Ukryty AsTekst

Z serii: Dzikie karty #6
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


George R.R. Martin

Ukryty As [Dzikie karty t.6]


Tytuł oryginału

ld Cards VI: Ace in the Hole ISBN 978-83-8116-057-5 Copyright © 1989 by George R.R. Martin and the Wild Cards Trust All rights reserved Copyright © 2017 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Cover art copyright © Michael Komarck Redaktor Robert Cichowlas Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Od redaktora wydania oryginalnego

Rozdział pierwszy

Poniedziałek, 18 lipca 1988

Rozdział drugi

Wtorek, 19 lipca 1988

Rozdział trzeci

Środa, 20 lipca 1988

Rozdział czwarty

Czwartek, 21 lipca 1988

Rozdział piąty

Piątek, 22 lipca 1988

Rozdział szósty

Sobota, 23 lutego 1988

Rozdział siódmy

Niedziela, 24 lipca 1988

Rozdział ósmy

Poniedziałek, 25 lipca 1988

Lista postaci

Od redaktora wydania oryginalnego

Dzikie karty to zbiór utworów opisujących fikcyjną rzeczywistość, której historia rozwija się równolegle do naszej. Nazwiska i postacie pojawiające się na kartach niniejszej książki są fikcyjne lub osadzone w fikcyjnym kontekście. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń, miejsc lub postaci jest zupełnie przypadkowe. Eseje, artykuły i inne urywki dzieł cytowanych w niniejszej antologii są całkowicie fikcyjne. Nie było naszym zamiarem opisywanie istniejących twórców albo też sugerowanie, że taka osoba rzeczywiście istniała, publikowała lub przesyłała nam swoje eseje, artykuły lub inne dzieła cytowane w niniejszej antologii.

Rozdział pierwszy
Poniedziałek, 18 lipca 1988
6:00

Spector szarpnął za kłódkę urękawicznioną dłonią. Metal się złamał. Mężczyzna wyciągnął kłódkę i oparł się całym ciężarem o drzwi z blachy falistej, popychając je do góry i na boki. Starał się robić przy tym jak najmniej hałasu. Przecisnął wąskie ciało przez szczelinę i zamknął za sobą drzwi. Jak dotąd wszystko wyglądało tak, jak mu powiedzieli.

Wewnątrz pachniało kurzem i świeżą farbą. Panował tu półmrok. Jedynym źródłem światła była lampa wisząca pod sufitem pośrodku magazynu. Zaczekał chwilę, by oczy mu się przyzwyczaiły. Wszędzie stały skrzynie wypełnione maskami. Klauni, politycy, zwierzęta, a nawet trochę zwyczajnych ludzkich twarzy. Wybrał maskę niedźwiedzia i włożył ją na twarz. Lepiej się zabezpieczyć na wypadek, gdyby ktoś zapalił światła. Plastik uciskał mu nos, a otwory na oczy były dla niego za małe. Nic nie widział po bokach. Ruszył powoli w stronę lampy, kręcąc głową na boki, by się upewnić, czy nikt się nie zbliża.

Przyszedł kilka minut za wcześnie. Doszedł do wniosku, że tak będzie lepiej. Ktoś zadał sobie mnóstwo trudu, by go wytropić i zaaranżować to spotkanie. Albo był zdesperowany, albo to była pułapka. Tak czy inaczej, mogło to oznaczać kłopoty. Szczypały go oczy od kurzu, ale miał maskę na twarzy i nie mógł nic na to poradzić. Odsunął się kilka metrów od światła i czekał. Słychać było tylko stukot ciem uderzających o metalową oprawę lampy.

— Jest pan tutaj? — Głos był stłumiony, ale z pewnością męski. Dobiegał z przeciwnej strony oświetlonego obszaru.

Spector odchrząknął.

— Tak, to ja. Dlaczego nie stanie pan w świetle, żebym mógł pana zobaczyć?

— Nie wiem, kim pan jest, a pan nie wie, kim ja jestem. Lepiej niech tak zostanie.

Nastała chwila ciszy. W mroku zaszeleścił papier.

— W takim razie słucham.

Spector zaczerpnął długi, swobodny oddech. To nie wyglądało na pułapkę. Przewaga leżała po jego stronie.

W oświetlonym obszarze pojawiła się ręka. Nieznajomy był tak niski, że mógłby być dzieckiem, ale kończyna była gruba i muskularna, a palce krótkie. Spod skórzanej rękawiczki wysuwał się skraj drugiej, gumowej. Facet najwyraźniej był bardzo ostrożny. W dłoni trzymał szarą kopertę.

