Wyprawa asówTekst

Z serii: Dzikie karty #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Stephen Leigh John J. Miller Leanne C. Harper Kevin Andrew Murphy Gail Gerstner-Miller Walton Simons Edward Bryant Lewis Shiner Carrie Vaughn Victor W. Milán Melinda M. Snodgrass Michael Cassutt

Wyprawa asów

Powieść mozaikowa

ISBN: 978-83-65521-16-3

TYTUŁ ORYGINAŁU: Wild Cards IV: Aces Abroad


PRZEKŁAD: Michał Jakuszewski



Copyright © 1988 by George R.R. Martin

Expanded edition © 2014 by George R.R. Martin and The Wild Cards Trust

All rights reserved

Copyright © 2016 for the Polish translation by Zysk i S-ka

Wydawnictwo s.j., Poznań

Cover art copyright © Michael Komarck


Redaktor: Robert Cichowlas


Wydanie I



Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Odcień nienawiści

Prolog

Z dziennika Xaviera Desmonda

Odcień nienawiści

Część pierwsza

Z dziennika Xaviera Desmonda

Zwierzęta juczne

Z dziennika Xaviera Desmonda

Odcień nienawiści

Część druga

Prawa krwi

Z dziennika Xaviera Desmonda

Z brodawkami i całą resztą

Odcień nienawiści

Część trzecia

Z dziennika Xaviera Desmonda

Odcień nienawiści

Część czwarta

Z dziennika Xaviera Desmonda

W dół Nilu

Z dziennika Xaviera Desmonda

Odcień nienawiści

Część piąta

Z dziennika Xaviera Desmonda

Łza Indii

W czasie snu

Z dziennika Xaviera Desmonda

Godzina zero

Z dziennika Xaviera Desmonda

W Pradze zawsze jest wiosna

Marionetki

Zwierciadła duszy

Legendy

Z dziennika Xaviera Desmonda

Z „New York Timesa”

Posłowie

Nota wydawnicza

Dla Terry’ego Matza,

mojego bliskiego przyjaciela od tak dawna,

że wolę o tym nie myśleć

Odcień nienawiści

STEPHEN LEIGH

Prolog
Czwartek, 27 listopada 1986, Waszyngton

Migotliwy blask telewizora firmy Sony padał na kolację, którą Sara kupiła sobie na Dzień Dziękczynienia — paczkowanego indyka od Swansona, leżącego w folii na stoliku. Na ekranie tłum pokracznych dżokerów maszerował przez Nowy Jork prażący się w słońcu letniego popołudnia. Z ich poruszających się ust płynęły bezgłośne krzyki i przekleństwa. Obraz był niewyraźny, a ruchy postaci urywane, jak na starym filmie. Nagle kamera przesunęła się, ukazując przystojnego, trzydziestoparoletniego mężczyznę. Rękawy miał podwinięte, krawat luźno zawiązany, a marynarkę przerzucił sobie przez ramię — tak senator Gregg Hartmann wyglądał w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym. Przedostał się przez kordon policji zastępujący drogę demonstrantom, odpychając próbujących go powstrzymać ochroniarzy i krzycząc na policjantów. Potem stanął w pojedynkę między przedstawicielami władzy a nadciągającym tłumem, gestem nakazując dżokerom się cofnąć.

Następnie kamera przesunęła się na tłum demonstrantów, w którym doszło do zamieszania. Obraz był zamazany. Pośrodku znajdowała się aska prostytutka znana jako Sukub. Jej ciało sprawiało wrażenie zrobionego z rtęci, a wygląd zmieniał się nieustannie. Dzika karta dała jej klątwę seksualnej empatii. Sukub potrafił przybrać postać najbardziej przypadającą do gustu każdemu klientowi, ale obecnie ta zdolność wyrwała się spod kontroli. Otaczający Sukuba ludzie reagowali na tę moc, próbując go pochwycić. Na ich twarzach malowała się niezwykła żądza. Kobieta otwierała szeroko usta w błagalnym krzyku, ale tłum ścigających — zarówno policjanci, jak i dżokerzy — w końcu ją dopadł. Wyciągnęła ręce, prosząc o pomoc. Kamera cofnęła się nagle. Na ekranie znowu pojawił się Hartmann, gapiący się na ofiarę. To do niego wyciągała ręce, to jego błagała. Potem tłum ją przykrył. Na kilka sekund zniknęła całkowicie. Później tłuszcza cofnęła się z przerażeniem na twarzach. Kamera zrobiła zbliżenie na Hartmanna, który przedzierał się między otaczającymi Sukuba ludźmi, gniewnie odpychając ich na bok.

