, podobnie jak stary ser Ottyn Wythers, chciał się wycofać na Mur, Smallwood postanowił jednak nakłonić go do zmiany zdania.

— Ten król za Murem nie będzie się nas spodziewał tak daleko na północy — mówił według słów Słodkiego Donnela. — A ta cała jego wielka armia to tylko horda obdartusów, bezużytecznych gąb do wyżywienia, ludzi niemających pojęcia, za który koniec trzymać miecz. Wystarczy jeden cios, a odechce im się walki, uciekną z wrzaskiem i na jakieś pięćdziesiąt lat ukryją się w swoich chatach.

Trzystu przeciw trzydziestu tysiącom. Chett uważał to za czysty obłęd. Co gorsza, ser Mallador po tej rozmowie zmienił zdanie i obaj byli bliscy przekonania również Starego Niedźwiedzia.

— Jeśli będziemy zwlekać zbyt długo, taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć — powtarzał Smallwood każdemu, kto chciał go słuchać.

— Jesteśmy tarczą, która osłania krainę człowieka — odpowiedział mu ser Ottyn Wythers. — Tarczy nie wyrzuca się lekkomyślnie.

— Podczas walki najlepszą obroną jest szybkie uderzenie miecza, które zabije przeciwnika, a nie chowanie się za tarczą — skontrował Thoren Smallwood.

Nocną Strażą nie dowodził jednak Smallwood ani Wythers, lecz lord Mormont, który czekał na powrót pozostałych zwiadowców. Jarmana Buckwella i ludzi, którzy wspięli się na Schody Olbrzyma, a także Qhorina Półrękiego i Jona Snow, którzy wyruszyli do Wąwozu Pisków. Buckwell i Półręki spóźniali się jednak.

Pewnie nie żyją. Chett wyobraził sobie Jona Snow, który leżał siny i zamarznięty na szczycie jakiejś posępnej turni, a z jego bękarciego dupska sterczała włócznia dzikiego. Uśmiechnął się na tę myśl. Mam nadzieję, że wykończyli też jego cholernego wilka.

— Nie ma tu żadnego niedźwiedzia — skonkludował nagle. — To tylko stare tropy. Wracamy na Pięść.

Psy omal go nie przewróciły. Chciały wracać równie gorąco jak on. Może zdawało im się, że dostaną jeść. Chett nie potrafił się powstrzymać od śmiechu. Nie karmił ich od trzech dni, żeby były głodne i złe. Nocą, nim wymknie się w mrok, wypuści je między liny do przywiązywania koni, chwilę po tym, jak Słodki Donnel Hill i Karl Szpotawa Stopa przetną postronki. W całej Pięści pełno będzie ujadających psów i spanikowanych koni. Będą zadeptywać ogniska, przeskakiwać mur i przewracać namioty. Przy takim zamieszaniu mogą minąć godziny, nim ktokolwiek się zorientuje, że zniknęło czternastu braci.

Lark chciał zwerbować dwukrotnie więcej ludzi, czego jednak można się było spodziewać po głupim, cuchnącym rybą Siostrzaninie? Wystarczy szepnąć słówko do niewłaściwego ucha i w jednej chwili skrócą człowieka o głowę. Nie, czternastu to odpowiednia liczba. Wystarczy, by zrobić to, co trzeba, i nie nazbyt wielu, żeby dochować tajemnicy. Większość z nich Chett zwerbował osobiście. Jednym z jego ludzi był Mały Paul, najsilniejszy człowiek na Murze, chociaż tępy aż strach. Kiedyś złamał dzikiemu kręgosłup, próbując go uściskać. Mieli też Dirka, którego ulubioną bronią był sztylet, oraz niskiego, posiwiałego człowieczka, zwanego przez braci Cichą Stopą. W młodości zgwałcił on setkę kobiet i lubił się chełpić, że żadna z nich go nie usłyszała, dopóki nie wsadził jej tego, co trzeba.

Autorem planu był Chett. To on był z nich najsprytniejszy. Całe cztery lata służył maesterowi Aemonowi jako zarządca, zanim bękart Jon Snow nie wykopał go z roboty, żeby przekazać ją tej tłustej świni, swemu koleżce. Kiedy będzie zabijał dziś w nocy Sama Tarly’ego, wyszepcze mu do ucha: „Pozdrów ode mnie Jona Snow”. Potem poderżnie ser Śwince gardło i będzie patrzył, jak krew wypływa spod grubej warstwy sadła. Chett znał się na krukach, z nimi więc nie będzie kłopotu. Nie więcej niż z Tarlym. Wystarczy jedno dotknięcie noża, a ten tchórz zleje się w portki i zacznie błagać o darowanie życia. Niech sobie błaga. Nic mu to nie pomoże. Gdy już poderżnie temu spaślakowi gardło, otworzy klatki i wypłoszy ptaki, żeby nikt nie mógł wysłać wiadomości na Mur. Cicha Stopa i Mały Paul wykończą Starego Niedźwiedzia, Dirk załatwi Blane’a, a Lark i jego kuzyni uciszą Bannena i starego Dywena, którzy mogliby wywęszyć ich trop. Już od dwóch tygodni gromadzili żywność, a Słodki Donnel i Karl Szpotawa Stopa przygotują dla nich konie. Po śmierci Mormonta dowództwo przejdzie na ser Ottyna Wythersa, starego, zmęczonego człowieka, którego opuszczały już siły. Nim zajdzie słońce, będzie już zmiatał w stronę Muru. Na pewno nie zechce marnować ludzi na pościg za nami.