— Jest w niej wszystko, co musi pan wiedzieć.

— Proszę mi ją rzucić. — Ręka poruszyła się. Koperta wylądowała ciężko na podłodze i przesunęła się do granicy oświetlonego obszaru, wzbijając po drodze w górę kurz i drobiny farby. — Podoba mi się ten dźwięk.

Spector podszedł do koperty. A co tam, niech nieznajomy zobaczy maskę niedźwiedzia. To nie miało znaczenia. W kopercie były starannie ułożone pliki studolarowych banknotów, bilet powrotny do Atlanty na nazwisko George Kerby oraz dwukrotnie złożona kartka. Według obliczeń Spectora znajdowało się tam ponad pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

— Połowa teraz. Reszta po wykonaniu zadania. — Nieznajomy się przesunął. Głos dobiegał teraz z miejsca bliższego drzwiom. Spector rozłożył kartkę i uniósł ją ku światłu, by ją przeczytać. Westchnął. — Cholera. Nigdy nie proś o coś małego. I to w Atlancie. Ależ będzie zamieszanie. Czemu nie zaczekać, aż wróci do miasta, i dostać zwrot pieniędzy za bilet George’a Kerby’ego?

— Chcę, żeby to załatwiono w przyszłym tygodniu. Jutro nie byłoby za wcześnie. Umowa stoi?

— Jasne. — Zabójca zgiął kopertę i wsadził ją sobie pod koszulę. — Musi pan go diabelnie nienawidzić.

Drzwi się otworzyły i Spector ujrzał przelotnie sylwetkę nieznajomego, nim ten zdążył je zamknąć. Miał może z metr dwadzieścia wzrostu i był zbudowany jak zawodowy futbolista. Karzeł. Nie było ich zbyt wiele, a tylko jeden z nich miał powód, by chcieć załatwić faceta, o którego chodziło.

— Słyszałem, że nie żyjesz, Gimli.

Karzeł nie odpowiedział, ale trudno było tego oczekiwać po kimś, kto ponoć stał wypchany w Sławnym Groszowym Muzeum Dzikiej Karty przy Bowery Street. Jednakże Spector lepiej niż ktokolwiek inny wiedział, że nawet jeśli kogoś uważano za zmarłego, niekoniecznie musiało to być prawdą.

To był Szczurzy Zaułek, w którym umarli tracili kości. Tam właśnie znajdowali się Szalejący Dżokerzy.

Dla szczurów zapewne było to dobre miejsce.

Ostatni klienci opuszczali już lokal, wychodząc chwiejnie przez drzwi zacinające się niczym krzyk o ceglany mur, pozbawiony wyrazu jak twarz imbecyla. Miały normalną wysokość, ale większość ludzi pochylała głowy, wtulając je w kołnierze wilgotne od potu zrodzonego ze strachu, oczekiwania oraz słodkiej ulgi. Nie unosili ich też, idąc przez kałuże barwy macicy perłowej, wyblakły blask plastikowych opakowań oraz stęchły, miejski odór znużonych protein oraz węglowodanów złożonych, które nieprzyjemnie się starzały.

Obok drzwi przystanęła nieprzyciągającą uwagi postać, garbaty James Dean. Jego czarny but marki Keds opierał się o mur, a biały zagłębiał się w błocie. Młodzieniec kiwał głową i nucił gardłowo, by zapewnić, że nocna klientela zmierzała we właściwym kierunku. Nie było to trudne. Ci, którzy nadal siedzieli w środku, wychodzili, by zostawić za sobą gumowatą, chichoczącą groźbę Księżycowego Zbira, a gdy już wyszli na dwór, wystarczyło im oddalać się od chłopaka

Po drugiej stronie drzwi stała potężna, kiwająca głową postać. Spod pozbawionej szwów maski klauna płynęły szeptane słowa pożegnania.

 

— Dziękuję bardzo. Proszę tu jeszcze kiedyś przyjść. Dziękuję. Bardzo mi miło.

Goście co najwyżej kiwali głowami w odpowiedzi.

Na koniec wyszła grupka Pięknych Młodzieńców, starszych nastolatków, którzy jakimś cudem nadal zachowali świeży i czysty wygląd. Kelnerzy z Szalejących Dżokerów byli ostrzyżeni na żołnierzy i nosili kapelusze z opadającymi rondami.