Sara sięgnęła po pilota i wcisnęła pauzę, zatrzymując odtwarzacz na tej chwili, która ukształtowała całe jej życie. Czuła gorące łzy spływające jej po twarzy.

Sukub leżał w kałuży krwi. Ciało kobiety było zmasakrowane, a zwrócona ku Hartmannowi twarz gapiła się z ekranu na Sarę, odbijając jej przerażenie niczym w lustrze.

Sara znała twarz, którą Sukub — kimkolwiek mógł być naprawdę — przybrał w chwili śmierci. Wspomnienie tego oblicza prześladowało ją od dzieciństwa. Sukub nosił oblicze Andrei Whitman.

Starszej siostry Sary, brutalnie zamordowanej w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym, w wieku trzynastu lat.

Sara wiedziała, kto na tak wiele lat zachował w pamięci młodzieńczą twarz Andrei. Wiedziała, kto nałożył jej rysy na nieskończenie plastyczne ciało Sukuba. Potrafiła sobie wyobrazić, że prostytutka mogłaby nosić tę twarz, kiedy z nią spał. Ta myśl bolała ją najbardziej.

— Ty skurwysynu — wyszeptała do senatora Hartmanna dławiącym się głosem. — Ty cholerny skurwysynu. Zabiłeś moją siostrę, ale nawet po śmierci nie dałeś jej spokoju.

Z dziennika Xaviera Desmonda
30 listopada, Dżokerowo

Nazywam się Xavier Desmond i jestem dżokerem. Dżokerzy wszędzie są obcy, nawet na ulicy, przy której się urodzili, a ja mam odwiedzić cały szereg egzotycznych krajów. W ciągu pięciu najbliższych miesięcy zobaczę sawanny i góry, Rio i Kair, Przełęcz Chajberską i Cieśninę Gibraltarską, australijski busz i Champs-Élysées. Wszystko to są bardzo odległe miejsca dla człowieka, którego często zwano burmistrzem Dżokerowa. Rzecz jasna, Dżokerowo nie ma burmistrza. To tylko dzielnica, w dodatku getto, a nie prawdziwe miasto. Jest ono jednak czymś więcej niż miejscem. To sytuacja, stan umysłu. Być może w tym sensie zasłużyłem sobie na ów tytuł.

Byłem dżokerem od samego początku. Przed czterdziestu laty, gdy Śmig zginął na niebie nad Manhattanem, wypuszczając na świat dziką kartę, miałem dwadzieścia dziewięć lat, pracowałem w banku inwestycyjnym, miałem piękną żonę, dwuletnią córkę i czekała mnie świetlana przyszłość. Miesiąc później, gdy w końcu wypisano mnie ze szpitala, byłem monstrum z różową słoniową trąbą wyrastającą pośrodku twarzy zamiast nosa. Na końcu tej trąby mam siedem w pełni funkcjonalnych palców i z biegiem lat nauczyłem się bardzo sprawnie posługiwać tą swoją „trzecią ręką”. Jestem przekonany, że gdybym nagle odzyskał tak zwaną normalną ludzką postać, stałoby się to dla mnie przeżyciem równie traumatycznym jak amputacja kończyny. Jak na ironię, trąba czyni mnie czymś nieco lepszym od człowieka, a zarazem czymś nieskończenie gorszym.

 

Piękna żona opuściła mnie niespełna dwa tygodnie po moim wyjściu ze szpitala. Mniej więcej w tym samym czasie bank Chase Manhattan poinformował mnie, że nie będzie już potrzebował moich usług. Dziewięć miesięcy później przeniosłem się do Dżokerowa, gdyż eksmitowano mnie z mieszkania przy Riverside Drive „z powodów zdrowotnych”. Ostatni raz widziałem córkę w roku czterdziestym ósmym. Wyszła za mąż w czerwcu sześćdziesiątego czwartego, rozwiodła się w roku sześćdziesiątym ósmym i ponownie wyszła za mąż w czerwcu siedemdziesiątego drugiego. Wygląda na to, że lubi czerwcowe śluby. Nie zaprosiła mnie jednak na żaden z nich. Prywatny detektyw, którego wynająłem, poinformował mnie, że moja córka mieszka obecnie z mężem w Salem w stanie Oregon i że mam dwoje wnucząt, chłopca i dziewczynkę, po jednym z każdego małżeństwa. Szczerze wątpię, by któreś z nich wiedziało, że ich dziadek jest burmistrzem Dżokerowa.