Psy ciągnęły go z całej siły przez las. Chett widział już wystającą nad zielone korony drzew Pięść. Dzień był tak ciemny, że Stary Niedźwiedź kazał zapalić pochodnie. Wielki krąg żagwi płonął na murze pierścieniowym, który otaczał szczyt stromego, skalistego wzgórza. Trzej spiskowcy przeszli strumień w bród. Woda była przeraźliwie zimna i gdzieniegdzie pokrywały ją już plamy lodu.

— Ja ruszę z kuzynami w stronę wybrzeża — wyznał Lark Siostrzanin. — Zbudujemy sobie łódź i pożeglujemy do domu, na Siostry.

A tam natychmiast się zorientują, że jesteście dezerterami, i pościnają wam te głupie łby — pomyślał Chett. Ten, kto raz wypowiedział słowa przysięgi, nigdy już nie mógł opuścić Nocnej Straży. W całych Siedmiu Królestwach czekał go wyrok śmierci.

Ollo Obcięta Ręka planował wrócić do Tyrosh, gdzie według jego słów ludzie nie tracili rąk za zajmowanie się uczciwym złodziejstwem ani nie wysyłano ich na całe życie na mroźne pustkowie za to, że dali się przyłapać w łóżku z żoną jakiegoś rycerza. Chett zastanawiał się, czy z nim pojechać, nie mówił jednak w ich zaślinionym, dziewczyńskim języku. Co zresztą mógłby robić w Tyrosh? Wychowywał się na Bagnie Jędzy i nie miał żadnego zawodu. Jego ojciec całe życie orał cudze pola albo zbierał pijawki. Rozbierał się do grubej skórzanej opaski i brodził w mętnej wodzie. Czasami kazał pomagać sobie przy zrywaniu pijawek. Kiedyś jedna przyssała się chłopakowi do dłoni i Chett zgniótł ją z obrzydzeniem o ścianę. Ojciec zbił go za to do krwi. Maesterzy za tuzin sztuk płacili miedziaka.

Lark mógł sobie wracać do domu, i ten cholerny Tyroshijczyk też, ale nie Chett. Jeśli minie wieczność, nim znowu ujrzy Bagno Jędzy, to i tak będzie za wcześnie. Przypadła mu do gustu Twierdza Crastera. Dziki żył tu sobie jak lord. Czemu Chett nie miałby podążyć za jego przykładem? To by dopiero było. Chett, syn pijawkarza, lordem z własną twierdzą. Na chorągwi mógłby mieć tuzin pijawek na różowym polu. Dlaczego zresztą miałby poprzestać na lordzie? Może powinien zostać królem. Mance Rayder zaczynał jako wrona. Mógłbym zostać królem tak samo jak on i wziąć sobie trochę żon. Craster miał ich dziewiętnaście, nie licząc najmłodszych córek, których nie wziął jeszcze do łoża. Połowa z tej liczby była tak samo stara i brzydka jak on, ale to nie przeszkadzało Chettowi. Staruchy będzie mógł zagonić do prania i gotowania, sadzenia marchewki oraz karmienia świń, podczas gdy młode będą mu grzały łoże i rodziły dzieci. Craster nie będzie się sprzeciwiał, nie po tym, jak uściska go Mały Paul.

Jedynymi kobietami, jakie znał w życiu Chett, były dziwki, które kupował sobie w Mole’s Town. Kiedy był chłopcem, wiejskie dziewczyny odwracały się z obrzydzeniem na widok czyraków i kaszaka na jego twarzy. Najgorsza była ta flądra Bessa. Jeśli rozkładała nogi dla każdego chłopaka na Bagnie Jędzy, to dlaczego nie miałaby tego zrobić dla niego? Wiedział, że lubi polne kwiaty, zbierał je więc dla niej przez cały ranek, ale ona roześmiała mu się tylko w twarz i powiedziała, że wolałaby pójść do łóżka z pijawkami jego ojca niż z nim. Przestała się śmiać dopiero wtedy, gdy wraził w nią nóż. Widok jej twarzy był taki słodki, że Chett wyciągnął nóż i wbił go raz jeszcze. Kiedy złapali go nieopodal Siedmiu Strumieni, stary lord Walder Frey nie pofatygował się nawet osądzić go osobiście. Przysłał jednego ze swych bękartów, tego Waldera Riversa. Nim Chett zdążył się zorientować, maszerował już na Mur z tym cuchnącym, czarnym diabłem Yorenem. Za jedną słodką chwilę zabrali mu całe życie.

Teraz jednak zamierzał je odzyskać. Przy okazji weźmie też sobie kobiety Crastera. Ten stary, zboczony dziki ma rację. Jeśli ktoś chce pojąć kobietę za żonę, powinien ją sobie wziąć, a nie dawać jej kwiaty w nadziei na to, że nie zauważy jego cholernych czyraków. Chett nie popełni drugi raz tego samego błędu.