Nieudany James Dean odprowadzał ich wzrokiem. Źrenice mu się rozszerzyły, gdy wlepił spojrzenie w chłopaków, zgrabnych i umięśnionych jak młodociani bohaterowie opowiadań Howarda. Nie zdawał sobie z tego sprawy. Zresztą to na pewno były pedały. Wszędzie się od nich roiło. Nigdy nie wiadomo, kto mógł być jednym z nich. Na tę myśl Mackie poczuł swędzenie w mosznie i w koniuszkach palców. Lubił robić pedałom różne rzeczy. Ale rzadko miał na to okazję. Odźwierny i Szef ciągle mu powtarzali, by uważał, kiedy używa swych mocy. I przeciwko komu.

Gdy już wszyscy opuścili Szczurzy Zaułek, mężczyzna z twarzą klauna zamknął drzwi. Ich zewnętrzną powierzchnię pokrywała łuszcząca się zielona emalia. Mężczyzna ujął framugę palcami w białych rękawiczkach i oderwał ją od ściany. Pod spodem były cegły. Zwinął drzwi razem z framugą niczym malarskie sztalugi i wsunął je pod pachę.

— Bądź grzeczny, Mackie — rzekł, wyciągając rękę, by pogłaskać chłopaka po zapadniętym policzku, porośniętym delikatnym meszkiem.

Mackie się nie cofnął. Wiedział, że Odźwierny nie jest pedałem. Lubił, kiedy zamaskowany mężczyzna go dotykał. Pragnął aprobaty. Chudemu, nastoletniemu, garbatemu wygnańcowi trudno było ją znaleźć. Zwłaszcza gdy pragnął z nim pogadać Interpol.

— Jasne, Odźwierny — zapewnił, kiwając głową i uśmiechając się półgębkiem. — Wiesz, że zawsze jestem grzeczny.

W jego słowach słyszało się wyraźny północnoniemiecki akcent.

Odźwierny przyglądał mu się jeszcze przez chwilę. Jego oczy były widoczne tylko chwilami. Obecnie były jedynie czarnymi plamami w masce.

Mężczyzna dotknął twarzy Mackiego koniuszkami urękawicznionych palców. Rozległ się cichy zgrzyt. Potem Odźwierny odwrócił się i odszedł, kołysząc się lekko. Pod pachą niósł zwinięte drzwi.

Mackie oddalił się w przeciwnym kierunku, z uwagą omijając kałuże. Bardzo nie lubił mieć mokrych nóg. Dzisiejszej nocy Szczurzy Zaułek będzie gdzie indziej. Znajdzie go, bez obaw. Usłyszy jego zew, syrenią pieśń Szalejących Dżokerów, podobnie jak reszta tych, których przyciągało to miejsce, ofiary i gapie, których ekscytacja brała się częściowo z wiedzy, że w każdej chwili mogą się zamienić rolami.

Ale nie Mackie. W Szalejących Dżokerach Mackie był nietykalny. Nikt nie ważył się go zaczepiać w nocnym klubie potępieńców.

Wyszedł na Dziewiątą Ulicę i uderzył w niego wiatr od Hudson River, niosący woń dieslowskich spalin. Jego ruchliwa twarz wykrzywiła się w krótkim skurczu nostalgii i wstrętu. Poczuł się jak w hamburskim porcie, gdzie się wychowywał.

Schował ręce w kieszeniach i zwrócił się prawym, wyższym barkiem pod wiatr. Musi sprawdzić, czy nie ma dla niego wiadomości w punkcie kontaktowym w noclegowni przy Bowery Street. Szef załatwiał jakąś ważną sprawę w Atlancie. W każdej chwili może go potrzebować, a Mackie Majcher nie mógł znieść myśli, że przegapi chwilę, gdy będzie potrzebny.

Zanucił swoją piosenkę, swoją balladę. Szedł przed siebie, ignorując dźwięk pneumatycznych hamulców autobusu, brzmiący jak pisk dręczonego królika.