Jestem założycielem i emerytowanym prezesem Dżokerskiej Ligi przeciw Zniesławieniu, czyli DLZ, najstarszej i największej organizacji walczącej o prawa obywatelskie ofiar wirusa dzikiej karty. DLZ poniosła kilka porażek, ale w sumie zrobiła wiele dobrego. Odniosłem również umiarkowany sukces w biznesie. Jestem właścicielem jednego z najsławniejszych i najbardziej eleganckich klubów nocnych w Nowym Jorku, Gabinetu Luster, w którym już od ponad dwóch dziesięcioleci dżokerzy, natole i asowie mogą wspólnie oglądać występy najlepszych dżokerskich artystów kabaretowych. Od pięciu lat Gabinet Luster regularnie przynosi straty, ale nie wie o tym nikt poza mną i moim księgowym. Nie zamykam lokalu, bo to w końcu Gabinet Luster i gdyby przestał funkcjonować, Dżokerowo stałoby się uboższe.

W przyszłym miesiącu skończę siedemdziesiąt lat.

Lekarz mówi mi, że nie dożyję do siedemdziesiątych pierwszych urodzin. Przerzuty pojawiły się, nim udało się rozpoznać raka. Jednakże nawet dżokerzy uparcie czepiają się życia. Już od pół roku poddaję się chemio- i radioterapii, ale nowotwór nie wykazuje oznak remisji.

Lekarz uważa, że wyprawa, na którą się wybieram, zapewne skróci moje życie o całe miesiące. Przepisano mi leki i będę skrupulatnie połykać tabletki, ale podróż dookoła świata wyklucza radioterapię. Pogodziłem się z tym.

Często rozmawialiśmy z Mary o takiej wyprawie w dniach przed dziką kartą, gdy byliśmy młodzi i zakochani. Nigdy by mi się nie śniło, że wyruszę w tę podróż bez niej, u schyłku życia, na koszt rządu, jako delegat uczestniczący w rozpoznawczej ekspedycji zorganizowanej i sfinansowanej przez Senacką Komisję do spraw Asów i Zasobów Analogicznych, oficjalnie sponsorowanej przez ONZ i Światową Organizację Zdrowia. Dotrzemy na każdy kontynent oprócz Antarktydy i odwiedzimy trzydzieści dziewięć różnych krajów, choć w niektórych zatrzymamy się tylko na kilka godzin. Naszym oficjalnym zadaniem jest zbadanie sposobów traktowania ofiar dzikiej karty w różnych kulturach na całym świecie.

W sumie jest dwudziestu jeden delegatów, w tym pięciu dżokerów. Przypuszczam, że ten wybór to wielki zaszczyt, wyraz uznania dla moich zasług oraz mojego statusu jako przywódcy naszej społeczności. Podejrzewam, że powinienem za to podziękować mojemu dobremu przyjacielowi doktorowi Tachionowi.

Ale z drugiej strony powinienem podziękować temu mojemu przyjacielowi za bardzo wiele rzeczy.

Odcień nienawiści
Część pierwsza
Poniedziałek, 1 grudnia 1986, Syria

Zimny, suchy wiatr docierający na pokrytą żwirem i wulkanicznymi skałami pustynię Badiyat Ash-sham z gór Państwa Alawitów targał szczytami płóciennych namiotów skupionych wokół wioski. Z powodu wichury wszyscy ludzie na targowisku mocniej zacisnęli szarfy szat dla ochrony przed zimnem. Pod dwuspadzistym dachem największego z budynków z niewypalanej cegły płomień pod emaliowanym imbrykiem zamigotał pod wpływem nagłego powiewu.

Drobna kobieta opatulona w czador, czarny strój noszony przez muzułmanki, nalała herbaty do dwóch małych filiżanek. Nie nosiła żadnej biżuterii oprócz licznych jaskrawoniebieskich paciorków zdobiących stroik na jej głowie. Podała filiżankę drugiej osobie znajdującej się w pokoju — kruczowłosemu mężczyźnie średniego wzrostu. Pod lazurową szatą z grubego brokatu jego cało lśniło migotliwym, szmaragdowym blaskiem. Czuła ciepło promieniujące od niego.

— Przez kilka następnych dni będzie zimniej, Nadżibie — powiedziała, popijając łyk straszliwie słodkiej herbaty. — Wreszcie poczujesz się lepiej.

Nadżib wzruszył ramionami, jakby jej słowa były pozbawione znaczenia. Zacisnął usta, przeszywając ją intensywnym spojrzeniem ciemnych oczu.