7:00

Szaleńcy przyszli wcześnie. Gdy tylko Jack Braun minął kordon policyjny otaczający hotel Atlanta Marriott Marquis, zobaczył setki delegatów. Większość nosiła swobodne stroje, a ich kamizelki oraz śmieszne kapelusze były ozdobione znaczkami z hasłami wyborczymi. Widział też kilka limuzyn wiozących partyjnych bossów oraz jasnoszarego chevroleta impalę. Na jego antenie powiewała flaga ze swastyką, a na przednim siedzeniu siedziało trzech mężczyzn o kamiennych twarzach, odzianych w mundury hitlerowskich szturmowców. Na tylnym z jakiegoś powodu nie było nikogo. Członkowie dwóch dżokerskich gangów wystawiali zniekształcone głowy z poobtłukiwanych volkswagenów mikrobusów, machając rękami do tłumów i śmiejąc się z reakcji przechodniów. Pojazdy były pokryte nalepkami wyborczymi Hartmanna oraz innymi sloganami wyborczymi. Jeden z nich głosił uwolnić gila, drugi zaś czarny pies rządzi.

Jack Braun pomyślał, że Gregg Hartmann nie byłby z tego zadowolony. W oczach opinii publicznej kojarzenia przyszłego prezydenta z dżokerskim terrorystą raczej nie można było uznać za dobrą strategię polityczną.

Jack czuł pot spływający mu po głowie. Nawet o siódmej trzydzieści rano w Atlancie było gorąco i parno.

Pojednanie przy śniadaniu. Za godzinę on i Hiram Worchester mieli zostać dobrymi przyjaciółmi. Zastanawiał się, dlaczego pozwolił, by Gregg Hartmann go do tego namówił.

Do licha z przechadzką — pomyślał ze złością. Przewietrzy sobie głowę w inny sposób. Odwrócił się i ruszył z powrotem do Marriotta.

Poprzednią noc spędził w swym apartamencie w hotelu, upijając się z czterema bezstronnymi superdelegatami z upalnego środkowego zachodu. Charles Devaughn, który kierował kampanią Gregga Hartmanna, zadzwonił do niego z sugestią, że odrobina hollywoodzkiego uroku mogłaby przeciągnąć niezaangażowanych do obozu Gregga. Zrezygnowany Jack świetnie rozumiał, co to miało znaczyć. Zadzwonił do kilku agentów, których znał. Gdy zjawili się superdelegaci, w apartamencie było już pełno burbona, szkockiej oraz autentycznych gwiazdek z Georgii, które zasłynęły z ról w filmach lokalnej produkcji, takich jak Kobiece roboty przymusowe czy Jatka na autorodeo. Gdy gdzieś o trzeciej nad ranem przyjęcie wreszcie się skończyło i ostatni kongresmen z Missouri wywlókł się na korytarz, obejmując Miss Peachtree z roku osiemdziesiątego czwartego, Jack doszedł do wniosku, że z pewnością zdobył dla Hartmanna parę głosów.

Czasami było to łatwe. Z jakiegoś powodu politycy często tracili panowanie nad sobą w towarzystwie celebrytów, nawet sławnych zdradzieckich asów i zgranych telewizyjnych Tarzanów, takich jak on. Wyblakła hollywoodzka charyzma połączona z łatwym seksem mogła złamać wolę nawet najbardziej doświadczonego politykiera. Rzecz jasna, w połączeniu z niewypowiedzianą groźbą szantażu. Jack wiedział, że Devaughn będzie zachwycony.

W jego głowie bębnił żelazny kocioł. Czekając na czerwonym świetle, Jack pocierał skronie. Dzika karta dała mu wielką siłę i wieczną młodość, ale nie broniła go przed kacem.

Ale przynajmniej to nie było hollywoodzkie przyjęcie. W takim przypadku musiałby się postarać o kokainę.

Sięgnął do kieszeni bluzy safari od Marksa & Spencera i wyciągnął pierwszego dziś camela bez filtra. Pochylił się, by osłonić zapałkę w swych wielkich dłoniach, i ponownie zobaczył jadącą ku niemu impalę ozdobioną flagą ze swastyką. W przedniej szybie widniały profile szturmowców w wojskowych czapkach. Gdy światło zmieniło się na żółte, samochód przyśpieszył.

Jack zauważył slogany na błotnikach. biała siła. auslander raus!

Przypomniał sobie, jak kiedyś uniósł wojskowego mercedesa pełnego peronistów i przewrócił go na dach.

Przypomniał sobie, jak krzyczał z gniewu, gdy niemieckie karabiny maszynowe zmieniły rzekę Rapido w białą pianę, jak bolały go ramiona, gdy ciągnął tonący ponton na północny brzeg, gdzie w krzakach było pełno czarnych hełmów i maskujących kurtek dywizji SS „Das Reich”, wszędzie padały pociski wystrzelone z Monte Cassino, połowa ludzi z jego drużyny zginęła bądź została ranna, ich ciała leżały na dnie pontonu, a krew mieszała się z wodą z rzeki...

Niech diabli wezmą politykę — pomyślał Jack.

Wystarczyłoby, żeby stanął przed impalą. Mógłby się postarać, by impet obalił go pod samochód. Potem wyrwałby z niego silnik i brunatne koszule zostałyby same w centrum Atlanty, otoczone przez bojowych dżokerów, liczną murzyńską ludność miasta oraz szalonych i potencjalnie niebezpiecznych ludzi, których przyciągnęły tu obłęd i chaos towarzyszące konwencji Partii Demokratycznej w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku.

Jack odrzucił zapałkę i postawił jedną nogę na jezdni. Impala przyśpieszyła jeszcze bardziej, starając się przejechać na żółtym świetle. Jack odsunął się, gapiąc się na przejeżdżających obok nazistów. Czarna swastyka wypaliła się na jego siatkówce.

Czwórka asów była martwa od prawie czterdziestu lat. Jack nie robił już takich rzeczy.

A szkoda.

8:00

Z radia płynęły głośne dźwięki muzyki U2. Nastolatek wybijał rytm widelcem, pijąc przez słomkę sok pomarańczowy ze szklanki. Krwawoczerwone włosy ostrzygł sobie krótko, pozostawiając tylko meszek na okrągłej czaszce, a także długi, cienki warkoczyk opadający na czarną, skórzaną kurtkę. Czarne tenisówki i spodnie od munduru dopełniały obrazu agresywnego punka, ale twarz była stanowczo zbyt młoda i delikatna, by mogła wyglądać naprawdę groźnie.

Kontrast ze stojącym przed telewizorem dziadkiem chłopaka był uderzający. Doktor Tachion mrużył z zainteresowaniem oczy, słuchając Jane Pauley z programu NBC Today, prowadzącej panel politycznych ekspertów. Kosmita wsparł skrzypce pod ostrym podbródkiem i pracowicie grał sonatę Paganiniego. Rozumiał być może co trzecie słowo, ale to nie miało znaczenia. Znał już wszystkie hasła. Słyszał je wielokrotnie podczas ciągnącej się miesiącami kampanii, zmierzającej ku temu miejscu. Ku Atlancie. Jeden czas — lipiec 1988. Jeden człowiek — Gregg Hartmann. Jeden cel — prezydentura Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Tachion spojrzał na Blaise’a i ukłonił się, wskazując na telewizor.

— To będzie zażarta bitwa.

Takizjanin wyglądał, jakby był gotowy do walki. Wdział bryczesy i buty z cholewami, a wokół wysokiego koronkowego kołnierza koszuli owiązał czarny halsztuk. Oficer Armii Napoleona nie mógłby wyglądać bardziej pstrokato niż ten drobny mężczyzna w błyszczącym, zielonym stroju. Na piersi, zamiast Orderu Podwiązki, miał plastikowy identyfikator zaświadczający, że jego nosiciel jest przedstawicielem prasy, pracującym dla „Krzyku Dżokerowa”.

Blaise skrzywił się i ugryzł spory kęs croissanta.

— Nudy — skwitował.

— Blaise, masz już trzynaście lat. Wystarczająco wiele, by zapomnieć o dziecinnych błahostkach i zainteresować się szerokim światem. Na Takis opuszczałbyś już pokoje kobiece i przygotowywałbyś się do rozpoczęcia intensywnej edukacji. Brałbyś na siebie odpowiedzialność wobec rodziny.

— Aha, ale nie jesteśmy na Takis, a ja nie jestem dżokerem. Dlatego chuj mnie to obchodzi.

— Co powiedziałeś? — zapytał dziadek chłopaka lodowatym tonem.

— Chuj. No wiesz, chuj. To stare słowo.

— Wulgarność nie przystoi dżentelmenom.

— Ty też tak mówisz.

— Rzadko. I, proszę, rób tak, jak ci mówię, nie tak, jak sam robię. — Tachion zdobył się jednak na zażenowany uśmieszek. — Dziecko, może i nie jesteśmy dżokerami, ale i tak musimy być ostrożni. Jesteśmy jedyni w swoim rodzaju i jeśli Barnett ze swą filozofią ucisku zasiądzie w Białym Domu, zniszczy nas tak samo, jak najbardziej nieszczęsnych mieszkańców Dżokerowa. Chciałby zamknąć nas wszystkich w izolatoriach. — Takizjanin prychnął pogardliwie. — Dlaczego po prostu nie nazwie ich obozami koncentracyjnymi? Jesteśmy tu obcy, Blaise. Urodziłeś się na Ziemi, ale w twoich żyłach płynie moja krew. Władasz moimi mocami i z tego powodu zawsze będziesz inny od powierzchniowców. Naturalna tendencja wszystkich gatunków nakazująca im popierać swoich i zwalczać obcych przez pewien czas pozostawała uśpiona w duchu ludzkości, ale to może się zmienić...