— To obecność Allaha lśni — oznajmił tonem nawykowej arogancji. — Nigdy nie słyszałaś, żebym się skarżył, Miszo, nawet w najgorętsze dni lata. Masz mnie za kobietę, wykrzykującą ku niebu swe daremne żale?

Misza przymrużyła widoczne nad zasłoną oczy.

— Jestem kahiną, jasnowidzącą, Nadżibie — odparła, pozwalając, by w jej głosie zabrzmiała nuta wyzwania. — Znam wiele ukrytych prawd. Wiem, że kiedy upał rozgrzewa kamienie, mój brat Nadżib wolałby nie nosić tytułu Nur al-Allah, Światło Allaha.

Nadżib uniósł gwałtownie rękę i uderzył siostrę w twarz grzbietem dłoni. Jej głowa odskoczyła na bok. Wrzątek oparzył jej rękę i nadgarstek, a filiżanka rozbiła się, gdy kobieta upadła na dywany. Oczy Nadżiba, nieprzeniknienie czarne na tle świetlistej twarzy, skierowały się na nią, gdy uniosła dłoń do piekącego policzka. Wiedziała, że nie ośmieli się powiedzieć nic więcej. Uklękła, nie odzywając się ani słowem, zebrała skorupy filiżanki i wytarła kałużę słodkiego płynu obrąbkiem szaty.

— Sajjid przyszedł do mnie dziś rano — oznajmił Nadżib, obserwując ją. — Znowu się na ciebie skarżył. Powiedział, że nie spełniasz obowiązków żony.

— Sajjid to tuczona świnia — odpowiedziała Misza, choć nie odważyła się unieść spojrzenia.

— Mówi, że jest zmuszony brać cię siłą.

— Jak dla mnie nie musi się trudzić.

Nadżib skrzywił się wściekle.

— Też coś! — burknął z niesmakiem. — Sajjid dowodzi moją armią. To jego strategia pozwoli zepchnąć kafirów do morza. Allah dał mu ciało boga i umysł zdobywcy. Co więcej, okazuje mi posłuszeństwo. Dlatego właśnie mu ciebie oddałem. Koran mówi, że mężczyźni mają władzę nad kobietami, ponieważ Allah uczynił ich doskonalszymi. Dobre kobiety są posłuszne. Drwisz z daru Nur al-Allaha.

— Nur al-Allah nie powinien był oddawać tego, co go dopełnia. — Tym razem uniosła wyzywająco wzrok, trzymając skorupy w maleńkich dłoniach. — Byliśmy razem w łonie matki, bracie. Tak właśnie stworzył nas Allah. Ciebie dotknął swym światłem i głosem, mnie zaś ofiarował dar swego wzroku. Jesteś jego ustami, prorokiem, ja zaś jestem jego wizją przyszłości. Postępujesz głupio, zamykając na to oczy. Duma przywiedzie cię do zguby.

— Zatem wysłuchaj słów Allaha i bądź pokorna. Ciesz się, że sajjid nie nalega na purdah dla ciebie. Wie, że jesteś kahiną, i dlatego nie zamyka cię w domu pod przymusem. Nasz ojciec popełnił błąd, wysyłając cię do Damaszku, byś zdobyła wykształcenie. Trucizna niewiernych jest podstępna. Miszo, postaraj się zadowolić sajjida. Wtedy ja również będę zadowolony. Moja wola jest wolą Allaha.

— Tylko czasami, bracie…

Przerwała. Jej spojrzenie skierowało się w dal. Zacisnęła palce i krzyknęła, gdy porcelana przecięła jej skórę. Z płytkich ran popłynęła krew. Misza zachwiała się z jękiem i jej oczy odzyskały klarowny wyraz.

Nadżib zbliżył się do niej o krok.

— Co to jest? Co zobaczyłaś?

Przycisnęła zranioną dłoń do piersi. Jej źrenice zrobiły się wielkie z bólu.

— Liczy się tylko to, co dotyka ciebie, Nadżibie. Nieważne, że ja czuję ból albo nienawidzę męża, ani że Nadżib i jego siostra Misza zatracili się w rolach, jakie przeznaczył im Allah. Liczy się tylko to, co kahina może powiedzieć Nur al-Allahowi.

— Kobieto… — zaczął Nadżib ostrzegawczym tonem. Tembr jego głosu nabrał nieodpartej głębi. Misza uniosła głowę i otworzyła usta, gotowa przemówić, okazać posłuch bez zastanowienia. Zadrżała, jakby dotknął jej dmący na dworze wicher.

— Nie używaj daru przeciwko mnie — rzekła z irytacją. W porównaniu z głosem jej brata jej własny głos brzmiał twardo i ochryple. — Nie jestem jedną z twoich wyznawczyń. Jeśli zbyt często będziesz mnie przymuszał za pomocą języka Allaha, możesz się przekonać, że utraciłeś jego oczy, odebrane ci moją własną ręką.

— Zatem bądź kahiną, siostro — odparł Nadżib, tym razem tylko własnym głosem. Misza podeszła do inkrustowanej skrzynki, wyjęła pasmo tkaniny i powoli obandażowała sobie dłoń. — Powiedz mi, co przed chwilą widziałaś. Czy to była wizja dżihadu? Czy ujrzałaś, jak trzymam w ręce berło kalifa?

Misza zamknęła oczy, przywołując wspomnienie krótkiego snu na jawie.

— Nie — zaprzeczyła. — To było coś nowego. Ujrzałam w oddali sokoła na tle tarczy słonecznej. Gdy ptak się zbliżył, zobaczyłam, że w jego szponach porusza się setka ludzi. Poniżej, na szczycie góry, stał olbrzym dzierżący w dłoniach łuk. Wystrzelił do ptaka i zraniony sokół zakrzyknął gniewnie. Ci, których trzymał w szponach, również krzyczeli. Olbrzym nałożył na cięciwę drugą strzałę, ale łuk wygiął się nagle w jego rękach i strzała wbiła się w pierś tego, kto ją wypuścił. Widziałam, jak olbrzym upadł… — Misza otworzyła oczy. — To wszystko.

Nadżib skrzywił się z niezadowoleniem i przesunął przed oczami świetlistą dłoń.

— Ale co to oznacza?

— Nie wiem. Allah zsyła mi sny, ale nie zawsze towarzyszy im zrozumienie. Może ten olbrzym to sajjid…

— To był tylko twój sen, nie Allaha. — Nadżib oddalił się od niej. Dostrzegła jego gniew. — Ja jestem sokołem, który trzyma w szponach wiernych — skwitował. — Ty jesteś olbrzymem, wielkim, ponieważ należysz do sajjida, który również jest wielki. Allah przypomina ci o konsekwencjach sprzeciwu. — Odwrócił twarz od siostry i zasunął żaluzje, odcinając jaskrawe promienie pustynnego słońca. Z wioskowego meczetu dobiegł głos muezina. „Allahu akbar. Aszhadu ana la ilaha illa’llah’ Allah jest wielki. Wyznaję, że nie ma Boga prócz Allaha”.

— Pragniesz tylko podbojów, spełnienia marzeń o dżihadzie — odparła Misza ze złośliwością w głosie. Nie zaakceptujesz żadnej innej interpretacji.

— Inszallah — odparł Nadżib. Jeśli Allah zechce. Nie chciał patrzeć na siostrę. — Na niektórych ludzi Allah spuścił swe straszliwe Plagi. Zgnilizna wypaczyła ich ciała, przypominając im o popełnionych grzechach. Innych, jak sajjida, wyróżnił, zsyłając im dary. Każdy otrzymał to, na co zasłużył. Wybrał mnie na przewodnika wiernych. Robię tylko to, co konieczne. Mam sajjida, który dowodzi moimi armiami, a także ukrytych wojowników, takich jak al-Muezzin. Ty również dowodzisz. Jesteś kahiną, a także fqihas, tą, do której kobiety zwracają się z prośbą o przewodnictwo.

Człowiek zwany Światłem Allaha ponownie zwrócił się twarzą ku wnętrzu pokoju. W półmroku za zasuniętymi żaluzjami wyglądał jak widmo.

— Jak ja spełniam wolę Allaha, tak ty musisz spełniać moją.

Poniedziałek, 1 grudnia 1986, Nowy Jork

Na konferencji prasowej zapanował chaos.

Senator Gregg Hartmann zdołał wreszcie skryć się w pustym kącie za jedną z choinek. Jego żona, Ellen, i jego asystent, John Werthen, podążyli za nim. Gregg rozejrzał się po pomieszczeniu z wyraźnym marsem na czole. Potrząsnął głową, spoglądając na asa z Departamentu Sprawiedliwości, Billy’ego Raya — Carnifexa — a potem na rządowego ochroniarza, który również chciał do nich dołączyć, a potem machnął ręką, każąc obu się oddalić.

Gregg ostatnią godzinę poświęcił na odpieranie ataków reporterów, uśmiechanie się bez wyrazu do kamer i mruganie pośród nieustannych błysków fleszy. Salę wypełniał hałas wykrzykiwanych pytań oraz furkot szybko strzelających nikonów. Z sufitowych głośników płynęły bożonarodzeniowe melodyjki.