Blaise ziewnął. Tachion zamknął usta, przerywając potok słów. Zmieniał się w nudziarza. Jego wnuk był jeszcze młody, a młodość zawsze wiązała się z nieczułością i optymizmem. W życiu Tacha nie było jednak zbyt wiele miejsca dla optymizmu. Od czasu straszliwej nocy w czerwcu osiemdziesiątego siódmego nosił w swym DNA ciągle mutującego wirusa dzikiej karty. Na razie pozostawał on w stanie uśpienia, Takizjanin wiedział jednak, że wystarczy chwila silnego stresu, dojmującego bólu, przerażenia czy nawet radości, by obudzić wirusa, a jeśli nie będzie miał na tyle szczęścia, by wyciągnąć Czarną Damę i umrzeć, on również może zostać dżokerem. Trudno było liczyć na to, że znajdzie się w garstce szczęściarzy, którzy stawali się asami.

Ktoś zapukał do drzwi apartamentu. Zaskoczony kosmita uniósł brwi i kazał Blaise’owi otworzyć drzwi. Odłożył skrzypce.

 

— George!

Podenerwowany Tachion stał w drzwiach salonu, trzymając się futryny, by nie ujawnić gwałtownego gniewu i strachu, które go wypełniły.

— Co tu robisz? — zapytał cichym, opanowanym głosem.

George Steele, znany też jako Wiktor Demianow albo Gieorgij Władimirowicz Poliakow, odpowiedział na ledwie skrywaną wrogość kosmity obojętnym uniesieniem brwi.

— A gdzie indziej mógłbym być?

Chłopiec wypuścił z uścisku starszego, tęgiego mężczyznę i George pocałował go głośno w oba policzki.

— Pracuję dla „Brighton Beach Observer”. Zlecono mi napisanie relacji.

— Och, Ideale, cholerny rosyjski szpieg w hotelu, w którym aż się roi od agentów Secret Service. W dodatku przebywasz w moim apartamencie! — Tachion złapał się za serce, uspokoił oddech i uświadomił sobie, że Blaise słucha go z uwagą. — Zejdź na dół i... — Wyciągnął portfel. — Kup jakąś gazetę.

— Nie mam ochoty.

— Nie sprzeciwiaj mi się choć ten jeden raz!

— Dlaczego nie mogę zostać?

Płaczliwy ton powrócił.

— Jesteś tylko chłopcem. Nie powinieneś się mieszać w takie sprawy.

— Przed chwilą powiedziałeś, że jestem już prawie dorosły i powinienem się interesować sprawami dorosłych.

— Przodkowie!

Tachion osunął się na kanapę, ściskając głowę w dłoniach.

Poliakow uśmiechnął się półgębkiem.

— Być może twój dziadek ma rację... To naprawdę będzie nudne, mój drogi Blaise. — Położył po przyjacielsku dłoń na ramieniu chłopaka i popchnął go ku drzwiom. — Zajmij się czymś przyjemnym, podczas gdy ja i twój dziadek porozmawiamy o mroczniejszych sprawach.

— Ale nie pakuj się w żadne kłopoty! — zawołał Tachion gdy drzwi zatrzasnęły się za chłopakiem.

Potem posmarował croissanta dżemem, pogapił się na niego przez chwilę i odrzucił go z powrotem na talerz.

— Jak to się dzieje, że radzisz sobie z nim lepiej ode mnie?

— Ty próbujesz go kochać. Nie sądzę, by Blaise dobrze reagował na miłość.

— Nie chcę w to wierzyć. Ale co to za mroczne sprawy, o których musimy porozmawiać?

Poliakow osunął się na krzesło i zatroskany ujął dolną wargę między kciukiem i palcem wskazującym.

— Ta konwencja ma kluczowe znaczenie.

— To nie żart? Nie mówię o konwencji.

— Zamknij się i słuchaj! — Głos odzyskał nagle stalowy ton z dawnych czasów, gdy Wiktor Demianow znalazł zapijaczonego, załamanego Takizjanina w rynsztokach Hamburga i nauczył go trudnego rzemiosła współczesnego szpiega. — Chcę, żeby wykonał dla mnie pewne zadanie.

Tachion odsunął się, rozpościerając dłonie.

— Nie. Koniec z zadaniami. I tak już dałem ci więcej, niż powinienem. Wpuściłem cię z powrotem do swojego życia, pozwoliłem ci zbliżyć się do mojego wnuka. Ile jeszcze ode mnie chcesz?

— Bardzo wiele i zasługuję na to. Masz wobec mnie dług, Tancerzu. Przez twoją pomyłkę w Londynie utraciłem swój kraj i dawne życie. Uczyniłeś mnie wygnańcem...

— To kolejna rzecz, która nas ze sobą łączy — zauważył z goryczą Tachion.

— Tak. To i ten chłopak. — Poliakow wskazał na drzwi. — A także przeszłość, której nie sposób wymazać.

Raz jeszcze potarł nerwowo wargę palcami. Zaciekawiony Tachion uniósł głowę, ale stanowczo stłumił pragnienie wniknięcia w warstwy tego skrytego umysłu. Takizjańskie zasady zabraniały gwałcenia prywatności przyjaciela. A po latach, które spędzili razem we wschodnim i zachodnim Berlinie, pozostało wystarczająco wiele przyjaźni, by był winny Rosjaninowi tę uprzejmość. Jednakże kosmita nigdy dotąd nie widział, by Poliakow okazywał tak wielki niepokój. Przypomniał sobie wydarzenia z minionego roku — noce, gdy siedział do późna i pił, gdy Blaise już zasnął; bezkrytyczny entuzjazm, w jakim Poliakow słuchał, kiedy Tach i jego wnuk grali taniec węgierski na fortepian i skrzypce Johannesa Brahmsa; chwile, gdy Rosjanin powstrzymywał chłopaka przed użyciem jego straszliwej mocy przeciwko otaczającym ich bezbronnym ludziom.

Tachion przeszedł na drugą stronę pokoju i przykucnął przed Poliakowem, wspierając dłonie na jego kolanie dla zachowania równowagi.

— Choć raz przestań grać enigmatycznego Rosjanina i powiedz mi, czego chcesz. Czego się boisz.

Poliakow nagle złapał Tachiona za prawą dłoń. ból! Kończynę Takizjanina wypełnił ogień, który następnie przebiegł przez całe ciało, doprowadzając krew do wrzenia. Na jego skórze wystąpił pot. Z oczu popłynęły łzy. Tach zwalił się na podłogę, wspierając się na łokciach.

— na płonące niebo!

— To bardzo trafny okrzyk — stwierdził Poliakow z pozbawionym wesołości uśmiechem. — Takizjanie mają dar do takich rzeczy.

Tachion potarł chusteczką zwilgotniałą twarz, ale łzy nie przestawały płynąć. Przełknął ślinę, by stłumić łkanie. Rosjanin popatrzył na niego z zamyśloną miną.

— Co ci się stało, do licha?

— Nie mogłeś mi po prostu powiedzieć, że jesteś asem? — zawołał z goryczą Tach.

Poliakow wzruszył ramionami, wstał i wyjął z kieszeni na piersi chusteczkę do nosa. Kosmita zaciskał kurczowo palce na mokrej szmacie, w którą zmieniła się jego chusteczka.

— O co chodzi? Dałem ci tylko lekkie dotknięcie mojego ognia.

— Jestem nosicielem dzikiej karty i nawet to małe dotknięcie mogło uaktywnić wirus.

Tachion poczuł, że obejmują go silne ramiona. Wyszarpnął się z uścisku i wysmarkał mocno nos.

— Mamy dziś dzień wyznawania sekretów, nieprawdaż?

— Od jak dawna?

— Od roku.

— Gdybym wiedział...

— Wiem. Gdybyś wiedział, nie przestraszyłbyś mnie swym małym pokazem tak bardzo, że będzie mnie to kosztowało tysiąc lat życia. — Jego ubranie cuchnęło potem i strachem. Tachion zaczął się rozbierać. — Teraz wiem, dlaczego tak bardzo interesujesz się tą konwencją.

— Nie chodzi tylko o moją dziką kartę — mruknął Poliakow. — Jestem Rosjaninem.

— Tak — odparł Tach, oglądając się przez ramię po drodze do łazienki. Szum wody zagłuszył słowa tamtego. — słucham?