Największa grupa dziennikarzy skupiała się obecnie wokół doktora Tachiona, Poczwarki i Sokolicy. Szkarłatne włosy Takizjanina odbijały się od tłumu swym blaskiem, a Sokolica i Poczwarka zdawały się rywalizować o to, która przybierze bardziej prowokacyjną pozę przed kamerami. Stojącego nieopodal Jacka Brauna — Złotego Chłopca, Asa Judasza — ostentacyjnie ignorowano.

 

Tłum przerzedził się nieco, gdy personel Hirama Worchestera z Wieży Asów rozstawił stoły bufetowe. Niektórzy dziennikarze zagarnęli porządnie wypełnione tace wyłącznie dla siebie.

— Przykro mi, szefie — odezwał się stojący obok Gregga John. Choć w sali było chłodno, asystent się pocił. W kropelkach potu perlących się na jego czole odbijały się migoczące bożonarodzeniowe światła: czerwone, potem niebieskie, a następnie zielone. — Któryś z pracowników lotniska wszystko wygadał. — To nie miało tak wyglądać. Powiedziałem im, że chcę, by dziennikarzy wprowadzono do środka, gdy już wszyscy zajmiecie miejsca. Zadaliby kilka pytań, a potem… — Wzruszył ramionami. — Winę biorę na siebie. Powinienem był się upewnić, że wszystko zrobiono jak trzeba.

Ellen przeszyła Johna pełnym złości spojrzeniem, ale nic nie powiedziała.

— Jeśli John przeprasza, każ mu błagać o wybaczenie, senatorze. Cóż za bajzel — rozległ się szept w uchu Gregga. Druga z jego wieloletnich asystentów, Amy Sorenson, krążyła w tłumie jako jeden z ochroniarzy. Jej nadajnik radiowy łączył się bezpośrednio z odbiornikiem w uchu senatora. Amy przekazywała mu informacje, podawała nazwiska ludzi, których spotykał, oraz ważne dane na ich temat. Gregg miał niezłą pamięć do nazwisk i twarzy, ale wsparcie Amy było bardzo cenne. Wspólnymi siłami zapewniali, że prawie nigdy się nie zdarzało, by zapomniał przywitać kogoś ważnego.

John bał się gniewu Gregga. Ten strach był jak jaskrawofioletowa plama pulsująca pośród jego innych emocji. Senator wyczuwał też spokojną, tępą akceptację Ellen, zabarwioną lekką nutą irytacji.

— Wszystko w porządku, John — uspokoił asystenta, choć pod powierzchnią kipiał w nim gniew. Ta część jego jaźni, którą zwał Lalkarzem, szarpała się niespokojnie, błagając o pozwolenie na zabawę z wypełniającymi salę emocjami. Połowa z nich to nasze lalki, możemy nad nimi zapanować. Popatrz, tam przy drzwiach Ojciec Kałamarnica próbuje uciec przed tą reporterką. Łatwo zobaczyć jego szkarłatne skrępowanie, mimo że się uśmiecha. Chciałby odpełznąć, ale jest na to zbyt uprzejmy. Moglibyśmy rozpalić jego frustrację, zmienić ją w gniew, spowodować, że przeklnie dziennikarkę. Moglibyśmy się tym nakarmić. Wystarczyłoby lekko trącić…

Gregg jednak nie mógł tego zrobić, nie w obecności tych wszystkich asów, tych, z których nie odważy się zrobić swoich lalek, ponieważ mieli własne mentalne talenty albo po prostu dlatego, że byłoby to zbyt ryzykowne: Złotego Chłopca, Fantazji, Mistral, Poczwarki. I tego, którego bał się najbardziej ze wszystkich, Tachiona. Jeśli zaczną podejrzewać, że Lalkarz istnieje, jeśli się dowiedzą, co robię, by go nakarmić, Tachion zwoła stado i załatwi mnie tak samo jak masonów.

Gregg odetchnął głęboko. Kąt wypełniał przemożny zapach choinki.

— Dziękuję, szefie — mówił John. Jego liliowy strach bladł już. Senator zauważył, że Ojciec Kałamarnica wreszcie uwolnił się od reporterki i powlókł się smętnie na swych mackach do bufetu Hirama. W tej samej chwili reporterka zauważyła Gregga i wlepiła w niego dziwnie przeszywające spojrzenie. Ruszyła w jego stronę.

Amy również to zauważyła.

— Sara Morgenstern, korespondentka „New York Post” — wyszeptała do ucha Gregga. — Nagroda Pulitzera w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym, za relację z Wielkich Zamieszek w Dżokerowie. Współautorka tego wrednego artykułu o SKAZA w lipcowym „Newsweeku”. Zmieniła makijaż. Wygląda teraz zupełnie inaczej.

Ostrzeżenie Amy zaskoczyło Gregga. Nie rozpoznał dziennikarki. Pamiętał ten artykuł. Był bardzo bliski zniesławienia. Sugerował, że Gregg i asowie ze SKAZA współdziałali z rządem w wysiłkach mających na celu ukrycie faktów dotyczących ataku Matki Roju. Pamiętał Sarę Morgenstern z różnych konferencji prasowych. Zawsze zadawała agresywne pytania, a w jej głosie pobrzmiewała ostra nuta. Mógłby z niej zrobić lalkę, po prostu z czystej złości, ale nigdy nie podchodziła do niego blisko. Gdy byli razem na sali, zawsze zachowywała dystans.

Teraz jednak szła prosto ku niemu. Na moment zamarł w bezruchu. Rzeczywiście się zmieniła. Zawsze miała szczupłą, chłopięcą budowę, ale dziś wieczorem jeszcze to podkreśliła. Włożyła czarne, obcisłe spodnie i przylegającą do ciała bluzkę. Włosy ufarbowała sobie na blond, a makijaż podkreślał kości policzkowe i wielkie, jasnoniebieskie oczy. Wyglądała niepokojąco znajomo.

Gregga nagle wypełniły chłód i strach.

Wewnątrz jego jaźni Lalkarz zawył, przypominając sobie, co stracili.

— Gregg, nic ci nie jest?

Dłoń Ellen spoczęła na jego barku. Gregg zadrżał, czując dotyk żony, i potrząsnął głową.

— Wszystko w porządku — zapewnił obcesowo. Rozciągnął usta w profesjonalnym uśmiechu i opuścił kąt. Ellen i John szli u jego boków w ramach wyćwiczonej choreografii.

— Pani Morgenstern — rzekł ciepło, narzucając swemu głosowi spokój, którego nie czuł. Wyciągnął rękę. — Zapewne zna pani Johna, a to moja żona Ellen…

Sara Morgenstern skinęła od niechcenia głową, lecz nie spuszczała spojrzenia z Gregga. Na jej twarzy malował się dziwny, nerwowy uśmieszek, który zdawał się w połowie wyzwaniem, a w połowie zaproszeniem.

— Senatorze, mam nadzieję, że cieszy się pan na tę podróż równie mocno jak ja.

Uścisnęła jego rękę. Lalkarz wykorzystał chwilę kontaktu. Podobnie jak w przypadku wszystkich nowych lalek, prześledził ścieżki nerwów aż do mózgu, otwierając drzwi, które potem będą go wpuszczały z oddali. Odnalazł zamknięte bramy jej emocji, burzliwe kolory kłębiące się za nimi, a potem ich dotknął, chciwie i zachłannie. Otworzył zamki, odsunął zasuwy i otworzył szeroko drzwi.

Wylała się zza nich czerwono-czarna nienawiść. Zatoczył się do tyłu. Cała ta wrogość była skierowana przeciwko niemu. Furia tego zupełnie niespodziewanego uczucia nie przypominała niczego, z czym do tej pory się spotkał. Lalkarz westchnął w jego umyśle, ale Gregg maksymalnym wysiłkiem woli zdołał niczego po sobie nie okazać. Puścił jej rękę, słysząc pod czaszką jęki Lalkarza. Strach, który dotknął go przed chwilą, stał się dwakroć silniejszy.

Wygląda jak Andrea, jak Sukub. Podobieństwo jest zdumiewające. I nienawidzi mnie. Boże, cóż to za furia.

— Senatorze? — powtórzyła Sara.

— Tak, bardzo się cieszę — potwierdził machinalnie. — W ostatnim roku podejście naszego społeczeństwa do ofiar wirusa dzikiej karty zmieniło się na niekorzyść. Ludzie tacy jak wielebny Leo Barnett chcieliby, abyśmy wrócili do opresji z lat pięćdziesiątych przynajmniej pod niektórymi względami. A w mniej oświeconych krajach sytuacja jest nieporównanie gorsza. Możemy zaofiarować im zrozumienie, nadzieję i pomoc. I sami przy tym się czegoś nauczymy. Obaj z doktorem Tachionem podchodzimy do tej podróży z wielkim optymizmem. W przeciwnym razie nie zabiegalibyśmy tak mocno o jej urzeczywistnienie.