Poliakow poszedł za nim, narzekając po nosem. Zza zasłony kabiny Takizjanin usłyszał brzęk metalu o szkło.

— Co pijesz?

— A jak ci się zdaje?

— Nalej mi też.

— Jest ósma rano.

— W takim razie obaj wylądujemy w piekle pijani. — Tach pochylił się, wziął w rękę kieliszek i wypił wódkę, pozwalając, by woda spływała mu po plecach. — Za dużo pijesz — stwierdził.

— Obaj za dużo pijemy.

— To prawda.

— Na tej konwencji jest as.

— Jest tu od cholery i trochę asów.

— Ukryty as.

— Jasne. Siedzi u mnie w toalecie. — Tachion wysunął głowę zza zasłony. — Jak długo to potrwa? Nie możesz być odrobinę mniej ostrożny i zaufać mi choć w niewielkim stopniu?

Poliakow westchnął ciężko i wpatrzył się w swoje dłonie, jakby liczył włosy na grzbietach swych palców.

— Hartmann jest asem.

Tach wystawił głowę zza zasłony kabiny prysznicowej.

— Nonsens.

— Zapewniam, że to prawda.

— Masz dowody?

— Podejrzenia.

— To nie wystarczy. — Takizjanin zakręcił wodę i wystawił rękę zza zasłony. — Podaj mi ręcznik.

Poliakow rzucił mu go.

Kosmita wyszedł z kabiny i przyjrzał się sobie w lustrze, wycierając ręcznikiem rude, opadające do ramion włosy. Przyjrzał się bliznom na lewym ramieniu i dłoni, gdzie lekarze złożyli kości pogruchotane podczas ratowania Anielskiej Buzi. Pomarszczona blizna na udzie była pamiątką po kuli terrorysty z Paryża, a ta długa, na prawym bicepsie, pozostałością po pojedynku z kuzynem.

— Życie pozostawia w nas wiele śladów, czyż nie tak?

— Ile właściwie masz lat? — zapytał z zainteresowaniem Rosjanin.

— Uwzględniając obrót Ziemi wokół Słońca, osiemdziesiąt dziewięć, może dziewięćdziesiąt. W przybliżeniu.

— Kiedy cię poznałem, byłem młody.

— Tak.

— A teraz jestem stary, gruby i śmiertelnie przerażony. Z łatwością mógłbyś ustalić, czy mój strach ma realne podstawy, czy po prostu ulegam złudzeniom. Sprawdź Hartmanna, przeczytaj jego myśli, a potem podejmij odpowiednie kroki.

— Gregg Hartmann to mój przyjaciel. Nie czytam myśli przyjaciół. Nawet twoich nie czytam.

— Masz moje pozwolenie, jeśli to pomoże cię przekonać.

— Ideale, musisz naprawdę być przerażony.

— Masz rację. Hartmann jest... zły.

— To dziwne słowo w ustach wyznawcy materializmu dialektycznego.

— Ale odpowiednie.

Tachion potrząsnął głową, poszedł do sypialni i pogrzebał w szufladzie w poszukiwaniu świeżej bielizny. Czuł, że George stoi tuż za nim. Irytowała go bliskość tęgiego mężczyzny.

— Nie wierzę ci.

— Nie chcesz mi uwierzyć. To coś zupełnie innego. Ile wiesz o wczesnym okresie życia Hartmanna? W swej wędrówce przez świat zostawił za sobą trop tajemniczych śmierci i złamanych ludzi. Jego trener futbolu z liceum, współlokator z akademika...

— Miał pecha i często znajdował się w pobliżu tragicznych wydarzeń. To jeszcze nie znaczy, że jest asem. A może uważasz go za winnego tylko na podstawie skojarzenia?

— A co powiesz o polityku, którego dwa razy uprowadzono, ale w obu przypadkach udało mu się uciec w tajemniczych okolicznościach?

— Co w nich było tajemniczego? W Syrii Kahina zwróciła się przeciwko bratu i zaatakowała go. Nastąpił chaos, który umożliwił nam ucieczkę. W Niemczech...

— Współpracowałem z Kahiną.

— Co?!

— Po przybyciu do Ameryki. Gimli też. Biedny głupiec. Przyjechała do Ameryki, by zdemaskować Gregga Hartmanna.

— To ty tak mówisz.

— Tachion, nie okłamuję cię.

— Po prostu mówisz mi tylko tyle, ile ci odpowiada.