Słowa wypływały z jego ust z dobrze wyćwiczoną gładkością, pozwalając mu odzyskać równowagę. Słyszał przyjazny, niezobowiązujący ton własnego głosu, poczuł, że jego usta rozciągają się w dumnym uśmiechu. Ale nic z tego nie wpływało na jego jaźń. Ledwie mógł się powstrzymać przed bezczelnym gapieniem się na Sarę. Na tę kobietę, która tak bardzo przypominała mu Andreę Whitman i Sukuba.

Kochałem ją. Nie mogłem jej uratować.

Sara najwyraźniej wyczuła jego fascynację. Przechyliła głowę na bok z tym samym wyrazem dziwnego wyzwania.

— To zarazem całkiem niezła chałtura. Trzymiesięczna podróż dookoła świata na koszt podatnika. Towarzyszy panu żona, a także pana kumple, tacy jak doktor Tachion i Hiram Worchester…

Gregg poczuł irytację stojącej u jego boku Ellen. Miała zbyt wiele wprawy jako żona polityka, żeby zareagować, wyczuł jednak jej nagłą uwagę, jak u pantery wypatrującej słabych punktów ofiary. Wytrącony z równowagi senator zmarszczył brwi o chwilę za późno.

— Dziwi mnie, że tak doświadczona dziennikarka wierzy w podobne bzdury, pani Morgenstern. Wyprawa oznacza rezygnację z wakacji. Normalnie po zakończeniu sesji Kongresu wróciłbym do domu. Oznacza odwiedziny w miejscach, których raczej nie polecają przewodniki Fodora. Oznacza spotkania, odprawy oraz tonę papierkowej roboty, bez której z pewnością mógłbym się obejść. Zapewniam, że to nie wycieczka dla przyjemności. Mam ciekawsze zajęcia niż śledzenie obrad i codzienne przesyłanie do domu tysiąca słów.

Poczuł, że czarna nienawiść znowu w niej wzbiera. Ukryta w nim moc domagała się użycia. Pozwól mi ją wziąć. Pozwól mi ugasić ten ogień. Zabierz jej tę nienawiść, a powie ci wszystko, co wie. Rozbrój ją.

Jest twoja — zgodził się Gregg. Lalkarz rzucił się do ataku. Gregg nieraz już spotykał się z nienawiścią, ale nigdy nie była ona skierowana osobiście przeciwko niemu. Kontrola nad tym uczuciem wymykała mu się z rąk, nienawiść Sary stawiała mu opór niczym żywe, dotykalne stworzenie, odpierając ataki Lalkarza.

Co ona ukrywa, do licha? Jaki jest powód tej wściekłości?

— Próbuje się pan tłumaczyć, senatorze — stwierdziła Sara. — Jako dziennikarka nie mogę się jednak powstrzymać przed myślą, że głównym celem tej wyprawy, zwłaszcza dla potencjalnego kandydata w wyborach prezydenckich w osiemdziesiątym ósmym, może być wymazanie pamięci o wydarzeniach sprzed dziesięciu lat.

Gregg nie mógł się powstrzymać przed nagłym wciągnięciem oddechu. Andrea, Sukub. Sara odsłoniła zęby w uśmiechu drapieżnika. Przygotował się do kolejnego ataku na jej nienawiść.

— Mam wrażenie, że Wielkie Zamieszki w Dżokerowie stały się obsesją dla nas obojga, senatorze — ciągnęła zwodniczo lekkim tonem. — Uświadomiłam to sobie, gdy skończyłam pisać artykuł o nich. A pańskie zachowanie po śmierci Sukuba kosztowało pana utratę nominacji Partii Demokratycznej. Ale w końcu to była tylko dziwka, nieprawdaż, senatorze? Niewarta pańskiego… hmm… drobnego załamania. — Zaczerwienił się na to wspomnienie. — Idę o zakład, że oboje codziennie myślimy o tej chwili — ciągnęła Sara. — Minęło dziesięć lat, a ja nadal pamiętam.

Lalkarz wycofał się z głośnym wrzaskiem. Zaskoczony Gregg milczał. Mój Boże, co ona wie? Co daje do zrozumienia?

Nie miał czasu sformułować odpowiedzi. W jego uchu znowu rozległ się głos Amy.

— Senatorze, pędzi tu kłusem Kopacz Downs. Pracuje dla magazynu „Aces!”. Pisze o celebrytach. Okropna hiena, jeśli mnie pan o to pyta. Pewnie zobaczył Sarę Morgenstern i pomyślał sobie, że podsłucha prawdziwą dziennikarkę…